Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Dobrze pszepaństwa najmilszego. Porobiłem se jaja, poświntuszyłem se trochę, no to powinienem być spełniony. A tu tera jeszcze coś takiego bardziej serio mi się ułożyło. Samo! Więc proszę:


***


Resuscytacja krążeniowo-oddechowa


I wtedy czas się nagle zatrzymał,

jakby w zegarku pękła sprężyna,

drgać jakby przestały kwarcowe cząstki,

otwór w klepsydrze się zrobił zbyt wąski;


materia się wtedy zaczęła rozpraszać,

kpiąc sobie nagle z fizyki zasad,

jakby nie było nigdy Newtona;


i wtedy poczułem, że jest coś ponad,

że warto było przestrzegać przykazań,

i ogarnęła mnie niemal ekstaza;


i to wrażenie: jak gdym spadał,

i świat się skleił, i czas biegł nadal,

i klęczał nade mną w czerwieni chłopak.

Ktoś go pochwalił: "Dobra robota".


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Ten pierwszy wers z poprzedniego wytworu za nic nie chciał dać mi spokoju, więc lekko go przeredagowawszy, postanowiłem go ponownie wykorzystać. Dawno nie było przecież wytworu erosomańskiego, prawda?


I tylko nie jestem pewien czy dedykować ten wytwór tym, którzy mają hopla na punkcie włosów, tym którzy mają kosmate myśli, czy może miłośnikom natury po prostu?


***


Bober


Stach nad Wisłą co dzień dyma,

Kaśka nogi w górze trzyma,

majtki jej krępują kostki.

Zapomniała zgolić włoski!


Gładsza byłaby Natasza,

ale poszła do Łukasza;

miał ochotę na Ilonę,

lecz szła Kaśka. To był moment!


No więc Stachu się nie zraża,

bober nic go nie przeraża,

nawet Kaśka mu się nada,

Stachu w końcu tak powiada:


"Tam gdzie rzeki, drzewa, błota,

tam i bobra trafisz okaz".


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Ehh, mojej świętej pamięci dziadek sypał takimi rymami jak z rękawa. Jak powyższe czytałem to jakbym w głowie głos dzidka słyszał...

Zaloguj się aby komentować

Artysta koniunkturalny, wiadomo, ma za zadanie zadowolić jak najszersze grono odbiorców. Możliwe wszystkich, najlepiej by było. Wątków LGBT chyba jeszcze w swoim cyklu sonetów grudziądzkich nie poruszałem, więc przyszła pora na to aby tę lukę uzupełnić:


Tradycyjny, lokalny patriota, acz z nutką nowoczesności


Stach nad Wisłę co dzień dyma,

na ramieniu worek trzyma;

worek trzyma, w worku zwłoki:

patriota to grudziądzki.


Była mama, był już tata,

topił siostrę, topił brata,

dzisiaj idzie topić żonę.

Skończą ludzie się za moment

z rodowego inwentarza!


Stachu jednak się nie zraża,

nie narzeka i nie biada.

Na deficyt taka rada:

jak to czyni Europa,

Stachu weźmie męża. Chłopa!


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Dziś nie będzie długich wstępów. Nie będzie szerokiego przedstawiania motywów dla których to właśnie ten a nie inny utwór zdecydowałem się jako utwór #diproposta zaproponować w rozpoczynającej się właśnie LXII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Ot po prostu: siedziałem sobie, słuchałem muzyki z Youtube i kiedy przeczytałem tę przygnębiającą wiadomość, że wieńcem zwycięstwa (z liści być może wcześniej opadłych?) to właśnie moją skroń koleżanka @Wrzoo zdecydowała się – nie podejrzewam jej o złośliwość – udekorować, w głośnikach rozlegał się akurat utwór Nie lubię już Polski .


– „Kurczę, w sumie fajny jest ten tekst” – pomyślałem sobie wtedy. – „No i nie powinno być trudno czegoś do niego ułożyć” – tak sobie na dodatek jeszcze wtedy przypuściłem.


Sprawdźmy więc to moje przypuszczenie. Oto i tekst autorstwa pana Kazika Staszewskiego:


***


Kazik Staszewski

Nie lubię już Polski


Kolejna zima, a śniegu ni ma

Ja tego nie mogę wytrzymać

Gdy byłem młodszy, byłem bardziej beztroski

Nie lubię już Polski!


Kolejna wiosna wasza, nie nasza

Oleksy, Kwaśniewski – rządząca klasa

A orzeł tyle, że dostał koronę

Korona zdobi komunę!


Kolejne lato, sopocka plaża

Sopocka plaża syfem zaraża

A w sierpniu pogonią się znowu stada

Święto muzyki to zdrada!


Kolejna jesień – syfiasta, nie złota

W ciągłym mroku chlupie j⁎⁎⁎na hołota

O dwadzieścia siedem godzin, drogi kolego

Dzień krótszy od najdłuższego


Kolejny koncert, czego byśmy nie grali

– Polska! – ryczy pół sali

Gdy byłem młodszy, byłem bardziej beztroski

Nie lubię już Polski!


***


Tekst zdecydowałem się przytoczyć w całości, żeby jednak zbytnio nie obciążać zapracowanych poetów, zadanie konkursowe obejmuje tylko czternaście jego pierwszych wersów – tych z pogrubionymi końcówkami. Można oczywiście, nie mam nic przeciwko, zarymować sobie do całości. Tak jak nie mam też nic przeciwko żeby ktoś przesłał mi swój wiersz anonimowo, a ja go zamieszczę poprzedzając tylko odpowiednią notatką. Nie wymagam tego oczywiście, choć nie jestem też pewien, czy nie popełniam tutaj błędu. No ale trudno, najwyżej będę żałował.


Konkurs rozstrzygniemy za tydzień, 07.02.2025 według zasad które zostaną stworzone w miarę potrzeb, odpowiednio do rozwoju sytuacji konkursowej.


Uczestnikom życzę dobrej zabawy i powodzenia, a sobie wysokiej frekwencji, choć w granicach rozsądku.

Zaloguj się aby komentować

Wczoraj kolega @KLH2 napisał pięknie, że poezja musi recenzować rzeczywistość. A rzeczywistość bywa niestety taka, że atakuje nas od czasu do czasu. Więcej! Bywa też i tak, że rzeczywistość atakuje nas wciąż tymi samymi sposobami, zachowując przy tym jeszcze pewną regularność, co może świadczyć o jej wyrachowaniu albo i o pewnym jej cynizmie nawet. Tak jak to jest na przykład z cyklicznym, corocznym nadejściem zimnej, szarej i deszczowej jesieni.


Na szczęście natura (poprzez ewolucję) bądź też cywilizacja (poprzez kulturę i wychowanie) wyposażyła nas w pewne mechanizmy, które pozwalają nam może nie tyle te ataki odpierać, to wydaje się niemożliwe, co sobie z nimi w jakiś tam sposób radzić. Jednym z takich sposobów może być tej rzeczywistości zaklinanie. I nic to, że rzeczywistość pozostaje wobec tego naszego zaklinania całkowicie obojętna. Ważne jest to, że – choć nic się nie zmienia – to zaklinającemu robi się nagle jakoś lepiej.


Pora roku może do tematyki nieadekwatna, no ale taki wiersz #diriposta w kolejnej edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zdarzyło mi się napisać, więc go publikuję:


***


Ostatni liść topoli


Obawiałem się, że spadł.

Pokonało by to mnie –

ugasiło życia żar;

ale z ulgą patrzę: jest.


Wszystko by zaczęło gnić

gdyby puścił gałązkę,

gdyby upadł na glebę.

Ja bym chyba umarł też.


Już jesienią obrósł pień

tej topoli, tylko gdzieś

jeden żywy został liść.


Nie da rady mu jesień,

on ją trzyma w dystansie:

wiś więc liściu! Wiecznie wiś!

@George_Stark właśnie z mojej kawy od dwóch tygodni potwornie opadają liście. I jak Ty, mówię do każdego z nich: "wiś, liściu!", bo chyba niedługo taka łysa zostanie

Zaloguj się aby komentować

W związku z tym, że w LXI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zadanym tekstem di proposta jest wiersz(?) oparty o wyrażenie w języku obcym, to i ja postanowiłem się o jakiś język obcy oprzeć, co by nie wyszło na jaw, że żadnym językiem obcym nie posługuję się w stopniu zadowalającym. I tak się jakoś stało (samo!), że tym językiem obcym jest język wroga. A jak język wroga, to wiadomo: od razu pojawia się cała nasza historia i martyrologia, a wraz z nią i szowinizm i nacjonalizm i jeszcze wszystkie te inne podniosłe sprawy (czy, żeby sprawy mogły być podniosłe, to musiały wcześniej upaść, tak jak Jezus upadał pod ciężarem krzyża?; czy, jeśli upadały, to czy przy okazji tego upadku się przypadkiem trochę nie pobrudziły, a przynajmniej nie przykurzyły się nieco?). Niemniej jednak: Polska dla Polaków, Ziemia dla ziemniaków, księżyc dla księży a Wisła dla Grudziądzczan, o czym przekonał się pewien Hans, który, również mając swoją historię (i być może również martyrologię, inną jednak, rzecz jasna, od naszej) przyjechał w wiadomym celu do miasta, które dla niego ciągle nosi nazwę Graudenz, tak ja to było kiedyś, jeszcze za czasów, gdy po tym mieście Graudenz chodzili jego przodkowie w białych płaszczach z czarnym krzyżem na plecach:


***


So ist das Leben


Nad Wisłę przyjechał raz Hans

i żonę swą zabrał tam też;

nad Wisłą utopców trwał bal –

Hans żony chciał pozbyć tam się.


Bo żona zaczęła mu gnić,

nie zakonserwował jej nic,

rozkładał mu żonę już tlen,

chciał w Wisłę cisnąć ją hen.


So ist das Leben – już wie,

nad Wisłą przekonał się,

gdzie z planów nie wyszło mu nic.


So ist das Leben – musicie

niemieckich trzymać się rzek:

Hans, weź nad Łabę ty idź.

Zaloguj się aby komentować

Padł ostatnio pod moim adresem zarzut, że zamiast pisać jerzowskie sielanki, to piszę jakieś hocki klocki . Choć gatunek określony przez organizatorkę trwającej właśnie w kawiarni #zafirewallem kolejnej (której?) edycji zabawy #naopowiesci nie pozostawia mi wiele możliwości manewru, to zrobiłem co mogłem i, pozostając w gatunkowych ramach horroru (apokalipsa zombie, mam nadzieję, się do horroru zalicza?), postarałem się o sielankowe, szczęśliwe zakończenie kolejnego wariantu tej samej chyba historii. Tak że, spoilerując trochę zakończenie: żyli. Nie mam, co prawda, pojęcia czy żyli długo i szczęśliwie, no ale żyli. A to już zawsze coś.


Uwaga! Tekst ponad dwukrotnie przekracza zadaną maksymalną dopuszczoną do konkursu długość. Można to zrzucić na karb mojego poszanowania zasad, można rozpatrywqćć to przez pryzmat dyspensy długościowej, której udzieliłem sobie sam z racji tego, że dwa poprzednie moje opowiadania były jednak krótsze niż można było napisać, można ukarać mnie za to jakimiś punktami karnymi, jak to drzewiej w zasadach poprzednich edycji bywało, choć w zasadach obecnej edycji nie ma ani słowa o konsekwencjach ich nieposzanowania. Ale można też (co zalecam!) mieć pretensje do bohaterki opowiadania, która to w pewnym momencie postanowiła zasunąć mi tak długi monolog, że aż się sam przy spisywaniu tego monologu zmęczyłem.


***


Jest tak, jak powinno być


Ulica Marszałka Focha, główna arteria komunikacyjna Grudziądza, stała. Wjazd w nią blokował zatrzymany na środku skrzyżowania, skręcający z ulicy Dworcowej tramwaj, który zastygł w połowie wykonywanego manewru, wtedy kiedy nagle zanikło napięcie w zasilającej go sieci trakcyjnej. To jednak nie ten unieruchomiony tramwaj linii T2 był przyczyną całkowitego zatrzymania ruchu nie tylko w centrum miasta, nie tylko w całym Grudziądzu i nie tylko w województwie Kujawsko-Pomorskim, czy też w całej Polsce, a może nawet i poza jej granicami. Równocześnie z zanikiem napięcia zgasły też silniki większości samochodów znajdujących się wtedy w ruchu. Dlaczego tylko niektórych? I jak daleko rozprzestrzeniła się ta katastrofa, ta apokalipsa, która tak niespodziewanie spadła wtedy na świat – a może tylko na część świata? – tego nie było wiadomo. Nie było też wiadomo co było jej przyczyną. Nie było na ten temat żadnych ogólnodostępnych przypuszczeń i spekulacji, nie powstawały żadne teorie spiskowe, których wcześniej, natychmiast po nastąpieniu nawet znacznie mniejszej skali zjawiska, w Internecie pojawiało się mnóstwo. Do zdezorientowanych ludzi nie docierały żadne informacje. W momencie katastrofy przestała działać wszelka oparta na elektronice komunikacja.


Aplikacje w telefonach komórkowych natychmiast przeszły w tryb offline, w taki tryb przeszły również Mapy Google, które większość kierujących wykorzystywała do nawigacji, a nawet kiedy nie tej nawigacji nie potrzebowali, kiedy znali miasto i tak w większości mieli tę aplikację uruchomioną, używali jej bowiem do wyznaczenia optymalnej trasy, która omijałaby korkujące się ulice.

– Noż k⁎⁎wa! Co jest, do c⁎⁎ja?! – rzucił sam do siebie elegancki zasiadający za kierownicą granatowego Opla Insigni, którego silnik z nieznanego powodu nadal pracował. Mężczyzna ten przeniósł wzrok na wbudowany w deskę rozdzielczą samochodu ekran. – Przecież nie pokazuje mi tutaj żadnego korka, do c⁎⁎ja!

Mężczyzna spojrzał na zegarek. Wziął trzy głębokie oddechy.

– „Noż k⁎⁎wa! Ja pi⁎⁎⁎⁎lę! Spóźnię się, do c⁎⁎ja!” – pomyślał już spokojniej.

Na spóźnienie nie mógł sobie jednak pozwolić, był przecież przedstawicielem Rady Miasta i był umówiony na spotkanie z delegatem Ministerstwa Kultury, a spotkanie to miało dotyczyć kandydatury miasta Grudziądza do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury.

Mężczyzna, wiedziony silnym poczuciem obowiązku, wyłączył więc silnik, wysiadł z samochodu i piechotą udał się do pobliskiego Centrum Kultury Teatr, gdzie miał umówione to niezwykle ważne spotkanie. Wydawało mu się, że powinien na nie zdążyć.


Cierpliwość jest cechą mocno indywidualną, stąd inni kierujący, którzy utknęli w tym niespodziewanym korku w różnym odstępie czasowym szli w ślady kierującego Oplem Insignią. Jedni porzucali swoje auta wcześniej, inni robili to później. Jeszcze inni, ci najbardziej cierpliwi, ale również i ci, którzy nawet w obliczu katastrofy nie potrafili znaleźć w sobie nawet krzty zaufania do drugiego człowieka i, wiedzeni żądzą obrony stanu swojego posiadania, postanowili pilnować tej swojej własności aż do końca, zostawali w autach. Znajdowano ich później. Znajdowano ich rozkładające się zwłoki.


Katastrofa, oprócz zniszczenia, może nieść też za sobą inne niespodziewane skutki. Tak zdarzyło się również i w tym przypadku. Zatrzymany ruch drogowy w jednej chwili zakończył ponadstuletnią trójstronną wojnę, wojnę toczoną od czasu wprowadzenia na rynek pierwszego samochodu osobowego, Forda model T, wojnę toczoną pomiędzy zmotoryzowanymi, pieszymi i cyklistami. Nie były do zakończenia tej wojny potrzebne żadne negocjacje pokojowe, nikt nie musiał stawiać nikomu żadnego ultimatum, nikt też żadnego ultimatum nie był zmuszony przyjmować. Ta wojna zakończyła się samoistnie. Zakończyła się, bo zmieniły się okoliczności. Zakończyła się, bo kiedy ruch drogowy zatrzymał się, nie było już o co walczyć. Katastrofa pozostała, co prawda, bez wpływu na działanie odchodzących już powoli do lamusa klasycznych rowerów napędzanych siłą ludzkich mięśni, ale mało kto już w nowoczesnym mieście Grudziądzu wykorzystywał te archaiczne pojazdy do czegokolwiek. W ogóle mało kto wykorzystywał do czegokolwiek jakiekolwiek rowery, chyba że dostawcy jedzenia, oni jednak woleli korzystać z „rowerów” napędzanych silnikiem elektrycznym. I, być może nawet, ci dostawcy, zmuszeni okolicznościami, przesiedli by się na rowery mechaniczne, dostarczanie pożywienia jest bowiem jednym z podstawowych mechanizmów zapewniających funkcjonowanie jakiejkolwiek cywilizacji, gdyby nie to, że na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji nie otrzymywali żadnych zamówień. Na skutek zaniku opartej na elektronice komunikacji ludzie nie mieli jak tych zamówień składać. Ludzka cywilizacja chyliła się ku upadkowi.


– „Черт возьми, я не думаю, что у нас когда-либо была такая засуха.” – wpatrując się w ekran swojego iPhone’a myślał pochodzący z Rosji Iwan, student grudziądzkiej Wyższej Szkoły Demokracji, który po zajęciach, a często również w ich trakcie, dorabiał jako kurier rowerowy.

– „Ciekawe czy kupon w Lidl Plus mi zadziała? I czy będę mogła dalej zbierać Żappsy?” – zastanawiała się Weronika, młoda gospodyni domowa, kiedy kolejny raz uruchomiła ponownie telefon, postępując tak, jak ojciec pierwszego z jej piątki dzieci (jak on miał na imię?) zawsze jej radził, kiedy coś dziwnego działo się z jakim urządzeniem elektronicznym.

– „Rozkładać parasol czy nie rozkładać?” – głowił się Krzysztof, starszy mężczyzna, który swój telefon wykorzystywał głównie do sprawdzania tego, jaka jest pogoda, bo akurat ta informacja wyświetlała mu się od razu na ekranie głównym. Sam dzwonił raczej rzadko, nie bardzo miał gdzie. Połączeń przychodzących też nie otrzymywał wielu, tyle co od czasu do czasu zadzwonił do niego jakiś specjalista od fotowoltaiki – na co jednak bezdomnemu panele słoneczne? I gdzie w ogóle miałby je zainstalować?

– „Ciekawe co tam na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi?” – zastanawiał się wysoki mężczyzna, który, niewzruszony sytuacją, spokojnie spacerował przez miasto ze swoim psem.


W taki właśnie sposób Grudziądz przemienił się w miasto-widmo. Stał się miastem chodzących po ulicach zombie, wpatrzonych w swoje, równie jak oni półmartwe telefony, choć rzeczywistość mocno rozminęła się ze scenariuszami kreowanymi przez pisarzy-fantastów, którzy z mniejszym bądź większym rozmachem przedstawiali czytelnikiom zrodzone w ich chorych głowach wizje żywych trupów błąkających się po świecie w poszukiwaniu mózgów. Mózgów, które mogłyby wyrwać a później zjeść. Grudziądzkie zombie nie poszukiwały mózgów. Czuły, że nikt w całym Grudziądzu nie ma już nawet szczątków takiego organu jak mózg. Znały – być może intuicyjnie? – zjawisko atrofii, choć z powodu braku mózgu nie potrafiły go nazwać. Wiedziały jednak – być może z autopsji? – że narząd nieużywany zanika.


I do takiego właśnie Grudziądza trafili bohaterowie naszej opowieści: Pacha, nazwiskiem Umyta i Ostrowski, imieniem Jerzy. Dlaczego spotkali się akurat w Grudziądzu? Byli przecież umówieni w Głogowie, nad Odrą i to właśnie tam Pacha czekała cierpliwie na Jerzego. Czekała na niego kilkanaście dni. Jerzy jednak w umówionym miejscu spotkania uparcie się nie pojawiał, a nie pojawiał się w nim nie ze względu na złośliwość czy obojętność, ale nie pojawiał się w nim na skutek problemów z czytaniem ze zrozumieniem. Z wysłanego mu przez Pachę SMS-a, ostatniego SMS-a, jak się miało później okazać, którego Pacha kiedykolwiek wysłała i ostatniego, który Jerzy kiedykolwiek odebrał, wywnioskował, że miejscem spotkania jest Gorzów. I to właśnie w Gorzowie Jerzy czekał na Pachę tak cierpliwie, jak cierpliwie Pacha czekała na Jerzego w Głogowie.


Gdyby ta dwójka dotarła do Grudziądza wcześniej, gdyby znajdowali się w którymś z aut zatrzymanych na ulicy Focha, najpewniej to Jerzy byłby tym, którego ciało zostałoby znalezione w stanie rozkładu wewnątrz któregoś z zatrzymanych na ulicy pojazdów. To właśnie Jerzy cechował się bowiem większą niż Pacha cierpliwością. I to właśnie z tego powodu po upływie dwóch tygodni w czasie których ani Jerzy nie pojawił się w Głogowie, ani Pacha nie pojawiła się w Gorzowie, Pacha postanowiła skontaktować się ze swoim wybrankiem. Sięgnęła w tym celu po swój telefon komórkowy.

– „No nie! Motyla noga! Nie ma zasięgu!” – wyciągnęła słuszny wniosek na widok małego, pustego trójkąta, który wyświetlał się w prawym górnym rogu ekranu. Nie odkładając smartfona, ciągle wpatrując się w jego wyświetlacz, przespacerowała się w tę i z powrotem wzdłuż brzegu rzeki. W niczym to nie pomogło – znacznik zasięgu wciąż sygnalizował brak połączenia z siecią. Sygnalizował brak połączenia z siecią nawet wówczas, kiedy Pacha wspięła się na wierzchołek najwyższej w okolicy topoli.

– „No kurza stopa!” – pomyślała mocno już zdenerwowana sytuacją. Wówczas jednak dostrzegła siedzącego na gałęzi obok niej gołębia.

– „No dobra, załatwimy to inaczej.” – ucieszyła się na jego widok.


– „Ja wiem, że kobieta musi się spóźniać, taka już jej kobieca natura” – pomyślał Jerzy, którego znajomość kobiet była równie głęboka, co teoretyczna – „ale zaczynam się martwić. No nic. Poczekam jeszcze ze dwa tygodnie, a potem spróbuję się zorientować o co może chodzić.”

Po podjęciu tej męskiej decyzji Jerzy wrócił do przerwanego zajęcia i wyciągał z Odry co większe okazy spływających nią śniętych ryb. Rozkładał później na brzegu szeroko ręce, samemu przed sobą szczycąc się swoimi wędkarskimi osiągnięciami, po wędkarsku zawyżając nieco i tak już imponujące własne wyniki wędkarskie. To właśnie wtedy na jego lewym przedramieniu wylądował gołąb. Gołąb upstrzył rękę Jerzego guanem.

– „Za życia zostałem pomnikiem” – pomyślał nasz aspirujący wieszcz i rozmarzył się, oczami wyobraźni widząc już buldożery strącające figurę Adama Mickiewicza ze stojącego na krakowskim Rynku cokołu po to, żeby zrobić tam miejsce dla poety od Mickiewicza jeszcze większego. Kiedy ta wspaniała wizja dobiegła końca, optyka Jerzego ponownie skoncentrowała się na przyodrzańskiej rzeczywistości. Zauważył obrączkę na nóżce gołębia i wciśnięty za nią kawałek papieru. Opętała go dzika żądza. Papier oznaczał zapisane na nim słowa, a słowa wręcz fizycznie domagały się od niego tego, aby je przeczytać.


Po przeczytaniu wiadomości Jerzy natychmiast i bezzwłocznie, nie zabierając ze sobą żadnych rybich zwłok („Coś się upoluje po drodze, jak Hemingway” – pomyślał) wyruszył na północny wschód. Wyruszył w kierunku miasta Grudziądza. W tym samym kierunku wyruszyła też i Pacha, o czym poinformowała go w przesłanym za pomocą gołębia liście. W liście, w którym zmieniała miejsce spotkania na miasto, którego nie sposób pomylić z żadnym innym miastem na całym świecie.


Do Grudziądza Jerzy dotarł pierwszy. Nie dość, że miał bliżej, to jeszcze Pacha po drodze co i rusz zatrzymywała się po to, żeby pooglądać igrające w krzakach ptaki, a także przydarzyła jej się pewna nieprzyjemna przygoda.


Jerzy siedział w ogródku nieczynnej restauracji McDonald’s znajdującej się przy zbiegu ulic Marszałka Focha i Józefa Włodka, która była przedłużeniem ulicy Dworcowej. Wszędzie dookoła chodziły wpatrzone w telefony grudziądzkie zombie. Potrącały się nawzajem, wpadały na siebie i na znajdujące się na ulicy obiekty. Jedno z nich, niska blondynka o dziewięciu palcach, przez pół godziny uparcie uderzała czołem o przeszklony parkan mający osłaniać restauracyjny ogródek przed hałasem dobiegającym z sąsiadujących z nim, gwarnych niegdyś jezdni. Jerzy ignorował te żywe trupy. Spoglądał na zablokowanie skrzyżowanie. Oglądał stojący na jego środku zastygły w połowie manewru skrętu tramwaj linii T2 i zastanawiał się ile dałoby się za taki tramwaj wyciągnąć na złomie. Pieniądze by mu się przydały – tak myślał, był bowiem głodny i chciał kupić sobie coś do jedzenia. Po drodze okazało się, że żaden z niego Hemingway – nic nie udało mu się upolować. Może dlatego, że nie miał broni? Nie ruszał się jednak z ławki przed tą wykwintną restauracją serwującą niegdyś najwyszukańsze dania kuchni amerykańskiej. Obawiał się, że kiedy on oddali się w celu zdobycia pożywienia, właśnie wtedy na miejsce dotrze Pacha. Obawiał się, że widząc, że nie ma go na miejscu ustalonego przez nią spotkania obrazi się i gdzieś sobie pójdzie. I weź tu później szukaj wiatru w polu! Szukaj igły w stogu siana! A później weź się jeszcze i, z tego swojego oddalenia, weź się jej jeszcze wtedy wytłumacz!


Pacha nadeszła po trzech dniach. Nadeszła od zachodu, od strony Wisły. Nadeszła ulicą Włodka i to dlatego Jerzy, odwrócony w kierunku ulicy Dworcowej, jej nie zauważył. Tamtego dnia wiatr, delikatny kujawsko-pomorski zefirek wiał od strony Wisły niosąc ze sobą aromat mułu, wilgoci i tataraku. Niesione znad wody powietrze wolne było tamtego dnia od zwyczajnego dla grudziądzkiego odcinka Wisły zapachu trupów, przemienieni bowiem w zombie mieszkańcy miasta już od dłuższego czasu nikogo w Wiśle nie utopili – ot, tyle, co od czasu do czasu któryś z nieumarłych sam przez nieuwagę pogrążył się w topieli, ale dla Wisły było to tyle co i nic. Z taką nieznaczną liczbą zwłok Wisła radziła sobie bez problemu. Jerzy nagle wyczuł w powietrzu jeszcze inny zapach – zapach róży.


Perfumy nałożone na ciało u każdego człowieka zachowują się troszeczkę inaczej. Ten sam zapach u różnych osób przybiera różne odcienie. Zapachu róży, który wtedy poczuł, Jerzy nie mógł pomylić z żadnym innym zapachem na całym świecie. Nawet jeśli ten zapach był, tak jak się to tam wtedy w tym Grudziądzu zdarzyło, zapachem róży lekko przefermentowanej.

– Pacho! Jesteś! Różyczko ty moja! – krzyknął obracając się na ławce, po czym wstał i podbiegł w kierunku swojej ukochanej.

Różyczka wyglądała dokładnie tak samo jak pachniała: twarz miała upstrzoną wysypką – płaskie, różowe plamy zlewały się na niej ze sobą. Włosy miała w nieładzie, przetłuszczone, a końcówki były niepodcięte. Jerzy nie przejął się jej wyglądem, sam zresztą wyglądał nie najlepiej, czym również i Pacha się nie przejęła, Jerzy bowiem zawsze wyglądał nie najlepiej. Tylko ta niewiadomego pochodzenia biała, zaschnięta plama na jego lewym przedramieniu wydała się Pasze w jakiś niezrozumiały dla niej sposób nobilitująca.


Zerwał się więc wtedy Jerzy ze swojej ławki i podbiegł do Pachy, i porwał ją w ramiona, i w tych ramionach uniósł ją, i uściskał ze wszystkich swoich sił, których, wygłodzony, nie miał zbyt wiele, ale uścisk ten wzmocniony był całą tą tęsknotą, jaką przez ten nieskończenie długi czas rozłąki przeżywał i wzmocniony był też całą tą radością, jaką wstąpiła tam w niego z powodu tej nieskończenie długiej rozłąki zakończenia, był to więc, mimo osłabienia Jerzego, uścisk wyjątkowo silny.

– Auć – powiedział, coś bowiem wbiło mu się wtedy pod żebro.


„Nie ma róży bez kolców” – jak to powiadają, a tym kolcem, którym Pacha, ta róża Jerzego, ukłuła go wtedy po żebrem, była stłuczona szklana butelka umieszczona w kieszeni jej różowej, mocno przybrudzonej bluzy-kangurki.


– Przepraszam! Przepraszam cię, Jerzy – powiedziała Pacha, kiedy mężczyzna odstawił ją na ziemię. – Przepraszam! Z tej radości zapomniałam że schowałam sobie na później resztkę malinowego Kubusia. Wiesz jak trudno go teraz dostać? Ostatnią butelkę, małą zresztą, bo dużych to już chyba nigdzie nie ma, znalazłam w Biedronce w Łabiszynie. Zresztą, tę Biedronkę przejęli szabrownicy i grabią teraz ludzi, którzy przychodzą tam po zaopatrzenie. Wiesz ile oni wzięli ode mnie za tego Kubusia? Wiesz ile? DWIEŚCIE SZEŚĆDZIESIĄT CZTERY złote wzięli, bandyci jedni! Moje ostatnie pieniądze wzięli! Ostatnią moją gotówkę! Ale co ja mogłam?! No sam powiedz: co ja wtedy mogłam?! Jak w taką długą podróż miałam się udać bez malinowego Kubusia?! No sam powiedz, jak miałam?! A później, kiedy w Solcu Kujawskim zobaczyłam Wisłę, to zaczęłam biec, bo pomyślałam, że to już Grudziądz, tak mi się pomyliło. Taka byłam wyczerpana. Taka byłam wyczerpana, że aż mi się, tak jak tobie z tym Gorzowem, pomyłka geograficzna przytrafiła, i zaczęłam tam biec ciesząc się na spotkanie z tobą i potknęłam się o wystającą studzienkę kanalizacyjną i się przewróciłam i wypadła mi ta butelka z malinowym Kubusiem i rozbiła się na asfalcie. I wylizałam z tego asfaltu to, co się udało mi z niego wylizać, ale nie wszystko udało mi się z tego asfaltu wylizać i wpadłam wtedy w rozpacz. Rozpacz mnie wtedy ogarnęła i pomyślałam, że chyba już do ciebie nie dojdę, że już mi się do ciebie nie uda dotrzeć, no bo jak miałam iść dalej, jak tu iść tyle kilometrów bez malinowego Kubusia w zanadrzu?! No jak miałam iść?! Sam powiedz. Ale później pomyślałam, że ty na pewno znajdziesz jakiś sposób na to, żeby dla mnie tego Kubusia malinowego zdobyć, jesteś w końcu mężczyzną, prawda? – jesteś mężczyzną czy nie? – i to dało mi siłę do tego żeby się podnieść i żeby iść dalej, ale zanim jeszcze się podniosłam i poszłam dalej, to zobaczyłam, że ta butelka, co to z kieszeni mi wypadła, to tylko szyjka się w niej utłukła i trochę na górze też się zniszczyła, ale denko w niej ocalało, denko zostało w całości i jeszcze nad tym denkiem ścianki były, choć ostre i postrzępione, ale jednak były i trzymały resztki tego mojego ostatniego malinowego Kubusia wewnątrz, jak w szklance go tam w tej potłuczonej butelce trzymały i to mi dało wtedy siłę i nadzieję. I to właśnie wtedy wstałam i zabrałam ze sobą te resztki Kubusia malinowego i niosłam go z ostrożnością, niemal z nabożnością niosłam go wtedy dalej i dopiero w gdzieś okolicach Sztynwagu go wypiłam, bo już z pragnienia nie mogłam dłużej wytrzymać, a później wylizałam to szkło do czysta i chciałam je wyrzucić, ale nie było tam nigdzie kosza na śmieci, a przecież nie mogłam wyrzucić go ot tak, gdzieś przy drodze czy do lasu nie mogłam go przecież wyrzucić, bo nawet kiedy świat się kończy to nie można przecież tak zrobić, bo to nieładnie, więc schowałam go do kieszeni mojej bluzy-kangurki, a później zupełnie o nim zapomniałam i dlatego właśnie się ukłułeś, za co ogromnie cię przepraszam, przepraszam cię, Jerzy.

– Nie no, luz. Nic się nie stało – powiedział Jerzy głosem zamyślonym, bo inne myśli już mu wtedy głowę zaprzątały. Miał w tej swojej głowie istną galopadę, istny natłok myśli, a każda kolejna myśl, która przez tę jego głowę tam mu wtedy przemknęła, zatrzymywała się w niej w pewnym momencie i dołączała do tych wszystkich poprzednich, które również się tam w tej jego głowie wtedy zatrzymały, i rosła, rosła tak jak i rosły te wszystkie inne poprzednio zatrzymane, a każda z tych myśli była tylko kolejnym wariantem tej samej obawy „skąd ja tu jej teraz w tym postapokaliptycznym Grudziądzu malinowego Kubusia wytrzasnę?”.


I usiedli razem na ławce przed tą zamkniętą restauracją, i Pacha z ciekawością rozglądała się dookoła, a Jerzy patrzył na Pachę i we wzroku jego było tyle samo miłości co było też i w nim czujności i obawy. I za każdym razem, kiedy tylko Pacha otwierała usta, on odzywał się pierwszy. Byle tylko nie dać jej dojść do głosu. Byle tylko nie dopuścić do tego żeby miała okazję zadać mu tego pytania o malinowego Kubusia. Pytania, które mogło zniszczyć to wszystko, co jeszcze im na tym świecie pozostało. To, co nie zostało jeszcze w nich zniszczone.


Więc pytał ją Jerzy:

– A jakiegoś ciekawego ptaka niespotykanego może gdzieś tam po drodze widziałaś? – pytał. Albo:

– A jakiegoś szczególnie śmiesznego poliszdżołka może sobie przypominasz? – pytał. Albo:

– A jakiś sonet ci przypadkiem może nie przyszedł do głowy? – pytał.

I pytał ją jeszcze o wiele innych rzeczy, aż w końcu wykorzystał cały zasób pytań jakim dysponował i zamilkł. Wtedy odezwała się Pacha:

– A znasz może legendę o Wielkim Plusku? – zapytała.

– Coś tam kojarzę – odparł Jerzy. – Było coś o dwumetrowych falach i o wodnej róży niesionej na grzbiecie jednej z nich i jeszcze…

– Ale tam było też o tym, że woda w Wiśle ma smak malinowego Kubusia! – wykrzyknęła nagle Pacha i zerwała się z ławki. – Chodźmy, Jerzy! Chodźmy nad Wisłę!


I Pacha pobiegła, a Jerzy pobiegł za nią i chciał ją ostrzec przed piciem wody z Wisły, bo legendy legendami, ale fakty są takie, że na grudziądzkim odcinku Wisły woda może sobie zawierać co tam tylko chce, Jerzy nie miał pojęcia co mogła tam ta woda jeszcze zawierać, ale przede wszystkim zawiera trupi jad – tego akurat był zupełnie pewien. Biegł jednak znacznie wolniej od Pachy i kiedy wreszcie dotarł nad brzeg, jego ukochana już klęczała nad korytem rzeki i złożonymi dłońmi czerpała z niej wodę, a później ją wypijała. Jerzy patrzył na to przejęty zgrozą.


Tak jak przejęty zgrozą był też i później, kiedy Pacha wstała z kolan, kiedy z uśmiechem obróciła się w jego kierunku, po czym cała jej twarz nagle zrobiła się zupełnie fioletowa. Tak jak przejęty zgrozą był i wówczas, kiedy sfioletowiała Pacha popędziła w krzaki.


A później z tych krzaków dobiegł go uspokajający bulgoczący dźwięk i zaraz po nim równie uspokajający zapach, który wymieszał się z zapachem sfermentowanej róży i cała zgroza opuściła wtedy Jerzego.


– „Jest dobrze. Jest tak jak było. Jest tak, jak powinno być” – pomyślał. Bo natura sobie poradziła. Ekosystem posapokaliptycznej Wisły oczyścił się z trupiego jadu, który zdążył już spłynąć do Bałtyku. W wiślanej wodzie zostały tylko zanieczyszczenia w postaci starych dobrych bakterii escherichia coli.


***


3216 słów, bez wstępu i tytułu.

Zaloguj się aby komentować

Kolega @splash545 zasugerował żeby takie opowiadanie napisać, więc napisałem. Napisałem je motywowany obawą, żeby mnie przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


Miało być bardziej o różach, bo za punkt wyjścia obrałem sobie piękny utwór wykonywany przez pana Nicka Cave’a z jego zespołem The Bad Seeds oraz z panią Kylie Minogue pod tytułem Where the wild roses grow (w polskiej, niemal tak samo pięknej wersji nagrali to między innymi pan Maciej Maleńczuk do spółki z panią Anną Marią Jopek, z tej polskiej wersji zresztą pożyczyłem sobie sampel do opowiadania). No ale po drodze gdzieś mi to opowiadanie uciekło w swoją stronę, nie chciało się słuchać, co w zasadzie mnie cieszy, bo w ten sposób i mnie samego zaskoczyła historia, którą opowiedziałem, a to zwykle jest miłe. I tym razem takie właśnie było. A piszę o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby nie uchybić prawu cytatu i poinformować, że ten sampel tam w tekście jest i podać jego źródło. No i jeszcze trochę po to, żeby się podzielić ładnym utworem muzycznym. A nawet dwoma.


===


Wodna róża


– Trochę się boję – powiedziała.

– To może ty chcesz pierwsza… – zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć.

– Nie. Tak będzie dobrze. Tak, jak się umawialiśmy.

Schylił się więc i podniósł leżący na plaży przyniesiony tam wcześniej kamień. Wcześniej znaleźli ten kamień wspólnie. Wspólnie przynieśli go z miejsca leżącego nieopodal, z małego zagajnika, w którym rosły dzikie róże. On zerwał tam też jeden z kwiatów i również ten kwiat przyniósł ze sobą na plażę. Zrobił to dla niej. Zrobił to, bo ją kochał. A ona kochała róże.


Otrzepał kamień z piasku. Wydawało mu się, że tak trzeba. Że należy go otrzepać. Że takim brudnym się nie godzi.

Spojrzał jej w oczy.

– Możesz się odwrócić? – zapytał.

Odwróciła się. Nie patrzyła już na niego. Patrzyła na Wisłę.

Uderzył.


Uderzył mocno, więc się przewróciła. Przewróciła się twarzą w piach. Uderzył mocno, więc jej twarz zagłębiła się piachu grudziądzkiej plaży.


Odczekał chwilę.

– „Udało się” – pomyślał.

Nie oddychała. Gdyby oddychała, uniosłaby głowę. Albo krztusiłaby się piaskiem. Tak przynajmniej sobie kombinował. Nie wiedział przecież jak to jest. Nigdy wcześniej nikogo nie zabił.


Jeszcze na plaży obrócił ją na plecy. Była piękna. Piękna jak śmierć, więc kwiat róży w martwe usta włożył jej na do widzenia.


Później wrzucił ciało do rzeki. Przez chwilę stał na brzegu i obserwował jak prąd unosi zwłoki jego ukochanej. W Grudziądzu był przyjezdnym, nie znał miejscowych obyczajów. Nie wiedział jak zachowuje się ciało wrzucone do Wisły. „Jak kamień w wodę” – mówią.


Tak mówią, ale nie mają racji. Kiedyś, kiedy był dzieckiem, wrzucał kamienie w wodę, kamienie rzeczywiście od razu opadały na dno. Z jej ciałem było inaczej. Jej ciało unosiło się na wodzie. Płynęło z prądem. Dopiero po jakimś czasie, dopiero kiedy niemal zniknęła mu już z zasięgu wzroku, kiedy niemal skryła się za porastającym zakole rzeki tatarakiem, zniknęła pod wodą. Stało się to nagle i niespodziewanie i wcale nie był pewien, czy rzeczywiście widział tę rękę, którą ją pod wodę wciągnęła.


Jeszcze później sam stanął na brzegu. Rzekę miał za plecami. Patrzył na zielony zagajnik, który porastał brzeg od miejsca, gdzie kończyła się plaża. Podziwiał białą korę brzóz, zachwycał się soczystą zielenią liści i traw. Najbardziej jednak podobał mu się intensywny róż kwiatów dzikiej róży. To była ostatnia rzecz, jaką w tym życiu oglądał, nie spojrzał bowiem na lufę rewolweru, którą wsunął sobie do ust zanim pociągnął za spust.


***


W ustach poczuł smak malinowego Kubusia.


– Udało się, Jerzy! Udało się! – krzyknęła Pacha.

Jerzy uśmiechnął się, jeszcze nie do końca przytomny, a zanim w pełni odzyskał świadomość podziwiał akrobacje, jaka Pacha z radości wyczyniała w tym podwodnym świecie, do którego, tak jak mieli nadzieję, udało im się po śmierci trafić. Nieskrępowana ograniczeniami życia na lądzie wywijała w wodzie salta i koziołki. Wykorzystując wyporność, szalała radośnie, tak jak ptaki potrafią szaleć w powietrzu. Szalała z radości tak, jak żywym nie jest i nigdy nie będzie dane szaleć.

– I w ogóle wszystko tutaj jest takie cudowne! – Pacha nie przerywała potoku słów, który wypływał z jej ust. – Wisła ma smak malinowego Kubusia i wcale nie ma tak, jak w sklepach, że go nie ma! I jeszcze są tutaj wszyscy! Wszyscy, za którymi tak się stęskniłam! @DiscoKhan tutaj jest! I @CzosnkowySmok też tutaj jest, choć z nim akurat dzieje się coś niedobrego.


Jerzy rozejrzał się dookoła. Faktycznie, na wschodzie udało mu się dostrzec podwodne jurty wykonane z dwudziestopięciolitrowych foliowych opakowań po żwirku dla kota Benek, a między jurtami błyskały kolorowe światła, jakby z kuli dyskotekowej, choć mogły to też być błystki używane przez wędkarzy polujących na szczupaki. Kiedy spojrzał zaś na zachód, zobaczył wznoszącą się pod wodą budowlę. Budowla ta swoją smukłością przypominała wieżę Saurona, choć jej kształt kojarzył się Jerzemu raczej z waginą, od czego zresztą zaraz zachciało mu się do Pachy przyssać. Zimna wiślana woda o smaku malinowego Kubusia natychmiast jednak ostudziła te jego zapały. Na szczycie budowli powiewała unoszona rzecznym nurtem flaga, flaga przedstawiająca białe koło na tle czerwieni, w tym zaś kole dumnie prezentował się czarny cień czosnku. Jerzy ze zgrozą spoglądał w tamtym kierunku.

– Tak, ze Smokiem dzieje coś niepokojącego – powiedziała Pacha, która przerwała swoje podwodne akrobacje i zatrzymała się koło Jerzego. – Smok chyba zwariował. Bredzi coś, że jakiś Trzeci Rzeszów będzie tutaj zakładał, wąs nawet taki wąski pod nosem zapuścił. Ale nie ma co się tym na razie przejmować. W razie czego popłyniemy pod prąd i może uda nam się dotrzeć do jakiejś Rumunii?

– Tak, ta Wisła tak dziwnie płynie – zamyślił się Jerzy. – Cholera wie, gdzie można jej korytem dotrzeć. Wiesz co? Masz rację. Nie ma się co martwić na zapas.

I Jerzy ucałował Pachę, a później poprawił spoczywający za jej uchem kwiat dzikiej róży, który przekrzywił jej się w czasie tych podwodnych akrobacji, a który musiała tam wcześniej z ust swoich przełożyć, bo inaczej nie mogłaby przecież mówić.


***


Mężczyzna ten powiedział żonie, że idzie biegać nad Wisłą, ale nie było to prawdą. Mężczyzna ten często okłamywał w ten sposób swoją żonę, choć kiedy wychodził z domu, rzeczywiście udawał się nad Wisłę. Nie biegał tam jednak, a oglądał topiki – wodne pająki, których żona nie pozwalała mu hodować w domu, była bowiem kobietą twardo stąpającą po ziemi i uznawała tylko pająki lądowe.


Mężczyzna ten ukucnął nad brzegiem Wisły i spokojnie wpatrywał się w jej toń. Oglądał nawodne igraszki owadów, podziwiał lekkość z jaką ważki poruszają się w powietrzu, ale przede wszystkim zachwycał się ślizgiem topików, które wyglądały tak, jakby tańczyły na wodzie zrozumiały tylko dla nich jakiś tajemniczy pajęczy taniec. Mężczyzna ten nie przejmował się spływającymi Wisłą ciałami, mieszkał bowiem w Grudziądzu od dawna i zdążył już przywyknąć do miejscowego folkloru. Wspomniał nawet z uśmiechem panią Mikulską, swoją nauczycielkę matematyki z gimnazjum, którą całą klasą dawno temu, któregoś pierwszego dnia wiosny wrzucili do wody, mimo że miała na imię Marzena, a nie Marzanna, tak jak i była mężatką, zresztą raczej z tych gorących, a nie jakąś tam zimową panną. Tak było im jednak łatwiej niż przyznać się wieczorem w domu, że na jutro trzeba przynieść do szkoły materiały do wykonania Marzanny.


Mężczyzna ten nie przewidział tamtego dnia jednej rzeczy. Nie przewidział, że kobieta zmienną jest i nie spodziewał się, że akurat tamtego dnia jego twardo stąpająca po ziemi małżonka ulegnie przeczuciu, że zaufa swojej kobiecej intuicji i również postanowi wybrać się na spacer nad Wisłę. Małżonka tego mężczyzny zrobiła tamtego dnia to, czego ten mężczyzna się nie spodziewał: założyła kalosze, zabrała ze sobą psa i powędrowała nad rzekę.


Mężczyzna ten dziwił się temu co tamtego dnia ujrzał w wodzie, bo choć posiadał dużo rozleglejszą wiedzę w dziedzinie entomologii niż botaniki, bo choć niczym zaskakującym nie były dla niego płynące Wisłą zwłoki, to podwodna róża nie była dla niego widokiem, do którego byłby przyzwyczajony. Słyszał co prawda o liliach wodnych, ale żeby o wodnych różach? Nie, co to, to nie. O takim czymś na pewno nigdy w życiu nie słyszał.


Mężczyzna ten dziwił się więc temu co zobaczył, zachowując jednak w tym swoim zdziwieniu iście stoicki spokój. Ten jego stoicki spokój zaburzyło dopiero rozlegające się za jego plecami radosne szczekanie. Szczekanie, które poznał od razu.

– „Ziomeczek?” – zdziwił się mężczyzna, po czym odwrócił wzrok od rzeki. Widok, jaki ukazał się jego oczom przeraził go. Przeraził go tak, że aż z tego przerażenia zesrał się gacie.


Mężczyzna ten był wyszkolony w sztuce samoobrony, wiedział więc, że najlepszą obroną jest atak. Ponieważ nie miał przy sobie karabinu, był bowiem po godzinach pracy, zaatakował żonę słownie:

– Co ty jakaś psychopatka jesteś żeby męża swojego śledzić?! – zapytał.


Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Dwie pary rąk, jedne kobiece i jedne męskie, wystrzeliły nagle z wody, uczepiły się łydek mężczyzny i pociągnęły go ku sobie. Mężczyzna zachwiał się, stracił równowagę i runął do rzeki. Mężczyzna ten to był kawał chłopa, spokojną tego dnia taflę wody zaburzył Wielki Plusk.


***


Gdańszczanie, którzy tamtego dnia udali się na szaber aż w okolice Mikoszewa, tam gdzie Wisła ma swoje ujście, bo wszystkie bliżej leżące sady zdążyli już wcześniej rozszabrować, opowiadali później, że fale na Wiśle miały ponad dwa metry wysokości. Niektórzy mówili też, że na grzbiecie pierwszej z nadciągających fal można było dostrzec wodną różę – kwiat rzadszy nawet niż legendarny kwiat paproci.


===


1339 słów


#naopowiesci

#zafirewallem

Pierwsza część opowiadania bardzo klimatyczna i mocna. Bardzo mi się spodobała.

Kolejna była za to wspaniała. xd

A trzecia część była jeszcze wspanialsza i klimatyczna. Właśnie za tę część nie masz się co obawiać tego:

przypadkiem w akcie zemsty przy najbliższej okazji, wiedziony grudziądzkim instynktem, nie utopił.


A taką robisz legendę Grudziądzowi i tamtejszemu fragmentowi Wisły, że nie widzę innej możliwości niż zorganizować jakoś na wiosnę spotkania kawiarenki #zafirewallem właśnie na grudziądzkiej nadwiślańskiej plaży w celu zrobienia ogniska i przekonania się co jeszcze tam się zdarzy.

ba310296-0be7-4627-85fe-9c1cfff922e7

Zaloguj się aby komentować

Natura jest piękna. Można siedzieć, obserwować ją i podziwiać. I zachwycać się nią można i można robić to całymi godzinami. Prawa natury jednak są twarde. Są nieubłagane. Wiedzą o tym szczególnie mieszkańcy wsi, bo oni żyją z tą naturą blisko, a nie do końca prawdą jest to, co napisał słynny chłopski poeta mongolski Janko Chanowski, że wsi spokojna, wsi wesoła. To nie tak. Życie na wsi, oprócz tego, że bywa piękne, bywa też i trudne. Bo to wiadomo: a to czasami lis z kurnika kurę uprowadzi, a to czasami pijany sąsiad miedzy nie zauważy i pół naszego pola porzeczek zdarzy mu się w pierony zaorać, a to diaboł się nie wiadomo skąd we wsi pojawi i, panie, w studnię napaskudzi, a to za dziewką goni, straszy, grozi że dupczył będzie. Kradnie, panie chudobę i spyżę. Niszczy a psuje, naprzykrza się, na grobli ryje, doły kopie jak piżmowiec albo bober jaki, woda z jednego stawu szczętem uciekła i karpie posnęły. We stogu lukę palił, kurwi syn, z dymem puścił wszystko siano…*


I mimo że i diaboły się na wsiach zdarzają, to wiersz poniższy nie o mocach piekielnych traktuje, ale o zwykłych, naturalnych problemach, z jakimi mieszkańcy wsi muszą się mierzyć na co dzień, szczególnie latem. Ten wiersz opowiada o tym tragicznym konflikcie pomiędzy podziwianiem piękna przyrody, a walką z tą przyrodą w celu zapewnienia sobie przetrwania. Być może po to, żeby, przetrwawszy, dalej można było to piękno przyrody podziwiać:


***


Uczta much


Żaden to Lot trzmiela, to jest balet muszy!

Na wsi za stodołą milion much tańcuje!

W kupie przecież siła! Kupy nikt nie ruszy!

No, chyba że muchy. Co też obserwuję.


Po tych tańcach: uczta! Obyczajem muszym

każda w kupie gnoju miejsce swe zajmuje,

głodne i zmęczone, chcą napełnić brzuchy:

kupę gnoju much kupa kupą okupuje.


Martwić się zaczynam: – „A gdy gnój się skończy?

Czym ociec na wiosnę pole nam obrzucą?”


No więc biorę miotłę i zbliżam się z wolna,

macham nią nad gnojem: ucztę pora kończyć!

Muchy już, niestety, lecz odlecieć muszą!

Gówno bez nawozu, nie produkcja rolna!


***


* – cytat z opowiadania Kraniec świata pana Andrzeja Sapkowskiego


***


#diriposta

#nasonety

#zafirewallem

drobna uwaga. w oryginale stoi jak byk "taivan unjdag, khögjiltei unjdag" Błąd jest powielany z wydania na wydanie aż od 1276, a sprawcą tegoż jest nieszczęsny Grzegorz ze Storkowa.


Tak więc dla jasności: wisi spokojna, wisi wiesioła - tak należy czytać epos Chanowskiego

Zaloguj się aby komentować

Teraz się chyba mówi, że to są crossovery? Albo może i mówi się na to inaczej? – w zasadzie to nie mam pojęcia. Chodzi mi jednak o sytuacje, kiedy autor w jednym swoim dziele wprowadza postaci z innych dzieł własnych. Zrobił tak pan Twardoch, wprowadzając do Króla Konrada Willemanna, bohatera Morfiny, robi tak pan Pilipiuk, wprowadzając postać Jakuba Wędrowycza do innych opowiadań (opowiadań bezjakubowych, jak nazywają je jego fani, choć mam wątpliwości czy semantycznie poprawnym jest nazywanie opowiadania „bezjakubowym” po wprowadzeniu do niego Jakuba), podobnie robił też pan Vonnegut na przykład z postacią Kilgore’a Trouta – podobnie, bo u pana Vonneguta było to jednak trochę inaczej.


Teraz zrobiłem tak i ja, bo kiedy uświadomiłem sobie, że z ostatnim wyrazem pierwszego wersu pięknego utworu di proposta w LX edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem , tak wspaniale rymuje się słowo „puszy”, nie byłem w stanie powstrzymać się przed zrobieniem tego, co zrobiłem poniżej. Bo tylko jedna bohaterka literacka w całym świecie – tak w świecie realnym, jak i wświecie zmyślonym – potrafi się tak fantastycznie puszyć. I w taki oto sposób jedna z postaci Pana Jerzego trafiła do grudziądzkiego uniwersum:


***


Na grudziądzkiej plaży


Usiadła nad Wisłą, ale się nie puszy,

prąd ciała unosi – ona obserwuje;

łza z oka pociekła, wiater ją osuszył

i na sucho teraz topielcom współczuje.


Czy za sprawą kolców tej nadbrzeżnej róży

coś z dzikością wściekłą w serduszku ją kłuje?;

na dodatek jeszcze w gardziołku ją suszy:

sercowo-gardłowy tam dyskomfort czuje.


– „Jakże tak na sucho?!” – więc Kubusia sączy

(choć z malinowymi jest na ryku krucho),

wzięła bananowy – wysączyła do dna;


nagle, na żołądku – jakby ucisk pnączy!,

jak się kiszki w brzuszku naraz nie poruszą! –

poleciała w krzaki ta ptaszyna polna.

Zaloguj się aby komentować

Czy randkę, której główną treścią jest spacer można potraktować jako podróż? Czy jednostronną rozmowę, wygłaszany przez kogoś monolog można potraktować jako rozmowę? I co w ogóle można potraktować jako romantyczne? Jak trafić na idealną partnerkę (albo partnera) i czy w ogóle jest to możliwe, kiedy dookoła same groby pobielane? Takie pytana pojawiły mi się w głowie, kiedy skończyłem pisać to opowiadanie, którym zgłaszam się do kolejnej edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem .


***


Muszę przypudrować nosek


Pachniała bzem i agrestem. I czymś jeszcze. Ten trzeci zapach czasami przebijał się przez tę intensywną nutę jej perfum i bywał niepokojący. Starałem się ignorować go, dopuszczać do siebie tylko te dwa pierwsze. Bez i agrest. A jednak coś jeszcze. To coś, czego nie umiałem wtedy nazwać. To, co nie dawało mi wtedy spokoju.


Makijaż nosiła mocny. Miała wymodelowane, równe brwi, pociągnięte czarną kredką. Na powieki nałożyła ciepły, ciemnoróżowy cień, cień przechodzący w czerwień, kiedy wychodziliśmy z kręgu światła padającego z ulicznych latarń. Te jej powieki kończyły się najgrubszymi i najciemniejszymi rzęsami, jakie w całym swoim życiu miałem okazję oglądać. Wydatne usta miała równo pomalowane szminką o burgundowym odcieniu, kilka tonów ciemniejszą od tego cienia na powiekach i doskonale się z nim komponującą. Na twarz miała nałożoną grubą warstwę ciemnego pudru. Ten puder znajdował się również na jej szyi, nie wyłączając karku, na co zwróciłem uwagę kiedy, wychodząc z kawiarni, przepuszczałem ją w drzwiach a podmuch wpadającego do pomieszczenia wiatru rozwiał jej kruczoczarne włosy. I może zdziwiłby mnie wtedy ten upudrowany kark, gdyby nie to, że jeszcze bardziej zdziwiły mnie jej upudrowane dłonie. Dłonie zresztą również miała wspaniałe. Długie, smukłe palce pianistki zakończone wypielęgnowanymi paznokciami dokładnie pokrytymi lakierem w kolorze czerwonego wina. Być może tylko mi się wydawało, że pod tymi paznokciami dostrzegłem brud. Czarne półkola, jak gdyby osadziła się tam ziemia.


Nie nosiła za to żadnej biżuterii. Żadnych pierścionków na tych smukłych palcach, żadnych kolczyków w uszach, żadnego łańcuszka z wisiorkiem, który mógłby spocząć na opinającej się na jej wydatnych piersiach białej bluzce, którą założyła pod czarny żakiet.


Lubię biżuterię u kobiet. Biżuteria jest dla mnie tym akcentem, który podkreśla kobiecość. Jest dla mnie tej kobiecości zwieńczeniem. To właśnie dlatego w czasie tego naszego spaceru przez miasto zatrzymałem się przed wystawą zamkniętego już o tej porze sklepu jubilerskiego.

– Podoba ci się? – zapytałem wskazując na jeden z wielu pierścionków, które znajdowały się za szybą.

Zmieszała się. Przez chwilę nie powiedziała nic, zresztą w ogóle przez cały wieczór niewiele mówiła. Być może bała się że mówiąc rozmaże tę szminką, którą miała na ustach. Że zaburzy tę idealną kompozycję, jaką tamtego wieczoru stanowiła. Czasami miałem wrażenie, że nawet nie oddycha. Być może właśnie z tego powodu.

– Przepraszam, muszę przypudrować nosek – powiedziała po chwili zupełnie ignorując moje pytanie i nie czekając na odpowiedź żwawym krokiem ruszyła w kierunku wejścia do najbliższego baru. Od razu poszedłem za nią. Kiedy tylko minąłem próg, rozejrzałem się po sali. Zdążyłem tylko zobaczyć zamykające się za nią drzwi do damskiej toalety.


– „Dba o siebie. Chce zrobić wrażenie” – pomyślałem wtedy. Bo faktycznie, od początku naszej randki, od kiedy spotkaliśmy się w kawiarni często wychodziła do toalety poprawić makijaż, choć nie zauważałem żeby była taka potrzeba. – „A może się denerwuje? Potrzebuje chwili na uspokojenie?” – przyszło mi też do głowy, bo sam również byłem dość spięty. Również chciałem wypaść dobrze.


Czekając na jej powrót oglądałem swoje odbicie w wiszącym przy wejściu do baru lustrze. Byłem z siebie zadowolony. Męska, wyrażająca pewność siebie postawa, włosy, pomimo wieku, wciąż ciemne i gęste, pokrywające całą czaszkę, równy, zadbany zarost. Tak, prezentowałem się dobrze i taka kobieta jak ona idealnie by do mnie pasowała. Byłaby wspaniałym akcentem podkreślającym moją męskość, idealnym tej męskości zwieńczeniem. Upewniwszy się, że wszystko jest ze mną w porządku, zająłem się poprawianiem krawata, który delikatnie przekrzywił mi się na szyi. A może tylko tak mi się wydawało?


– Już – usłyszałem nagle jej słodki, cichy głos tuż obok siebie. I poczułem bez. Bez i agrest. I poczułem to coś jeszcze.

– To chodźmy – spojrzałem na nią i chciałem chwycić ją za rękę, ona jednak się odsunęła.

– Chodźmy – powiedziała.


Poszliśmy. Szliśmy wzdłuż głównej ulicy, później skręciliśmy w stronę parku. Nie mówiła wiele, w zasadzie nie mówiła nic. To ja mówiłem. Opowiadałem jej o swoim życiu, o pracy, o moich wyjazdach i o klubie strzeleckim, którego byłem przewodniczącym, a przy okazji najlepszym strzelcem. Ona co jakiś zatrzymywała się, sięgała do torebki po lusterko i przeglądała się w nim. Dobrze nam się wtedy rozmawiało.


Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży rozkołysał się, w mieście rozległy się cztery uderzenia.

– Zaraz będzie świtać – powiedziałem, a ona znów się zmieszała.

Rozejrzała się dookoła niepewnym wzrokiem, spojrzała w niebo.

– Ja… Ja muszę już wracać – powiedziała i, nie czekając na moją reakcję, chciała odejść. Nie pozwoliłem jej na to. Złapałem ją za rękę, ująłem tę wspaniałą, smukłą dłoń, na której tak pięknie prezentowałby się zaręczynowy pierścionek, który już miałem zamiar jej kupić.


Poczułem chłód. Jej dłoń była zimna i sztywna. I lekka. Jej dłoń została w mojej ręce, oddzieliła się, odpadła od reszty jej ciała. Po chwili te jej oddzielona od reszty ciała dłoń rozsypała się w mojej dłoni, zmieniła się w proch, który pokrył moje palce. Ona zaś szła dalej.


Dopiero po chwili odwróciła się i spojrzała na mnie. Spojrzała na mnie po raz ostatni. W niczym nie przypominała już tej wspaniałej kobiety, z którą spotkałem się kilka godzin temu. Nie była już wcale kobietą, teraz była upiorem. Płat skóry, wciąż pokryty pudrem, zwisał jej z policzka odsłaniając żuchwę, ukazując światu jej poczerniałe zęby. To rzuciło mi się w oczy. To najbardziej zapamiętałem. I jeszcze ten zapach. Ten smród. Smród zgnilizny i rozkładu.


– Przepraszam, muszę… Muszę przypudrować nosek – powiedziała, po czym poleciała jej z oka jedna jedyna łza. A później cała rozpadła się w proch.


***


873 słowa, licząc bez wstępu i tytułu

Dzwon na grudziądzkiej katedralnej wieży

Best can Grudziądz do is bazylika ¯\_( ͡° ͜ʖ ͡°)_/¯


A co do opowiadania do fajny klimacik i opisy.

Zaloguj się aby komentować

Czekanie na opóźniony o 180 (jak narazie!) minut pociąg na zimnym dworcu można wykorzystać na rozmaite sposoby. Można na przykład się denerwować i kląć pod nosem (albo i na głos), ale można też napisać sonet #diriposta na potrzeby zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem *. Podejmując tę drugą aktywność, skostniałymi od chłodu palcami wystukałem na telefonie to co poniżej.


Pan Julian Tuwim napisał kiedyś taki piękny utwór pod tytułem Bal Wisielców (który dał tytuł równie pięknemu spektaklowi wystawianemu kilkanaście już chyba lat temu przez kielecki teatr imienia Stefana Żeromskiego), a ja chyba postanowiłem się nim zainspirować:


***


Bal topielców


Toż to nie mgły są, a gnilne gazy!

Skrywają one brudny beż piachów

tej nadwiślańskiej, grudziądzkiej plaży,

plaży umarłych, topielców i strachów.


To trupy się bawią! Śmieją się, krzyczą!

Widać: po zgonie nic się nie zmienia.

I jeszcze piją: aż do zapomnienia!,

bo sobie o śmierci pamiętać nie życzą.


I radość z tym gnilnym smrodem roznoszą

jak gdyby chciały obwieścić światu

że uraz do swych zabójców nie noszą,


że nie ma wcale w nich życia braku,

tak jak na przykład ten jeden osiłek,

co pannę poderwał. I klepie ją w tyłek.


***


* - nie jest oczywiście zabronione robić obie te rzeczy jednocześnie.

@George_Stark nawet mam przed oczami pewną ustronną, grudziądzką, nadwiślańską plażę. Jest ona całkiem sporych rozmiarów, ciągnie się przez prawie kilometr. No ale nic dziwnego skoro trupów dużo ma się na niej pomieścić, to i musi być długa.

A tak dla smaczku dodam, że pochowałem na niej 2 szczury.

@George_Stark Sam wiesz lepiej co Cię inspirowało, ale ja tu widzę więcej podobieństwa do "W prosektorium" Zembatego niz do Tuwima. Więcej jest u Ciebie... trupiej radości.

@Statyczny_Stefek


Trudno byłoby mi się zainspirować utworem, którego wcześniej nie znałem. Choć teraz już znam i jest ładny, szczególnie końcówka.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Znacie to uczucie, kiedy za nic w świecie nie da się usnąć, choć noc jest późna i jest się jednak całkiem zmęczonym? Ja znam, boleśnie przypomniałem je sobie wczoraj. Ten stan, o którym piszę, to jest stan, kiedy nie mam za bardzo co ze sobą zrobić, bo jedyna sensowna rzecz, jaka przychodzi mi wtedy do głowy, rzecz, którą można się zająć tak późno w nocy, to czytanie jakiejś książki. Cóż jednak z tego czytania, jeśli zaraz okazuje się, że wzrok tylko prześlizguje się po kolejnych wersach, po kolejnych akapitach czy kolejnych stronach nawet, a jedyne co pojawia się w głowie, to świadomość, że z tych kilku przed chwilą przeczytanych stron nic w tej głowie nie zostało.


I właśnie tak miałem wczoraj. Odłożyłem więc książkę i, po dłużących się kilku czy kilkunastu minutach przewracania się z boku na bok zająłem się czymś, co jeszcze bardziej przeszkadza w zaśnięciu, to jest zająłem się przeglądaniem pierdół w Internecie (choć filtr światła niebieskiego mam włączony we wszystkich urządzeniach z ekranami których używam). I znalazłem w tym internecie coś, co ogromnie mi się spodobało. Znalazłem w tym Internecie wiersz. Wiersz pochodzący prawdopodobnie z miejsca odległego, tak geograficznie jaki i kulturowo, bo wiersz ten był napisany w obcym języku. Być może jest to jakiś dowód na to, że granice na mapie są tworami sztucznymi i zupełnie niepotrzebnymi, bo wiersz ten, tak uważam, jest bliski nam, całej społeczności kawiarni #zafirewallem, jeśli chodzi o kwestię wrażliwości jego autora.


Przeczytałem więc ten wiersz, ucieszyłem się swoim wnioskiem, być może na wyrost, o pewnej wspólnocie wrażliwościowej całego gatunku ludzkiego i tak ucieszony zasnąłem. A teraz zapragnąłem podzielić się tym wierszem z Wami, bo być może i Was on również ucieszy.

d737f650-ff21-4f1b-9df8-8e737799ee51

@George_Stark mi pomaga wstanie, zaparzania ziółek, rozwieszenia prania, opóźnienie zmywarki jak się puszcza na noc. Czytanie książek też pomoże, przewietrzenie pokoju. Napewno nie TV, pecet ani telefon bo wypala gały w nocy. Tylko zamkniesz oczy a widzisz bialość.

Zaloguj się aby komentować

Z wielkiej trójki naszych sztandarowych polskich poetów romantycznych najwyżej cenię tego najmniej, tak mi się wydaje, cenionego przez ogół, to jest pana Cypriana Kamila Norwida. Ten to właśnie pan Cyprian Kamil Norwid napisał kiedyś taki ładny wiersz Nad grobem Julii Capuletti w Weronie i być może to właśnie tym wierszem jakiś się zainspirowałem chcąc podjąć kolejną próbę reinterpretacji (bo chyba każdy już to kiedyś robił, być może nawet i ja sam już to kiedyś wcześniej zrobiłem, tylko o tym nie pamiętam) stworzonej przez pana Szekspira tragicznej historii miłości Romea i Julii.


I tylko zastanawiam się czy w tej LVIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem podświadomie poddaję się sugestii kolegi-organizatora dotyczącej jej tematu przewodniego (podświadomie, bo przecież on ma prawo ustanowić zasady jakie chce, a ja mam prawo mieć te zasady w d⁎⁎ie), czy też może to ja mam jakiś tydzień geograficzny (może marzą mi się jakieś podróże w związku z nieuświadomionym jeszcze noworocznym postanowieniem?), bo każdy z wytworów, który dziś napisałem jednako traktuje tak o śmierci, jak i o jakimś konkretnym mieście.


***


W Weronie

czyli Nawet i śmierć nas nie rozłączy

albo W zdrowiu i w chorobie


Najromantyczniejsze porywy młodzieży

jak najsmutniejszy znajdują koniec –

tak się zdarzyło też kiedyś w Weronie,

gdzie Julia obok Romea leży.


Pomimo rody dzielącej rubieży

rozgrzał ich serca miłości płomień

i splotły się w śmierci kochanków dłonie

bo Romeo długo już wcale miał nie żyć.


A Julia by także bez niego nie żyła,

i nie o to idzie, by była zazdrosną,

gdy się wydało, że trawi go kiła,


chodziło jej wówczas wyłącznie o to

że niechże i w niej się krętki rozrosną:

„Więc kończże Romeo, we mnie, idioto!”

Zaloguj się aby komentować

Lata długie minęły już o czasu, kiedy to ostatni raz miałem przyjemność być w Pradze (w zasadzie to wybrałbym się tam znowu – może jest to jakiś pomysł?), a było to tak dawno, że wymieniało się jeszcze wtedy gotówkę w kantorze i z taką wymienioną gotówką jechało się za granicę, a zanim się jeszcze tę granicę przekroczyło, to trzeba było się na niej poddać kontroli. Ale faktycznie, już wtedy kiedy ostatni raz tam byłem, to gdy płaciło się w sklepie, rachunki były zaokrąglane do pełnej korony. Jak jest teraz, to nie mam pojęcia, bo później, kiedy miałem okazję bywać w jakichś przygranicznych czeskich miejscowościach, w sklepach płaciłem już kartą.


***


Autodefensteracja


Zrezygnowali Czesi z halerzy,

zaokrąglają ku pełnej koronie –

w Czechach halerzy nastąpił koniec.

Niektórym ciężko było to przeżyć.


Jak pewien Honza, który na wieży

hradczańskiej stanął raz na balkonie

i w dół popatrzył, pomachał żonie.

Był ateistą – poniechał pacierzy.


Negocjatorka zaś go namówiła

żeby z balkonu tego się cofnął

i kiedy już w sukces swój uwierzyła


to naraz zrobiło się wtedy głośno:

bo Honza, z miną nie bardzo radosną,

praskim zwyczajem skoczył przez okno.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Niedziela niedzielą, ale obowiązki poetyckie podjąć należy, szczególnie, że są to obowiązki poetyckie względem miasta Grudziądza.


***


Czasami bywa i tak, że mimo chęci czy mimo nawet wewnętrznego przymusu zachowania jakiejś tradycji, bo tradycja to rzecz jest święta przecież, nie mamy możliwości zachować się tak jak zachować by się należało. I wtedy, żeby uspokoić sumienie, robimy coś obok. Robimy rzecz bardzo zbliżoną: na wigilijną wieczerzę zamiast karpia przygotowujemy dorsza albo halibuta, bo jakoś nigdzie nie dało się tego karpia kupić, a nawet jak się go kupić dało, to były te karpie albo za małe, albo za duże, albo za bardzo śmierdziały mułem. Albo jeszcze inny przykład: odwiedzamy, zgodnie z tradycją, groby naszych bliskich w dniu Wszystkich Świętych (co zgodnie z doktryną powinniśmy robić raczej w dniu zadusznym; doktrynę jednak należałoby zrozumieć, tradycji za to rozumieć nie trzeba) i, również zgodnie z tradycją, chcemy na tych ich grobach zapalić znicze. Limity emisji dwutlenku węgla nie pozwalają nam jednak upamiętnić naszych zmarłych żywym ogniem, kupujemy więc te nowoczesne, ekologiczne znicze elektryczne, takie z bateryjką. I stawiamy je na nagrobkach, i włączamy ten uporządkowany przepływ elektronów, i mamy poczucie, że jesteśmy w zgodzie z tradycją, choć tak naprawdę jesteśmy tej tradycji obok. Tak jak i obok tradycji (a również i obok rzeki) był kiedyś jeden z mieszkańców wspaniałego miasta Grudziądza. I również zmusiły go do tego okoliczności:


***


Pochówek nie do końca zgodny z tradycją


Powiedzmy, że miał on na imię Jerzy,

powiedzmy, że miał on powód by żonie

śmierć zadać, że zrobił to w samoobronie,

w co nawet w końcu sąd mu uwierzył.


Powiedzmy, że z ciałem nad Wisłę pobieżył,

i że obciążył mu stopy i dłonie,

że chciał zobaczyć jak ono tonie,

że pewność chciał mieć, że ono leży

na dnie, że wodna je skryła mogiła,

że ryby je zjedzą lub glony obrosną...


Lecz niespodzianka tam się zdarzyła,

bo stanął nad rzeką i patrzy: – A co to? –

miejsc brak: w wodzie od trupów aż tłoczno,

więc, wbrew tradycji, cisnął je w błoto.


***


#nasonety

#zafirewallem

@UmytaPacha


Dziękuję.


bidulka, chyba zbyt długo nie pozwalała się dossać ( ͡° ʖ̯ ͡°)


W pewnym wieku mogło też być tak, że chciała za często, bo to różnie przecież bywa. Ale zostawmy tę sprawę traktując ją jako liryczne niedopowiedzenie.

@George_Stark Ewidentnie w Grudziądzu, nad tą dziwną rzeką Wisłą, powinno stanąć urządzenie do wydawania numerków dla chętnych ze zwłokami...

@splash545 Ty poczekaj aż się tam przeprowadzę i będę pisał na podstawie własnych wrażeń (i być może doświadczeń), a nie na podstawie moich wyobrażeń i riserczu jedynie!

Zaloguj się aby komentować

Nigdy tego faktu nie ukrywałem, choć nigdy nie przyznałem też, że wstydzę się bycia twórcą koniunkturalnym. Że próżność, niczym nieuzasadniona męska duma, poczucie wyższości (nie tylko względem kobiet, ale względem wszystkich w ogóle, to moje poczucie wyższości nie ma akurat nic wspólnego z seksizmem, być może niestety), że mój głód pochwał, niejednokrotnie wymuszonych cyniczną manipulacją, że to wszystko to właśnie esencja mnie, to filary, na których opiera się moja niezwykle głęboka i wrażliwa męska duchowość.


Z tego też powodu nie boję się podejmowania w swojej twórczości tematów trudnych, a wciąż niestety aktualnych i kontrowersyjnych. Tak się akurat złożyło, że zarys poniższego tekstu chodził mi po głowie już od dawna i tylko przypadkiem zdarzyło się i tak, że wylał się z tej głowy i ukształtował na monitorze w jedną spójną całość właśnie teraz, kiedy to na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi wybuchła pewna afera .


Przed państwem jedna z lepszych rzeczy, jakie zdarzyły się polskiej literaturze pięknej (tak naprawdę to literaturze światowej, ale z przyzwoitości zachowam te cyniczne pozory skromności) ostatnich dwóch dekad. Opowiadanie to umieszczone jest na tak wysokiej półce, na jaką żadne polskie wydawnictwo nie sięga ani sięgać nie będzie. Nie sięgnie tam ani Fabryka Słów, ani Wydawnictwo Literackie, ani Wydawnictwo Czarne, ani nawet żadne z szerokiego grona uznanych wydawnictw zajmujących się self-publishingiem, zostaje mi wobec tego tylko opublikowane go w jedynym godnym prawdziwej, wolnej, niczym nie skrępowanej sztuki miejscu, to jest w Internecie. Zapraszam więc państwa do próby zmierzenia z dziełem, którego i tak nie zrozumiecie, bo przekracza ono możliwości waszej intelektualnej percepcji, ale być może docenicie w nim przynajmniej literacką składnię i gramatykę. A więc wejdźcie, zatrzymajcie się, przeczytajcie i wyjdźcie. A wyjdźcie po przeczytaniu koniecznie, żeby swoją niegodną obecnością nie kalać tego wspaniałego dzieła, które to właśnie zostaje wam objawione:


***


Wszyscy mężczyźni są tacy sami


W tamto błyszczące słońcem popołudnie, kiedy poranne chmury świtu wreszcie rozstąpiły się i ustała zalewająca wcześniej miasto anomalia deszczu, podjechaliśmy we trójkę pod las. Zawsze jeździliśmy wtedy we trójkę, zawsze w tym samym towarzystwie, zawsze trzymaliśmy się wtedy razem: Ja, siedzący po mojej prawicy Jezus, jedyny, ostatni mężczyzna, jaki pozostał w całym moim życiu, oraz Anioł Stróż siedząca na tylnej kanapie samochodu.


Samochodu nie było jednak wtedy żadnego, tak jak i nigdy wcześniej nie było żadnego samochodu. Było za to ciężkie życie w tym opresyjnym kraju, który wysysał ze swoich obywateli zarówno wszystkie siły potrzebne do życia jak i większość zarobionych przez nich pieniędzy, równie do tego pozbawionego sił życia potrzebnych. To właśnie dlatego nie było wtedy żadnego samochodu, tak jak nie było go też ani nigdy wcześniej, ani nie było go też nigdy później, zresztą nie ma go do teraz i raczej nigdy już go nie będzie, bo nigdy nie będzie mnie na niego w tym opresyjnym państwie stać. Nie będzie też tego samochodu tym bardziej, że nie mam również prawa jazdy, co jest winą po części tego opresyjnego państwa, ale jeszcze bardziej jest winą dominującego w tym państwie patriarchatu – zauważyliście że wszyscy egzaminatorzy w Ośrodkach Ruchu Drogowego są mężczyznami?


Na przekór jednak wszystkiemu jeździliśmy we trójkę tym wyimaginowanym samochodem, żeby nie poddawać się naciskom społecznym, żeby łamać stereotypy – do dziś przecież pokutuje przekonanie że „baba za kierownicą” – wreszcie po to żeby móc wszędzie zdążyć w tym pędzącym świecie, bo samochodem, wiadomo przecież, jest dużo szybciej niż na piechotę. Jezus siadał zawsze obok mnie, zajmował miejsce pasażera i mówił mi gdzie mam jechać, bo gubiłam się w tych nieprzyjaznych kobietom, planowanych przez mężczyzn miastach, nie mogłam nigdy zapamiętać ani tego, w którą ulicę mam kiedy skręcić, ani tego, kto na tym akurat skrzyżowaniu ma pierwszeństwo przejazdu. Czasami wybieraliśmy się też na wieczorne wycieczki poza miasto, tam z kolei Jezus przypominał mi o światłach. „Długie włącz” – mówił, kiedy jechaliśmy przez ciemną dolinę, bo ja sama zawsze o tym włączeniu długich świateł zapominałam. Moja Anioł Stróż siedziała zaś zawsze z tyłu i robiła tam „Brrrum brrum” naśladując dźwięk pracującego silnika.


W tamto błyszczące słońcem popołudnie podjechaliśmy więc we trójkę tą uliczką prowadzącą do lasu, która kończyła się nagle, urywała się na granicy lasu, zmieniając się w zanikającą w leśnym cieniu ścieżkę, a ja zobaczyłam przybity do drzewa znak ostrzeżenie zakaz wjazdu. Zatrzymałam się wtedy przed tym ostrzeżeniem, niepewna co mam dalej zrobić, bo jednak lata tresury w tym zacofanym, patriarchalnym modelu wychowania zrobiły swoje i reagowałam automatycznie na te wszystkie opresyjne znaki mówiące mi jak mam żyć, co mam zrobić, jak mam się zachować, znaki na pewno wymyślone i poumieszczane wszędzie w przestrzeni publicznej, zaburzające tę przestrzeń publiczną, przez mężczyzn, bo przecież kobiety nie zajmują się takimi rzeczami jak praca fizyczna czy umieszczanie opresyjnych znaków ostrzeżenia zakazu wjazdu.


Stałam tam tak przez chwilę, uciśniona tym patriarchalnym ostrzeżeniem zakazu wjazdu i nie wiedziałam co mam zrobić. Jechać dalej? Zawrócić i pojechać gdzie indziej? Zawrócić i zostawić auto na parkingu (opresyjne parkowanie równoległe!), a do lasu pójść na piechotę? Jezus popatrzył wtedy na mnie i powiedział „No jedź, na co czekasz?”, a ja mu odpowiedziałam „Jezu, ufam tobie” i ruszyłam przed siebie. Pojechałam prosto w las. „Brrrum brrum” – rozchodziło się z tylnej kanapy.


Jechaliśmy tą leśną ścieżką w milczeniu, podziwialiśmy majestat przyrody. Głębokie koleiny, wyżłobione kołami poruszających się ciągle po tej ścieżce patriarchalnych samochodów Służby Leśnej (zauważyliście że wszyscy leśnicy to mężczyźni?) prowadziły nas tak jak szyny prowadzą pociąg po torach. Leśnicy jeździli tymi leśnymi drogami w tę i we w tę utrzymując, że bez ich pomocy las umrze, zniknie, ulegnie zniszczeniu i rozkładowi, jak gdyby Matka Natura nie radziła sobie z utrzymaniem lasów na długo przed nimi, na długo zanim objęli las tą swoją męską, patriarchalną opieką. Na długo zanim się w ogóle na świecie pojawili.


Ten leśnik natomiast pojawił się nie wiadomo skąd, wyrósł nagle obok naszego samochodu, zmaterializował się jego lewej stronie, zaraz obok mnie i zapukał w szybę, a ja sięgnęłam do korbki i opuściłam tę szybę reagując na to jego nieme polecenie w sposób bezrefleksyjny, automatyczny, wynikający z tych wszystkich lat bycia poddawaną tresurze patriarchalnego wychowania, która skutkowała bezzwłocznym i bezwiednym wykonywaniem wydawanych mi poleceń, czego później, już po fakcie, bardzo mocno żałowałam, nieraz wypłakując wieczorem te moje porażki w kołdrę, kiedy po całym ciężkim dniu leżałam ze stoperami w uszach w swoim wynajętym łóżku w wynajętym pokoju odcinając się tymi stoperami od śmiechu, którym za ścianą raz po raz wybuchała moja zindoktrynowana współlokatorka przyjmująca, jak niemal co wieczór, odwiedziny swojego chłopaka.


„Dzień dobry pani, leśniczy Taki a Taki” – funkcjonariusz przedstawił się nie potrafiąc przy tym odmówić sobie tej perwersyjnej, patriarchalnej przyjemności stygmatyzowania mnie przez pryzmat mojej płci, zwracania się do mnie per „pani”. „Zgodnie z artykułem takim a takim” – kontynuował mój oprawca – „obowiązuje zakaz wjazdu pojazdami silnikowymi do lasów, a złamanie tego zakazu wiąże się z nałożeniem na panią mandatu karnego w dużej wysokości. Nie zauważyła pani ostrzeżenia zakazu wjazdu?” – zapytał na koniec z przekąsem, a nawet z pewną złośliwością.


Męskim zwyczajem, wciąż mnie tym nazywaniem „panią” stygmatyzując, leśnik wydał na mnie natychmiastowy wyrok nie pozostawiając zupełnie żadnej możliwości obrony! I jeszcze to pytanie na koniec! Pytanie z tezą, pytanie tendencyjne, pytanie opresyjne i atakujące, zadane wyłącznie po to, żeby mnie w tej całej sytuacji jeszcze bardziej bardziej pogrążyć, żeby jeszcze bardziej zniszczyć moją, już i tak mocno nadwątloną przez życie w tym opresyjnym, patriarchalnym świecie pewność siebie. Pytanie zadane wyłącznie po to, żeby mógł, oprócz triumfu urzędowego, odnieść nade mną jeszcze ten swój mały, płytki, męski triumf osobisty!


Milczałam. Milczałam i wpatrywałam się przed siebie, ignorowałam leśnika, nie chciałam mu dawać satysfakcji, nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem. Układałam sobie w głowie myśli, zastanawiałam się co mam mu odpowiedzieć, kiedy w końcu zakończy tę swoją opresyjną przemowę, kiedy przejdzie do konkretów i zażąda ode mnie dokumentów. Zastanawiałam się na którą ustawę mam się wtedy powołać, jakimi faktami zbić go wtedy z tropu, strącić go z tego jego męskiego piedestału żeby odnieść to niespodziewane – bo przecież w jego oczach wyglądałam już na pokonaną – małe, ale jakże istotne dla sprawy oraz dla mnie zwycięstwo.


On jednak zrobić coś zupełnie niespodziewanego, zrobił coś czym zupełnie mnie zaskoczył, zawiódł mnie nawet, można by powiedzieć, bo przecież byłam już przygotowana na dalszy ciąg tej sytuacji, wiedziałam jak powinna się ona potoczyć. Spodziewałam się walki, awantury, przekrzykiwania się, zarzucania mnie przez leśnika jego absurdalnymi argumentami i całkowite przez niego ignorowaniem moich. On jednak pochylił się do mnie i zapytał tym swoim udelikatnionym, sztucznie łagodnym, fałszywie przymilnym głosem: „No to co się stało? Dlaczego pani tutaj wjechała?”.


Już wtedy wiedziałam, że to nie będzie zwykła walka. Zrozumiałam, że ten funkcjonariusz, ten podły przedstawiciel systemu męskiego ucisku, ucieleśniający w tamtej chwili i w tamtym miejscu cały ten męski ucisk w tej swojej własnej, stojącej wtedy obok mnie obrzydliwej osobie, zdecydował się na grę o wiele bardziej wyrafinowaną, grę psychologiczną, opartą na fałszywym, pozorowanym współczuciu, na chwilowym wzbudzeniu poczucia jedności, tylko po to żeby mnie zmiękczyć, żeby mnie osłabić, a później tę moją cynicznie wzbudzoną słabość przeciwko mnie obrócić. Żeby ją przeciwko mnie wykorzystać.


Zaskoczył mnie tym pytaniem i w tym zaskoczeniu instynktownie zrobiłam najgłupszą możliwą rzecz, rzecz przed robieniem której tyle razy mnie ostrzegano, przed robieniem, której sama siebie tyle razy ostrzegałam: powiedziałam mu wtedy prawdę. „Jezus mi kazał tutaj wjechać” – powiedziałam i spojrzałam w prawo, licząc że Jezus potwierdzi moje słowa, że stanie w mojej obronie. Siedzenie pasażera było jednak puste. Jezus opuścił mnie, tak jak opuścił mnie wcześniej też każdy inny mężczyzna, któremu zaufałam, każdy inny mężczyzna, który powiedział mi kiedyś co mam robić, a później, kiedy już to zrobiłam, on się ulatniał i nie było go już przy mnie nigdy więcej. Nigdy więcej już się w moim życiu żaden z tych mężczyzn nie pojawił.


To właśnie wtedy zrozumiałam, że jestem na przegranej pozycji. Że nie mam szans w starciu z tym leśnikiem, że nie mam szans w starciu z tym mężczyzną i że nie mam szans w starciu z jakimkolwiek mężczyzną. Że nawet dwie samotne kobiety są zupełnie bez szans w starciu z jednym, choćby najsłabszym mężczyzną w tym męskim, opresyjnym, patriarchalnym świecie, bo mimo że moja Anioł Stróż nadal siedziała na tylnej kanapie, nadal wydawała tam to swoje „Brrrum brrum”, te dźwięki pracującego silnika, to leśnik nawet nie kazał mi tego silnika wyłączyć.


***


1392 słowa


***


Gdyby ktoś z państwa miałby ochotę zrecenzować powyższe opowiadanie, to proszę bardzo. Recenzje do autoryzacji można przesyłać do mnie poprzez wiadomość prywatną. Jeśli natomiast zdarzyłoby się tak, co uznaję za silnie prawdopodobne, że dzieło to przekroczyłoby waszą intelektualną percepcję i nie wstydzilibyście się ani swojej względem tego dzieła zazdrości, ani nie wstydzilibyście się też przyznania do tego, że ono was przerosło, również wtedy można się do mnie przez wiadomość prywatną zwrócić, a ja odeślę wytyczne merytoryczne do sporządzenia takiej recenzji (nie zwalnia to jednak z obowiązku przesłania jej do autoryzacji!) lub, w ramach dobrej współpracy, mogę również taką recenzję za recenzenta napisać. W tym ostatnim przypadku autoryzacja recenzji nie będzie już konieczna.


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@GazelkaFarelka


Ja jestem absolutnie zakochany we frazie "ostrzeżenie zakaz wjazdu"! Zachwyca mnie ona niesamowicie, choć muszę przyznać, że jednak przerosła moją intelektualną percepcję.

@George_Stark

nie chciałam pozwolić mu cieszyć się tym jego jego triumfem

Nie wiem czy te dwa "jego" obok siebie to celowy zabieg, czy przeoczenie, ale nadały tej wypowiedzi takiego specyficznego wydźwięku ociekającego lekko histerycznym obrzydzeniem: (...)tym jego - JEGO - triumfem!

Przynajmniej tak to w mojej zrytej głowie wybrzmiało.

W dodatku damskim głosem.

Niesprecyzowanym, choć niepokojąco znajomym...

@fonfi Do niepokojąco znajomego damskiego głosu w głowie się można przyzwyczaić, tak samo jak do męskiego zresztą.


A tym powtórzeniem to oczywiście moja pomyłka, nie miało tak być. Inaczej zaznaczyłbym to jakąś literacką interpunkcją, prawda?


No ale na redaktora ani na korektora jakoś mnie nie stać. Pieprzony, opresyjny kraj.

Zaloguj się aby komentować

Koleżanka @UmytaPacha gdzieś nam chyba odleciała, ale młoda ponoć jest, to niech się bawi. A my, starzy, przed monitorami będziemy się dziś bawić tak:


temat: ostatnia wieczerza

rymy: strzelanie - kaca - szampanie - raca


#zafirewallem

#naczteryrymy

W ostatnim dniu roku skry mają strzelanie

Wzbijają się w niebo jakby by miały kaca

To po wlanym w ognisko szampanie

W dymie wszystko wraca

33ce7027-2261-451a-9ceb-362c0d0bbabc

Dobra rada na Nowy Rok

(dla Was od mojego taty)


Klinika strzelanie

na giganta kaca,

nie działa po szampanie -

ból głowy wnet wraca.

Zaloguj się aby komentować

1261 + 1 = 1262


Tytuł: Inna dusza

Autor: Łukasz Orbitowski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Tatko ponawia swój wysiłek z podobnym efektem i ryczy w moją stronę, że jestem bezużyteczny. Pyta, czy zdaję sobie sprawę do czego go doprowadziłem: musi kraść, byśmy mieli na jedzenie. Przeze mnie trafi do więzienia, a matka będzie głodować.


Czcij ojca swego i matkę swoją – to właśnie treść czwartego przykazania przyszła mi do głowy zaraz po tym kiedy tylko skończyłem czytać Inną duszę pana Orbitowskiego i zastanowiłem się wtedy nad bezwarunkowością tego przykazania i jego całkowitą niesymetrycznością względem dzieci. Bo spośród kilku wiodących wątków w tej książce to właśnie relacje bohaterów z rodzicami, relacje niepełne, relacje dysfunkcyjne, choć dysfunkcyjne na dwa różne, dwa zupełnie przeciwne sobie sposoby, chyba uderzyły mnie najbardziej. I jest to kolejna w ostatnim czasie książka, po Szczelinach pana Szostaka (zresztą wymienionego w Innej duszy w podziękowaniach od autora dla tych, którzy pomogli przy jej tworzeniu), którą czytałem, a która w jakimś stopniu porusza wątek wpływu dzieciństwa na przyszłe życie. Tak jakby z tego właśnie wszystko inne wynikało i może to właśnie dlatego akurat to uderzyło mnie najbardziej, uderzyło mnie jako przyczyna tego wszystkiego, co zostało w tej książce opisane.


Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka by zabić, i już.


Książka Inna dusza inspirowana jest rzeczywistymi wydarzeniami jakie rozegrały się w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w Bydgoszczy. Chodzi o dwa morderstwa, popełnione przez młodego człowieka w odstępie kilku lat, morderstwa zupełnie bezsensowne, nie mające żadnej motywacji. I takim właśnie nastolatkiem (nie tym, ale takim, autor zastrzega, że fakty stanowiły wyłącznie inspirację, a Inna dusza jest fikcją literacką) pan Orbitowski się zajmuje. Przy okazji odtwarza też nastrój czasów, w których rozgrywa się akcja powieści i to udaje mu się kapitalnie. Ten nastrój buduje zarówno za pomocą szerokiego planu – opisu miejsc i realiów, jak i za pomocą szczegółów – filmy w telewizji, muzyka w radiu i na kasetach, zresztą nawet rozdziały zatytułowane są tak jak utwory muzyczne, które się w danym roku na polskim rynku ukazały.


Nie jest to książka nostalgiczna, czytając ją nie tęskniłem do mojej wczesnej młodości, która na tamten czas przypadła. Ona przedstawia tę gorszą stronę tamtego okresu i w pewnym miejscach może być dla czytelnika dość niewygodna, a nawet bolesna, co jednak ja uznałbym jako jej zaletę – jest mocno naturalistyczna. Ale ta naturalistyczność oprócz tego, że jest jej zaletą, jest również i jej wadą. Bo przez tę beznadzieję opowieść jakoś nie potrafiła mnie porwać (co nie znaczy, że jest zła, to raczej kwestia moich oczekiwań i preferencji) a momentami wręcz mi się dłużyła. Nie wspominając już o tym, że bohaterowi, temu, który zabił (celowo nie podaję imienia), daleko jest do Rodiona Romanowicza Raskolnikowa, szczególnie w kwestii jego przedstawienia.

3d13184d-5bbf-4eff-b192-0fa6d45e9277

Jak człowiek czyta albo słucha o tych różnych patologiach to tym bardziej stara się sam pracować nad tym żeby mieć normalną rodzinę.

O zdrowych relacjach rodzinnych się nie mówi, bo to nudne.

Zaloguj się aby komentować

Co to za wegatrianin co wpierdala schabowe.


Wpadł do kuchni mężczyzna

Drze mordę, że w lodówce włoszczyzna

Zrozpaczona tym kobieta

Z selera robi kotleta

Zaloguj się aby komentować