Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Produktywność

czyli Bo kulki na Kurniku już mi się znudziły


I znowu cierpienie wieczorów zimnych,

a nie mniej mroźny był dziś poranek:

skarpetki ciepłe i full ogrzewanie! –

bo ogrzewanie ryczałtem płacimy.


Lecz nadal zimno. A więc: myk! – cały

kołdry cieplutką otaczam się chmurą.

A pod tą chmurą dogrzewam się rurą:

to gazy w jelitach mi się zebrały.


Tak zimą wieczory spędzam beztroskie

co prawda brzuch mi od tego rośnie,

no ale od czego jest zimowanie?


Lecz trochę sportu nim wiosna nastanie;

a jeśli ktoś by mnie spytał co robię:

Mistrzostwa w berka tak oglądam sobie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ciężkie jest życie twórcy, a już szczególnie twórcy wybitnego. Twórca wybitny często bywa niezrozumiany i właśnie tak też zdarzyło się wczoraj, kiedy to mój zamysł artystyczny zupełnie nie trafił do jednej z odbiorczyń i w wyniku tego niezrozumienia zostałem przez nią posądzony o lenistwo .


Jak taki wybitny twórca może się w takiej sytuacji bronić? Może wdawać się w jałowe polemiki, ale twórca uznał, że nie będzie to miało sensu. Twórca postanowił wobec tego pokierować się zasadą „czyny, nie słowa” i w myśl tej zasady postanowił udowodnić rzecz, której udowadniać wcale nie musiał, bo jest to przecież rzecz zupełnie oczywista: wiadomo przecież, że twórca potrafi zupełnie od podstaw napisać całkiem nowe opowiadanie.


„Czyny, nie słowa” – pomyślał więc twórca i jak pomyślał, tak też uczynił, pisząc całkiem nowe opowiadanie zawierające 710 słów:


***


Księgi Jerzego


Jerzy skierował do Pachy, mieszkanki Grudziądza, te słowa: „Wstań, idź do Sopotu – wielkiego miasta – i upomnij je, albowiem nieprawość jego dotarła przed mojej oblicze”. W tamtym czasie bowiem w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sopocie już od kilku miesięcy na szczytach bestborrow’ów utrzymywała się Saga Kaszubska autorstwa pani Darii Kaszubowskiej, zaś słowo Jerzego, z racji absolutnego braku zainteresowania, nie było nawet w bibliotecznych statystykach ujmowane.


A Pacha wstała, spojrzała na swoją różową bluzę-kangurkę, ale zdecydowała się tamtego dnia założyć jednak różowy sweterek. Na plecy zarzuciła różowy plecaczek, do którego spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i tak odziana opuściła domostwo.


– „Nie no, nie będzie mną tu Jerzy tak sobie rozporządzał” – pomyślała już po wyjściu i postanowiła uciec przed Jerzym do Kielc. Zaszła na dworzec, znalazła autobus jadący do Kielc, uiściła należną opłatę i wsiadła do niego, by udać się do Kielc, daleko od Jerzego.


Po drodze z autokarem działy się różne rzeczy straszliwe: pasek klinowy piszczał, hamulce nie hamowały, kierownica nie skręcała, światła nie świeciły, a z rury wydechowej wydobywały się kłęby białego dymu, tak jakby wybrano papieża albo pękła uszczelka pod głowicą i płyn chłodniczy dostawał się do cylindrów. Przerazili się pasażerowie i każdy szukał przyczyny nieszczęścia, każdy bowiem z nich wyśmienicie znał się na motoryzacji. Tylko Pacha zachowywała spokój. Wyciągnęła ze swojego różowego plecaczka grubo posmarowaną majonezem kanapkę i zaczęła jeść. Przystąpił do niej więc jeden ze współpasażerów i zapytał:

– Dlaczego ty jesz, zamiast próbować razem z nami ustalić co mogło się z tym autokarem stać? I dlaczego w ogóle tak daje od ciebie octem?

I podburzył innych podróżnych ten mężczyzna, który pochodził z Kalisza, i wzięli razem Pachę i wyrzucili z pojazdu pozostawiając ją na pastwę losu w lasach w okolicy Szydłowca. Autokar bez problemów odjechał zaś w dalszą drogę, pozostawiając za sobą czarny dym, tak jak stary diesel dymić powinien.


Z lasu wyszedł wielki kot, który połknął Pachę. I była Pacha we wnętrznościach kota trzy dni i trzy noce. Chciała przeprosić za swoje nieposłuszeństwo Jerzego i próbowała wysłać do niego SMS-a, wewnątrz kota nie było jednak zasięgu. Po trzech dniach i trzech nocach kot wyrzucił Pachę na grudziądzkiej plaży.


Jerzy przemówił tam do Pachy po raz drugi tymi słowami: „Wstań, idź do Spotu i głoś mu upomnienie, które ja ci zlecam”. Pacha wstała i poszła do Spotu, jak powiedział Jerzy.


Pacha dotarła do miasta akurat wówczas, kiedy trwało spotkanie z autorką Sagi Kaszubskiej. Weszła na scenę, gdzie zepchnęła z krzesła siedzącą na nim panią Kaszubowską po czym zaczęła głosić: „Jeszcze czterdzieści dni, a dzieła Jerzego zostaną spalone! Zaprawdę, powiadam wam – czytajcie dzieła Jerzego! Ze śmiechu można się przy nich zesrać!” – nauczała, a na dowód połączyła się projektorem i wyświetliła na ekranie zdjęcie zrobione w toalecie lotniska Londyn-Stansted przy okazji swojej lektury Księgi XII opus magnum Wielkiego Wieszcza, którą czytała właśnie w tamtym miejscu.


Dzieła Jerzego zaczęły być wypożyczane, ludzie ustawiali się po nie w kolejkach, ulitował się więc Jerzy nad Spotem i postanowił nie karać jego mieszkańców i dzieł swoich postanowił nie palić.


Nie podobało się to Pasze i oburzyła się ona. Zrobiła Jerzemu awanturę i wyrzucała mu, że od początku nie miał zamiaru swojej twórczości niszczyć, a chciał jedynie ją wypromować i posłużył się w tym celu Pachą jako swoim narzędziem.

– Wiedziałam! Od początku wiedziałam, że nigdy nie spalisz Ksiąg swoich! – krzyczała wtedy Pacha. – Zbyt wielka jest twoja miłość do nich, zbyt wielka jest twoja miłość własna, żebyś takiego czynu mógł dokonać! To właśnie dlatego pojechałam wtedy do Kielc, bo wiedziałam, że i bez mojego napominania swoich Ksiąg w Spocie nie spalisz!”

– Czy uważasz, że słusznie jesteś oburzona? – zapytał Jerzy.


Pacha nie odpowiedziała. Wyszła do drugiego pokoju, gdzie gdzie usiadła na wersalce i tak postanowiła poczekać i zobaczyć co się będzie działo dalej. Wpatrywała się w stojącą na parapecie usychającą różę i denerwowała się na Jerzego, bo to na pewno była jego wina, że wszystkie róże, które tylko ona próbowała w domu wyhodować zawsze w końcu usychały.


– Czy słusznie oburzasz się z powodu tego krzewu? – zapytał Jerzy, który bezszelestnie wślizgnął się do pokoju.

– Słusznie gniewam się śmiertelnie – odpowiedziała Pacha.

– Tobie żal krzewu, którego nie uprawiałaś i nie podlewałaś, a czy mnie nie powinno być żal tych wszystkich dzieł, nad którymi spędziłem tyle czasu? – odparł Jerzy i wlał szklankę wody w suchą ziemię, która podtrzymywała korzenie stojącej na parapecie róży.


***


#naopowiesci

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Mam takie wrażenie, jakbym poniekąd został zmuszony do napisania tego, co zamieszczam poniżej. Nie że przez organizatorkę tej edycji zostałem do tego zmuszony, nie przypisuję jej żadnego w tym zmuszaniu mnie udziału. Uważam, że ten przymus jest to raczej sprawka losu albo może moich własnych zaburzeń:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła

wydanie II – delikatnie zredagowane i zaadaptowane na potrzeby XIX edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.


***


Wzdycha kotek: O!

- Co ci, kotku, co?

- Śniła mi się wielka rzeka,

wielka rzeka pełna mleka

aż po samo dno.


Julian Tuwim, Kotek [fragment]


***


Ta rozmowa nie przebiegała tak, jak miała przebiegać. Nic nie szło w tej rozmowie zgodnie z planem. Nic nie szło w tej rozmowie ani zgodnie z planem jej, ani zgodnie z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę przygotowane swoje własne, całkowicie różne i zupełnie od siebie niezależne plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby ten zabieg miał mu w jakiś sposób pomóc. Tak jakby ten zabieg mógł ten jego ból zęba w jakiś sposób złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali w końcu w Grudziądzu już od jakiegoś czasu, żyli tam ze sobą na kocią łapę – a jednak znów wydawało im się, że wszystko dookoła wygląda jakoś inaczej niż wyglądało dotychczas. Wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła kiedy spacerowali w tym miejscu poprzednim razem. Nie zrobiło to na nich wrażenia. Owszem, kiedyś, na początku, zaraz po przeprowadzce dziwili się temu, ale później zdążyli się do tego przyzwyczaić. Tak jak i zdążyli się też przyzwyczaić do bezustannie spływających rzeką zwłok.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z kotem? – powiedział Jerzy. – Tam, ten po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

– Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy właśnie gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś ściskające napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, już drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę o niczym, która się tam wtedy między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie znów pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ta ich bezsensowna paplanina została tamtego dnia przerwana. Paplaninę tę przerwało niespodziewane miauknięcie. Powietrze wokół nich zawirowało, zadrżało nagle i oczom ich ukazał się widok, który zdziwił ich nawet po wielu latach mieszkania w Grudziądzu. Oto po ich lewej stronie, jakby z powietrza wynurzył się idący powoli czarny kot. Najpierw pojawił się nos, później wibrysy, następnie cała głowa, za nią przednie łapy i tak po kolei, aż do samego czubka ogona.


Kot przemaszerował powoli przed Pachą i Jerzym, nie zaszczycając ich przy tym nawet jednym spojrzeniem, oni zaś przyglądali mu się z niedowierzaniem. Kot wykonał przed nimi te kilkanaście miękkich kocich kroków po czym, dokładnie w takim samym porządku w jakim się pojawiał, znikał po ich prawej stronie. W końcu zniknął całkowicie.


– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" – pomyślał wtedy Jerzy.

– "Skoro koty potrafią materializować się i znikać, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" – pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby – wbrew wszelkim zabobonom – ten czarny kot, ten kot, który przed momentem przeciął im drogę, miał być znakiem czegoś dobrego. Jakby miał być znakiem tego, że wyjdą w końcu z impasu, tak jak ten kot wyszedł nagle z nicości.


Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


– Wyjdziesz za mnie? – zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

– Odchodzę! – powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać żeby skierowała się na południe, żeby udała się w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było między nimi tak jak do tej pory. Nic się nie zmieniło: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia, znów te tłumione słowa umościły się w nich gdzieś głęboko i cały czas ich tam głęboko uwierały.


I tylko pod jabłonią znajdującą się na wyspie leżącej na środku zupełnie białej rzeki stał wysoki mężczyzna z kotem. Mężczyzna schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, po czym wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu. Kot zaś w tym samym czasie zatopił zęby w siedzącym na gałęzi drzewa mazurku.


===


1006 słów.

Dziękuję, dobranoc.

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór wszystkim!


Ponieważ dziś to ja dzierżę władzę (albo też ją dzierżawię, jak to słownik próbuje mi uparcie, a być może i słusznie?, podpowiedzieć), moim życzeniem jest żebyście Wy, drodzy goście kawiarni #zafirewallem napisali coś w rodzaju reklamy tudzież innego apelu albo ultimatum do tych, którzy bawią się z nami w #naczteryrymy , ale w inne zabawy to już się z nami bawić nie chcą. Być może będzie to Wasz apel do samych siebie, taki autoapel, można by rzec, więc liczę, że uda Wam się adresatów tego waszego apelu do jego treści przekonać.


Temat: piszcie z nami!


rymy: zmieści - niestety - opowieści - sonety.


Wspaniałej zabawy i wysokiej skuteczności!

W mojej dyńce wiele się zmieści,

Ale raczej coś niepotrzebnego niestety.

Chcę aby to były opowieści,

Lecz ona zapamiętuje tylko sonety.

Zaloguj się aby komentować

Szanowni Państwo!


Doczekawszy się otwarcia LXIV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem dostarczam oto sonet ekspresowy! Zgodnie z chyba już tradycją, sonet, którym przystępuję do konkursu jest sonetem z tygodniopomnego Cyklu Grudziądzkiego.


A o czyn dziś? A dziś o początkach. Otóż każda legenda skądś się bierze, jest jakieś wydarzenie, zwykle równie legendarne co i sama legenda, które stało się tej legendy początkiem. Grudziądz, choć jest miastem niewątpliwie wyjątkowym, to akurat w tej materii żadnym wyjątkiem nie jest. Legendy nie muszą mieć pokrycia w rzeczywistości, tak samo jak mogą stać z tą rzeczywistością w sprzeczności. O ile więc wiadomym jest nam wszystkim, że w rzeczywistości jest tak, że ciała tych wszystkich utopionych w Grudziądzu ludzi spływają Wisłą do morza, tak o pierwszym grudziądzkim topielcu legenda mówi coś zupełnie innego. Bo każda legenda potrzebuje swojego symbolu: tak jak odcisk łapy diabła na zabytkowym stole w lubelskim zamku, tak jak pielgrzym z Gór Świętokrzyskich, który aż do końca świata będzie zbliżał się do szczytu Łysej Góry w tempie ziarnka piasku rocznie, tak też jest i to pierwsze ciało utopione w Grudziądzu, które podobno po dziś dzień leży gdzieś tam zagrzebane w piasku wiślanego dna.


***


Jak się to wszystko zaczęło


Obok Bydgoszczy, Torunia i miast innych

w Kujawsko-Pomorskim zlokalizowanych

jedno jest miasto powszechnie znane

a w tymże mieście obyczaj bibliny


ściśle był niegdyś zachowywany:

chrzczony był tam poddawany nurom;

aż razu pewnego – jakby to ująć? –

no: kiedyś chrzest zdarzył się tam nieudany.


Chrzciciel o wzroście wieży grudziądzkiej

w tany topików zapatrzył się boskie,

nie zwrócił uwagi na bulgotanie.


I wtedy chrzczony, zupełnie jak kamień,

tak jak wędkarskie ciężarki z ołowiem,

na dno opadł martwy. I leży tam sobie.

Zaloguj się aby komentować

No i dobiega końca ten długi tydzień, w którym to jakoś udało mi się szczęśliwie dzień w dzień karać Was za Wasze winy (bo nikt z Was nie jest bez winy – “z Was”, więc ja jestem) moją poezją, choć nie jestem do końca pewien, czy kara ta miała opierać się tylko na tej mojej poezji ilości czy też może raczej (albo i dodatkowo) na tej mojej poezji jakości. Inspiracja do napisania poniższego, ostatniego (ufff – tylko czy to “ufff” jest bardziej moje czy bardziej Wasze, bo raczej nie jest to “ufff” kolegi @fonfi) wytworu w LXIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem jest pochodną inspiracji, którą zawdzięczam koleżance @moll , bo jak tutaj nie przekształcić i nie wykorzystać pięknej frazy “karny jeżyk”, która pojawiła się we wierszu sprzed dwóch dni, powstałym właśnie za sprawą pochodzącej od tej koleżanki inspiracji? Poza tym, ta edycja miała być o miłości, a jaka miłość jest silniejsza niż miłość własna, więc o czym tu pisać, jeśli nie o sobie? I nie, nie cierpię na jakąś megalomanię. Nie przypisuję sobie żadnej roli mesjańskiej, raczej tylko rolę mścicielską. Bo, inaczej niż pan Kazik Staszewski w utworze Piotr Pielgrzym uważam, że kara powinna być zawsze tam gdzie była zbrodnia. 


Dodatkowo, żeby zadowolić szerokie grono miłośników poezji fekalnej (viva la koniunkturalizm!), we wierszu pojawia się jeden wers dotykający tego motywu, bo tyle o nim we wstępach pisałem, że czuję się nieomal tak, jakbym to Wam obiecał.


***


Karny Jerzy


Złość cię czasami się zdaje porywać,

za bardzo się może niekiedy rozbrykasz,

tu zachachmęcisz, tam kogoś wykiwasz

i innych przewin też nie unikasz.


Wtedy się denerwuje Temida:

swego do ciebie śle wojownika.

Więc przyjdzie kara, tak – sprawiedliwa:

obawiaj się wtedy karnego Jerzyka!


Bo kara być musi, gdzie była zbrodnia,

a każdy jest winny, każdy z osobna:

kamienie leżą spokojnie w błocie.


I z taką karą na ciebie ruszę,

tylko za chwilę, bo wysrać się muszę,

Jerzy cię swoją poezją zdruzgocze!

Zaloguj się aby komentować

Kontynuując żerowanie na cudzych pomysłach postanowiłem dziś skorzystać z inspiracji wynikłej z nieumiejętności czytania kolegi @RogerThat , bo zaistniała w komentarzach sytuacja wydała mi się całkiem zabawną. Poza tym, to niedługo już rok będzie będzie od kiedy to “zmieniłbym tę moją Astrę na coś mniejszego”, co również wydaje mi się być całkiem zabawnym.


No a o sraniu to chyba przyjdzie mi napisać dopiero jutro.


***


Mój Opel


Ileż ta k⁎⁎wa żre mi paliwa!;

jej d⁎⁎a ogromna, jak Ameryka!;

i zaparkować mi trudno nią bywa –

wolałbym chyba jakiegoś piździka.


Aż nagle: – Mam Fiestę! – ktoś się odzywa.

– Ta Fiesta, przepraszam, z którego rocznika?

No… nie. Za stara ta Fiesta jest dla mnie chyba –

zainteresowanie me Fiestą zanika.


Znów mój stosunek do Astry złagodniał,

wyjmuję portfel z kieszeni w spodniach,

i leję do pełna na byłym Lotosie.


Ale nim w trasę Astrerką wyruszę

okiem na kartkę za szybą rzucę

na ciut nowszej Fieście. Choć mam ją w nosie.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dziękuję ogromnie wszystkim, którzy wczoraj pospieszyli mi z pomocą w sprawie mojego kryzysu inspiracyjnego – pomogliście! Sporo było tych tematów, które podsunęliście mi do poruszenia, ale pierwszą osobą, która z taką pomocą pospieszyła była koleżanka @moll . I to dlatego właśnie dla niej (albo być może nawet i o niej?) będzie dzisiejszy wiersz napisany w ramach mojego bzdurnego postanowienia napisania w tym tygodniu jednego wiersza dziennie. Wyrażam też w tym miejscu nadzieję, że wiersz ten koleżankę (a może również i innych?) choć trochę ucieszy, a może i nawet ulży jej trochę w jej bólu i cierpieniu lub chociaż w jej codziennych obowiązkach. I mam tylko nadzieję, że nic się w w ostatnim czasie u niej nie zmieniło, tak w sprawie liczby rąk, jak i liczby bąbelków:


***


Matka Polka


Matczynej miłości wcale nie skrywa,

bąbelki swoimi rękoma dźwiga,

gwiazdkę im z nieba, gdy może, zrywa;

i co ma za to? Karnego jeżyka?!


Teraz:

leży na kolcach na wpół nieżywa –

czy to skolioza, czy dysk jej wypadł? –


bo wcześnie rano z łóżka się zrywa

w noc późną do lic poduszkę przytyka;

i jeszcze do kuchni, bo rodzina głodna,

i cytat Pratchetta trza też wrzucić co dnia:

ech, tonie @moll biedna w robocie!


Ja zaś trzy wersy dopisać muszę,

tematu palców w nich nie poruszę;

dobrze, że rąk ma tyle co pociech!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ech cholera. Człowiek się stara, świeżaków docenia, a tu taka wdzięczność go za to spotyka, że i tak wszystko musi na koniec samemu zrobić - można by sparafrazować w tym miejscu stereotypowego rodzica z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.


I taki właśnie będzie dzisiaj temat:

rodzice z lat dziewięćdziesiątych XX wieku


rymy:

spokoju - zbiera - gnoju - cholera.


Proszę wyśmienicie się bawić w zabawie #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem !

O choleria, to dwa rymy trza zapodać dzisiaj? Przy poprzednim się postaram, teraz robię na opierdol. XD


Daj mi w końcu żyć w spokoju

Twoją patologia żniwa zbiera

Czuje się jak utopiony w kupie gnoju

W tym domu za⁎⁎⁎ie się jasna cholera.

Nie można pozwolić dorastać w spokoju?

W dziecku wszystko powoli się zbiera

Tu lanie, tu szlaban, tu "ty głupi gnoju"

Za ćwierć wieku terapia, niech to cholera.

Zaloguj się aby komentować

Okazuje się, że napisanie jednego sonetu dziennie to wcale nie jest taka prosta sprawa! Nie dość że warunki niesprzyjające, bo to trzeba się przed policją ukrywać, to i jeszcze tematów zaczyna brakować. Jednym słowem (no, niech będzie, że trzema): nie jest dobrze!


I jakaś nostalgia silna mnie z tego powodu ogarnęła, tęsknota jakaś za tym co było kiedyś – w pewnym wieku już się tak człowiekowi robi. A jeszcze później to ta tęsknota i ta nostalgia zostały dodatkowo nakarmione ostatnimi wspominkami przerzucania się niegdyś rymami przez kolegę @splash545 i koleżankę @moll , i przez wspomnienie morskich opowieści, i zatęskniłem wredy za ptaszkiem, i za sraniem w krzakach, i za śniętymi rybami w Odrze, a i zatęskniłem nawet też za okładaniem mnie bakłażanem, niech będzie. I z tego wszystkiego, z tej nostalgii i z tej tęsknoty mojej, wiersz taki mi się napisał, wiersz smutny, acz dający nadzieję, jeśli to wołanie moje zostanie wysłuchane, bo chciałbym już się już z tego stanu tęsknoty wyleczyć:


***


Mój apel

czyli Kiedyś to było, a teraz to nie ma


Na bezrybiu i rak ryba -

problem mnie tego typu dotyka

że inspiracji mi jakoś ubywa,

bo content od mojej muzy zanika.


Ten brak inspiracji mocno przeżywam:

w stan już popadłem katatonika,

swoje cierpienie głęboko skrywam,

z mego cierpienia apel wynika:


pamiętasz może jak pierwszych tygodniach

w młodej poezji płonęłaś ogniach

aż zapomniałaś o swoim locie?


Jak zrozumiałaś: “zapłacić muszę”,

bo sonet pisałaś w autobusie? –

weź znów coś odwal! I tym mnie pociesz.


***


#nasonety

#zafirewallem

To byli czasy. Kiedyś każdy był tak zajarany bo wszystko było nowe i nieznane i rymowanki i ludzie i takie to było, o! Ekscytujące! To już nie wróci i pozostało nam jedynie wspominać i siedzieć takim już zblazowanym i klepać rymowanki o sraniu i ruchaniu Owcy.

@George_Stark Na początku przeczytałem "mój opel", to może coś o Oplu? Albo o fordzie, co go sprzedać nie mogę, bo sezon zimowy i w komisie ludzi niet?

Przy okazji, sprzedam forda xd

Zaloguj się aby komentować

Nikt mnie, przynajmniej póki co, za te moje gnioty jeszcze nie zaaresztował, więc trwam w swoim postanowieniu napisania w tym tygodniu jednego wiersza dziennie. No i jakoś tak się złożyło, że, zgodnie z nielegalnym tematem tej edycji, wiersz mi wyszedł o miłości. A wcale tego nie chciałem!


Całe szczęście, że jest przynajmniej miłość trudna, bolesna i napotykająca na niesamowicie innowacyjne literacko i inspirujące twórczo przeszkody w postaci sprzeciwu rodziny – o innej miłości właściwie nie byłoby w ogóle sensu pisać, bo i po co? Nie chcę jednak w tym miejscu odbierać czytelnikowi nadziei i nie chcę pisać, że była to miłość niespełniona, bo kto wie czy do jakiegoś spełnienia, przynajmniej jednostronnego, tam w tym kącie wspomnianego we wierszu kurnika nie doszło? W każdym razie nie wiem tego ja, wiedzą to chyba tylko w całą sytuację zaangażowani:


***


Recydywa


Maniek sztachetę z płotu wyrywa,

Heniek wydziera kostkę z chodnika:

sądy sądami, lecz sprawiedliwa

kara wyłącznie rękami rolnika

jest wymierzana. 


- - - - - - - - - - - Bo recydywa

tu zaszła, w kącie mojego kurnika.

Przy recydywie: kara dotkliwa,

z tej recydywy tak właśnie wynika.


Już pogonilśmy go pewnego dnia,

uciekał w spuszczonych do kostek spodniach,

upierdolonych w podwórka błocie.


Teraz już gnoja lepiej nauczę,

gdy z chłopakami na niego ruszę:

znów moją siostrę przeleciał Gosię!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Póki co, to plan jest taki, żeby w tym tygodniu napisać jeden sonet dziennie. Niekoniecznie na temat, bo co mi jakiś tam @fonfi będzie dyktował o czym miałbym pisać.


Czy to się uda? – nie mam pojęcia. Bo może zdarzyć się i tak, że mnie w końcu znajdą i rzeczywiście aresztują:


***


Policja poetycka

czyli Jak się kończy rymowanie bez licencji


Codziennie gdzieś wewnątrz mnie się odzywa

zew jakiś dziwny – to woła liryka.

I wyjść na spacer lub napić się piwa,

żeby go zgłuszyć, próbuję. Nie znika.


Więc siadam nad kartką, jak w klasztorze skryba,

ręka jak czyjaś obca pomyka,

mózg w tym udziału nie bierze chyba,

to uzależnienie wierszoholika.


Czy dla nałogowców jest gdzieś przychodnia?

Czy życie spędzić na chorobodniach

przyjdzie mi, knot ciągle pisząc po knocie?


Nagle ktoś z tyłu: – Łup! – mnie obuchem,

kajdanki zapina, szepcze za uchem:

“Masz prawo milczeć, a więc milcz, kmiocie”.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark ta - a ja to będę musiał później przetworzyć, podliczyć, zrecenzować... Chyba od razu wystąpię do sądu poetyckiego o wydanie tymczasowego zakazu zbliżania się do Kawiarni. O!

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj jakaś taka moda na zdrowy tryb życia nastała. Wszędzie dookoła tylko sami dietetycy i inni trenerzy personalni. Każdy biega. Albo biega na siłownię, albo biega tak sobie po prostu. Ludzie rzucają palenie, bo to już niemodne, nawet pije się mniej, teraz w modzie piguły na stres*, bo i stres, jak się okazuje, również może być wyniszczający. I oto wśród tych wszystkich kołczów i guru od zdrowego stylu życia zjawiam się ja i dołączam do nich, dodając do tego całego zbioru mądrości na temat zdrowego stylu życia poradę najważniejszą, o której ci wszyscy wielcy mądrale zdaje się że jakoś zapomnieli:


***


Rzecz o zdrowym żywocie

(Bo nie jesteśmy niczym więcej ponad biologię. No, może jeszcze trochę rozumem, jednak tylko po to, żeby tę biologię w ryzach utrzymywać.)


Gdy serce z piersi aż się wyrywa,

elektrokardiogram stringendo pika,

gdy amplitudę wysoką ma krzywa,

ten stan nauka (kardio-logika)


innym niż "miłość" terminem nazywa,

to jest arytmia według słownika

i groźny dla zdrowia taki stan bywa,

więc staraj się go raczej unikać.


Puls i ciśnienie kontroluj co dnia,

jedz tylko wtedy, kiedy żeś zgłodniał,

zanadto nie stresuj się przy robocie;


lecz najważniejsze, co wspomnieć muszę:

unikaj kobiet i ich podkuszeń!

O swoim zdrowym pomyśl żywocie.


#nasonety

#zafirewallem


* – cytat z pięknej piosenki pana Piotra Bukartyka Nawet mam już ten dom .

Zaloguj się aby komentować

Przepraszam za nawał wpisów, obiecuję, że to jest już ostatni dziś. W końcu od samego rana miałem robić coś zupełnie innego.


Skoro edycja walentynkowa, to nawet w cyklu grudziądzkim wypadałoby sięgnąć do romantyzmu, a sięgając tam, można wygrzebać najromatyczniejszą polską balladę, o jakże zaskakującym tytule Romantyczność. Oto i moja odpowiedź na nią:


***


Romantyczność


Słuchaj dzieweczko! – A ona spływa.

Nurt ją unosi – ona nie dycha.

Róż spłynął z policzków, na twarzy siwa,

Wisłą ku morzu ma miłość umyka.


Mogłem przewidzieć – tak przecież bywa;

radził przyjaciel: Grudziądza unikaj.

Teraz ma głowa uparta się kiwa,

teraz me serce boleść przenika.


Topnie w Grudziądzu to nie jest zbrodnia,

jest przyrodzone, jak ciąży owodnia,

jak dziecię, które przynosi bociek.


I żeby zmartwioną uleczyć duszę

to do Gorzowa przenieść się muszę

gdzie będę szukał nad Odrą pociech.


#nasonety

#zafirewallem


***


A na mickiewiczowskie Miej serce i patrzaj w serce odpowiadam natomiast po grudziądzku: Miej kapok i rozglądaj się czujnie dookoła.

@George_Stark wiele, wiele lat temu pracowałam w centrum informacji turystycznej w moim pięknym mieście Gorzowie. Pojawiła się u mnie kiedyś zagubiona nieco wycieczka - cały autokar Słowaków. Usilnie szukali u nas Wałów Chrobrego i Odry

Możecie sobie tylko wyobrazić ich miny po tym kiedy uświadomiłam im, że do Odry to mają jakieś 50 kilometrów, a do Wałów Chrobrego jakieś 100 z kawałkiem

@KatieWee Bo to byli przedstawiciele romantyzmu czeskiego. Romantyzm to wiadomo: utrata, zawód, tęsknota. No i oni akurat do Odry tęsknić postanowili.

Zaloguj się aby komentować

Jak zapowiedziałem w poprzednim wpisie , zająłem się rzeczami pożytecznymi, a cóż mogłoby by być pożyteczniejsze, niż wywiązanie się z ulgą z obowiązku (przykrego i uciążliwego, jakimi to obowiązki mają w zwyczaju być) zakończenia LXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem poprzez publikację wpisu zawierającego #podsumowanienasonety ? Zakończmy ją więc teraz!


W kończącym się właśnie tygodniu edycyjnym układaliśmy nasze wytwory do tekstu autorstwa pana Kazika Staszewskiego pod tytułem Nie lubię już Polski. Tekst pana Staszewskiego powstał tylko jeden, a naszych tekstów powstało aż jedenaście, choć nie mam pojęcia czego miałaby ta nasza przewaga liczbowo-tekstowa dowodzić. A oto i rzeczone teksty:


Tradycyjny, lokalny patriota, acz z nutką nowoczesności autorstwa kolegi @George_Stark – 11 piorunów;


Bober autorstwa kolegi @George_Stark – 14 piorunów;


Resuscytacja krążeniowo-oddechowa autorstwa kolegi @George_Stark – 14 piorunów;


Jaki Bober jest każdy widzi autorstwa kolegi @splash545 – 14 piorunów;


O, jak tu cicho autorstwa kolegi @Statyczny_Stefek – 12 piorunów;


Zgryzota autorstwa kolegi @George_Stark – 13 piorunów;


Beznadzieja autorstwa koleżanki @moll – 23 pioruny;


Złoty strzał autorstwa kolegi @fonfi – 31 piorunów;


Cziter autorstwa kolegi @RogerThat – 21 piorunów;


@WujekAlien autorstwa kolegi @splash545 – 15 piorunów;


Pozakonkursowy wytwór Sonet runiczny (od runa a nie runów) autorstwa kolegi @fonfi – 16 piorunów;


***


Nieprzypadkowo postanowiłem zadać sobie ten dodatkowy trud i przy każdym wytworze podać liczbę osób, które swoim piorunem zdecydowały się go docenić, w tej edycji bowiem pasuje mi żeby oddać głos ludowi i potraktować go jako vox Dei przyznając zwycięstwo najbardziej docenionemu przez lud tekstowi. Tym właśnie sposobem zwycięzcą LXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje kolega @fonfi ! Gratulacje! Tak zupełnie prywatnie już, chciałbym zauważyć w tym miejscu, że mimo tego co kolega-zwycięzca napisał dziś rano w komentarzu , nie może jeszcze umierać w spokoju i spełnieniu. W nadchodzącym tygodniu będzie miał bowiem za zadanie rozliczyć uczestników dwóch naszych kawiarenkowych konkursów.


***


I jeszcze jedna rzecz, wspaniała tradycja, o której przy okazji zamknięcia poprzedniej edycji przypomniała koleżanka @Wrzoo , nagrody pocieszenia mianowicie:


kolega @splash545 otrzymuje Kołpak (taką czapkę, nie ten plastik na samochodową felgę) z bobrzym ogonem żeby się godnie na cmentarzu w czasie pogrzebów prezentował, pomimo upaprania gównem i błotem;


kolega @RogerThat otrzymuje Nagrodę HESOYAM, żeby zawsze był zdrowy i miał pieniążki;


kolega @Statyczny_Stefek otrzymuje Złote stopery do uszu i złote klapki na oczy, żeby mógł się rozkoszować ciszą i spokojem;


koleżanka @moll otrzymuje Order szerokiego, choć szczerbatego uśmiechu za przełamie twórczej niemocy i powrót do sonetowania (te szczerby symbolizują wcześniejsze, opuszczone przez koleżankę edycje).


Największą jednak nagrodę pocieszenia, Dasz radę, będzie dobrze, otrzymuje kolega @fonfi , bo to właśnie jemu, w związku z nadchodzącym ciężkim dla niego zakończeniem kolejnego tygodnia, pocieszenie jest chyba najbardziej potrzebne.


***


No i tyle ode mnie w kwestii organizacyjnej. Chciałem tylko już na sam koniec podziękować uczestnikom i oglądającym za tę zakończoną właśnie XLII edycję (oglądających przy okazji zachęcam do tego żeby spróbowali do nas dołączyć – to nie jest takie straszne, a okazuje się czasami fajną zabawą) i dodać, że ogromnie się cieszę (i niemniej dziwię), że już aż od sześćdziesięciu dwóch tygodnie chce nam się i udaje nam się te nasze wiersze klepać.


Fajnie, że jesteście, fajnie, że piszecie. Dziękuję!

Wszystkim Państwu, kryjącym się pod pojęciem "vox Dei", serdecznie dziękuję za zabawę i wszystkie wycelowane we mnie pioruny, a Panu @George_Stark za ten trud włożony w podsumowanie zakończonej edycji, przez który to trud nie mogę sobie teraz "umierać w spokoju i spełnieniu".


Jak ja ogarnę podsumowanie dwóch zabaw? Dwóch! W Walentynki...

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Przypomniało mi się wczoraj, że miałem kiedyś pomysł na taki tag, #wpustejszklancepomarancze , pod którym to miałem pisać sobie (z wątpliwą regularnością) o ciekawostkach językowych, które w ten czy inny sposób przykuły moją uwagę. Opublikowałem do tej pory w ramach tego cyklu całe trzy wpisy, jeśli zaś chodzi o wspomnianą wątpliwą regularność, to i owszem, została ona zachowana. Między dodaniem pierwszego wpisu (26.11.2023) a drugiego (31.12.2023) minęło trzydzieści pięć dni, między dodaniem drugiego a trzeciego wpisu (09.01.2024) minęło z kolei dni dziewięć. I oto właśnie dziś (07.02.2025) nadszedł czas na opublikowanie wpisu czwartego, który od opublikowania trzeciego dzieli dokładnie trzysta dziewięćdziesiąt pięć dni!


Powodem, dla którego siedzę sobie teraz nad klawiaturą i spisuję te moje przemyślenia, jest zdanie, które przeczytałem wczoraj w noweli (opowiadaniu?) pana Stefana Żeromskiego Aryman mści się , a zdanie to zawiera taki oto fragment: słońce […] szło na zachód i w czerwonych piaskach puszczy libijskiej tonęło […].


– „Nie no, kurde! Coś mi tutaj nie pasuje!” – pomyślałem. – „W Libii to, wydaje mi się, drzew jakoś tak raczej mało jest. Puszczy tam raczej niet”. Szybki rzut oka na mapę z nałożonym widokiem satelitarnym upewnił mnie, że nie myliłem się w tej mojej niezgodzie z tym, co pan Żeromski w swoim utworze raczył był* napisać. Wychodzi mi więc na to, że to pan Żeromski popełnił błąd. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jednak niekoniecznie. Przypominał mi się wtedy fragment jednego z dwóch bezsensownych czeskich zdań, które znam, a które mój kolega, mówiący po polsku Czech (polskiego nauczył się głównie oglądając kabarety i słuchając disco-polo!) wtłoczył mi do głowy w ramach zabijania czasu w nudnej jak Moda na sukces pracy w zamian za kilka uwag doskonalących jego polszczyznę. Můj kamarád kadeřník se utopil v rybníku na poušti – brzmi ten fragment zdania i oznacza tyle co mój kolega fryzjer utopił się w stawie na pustyni. I to właśnie to czeskie poušti (czytane mniej więcej jako „pouszczy”), będące odmianą rzeczownika poušť oznaczającego w Czechach pustynię dało mi asumpt do przeprowadzenia dochodzenia, jak to z tą puszczą drzewiej (he, he) w języku polskim bywało. (Choć, przyznam, nazywanie przez Czechów stawu rybník również wydaje mi się być zagadnieniem ciekawym, być może jednak bardziej w kontekście historycznym. O ile domyślam się bowiem dlaczego Czesi używają na tego typu zbiornik wodny takiego a nie innego słowa, to cała moja ciekawość koncentruje się wokół polskiego miasta zwanego Rybnikiem i jego położenia w niewielkiej jednak odległości od dzisiejszej polsko-czeskiej granicy.)


Wracając jednak do puszczy: internetowy słownik języka polskiego zamieszczony na stronach wydawnictwa PWN podaje: puszcza «las o dużej powierzchni, bez śladów działalności człowieka; też: większy obszar leśny». Tak jest dziś, ani słowa w tej definicji o jakichkolwiek związkach słowa puszcza z rozległymi piaszczystymi obszarami, jakie można napotkać na przykład w rzeczonej Libii. W internetowej encyklopedii tegoż samego wydawnictwa jest już jednak inaczej: puszcza, ekol. w pierwotnym znaczeniu miejsce odludne, bez względu na typ roślinności; z czasem termin przyjął się na oznaczenie rozległych lasów o charakterze pierwotnym, utrzymuje się też w tradycyjnych nazwach kompleksów leśnych (np. Puszcza Kampinoska, Puszcza Solska, Puszcza Białowieska)et voilà!; mamy to! Jako deser podam tutaj link do wypowiedzi profesora Jana Miodka . Wypowiedzi w sprawie tłumaczenia biblijnego, pochodzącego z Wulgaty, frazeologizmu vox clamanti in deserto, które dziś w mowie potocznej znamy raczej jako głos wołającego na pustyni, a które ksiądz Jakub Wujek przełożył jednak w XVII wieku jako głos wołającego na puszczy. Profesor zwraca również uwagę na wspólny dla obu słów rdzeń pust-/puszcz- i właśnie z tego powodu przychodzi mi do głowy skojarzenie z innym słowem, które wywodzi się właśnie z tego rdzenia, a jest to słowo opuszczać.


Opuśćmy więc pustynię i puszczę i przenieśmy się gdzie indziej. Przenieśmy się do Lublina. Przy okazji tych bezsensownych rozważań nad polszczyzną dawną wspomniałem bowiem spotkanie kawiarni #zafirewallem w tymże właśnie mieście. I niekoniecznie chodzi o wspaniałe dania w tamtejszej restauracji Armenia (tęsknię!) czy inne przemiłe rzeczy, które się tam zdarzyły, ale o rozmowę z koleżanką @KatieWee (być może właśnie w tej Armenii się ona odbyła – tego nie pamiętam). A rozmowa ta dotyczyła – a jakże! – dawnej polszczyzny właśnie. Mówiliśmy wtedy o liczbie podwójnej, archaizmie językowym, obecnym (jeszcze) w języku polskim, a pochodzącym z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. O ile zgadzaliśmy się w kwestii tego, że taka konstrukcja gramatyczna w języku polskim (jeszcze) występuje, o ile zgadzaliśmy się w sprawie jej źródeł, tak nie umieliśmy podać jej przykładu. Kombinowaliśmy, próbując dopasować do tego na przykład słowa takie jak drzwi czy spodnie, ale to jednak jest liczba mnoga. Jeśli kogoś interesuje, dlaczego drzwi i spodnie (ale też na przykład nożyczki) występują wyłącznie w liczbie mnogiej, można o tym przeczytać tutaj , nie o tym miała być ta część wpisu.


Ta część wpisu miała być o liczbie podwójnej i przykładami użycia takiej liczby podwójnej, reliktami naszej językowej przeszłości, jest taka odmiana słów, którą wyrażamy w formach takich jak oczyma lub rękoma. Ta liczba podwójna wskazuje na to, że mowa jest o dokładnie dwóch elementach bo, biorąc za przykład choćby odmianę słowa ręka, z łatwością powinniśmy móc rozróżnić, że kiedy powiemy rękami, możemy mieć na myśli ręce kilku osób, tych rąk może być dowolna liczba; kiedy jednak powiemy rękoma, mamy (a raczej powinniśmy mieć, bo to różnie się przecież zdarza) na myśli dwie ręce, należące na dodatek do tej samej osoby. Więcej przykładów można znaleźć tutaj .


I to by było na tyle w tym odcinku cyklu #wpustejszklancepomarancze . Opuszczam Was teraz i idę zająć się jakimiś pożytecznymi rzeczami, które to mam zamiar wykonać własnymi rękoma. Do zobaczenia – być może – za jakiś czas!


===


*raczył był – przykład użycia czasu zaprzeszłego, również reliktu językowego; odpowiednik powszechnie używanego w języku angielskim do dziś used to be.

@George_Stark eh, próbuje człowiek sobie na koniec tygodnia popracować to nie dadzą. Teraz siedzę i się przez linki i artykuły o staropolszczyźnie przedzieram i czytam. Tymi oczyma...

@jakibytulogin


Kiedy poprosiłem Indrę, żeby mnie właśnie takiego zdania nauczył, to odpowiedział że "na pouszczy ne ni rybników!" (teraz zapisuję czeski fonetycznie) ale mnie zależało właśnie na tym, żeby te zdania były całkowicie pozbawione sensu.

@radziol Ale to w tłumaczeniu, czy w oryginale? Bo nic mi nie wiadomo o liczbie podwójnej w języku angielskim, jak tak na szybko próbuję coś w swojej głowie na ten temat znaleźć.

Zaloguj się aby komentować

Tylko 679 słów, no ale to takie napisane na szybko rozwinięcie pomysłu, który przyszedł mi do głowy przed spaniem, jeszcze w dodatku pisane na telefonie (da się, jak się okazuje, choć cholernie to niewygodne), a nie wiem czy znajdę czas żeby je poprawić. Nie mówiąc już o tym, że mógłbym o tym opowiadaniu zapomnieć, a może byłoby go wtedy szkoda?


***


Imperator


O Imperatorze mówiono różne. Rozmaite historie krążyły na jego temat. Jedni mówili, że ma pociąg do pedałów, inni z kolei twierdzili, że na wieczność obrósł w piórka. Jak było z nim naprawdę? – ciężko powiedzieć. Nikt spośród ludu nie widział nigdy tego człowieka w jego własnej osobie, ukazywał się on się bowiem ludowi wyłącznie za pośrednictwem swojego awatara. Kiedy zaś awatar ten pojawiał się w okolicy, wzbudzał w ludzkich sercach strach i trwogę. Kładł się ten awatar na ekranach czernią, mrokiem straszliwym, i tylko w centrum tego mroku bielą przeraźliwą bieliły się zarysy wąsów nad którymi dało się dostrzec (jeśli ktoś potrafił przezwyciężyć przejmującą go zgrozę i popatrzeć wyżej) równie biały zarys okularów i kasku ochronnego – Imperator był bowiem wyznawcą religii behapistycznej.


Mówiono, że kiedy grudziądzka wyrocznia, @Patkapsychopatka , ślepa jak sprawiedliwość i niema jak pająk, przemówiła głosem swojego posłańca wskazując w ten sposób, że to właśnie Imperator będzie kolejnym Organizatorem, Imperator ogromnie się z tego faktu ucieszył. Nie okazał on, rzecz jasna, tej swojej radości na zewnątrz – byłoby to niezgodne z tradycją, a on skrupulatnie dbał o swój image i PR. Tłumiąc tę radość w sobie nie poprzestał jednak na zwyczajowym narzekaniu: zaczął bluźnić i ubliżać bogom, oskarżając ich o nepotyzm i kolesiostwo, a także o wywieranie wpływu na wieszczkę. Bogowie niewiele sobie z tego robili, niewiele zresztą mogli też na to poradzić, a nawet gdyby mogli, Imperator nie bardzo by się tym wszystkim przejął. Nie wierzył on bowiem w bogów. Wierzył w środki ochrony osobistej i dyrektywę 2006/42/WE, zwaną dyrektywą maszynową.


Jak powiedzieliśmy, o Imperatorze niewiele było wiadomo. On sam twierdził, że ma córkę, ale czy rzeczywiście tak było, czy rzeczywiście było to jego dziecko, czy tylko wytwór jego chorej wyobraźni? – tego z całkowitą pewnością stwierdzić nie sposób. A jednak to właśnie ta córka Imperatora jest bohaterką niniejszej legendy, choć jest jej bohaterką tragiczną.


Mówią, że kiedy zbliżał się termin Rozstrzygnięcia pogoda była piękna i Imperator poczuł zew pedała – silną wewnętrzną potrzebę wyjścia no rower. Cóż jednak robić, kiedy na ocenę czekało tyle opowiadań?


– Córko moja! – zawołał Imperator ze swojego tronu. – Pozwól no tutaj do mnie na moment.

– Czego sobie ode mnie życzysz, Ojcze? – zapytała córka.

Imperator próbował wrobić ją w wybór najlepszego z opowiadań, ona jednak Imperatorowi odmówiła:

– Nie! – powiedziała.


– “No nie! Tak być to nie będzie! Jakiś szacunek się w końcu chyba ojcu należy?!” – pomyślał Imperator i, żeby zmusić córkę do wykonania polecenia, wysłał ją na niezamieszkałą planetę w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, która nie poruszała się ruchem ciągłym po orbicie eliptycznej zgodnie z prawami Keplera, ale nieregularnym ruchem skokowym, zgodzie z prawami Warnera-Brosa. Wysłał ją tam razem ze stosem opowiadań i przysyłał jej dziennie tylko jednego bajgla i jedną ginger spice latte żeby nie umarła tam z głodu i pragnienia. Dzień na tej planecie według jej czasu lokalnego był jednak dużo dłuższy niż wszystkie znane nam dni na innych planetach, Imperator więc niezanadto się na utrzymanie tej swojej córki wykosztował.


Mówią, że córka Imperatora uległa w końcu ojcu, że wybrała zwycięskie opowiadanie, choć nawet w podaniach i legendach nie zachowała się informacja, które opowiadanie to było (nie wspominając już o jego treści) i kto wtedy ten konkurs wygrał, ani kto w nim uczestniczył. Mówią też, że córka Imperatora od czytania idiotycznej twórczości ludu postradała zmysły. Że popadła w szaleństwo. Że uciekła z miejsca, w którym uwięził ją ojciec i że wybrała życie pustelnicze. Że wyemigrowała w najdalsze krańce Wszechświata, tam gdzie już od dawna nikt się nie zapuszczał, bo i nie było się tam zapuszczać po co. Że osiadła na zniszczonej wojnami atomowymi planecie zwanej niegdyś Ziemią, że zamieszkała tam na plażach krainy zwanej niegdyś Grecją. Że z obawy przed tym, żeby nie zobaczyć już nigdy więcej żadnych liter, które mogłyby się ułożyć w jakieś kolejne kretyńskie opowiadanie z własnej woli wybrała ślepotę mocno zaciśniętych powiek. Podobno po dziś dzień siedzi tam na tej plaży z zamkniętymi oczyma i, wykorzystując asystenta głosowego w swoim zasilanym energią jądrową smartfonie, układa za pomocą pieśni plan jak zainfekować koniami trojańskimi telefony i komputery wszystkich użytkowników, którzy wzięli udział w XVIII edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem.

@George_Stark xd

Śpieszę poinformować, że Imperator świadom niedoskonałości zapisów i przepisów zawartych w Dyrektywie 2006/42/WE, zdążył ją już zmienić. Dwukrotnie. W 4 roku ery AH (After Hejto), w dniu 1470 Nowego Kalendarza, w życie weszły Rozporządzenie 596/2009/WE oraz nowa Dyrektywa 2009/127/WE, które chronią image Imperatora w sposób absolutny - nawet przed panteonem bogów.


Ponad to, w odnalezionych niedawno fragmentach dzienników, odkryto zapisy świadczące o tym, że Córka Imperatora, będąca jak on sam cudownym dzieckiem dwóch pedałów, faktycznie przebywa na zesłaniu. Jednak powrót jej został przepowiedziany na dzień 1473 Nowego Kalendarza, co potwierdzają obserwacje astronomiczne szalonych orbit planet w układzie króliczej gwiazdy Star Bugs, które to planety znajdą się wtedy w koniunkcji zwanej Ferios Finitos. Powrót jej zwiastują również inne znaki. W szczególności coraz częściej odbierane sygnały radiowe o treści "Ojcze, zaprawdę powiadam Ci, kasa mi się kończy"...


To rzekłszy, Imperator oddalił się do swoich komnat, gdzie wezwały go obowiązki związane z tworzeniem idiotycznej twórczości, którą - ze skrzętnie ukrywaną radością - będzie mógł się dzielić, ukryty za mrocznym wizerunkiem swojego awatara.

@fonfi Aha, jeszcze co do tego, żeby Ci bardziej głowę pozawracać i nie dać się zająć tym, czym powinieneś, bo ja też jakoś nie mogę:


Śpieszę poinformować, że Imperator świadom niedoskonałości zapisów i przepisów zawartych w Dyrektywie 2006/42/WE, zdążył ją już zmienić. Dwukrotnie. W 4 roku ery AH (After Hejto), w dniu 1470 Nowego Kalendarza, w życie weszły Rozporządzenie 596/2009/WE oraz nowa Dyrektywa 2009/127/WE, które chronią image Imperatora w sposób absolutny - nawet przed panteonem bogów.


Otóż, wytłumaczenie tego faktu jest bardzo proste proste: Imperator był wyznawcą prawosławnego odłamu behapistów.

@George_Stark tak w ogóle, to nie wiem czym sobie zasłużyłem na takie wyróżnienie, ale skoro już stałem się bohaterem Twojego opowiadania, to chyba nie zostało mi nic więcej do osiągnięcia w życiu i mogę umierać w spokoju i spełnieniu. Dziękuję.

to chyba nie zostało mi nic więcej do osiągnięcia w życiu i mogę umierać w spokoju u spełnieniu


@fonfi Nie no, tak ze dwa sonety (oprócz dzisiejszego) to mógłbyś jeszcze napisać.

Zaloguj się aby komentować

Coś nie wychodzi mi dzisiaj zasypianie, więc zająłem się czymś pożytecznym i rozwinąłem pierwszą myśl jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu tematu XVIII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem. W taki oto sposób powstało poniższe opowiadanie.


Opowiadanie to osadzone jest bardziej w konwencji fantasy, w baśni trochę być może, albo i w realizmie magicznym nawet, jeśli ktoś by się na taką opcję zdecydował uprzeć, bo z całym tym sf to raczej mało jest mi po drodze. No ale: mając zasady w najwyższym jednak poszanowaniu, zdecydowałem się wprowadzić do opowieści również pierwiastek fantastyczno-naukowy.


To jest już kolejna wersja tej samej historii, a moje silne wrażenie, że można by ją opowiadać wciąż od nowa i od nowa coraz bardziej przeistacza się w coś jeszcze silniejszego. W coś w rodzaju pewności.


846 słów, proszę:


===


Jak dziwnie płynie ta Wisła


Płynie, wije się rzeczka

jak błyszcząca wstążeczka,

tu się srebrzy, tam ginie,

a tam znowu wypłynie.


Julian Tuwim, Rzeczka [fragment]


***


Ta rozmowa nie wyglądała tak, jak miała wyglądać. Nic nie szło w niej zgodnie z planem, zarówno z planem jej, jak i z planem jego, bo oboje mieli na tę rozmowę opracowane swoje własne, niezależne od siebie plany.


Spacerowali nad Wisłą. Ona, ubrana w różową bluzę-kangurkę i on, wypychający od czasu do czasu prawy policzek przy użyciu języka, którym sięgał do dokuczającej mu od dawna górnej ósemki. Tak jakby taki zabieg mógł mu jakoś pomóc. Jakby mógł w jakiś sposób ten jego ból zęba złagodzić.


Okolica była znajoma – mieszkali już w końcu od jakiegoś czasu w Grudziądzu, gdzie żyli na kocią łapę – a jednak wydawała im się jakaś inna niż dotychczas. Nie byli tym wcale zdziwieni, tak jak i od dawna nie dziwiły ich też bezustannie spływające rzeką zwłoki. Za każdym razem, kiedy wybierali się w to miejsce na spacer, wydawało im się, że Wisła płynie trochę inaczej niż płynęła poprzednio.


– Wszystko płynie – żartował czasami Jerzy, a Pacha śmiała się z tych jego dowcipów. To im wychodziło, takie rozmowy im się udawały. Umieli się razem śmiać i żartować. Tak jak i potrafili rozmawiać o zwykłych, codziennych sprawach, tak jak potrafili dzielić się ze sobą swoimi obserwacjami:


– Jerzy, a ta jabłonka to nie rosła ostatnio na tamtym brzegu? – zapytała Pacha. – Nie no, rosła! Na pewno tam rosła! Przecież pamiętam! Siedziały na niej trzy sikorki i mazurek jeszcze na niej siedział. Co mnie zdziwiło, bo mazurki to przecież występują bardziej na wsiach, w miastach to raczej wróble. No a tu przecież jest miasto! Nie no, na pewno tam rosła, przez tego mazurka to pamiętam!

– Patrz, a ten wysoki gość z psem? – powiedział Jerzy. – Ten, tam po drugiej stronie. Wydaje mi się, że przed chwilą się z nim mijaliśmy.

- Może na takich długich nogach szybciej dochodzi się do mostu? - tym razem zażartowała Pacha, a Jerzy roześmiał się z jej dowcipu.


Tak, umieli ze sobą żartować. Nie umieli jednak rozmawiać o sprawach poważnych. Za każdym razem, kiedy tylko któreś z nich podejmowało próbę skierowania rozmowy na rzeczy fundamentalne, na kwestie dotyczące ich związku i ich przyszłości, wtedy gdzieś wewnątrz ciała pojawiał się jakiś dziwny impuls, jakieś napięcie blokujące w krtani te słowa, które już dawno powinny zostać wypowiedziane.


Tak było i wtedy, kiedy tamtego dnia spacerowali nad Wisłą, a ich rozmowa nie przebiegała według planu. Już to jedno, to drugie miało zamiar przerwać tę bezsensowną paplaninę, która się między nimi rozgrywała i wreszcie powiedzieć to, co miało do powiedzenia, ale właśnie w tym momencie pojawiało się to mrowienie w kąciku ust, to drętwienie którejś dłoni albo ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wtedy dawali za wygraną. Odkładali te zaplanowane słowa na później.


Mimo że nie zrobiło tego żadne z nich, to ich paplanina została tamtego dnia przerwana. Przerwał ją ogromny huk, huk który nagle dobiegł od strony miasta. Był to ryk czterech silników rakietowych. Absolutnie tajny projekt kolonizacji Marsa opracowany przez grudziądzkich uczonych w absolutnej tajemnicy i ekspresowym tempie został ogłoszony zaledwie wczoraj, a już dziś z kosmodromu zbudowanego pod przykrywką prac konserwatorskich na terenie Fortu Wielka Księża Góra startowała rakieta, którą pierwsi ziemscy osadnicy mieli dotrzeć na Czerwoną Planetę. Oboje obserwowali tę wznoszącą się kosmiczną Santa Marię w milczącym podziwie.


- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć jej tych kilka słów?" - pomyślał wtedy Jerzy.

- "Skoro oni potrafią dokonywać takich rzeczy, to dlaczego mnie tak trudno jest powiedzieć mu tych kilka słów?" - pomyślała wtedy Pacha.


I właśnie wtedy oboje jednocześnie się zdecydowali. Nastąpiło przełamanie, jak gdyby energia z silników startującego pojazdu kosmicznego wlała się w ich ciała i dusze. Jerzy przyklęknął i przez chwilę mocował się z własną kieszenią, w której miał schowany zaręczynowy pierścionek. Nie potrafił sobie poradzić z wyciągnięciem go i dopiero kiedy spojrzał na kieszeń uświadomił sobie, że jest ona zasunięta. Rozpoczął mocowanie się z zamkiem błyskawicznym. Pacha w tym czasie zamknęła oczy i brała pierwszy z trzech głębokich wdechów, za pomocą których miała zamiar opanować emocje przed zbliżającą się wypowiedzią.


- Wyjdziesz za mnie? - zapytał Jerzy, był bowiem przekonany, że to właśnie Pachę chce w tym momencie pojąć za żonę.

- Odchodzę! - powiedziała Pacha, nie była już bowiem w stanie znosić dłużej odoru z ust Jerzego powodowanego przez jego gnijącą górną prawą ósemkę, której za nic w świecie nie chciał wyleczyć.


Cisza. I on, i ona nie usłyszeli żadnej odpowiedzi drugiej strony na te swoje nagłe wyznania. Jerzy oderwał wzrok od kieszeni, Pacha rozwarła powieki. Nic. Pusto. Przed Jerzym nie stała Pacha, przed Pachą nie klęczał Jerzy.


Jerzy poderwał się z klęczek, Pacha rozglądała się dookoła. W końcu dostrzegli siebie nawzajem: stali na dwóch przeciwnych brzegach. Jerzy gestami dał Pasze znać, żeby skierowała się na południe, w górę rzeki. Tam, gdzie stoi most im. Bronisława Malinowskiego.


Spotkali się na środku przeprawy. W milczeniu wrócili razem do domu i wszystko było jak dawniej. Było jak zwykle: znów nie powiedzieli sobie tego, co mieli sobie nawzajem do powiedzenia. Tylko pod znajdującą się na wyspie na środku rzeki jabłonią stał wysoki mężczyzna z psem. Schylił się, podniósł jedną z leżących w trawie papierówek, wytarł ją o sweter i z rozkoszą zatopił zęby w słodkim, kruchym owocu.

@George_Stark dopiero nadrabiam zaległości. Ciekawe, lekkie i zabawne. A tak swoją drogą to tyle lat tu mieszkam a nigdy się do tego fortu nie wybrałem. Chyba trzebaby to zmienić.

Zaloguj się aby komentować

Każda epoka, nie tylko romantyzm, ma swój własny romantyzm, a każdy romantyzm ma z innymi romantyzmami tyle wspólnego, że się za czymś tęskni. Silnym motywem najbliższego mi kulturowo, bo polskiego romantyzmu była tęsknota za ojczyzną, więc i o tym właśnie napisał mi się poniższy wytwór, bo temat ten znam z autopsji. No a pan Hemingway twierdził ponoć – bo zawsze dobrze się na jakiś autorytet powołać – że jeśli pisać, to tylko o tym czego się samemu doświadczyło.


Modlitwa powracającego emigranta


Gdyś już nasycony świata jest bezmiarem,

gdy cknisz za ojczyzną i jakoby karę

znosisz dni ostatnie: tak tęsknisz do lotu!

Bo już się nie możesz doczekać powrotu

do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

do bigosu, żurku, pierogów, kopytek,

do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

bilbordów przy jezdniach, plastików palonych

i do gówna w Wiśle, do ryb śniętych w Odrze!

Więc spraw, Panie Boże, żeby było dobrze:

daj powrót szczęśliwy na ojczyzny łono!

Niechaj orzeł biały otoczy obroną

– skrzydłem niech okryje! – pisklę po powrocie;

pisklę marnotrawne – nie szczędź jemu pociech,

jak biblijny ojciec nie odrzucił syna.

Pod skrzydłami swemi teraz je zatrzymaj!

I trzymaj je mocno! I możliwie długo!

Niech ma życie barwnie - wszak jesteś papugą

narodów. Albo może pawiem?


Tylko jedną prośbę jeszcze Ci wystawię,

niechże moje modły ku Tobie polecą:

daj mu, Boże, euro po cztery pięćdziesiąt.


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Trzy rzeczy.


Po pierwsze, to nastąpił wysyp wytworów w tej LXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem , co cieszy, a jeszcze bardziej cieszy, że wysyp ten objawia się liczbą wytworów w granicach rozsądku, bo jednak jakieś tam podsumowanie tej edycji będę musiał w końcu napisać.


Po drugie – i to cieszy również – wysyp wytworów może świadczyć o tym, że przypuszczenie moje o łatwości rymowania do tekstu pana Kazika Staszewskiego było słuszne, co wnioskuję tak z liczby do tej pory opublikowanych wytworów, jak i z własnych doświadczeń, bo kolejne wiersze pojawiają się u mnie w głowie same z siebie.


Po trzecie wreszcie: koniunkturalizm. Bo oto, kolejny już zresztą raz, postanowiłem znów odciąć kupon od mojego opus magnum i napisać o tym, co też zdarzyło się naszej parze po powrocie z podróży poślubnej do Rzymu. Pamiętacie może, że Jerzy miał problem z górną ósemką? Pacha słała go dentysty – i miała rację! – Jerzy jednak, całkowicie po męsku, tę dobrą radę zupełnie zlekceważył, wobec czego sprawy posunęły się dalej. Można wręcz powiedzieć, że posunęły się za daleko:


Zgryzota


– „Ten ortodonta coś długo go trzyma” –

martwi się żona (zwie ją Ptaszyna),

a w gabinecie siedzi Ostrowski,

któremu rosną górne dziewiątki.


Z powodu tych wizyt ogromna kasa

im z konta znika – na fundusz zgłasza,

urzędnik odmawia grobowym tonem:

– Za tenże zabieg nie będzie zwrócone.


Jerzemu już nawet się przyssać nie zdarza,

choć żona co wieczór okazje mu stwarza

z rozkładu pożycia zupełnie nierada;


on się zaś przy niej kładzie, lecz siada,

jakoś nie może – z nerwów go miota

problem ze zgryzem. Czyli zgryzota.

@George_Stark Dla mnie #panjerzy okazał się dziełem proroczym bo na następny rok wylądowałem w Grecji. Co prawda nie w celach zarobkowych ale jednak. Może więc wyszarpnij 264 złote na bilety do Rzymu, bądź Gorzowa i zabierz tam @UmytaPacha

Zaloguj się aby komentować