Witam się z Wami po urlopie. Wyjazd udał się jak nigdy. Jako, że od 16 lat muszę wybierać między świętami w PL a w DE (gdzie mieszka moja mama), postanowiliśmy w tym roku zorganizować i zasponsorować wspólny wyjazd wraz z moją mamią i teściami. Wycieczka udana, sporo zobaczyliśmy a snorkowanie z żółwiami to niezapomniane przeżycie.
Natomiast to, co wydarzyło się na powrocie zostanie z nami na długo..
Jako, że udało mi się w samolocie przespać 4 godziny, dość wypoczęta wsiadłam za kierownicą.
Byliśmy na parkingu przy lotnisku w Pyrzowicach, wybierałam trasę na Kielce. Była godzina 1:20 w nocy. W pierwszej chwili pomyślałam o trasie przez Kraków, ale szybko przekalkulowałam, że nie nadrobię na autostradzie bo:
1. W aucie są cztery osoby, w tym dziecko i ciężkie bagaże.
2. Warunki na drodze niepewne. Przy wahaniach temperatury pomiędzy +1 w dzień do -paru w nocy jest spore ryzyko oblodzenia no i godzina późna więc możliwe, że nie sypnięte po północy.
Alternatywna trasa przez Zawiercie pokazywała ponad 20 minut szybciej, więc decyzja padła na drogi krajowe.
Nie minęło 5 minut i nagle huk, trzask, wybuch poduszek powietrznych i kurtyn, dym i smród spalenizny. Obraca nas porządnie, bez większego zastanowienia kontruje kierownicą ale auto nie reaguje. Ułamki sekundy. W głowie mam trzy rzeczy: rozjebalam auto firmowe, co z moim dzieckiem i ostatnie, że tak właśnie wygląda koniec bo nie ma opcji, że z tego wyjdziemy.
Obrót auta zatrzymała barierka przychodnikowa. Słyszę, że mąż mowi do syna, ale on nie reaguje, odwracam się, widzę przerażoną twarz, trudności w złapaniu oddechu. Slyszę, że auto wykonuje połączenie sos na nr alarmowy, nie mogę wysiąść z auta bo drzwi zablokowane. Odpięłam pas, przeskoczyłam przez tunel środkowy do syna i odpinam go z fotelika. Powiedział do mnie, że nie może oddychać. Wiem, że to lękowe i chce jak najszybciej wydostać go z auta.
Wzięłam go na ręce, przetarabaniam się przez kurtyny i rozbite szkło i wyszłam na dwór. Poczułam spory ucisk w mostku, nogi szły same. Rozejrzałam się, że moja mama i mąż są cali. Spytałam syna, czy go coś boli czy jest bardzo wystraszony. Odpowiedział, że jest wystraszony i nic go nie boli. Usłyszałam, że mąż rozmawia przez auto z służbami. Nadal nie docierało do mnie jak to się stało, bo nie widziałam nic przed zdarzeniem. Wiem na pewno, że to nie moja wina. Podszedł do mnie młody chłopak, z przeprosinami. Patrzę na skrzyżowanie, z dwóch stron drogi z pierwszeństwem, którą jechałam szła droga podporządkowana ze znakiem STOP, do którego nie zastosował się sprawca.
Pamiętam, że jechałam 73 km/h drogą z ograniczeniem prędkości do 70 a potem wjechałam w teren zabudowany i zmniejszałam prędkość. 100 m dalej było skrzyżowanie. Samochód wyjechał w nas z lewej (!) strony. Ani ja ani mąż nie widzieliśmy nic. Auto, które ma systemy bezpieczeństwa wykrywające przeszkody, nie dało żadnego ostrzeżenia. Wjechaliśmy na skrzyżowanie jednocześnie, w tym sprawca musiał jechać szybciej bo VW Golf wprawił większą i obciążoną pasażerami i bagażami Skodę Octavia w ruch obrotowy (obrót o 270 stopni).
Na miejsce przyjechała karetka i straż pożarna. Policja dojechała pół godziny później.
W karetce badania: syn nie ma żadnych obrażeń ciała. Jest w sporym stresie. Ja trochę obita lewą nogą i mostek, gdzie przebiegały pasy.
Do karetki zajrzał leciwy Pan strażak, który ze świeczkami w oczach wręczył synowi pluszowego misia strażaka. Mówił, że ma dwójkę wnucząt w podobnym wieku.
Zarowno strażacy jak pan od lawety mówili, że mieliśmy sporo szczęścia że o własnych nogach wyszliśmy z takiego zderzenia. Trzeba dodać, że nie dość, że o własnych nogach to że znikomymi obrażeniami, ja mam tylko parę siniaków, mąż też. Do tego od dwóch dni powoli wraca mu słuch po wybuchu kurtyn. Moja mama ma milimetrowe zadrapanie na ręce po odłamku szkła z szyby która z jej strony była roztrzaskana. Syn nie ma nic. Nawet najmniejszego siniaka.
Dlaczego mieliśmy dużo szczęścia? Oprócz tego, że pierdolniecie było mocne, były jeszcze 3 scenariusze, które na szczęście się nie sprawdziły.
1. Syn wyspany po locie poprosił o włączenie mu na tablecie aplikacji do rysowania, więc w chwili wypadku miał w ręce iPada z rysikiem, który mógł mu się wbić w oko.
2. Był też poczęstowany landrynką przez moją mamę, o czym kompletnie zapomniałam, ale rozżalony mówił mi, że cukierek wypadł mu z buzi w chwili uderzenia. Dobrze, że w tę stronę…
3. Moja mama pierwsze co zrobiła jak wysiadła z auta to zapaliła papierosa. Widzę oczami wyobraźni, jak niedopałek powoduje ogien a finalnie wybuch auta.
Ahh, i jeszcze mam wypaloną dziurę w kurtce od ładunku wybuchowego aktywującego kurtyny. Dobrze, że to był początek trasy, bo później byłabym rozebrana a ramię byłoby dobrze przypalone.
Trzymajcie się i jeźdźcie ostrożnie!
#oszukacprzeznaczenie



