– To gwiazda, przyjacielu. Nie zauważyliście jej na niebie?
– Trudno nie zauważyć.
– Podobno zderzy się z nami w Noc Strzeżenia Wiedźm. Morza się zagotują, krainy Dysku pękną, królowie runą w proch, a miasta będą niczym jeziora szkła. Uciekam w góry.
Twórczość Jacka Getnera, jak i jego nazwisko, do tej pory była mi obca, więc nie do końca wiedziałam czego się spodziewać po kryminalne o takim tytule.
Książka to w zasadzie powiązane ze sobą postaciami i chronologią opowiadania (choć każdy rozdział mógłby stanowić samodzielne wydanie). Wszystkie one opowiadają perypetie Jacka Przypadka - syna mecenasa, który nie chce przejąć ojcowskiej schedy, wynajmuje kilka mieszkań w stolicy i przygotowuje się do maratonu, a poza tym jest irytującą (chociaż bardzo bystrą) jednostką. Zaczyna od "drobnej" pomocy starszej sąsiadce z kradzieżą obrazów, a potem siłą rozpędu wkracza na drogę zostania detektywem-amatorem. I rozwiązywania kolejnych spraw znajomych pani Irminy (sąsiadki od obrazów), ku narastającej zgryzocie podkomisarza Łosia, który w mocno rozreklamowany geniusz Przypadka wątpi.
Kryminał taki z humorem, ale lekko czerstwym. Początkowo mnie to irytowało, potem przywykłam, nawet trochę "polubiłam" gdzieś u schyłku lektury. Sprawy ciekawe, rozwiązania nieszablonowe. Dużo w tym znajomości, znajomości ludzkiej natury, trochę szczęścia i niewiele faktycznej roboty. Blisko temu do działalności detektywistycznej w stylu Agaty Christie - detektyw myśli, zastawia "pułapkę", ale nie brudzi sobie w żaden sposób rąk.
Jest to pierwszy tom z serii kryminałów o Jacku Przypadku, raczej będę chciała przeczytać wszystkie.
Dobrze sobie przemyślał ten uśmiech. Był to taki rodzaj uśmiechu, jakiego używają ludzie, kiedy patrzą poza twoje lewe ucho i tłumaczą, że szpiegują ich tajni agenci z innej galaktyki. Z pewnością nie należał do uśmiechów dodających ludziom pewności siebie. Prawdopodobnie widziano już straszniejsze uśmiechy, ale jedynie wtedy, gdy uśmiechający się był żółty w czarne pasy, miał długi ogon i włóczył się po dżungli w poszukiwaniu ofiar, do których mógłby się uśmiechnąć.
– No wiesz, jeśli się nad tym zastanowić, wszystko jakoś zawsze dobrze się kończyło.
– Jeżeli całkowite zrujnowanie mojego życia w ciągu roku uważasz za dobre zakończenie, to rzeczywiście. Straciłem już rachubę, ile razy o mało co nie zginąłem...
– Na co się gapisz? – burknął mag. – Może sobie jechać gdzie chce. Co mnie to obchodzi?
Bagaż nie odpowiedział.
– Przecież ja za niego nie odpowiadam – dodał Rincewind. – Wyjaśnijmy to sobie raz na zawsze.
Bagaż milczał, lecz tym razem głośniej.
– No już... idę za nim. Nie masz co się tu plątać.
Bagaż schował nóżki i usadowił się na szlaku.
– Jadę – oznajmił Rincewind. – Nie żartuję.
Zawrócił konia ku nowym horyzontom i obejrzał się. Bagaż siedział nieruchomo.
– Nic ci nie przyjdzie z odwoływania się do lepszych stron mojej natury. Dla mnie możesz sobie tu siedzieć przez cały dzień. A ja i tak pojadę.
Uważam, że pora na #podsumowanienaopowieści . Raczej nikt więcej niczego nie dopisze - wstyd mój wielki, sama się nie wyrobiłam, za to mam chwilkę na to, by docenić autorów, którzy dokonali tej wspaniałej sztuki i zdecydowali się wziąć udział w bieżącej edycji #naopowiesci . Chwała i cześć Wam wszystkim!
Aby utrudnić sobie matematykę wyboru, od przyznanej liczby odejmuję 10 tychże osobnikom wcześniej zadającym oraz pomysłodawcy - przykro mi @splash545 i @KatieWee , za to dodatkowymi 10 punktami obdarowuję debiuty trzeciej edycji - gratuluję @DiscoKhan
W związku z powyższym zwycięzcą zostaje @DiscoKhan ! Gratuluję!
Jako zwycięzca wyznaczasz trendy pisarskie prozy kawiarenkowej na kolejne 2 tygodnie
O przygodach postanowili z wielkim zaangażowaniem napisać
@DudleusWakacje - 8
@WrzooGumiaki - 16
@DiscoKhanCZARNO TO WIDZĘ - 16 + 10 = 26
@splash545Turysta - 25 -10 = 15
@KatieWee opowiadanie bez tytułu - 31 -10 = 21
Dziękuję za wspólną zabawę. Czytać Was to była prawdziwa przyjemność
Dziadunio wolno budził się z wielowiekowej drzemki. Niewiele brakowało, a wcale by się nie obudził. Kilka dziesięcioleci później nic by się nie wydarzyło. Kiedy troll się starzeje i zaczyna poważnie myśleć o wszechświecie, zwykle znajduje jakieś spokojne miejsce i kładzie się, żeby solidnie pofilozofować. Po pewnym czasie zapomina o swych kończynach. Krystalizuje się, z początku tylko na brzegach, ale w końcu nie pozostaje już nic prócz maleńkiego ognika życia wewnątrz sporego wzgórza z nietypowym układem warstw skalnych.
Dziadunio nie posunął się jeszcze tak daleko. Rozważał właśnie obiecujący kierunek badań sensu prawdy, gdy poczuł gorący, popielny smak w czymś, co po dłuższej chwili namysłu zidentyfikował jako własne usta.
Zezłościł się. Rozkazy przeskakiwały wzdłuż neuronowych ścieżek zanieczyszczonego krzemu. Głęboko w krzemianowym ciele kamień przesuwał się gładko wzdłuż specjalnych szczelin. Padały drzewa, darła się murawa, palce rozmiaru okrętów wyprostowały się i chwyciły ziemię. Dwie wielkie kamienne lawiny wysoko na ścianie urwiska znaczyły miejsce otwarcia oczu podobnych do pary gigantycznych opali.
Rincewind nie widział tego, gdyż miał oczy wyłącznie do dziennego użytku. Dostrzegł jednak, że cały pejzaż kołysze się lekko, po czym wstaje powoli, zasłaniając gwiazdy.
Po książkę sięgnęłam po obejrzeniu serialu pod tym samym tytułem - serial polecam, chociaż, jak się przekonałam, niewiele ma wspólnego z literackim pierwowzorem.
A sama książka? Kryminał, taki średniaczek...
Cała historia zaczyna się od tego, że Cassandra Bowden - stewardesa - po mile spędzonym wieczorze i nocy z mężczyzną, którego poznała podczas lotu do Dubaju, rankiem budzi się obok jego zwłok w jego luksusowym apartamencie.
Akcja głównego wątku toczy się tak naprawdę lekko w tle, głównie skupiamy się tutaj na Cassie, jej przemyśleniach, wspomnieniach, pijackich perypetiach i tego jak sama gmatwa kabałę, w którą się wpakowała. Do tego elementy szpiegowskie, rosyjska mafia - typowa sensacja, przy której można odpocząć lub przezimować na krzesełku w poczekalni, zabijając wlekący się czas.
Sowa zahukała upiornie – przynajmniej Rincewind sądził, że to sowa. Ornitologia nie była jego mocną stroną. Może to słowik zahukał... albo drozd? Nietoperz zatrzepotał mu nad głową. Tego Rincewind był prawie pewien.
Dobrzy ludzie spod znaku #rower, czy są gdzieś w sieci jakoś fajne zebrane wskazówki do ustawienia światełek rowerowych?
Szukałam czegoś takiego, żeby nawet tutaj wrzucić i nigdzie nie widzę - albo sklepy się pozycjonują albo jakiś ogólny zbiór przepisów, z którego niewiele wynika tak od strony praktycznej.
Już tłumaczę - sporo osób sobie pedałuje, bo dobra pogoda, niektórzy nawet jak jej nie ma, cały rok, ale dość często te lampki przednie są tragicznie ustawione i walą po oczach. Może dałoby radę w taki sposób się doedukować jak to zrobić dobrze. Sprawdziłabym przy okazji czy w moim jednośladzie dobrze światełko mam zrobione
Do ustawienia światełek trzeba czegoś czego wielu ludziom brakuje - wyobraźni i kultury. Jedna z gorszych patologii to rowerzyści z lampkami o mocy milion lumenów skierowanymi wprost w oczy wszystkich. A niech taki matoł jeszcze sobie włączy strobo (bo tak mnie lepiej widać i jest bezpieczniej jak zapierdalam 35km/h w środku miasta reeeee) to już w ogóle można dostać epilepsji a co najmniej bólu głowy jak się z taką amebą mija.
Jeżdżę na okrągło, cały rok. Lampkę mam o średniej mocy gdyż 90% moje jeżdżenia to oświetlone miasto gdzie nie spodziewam się nagle dziury, przewróconego drzewa czy innych korzeni itp. Jak jadę szybko ustawiam nieco wyżej żeby oświetlała większy obszar przed rowem. Jak jadę wolniej to kieruję niżej.
Wysłać takiego patałacha do lasu w nocy i sam sobie ustawi. Po miastach ludzie nie oświetlaja sobie drogi, tylko prosto przed siebie i walą po oczach...
co do ustawienia i walenia prosto w ryj się zgadzam. Sama mam mocną latarkę i pierwsze co przy jej montażu zwróciłam uwagę by była skierowana w dół i nie oślepiała. Jeszcze za⁎⁎⁎⁎ści są „dyskotekowicze”, którzy m walą ci stroboskopem po oczach, eh.
Westchnęła. Nagle wydało jej się, że kariera sekretarki ma jednak pewne zalety.
Nie po raz pierwszy uświadomiła sobie, jak wiele problemów nastręcza życie wojowniczki. Na przykład to, że mężczyźni nie traktowali jej poważnie, dopóki ich nie zabiła, ale wtedy to już naprawdę nie miało znaczenia. Te skórzane ubrania, od których dostawała wysypki, ale których niezłomnie wymagała tradycja. I jeszcze piwo. Tacy jak Hrun Barbarzyńca czy Cimbar Zabójca mogli całymi nocami urządzać pijatyki w nędznych spelunkach, jednak Herrena nie pozwalała sobie na to... o ile nie sprzedawali uczciwych drinków w małych naczyniach, najlepiej z wisienką. Co do toalety...
Była jednak za duża na złodziejkę, zbyt uczciwa na skrytobójczynię, zbyt inteligentna na żonę i zbyt dumna, by podjąć jedyną powszechnie dostępną damską profesję.
Dlatego została wojowniczką. Zupełnie dobrą. Zgromadziła już skromną fortunę, którą starannie odkładała na przyszłość. Co do tej przyszłości, na razie pewne było tylko jedno: znajdzie się w niej bidet, jeśli tylko Herrena będzie w tej sprawie miała cokolwiek do powiedzenia.