Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Obserwuje ostatnio zmniejszony ruch w naszej wspanialej kawiarence #zafirewallem , w tym rowniez i moj zmniejszony ruch, i troche sie tym martwie i zastanawiam się o co moze chodzic. A pozniej czytam, ze chyba i innym, tak jak i mnie, tez udzielila sie ta zaokienna aura. I wlasnie ten nastroj, poza jakimkolwiek konkursem, postanowilem w wytworze ponizszym postarac sie uchwycic:


***


nic mi sie nie chce


i przyszedl znowu jak co rok grudzien

i znowu niestety nie sypnal sniegiem

i zrobil ze mnie jakiegos marude

czy lenia zrobil bo nic tylko leze


wiec sobie leze i patrze w sufit

i licze na tym suficie pekniecia

a takie lezenie moze oglupic

wiec szukam sobie jakiegos zajecia


i w jakis marazm dziwny popadam

cos moze zrobic lub zmienic miejsce

nad takim wyjsciem sie zastanawiam

no tylko co z tego gdy nic mi sie chce


i coraz bardziej nic mi sie nie chce

im nie chce mi sie niczego dluzej

i nawet tego juz mi sie nie chce

zeby alt wciskac na klawiaturze

Zaloguj się aby komentować

1223 + 1 = 1224


Tytuł: Ja to ktoś inny. Septologia III-V

Autor: Jon Fosse

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


a ja siedzę w swoim samochodzie zaparkowanym przed Galerią Beyer i patrzę, patrzę na śnieg pokrywający przednią szybę i myślę, że jedną z najważniejszych rzeczy w malowaniu to umieć skończyć obraz w porę, wiedzieć, kiedy obraz już mówi to, co da się powiedzieć, bo jeśli się maluje za długo, to obraz najczęściej jest zepsuty


Drugi tom Septologii Jona Fosse zawierający części III – V nie przynosi żadnych niespodzianek. Tak w kwestii języka, emocji, jak i w kwestii historii, bo tyle co się tutaj dzieje, to to, że Asle kolejny raz jedzie do Bjørgvin, gdzie zostawia obrazy w galerii Beyera a później wraca do Dylgja, gdzie spotyka się z Åsleikiem i udaje się do niego na obiad, bo taką mają tradycję. I tyle. Tylko że w międzyczasie Asle wspomina. Cała trzecia część na przykład to wyłącznie jazda i wspomnienia. I wspomina to, jak poznał tego drugiego Aslego i to jak poznał Ales, a te wspomnienia się jakby mieszają i, jeśli czyta się uważnie, to one są niejasne i nieraz sprzeczne ze sobą. I jeszcze Asle rozważa, dużo rozważa, o Bogu szczególnie i te rozważania są ciekawe.


Tak, nie dostałem w tej książce niczego nowego, niczego, czego bym się nie spodziewał po przeczytaniu pierwszego tomu i bardzo dobrze, że tego nie dostałem, bo to co dostałem było tym czego się spodziewałem i zupełni mi to wystarcza. Jestem z tego całkowicie zadowolony. Dalej jestem zachwycony tą wspaniale równą i równie wspaniałą narracją jaką zachwyciłem się już wcześniej, dalej uważam, że takie zwykłe rozważania przedstawione w piękny sposób to jest coś o czym chcę i lubię czytać, dalej mam ochotę, nie tylko u pana Fosse, zapoznawać się z mierzeniem się autorów z tematem złudności ludzkiej pamięci. I będę bardzo niecierpliwie czekał na wydanie po polsku ostatniego tomu Septologii, zawierającego części VI-VII licząc na to, że do tego czasu te, które już przeczytałem zostaną mi w pamięci takie, jakimi były wtedy kiedy je czytałem.

774a6ad5-171a-4200-9620-e479152abbea

Zaloguj się aby komentować

1222 + 1 = 1223


Tytuł: Opowieść wigilijna

Autor: Charles Dickens

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Ośmielam się twierdzić, że spotkało mnie w życiu wiele dobrego, choć niekoniecznie miałem z tego pożytek – odparł siostrzeniec. – Boże Narodzenie to jedna z tych rzeczy.


Tak mnie jakoś naszło w tym okresie świątecznym żeby sobie odświeżyć tę nowelkę, którą ostatnio czytałem w szkole chyba i, pamiętam to, nie podobała mi się wtedy. Dziś, nieskrępowany tym, że muszę rozmieć książki, tak jak program sobie tego życzy postanowiłem przeczytać ją jeszcze raz, i postarać się zrozumieć, bo może wtedy jej nie zrozumiałem. Chociaż teraz, po zakończonej lekturze, mogę powiedzieć, że za wiele w niej do rozumienia to jednak nie ma. Ot, prosta historia, choć ładna, ale przy tym i trochę naiwna o „nawróceniu grzesznika” czy też o „skruszeniu zatwardziałego serca”. I chciałem nawet podejść do niej z pozytywnym nastawieniem, święta w końcu, i nawet podszedłem, ale to nastawienie jakoś mi się w trakcie lektury przestawiało. I nawet poczyniłem pewien eksperyment myślowy, starałem się odebrać ją tak, jak wydawało mi się, że mógłby ją odebrać czytelnik współczesny panu Dickensowi, ale i to mi się nie udało. Dlatego, że jestem zbyt współczesny? Zbyt przyzwyczajony do tego co w literaturze rozwinęło się później? Nie mam pojęcia. Chyba nie. Tym bardziej, że przecież lubię te długie, nudne, dziewiętnastowieczne powieści, w tym i te autorstwa pana Dickensa. Więc zastanawiałem się czym one różnią się od Opowieści wigilijnej i doszedłem do wniosku, że swoją złożonością. Więc czegoś się chyba w te święta o sobie dowiedziałem, dowiedziałem się, albo poczyniłem krok w kierunku dowiedzenia się, co mnie w literaturze interesuje a może nawet pociąga.


Sama książka, żeby spełnić wymogi formalne wpisu, opowiada o Ebenezerze Scrooge, człowieku interesu, który nie cieszy się świętami Bożego Narodzenia, a w zasadzie w ogóle nie cieszy się niczym, co nie przynosi mu zysku. I tego Ebenezera Scrooge’a nawiedza w wigilijny wieczór kilka duchów i pokazują mu przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a Scrooge pod wpływem tego co zobaczył nawraca się i staje się lepszym człowiekiem. Świetne przesłanie, realizacja dużo mniej świetna.


Największym dla mnie plusem z tego, że tę książkę teraz przeczytałem jest to na co na pewno nie zwróciłem uwagi czytając ją w szkole, a mianowicie kapitalne zabiegi narracyjne autora (czytałem przekład pani Patrycji Zarawskiej, to może być w tym miejscu ważne), to kierowanie się wprost do czytelnika, jak choćby w tym miejscu:


Otóż nie ulegało wątpliwości, że Marley nie żyje. Należy to wyraźnie zaznaczyć, w przeciwnym bowiem wypadku nic niezwykłego nie wyniknie z historii, którą zamierzam wam przekazać. Gdybyśmy nie byli w pełni przekonani, że ojciec Hamleta zmarł, zanim rozpoczęła się akcja sztuki nie byłoby nic szczególnego w tym, że przechadzał się nocą wśród wiejącego od wschodu wiatru po murach obronnych swego zamku. Ot, jakiś dżentelmen w średnim wieku nierozważnie pojawia się po zmroku w wietrznym miejscu […]


I to też jest coś za co tę dziewiętnastowieczną literaturę bardzo lubię, więc miło było mi takie rzeczy czytać.

a2dd232e-b45a-4b4c-b81e-7692d6858e46

Zaloguj się aby komentować

Święta już minęły, zbliża się Sylwester. A Sylwester, to wiadomo: eksplozje i wybuchy. Boją się ich psy, boją się ich i klawisze. A już szczególnie boją się ich psy i klawisze w żeńskim zakładzie karnym w Grudziądzu:


***


Tęsknota za Wisłą


W grodzie, w którym rzeka stanowi mogiłę

(choć płynie tamtędy przeciw rozsądności),

mąż się na swą żonę tak kiedyś rozzłościł,

że zakończyć zechciał małżeńskie chwile.


By rozwiązać sprawę sposobów miał tyle:

mógłby wziąć z nią rozwód – byłby koniec troski,

albo ją utopić – rzecz w stylu grudziądzkim;

on był jednak macho, więc zawierzył sile


i pamiątkę po dziadku wyjął ze stodoły,

to kaliber gruby, nie żadne pierdoły:

Stielhandgranate – porządny. Niemiecki.


I wybuchło. I żonę cisnęło do rzeczki.

Wiśle wszystko jedno – ciało skryła lustrem.


Mężowi w Szczecinie Odra teraz pluszcze.


***


#nasonety

#zafirewallem


***


@splash545! Ale żeś rymy powymyślał! Aż trudno tak to nawet ja nigdy nie zrobiłem!


Poza tym to coś Ci się ta miejska legenda wykoślawiła chyba (albo Cię okłamali, w końcu to Grudziądz, więc wszystko możliwe – i tak dobrze, że Cię tam nie utopili!), ale na szczęście zrobiłem risercz i dotarłem do, że się tak wyrażę, źródeł .


No i proszę mnie zdyskwalifikować jakby co, ale nie mogłem przecież tego „pluszcze” nie wykorzystać.

Zaloguj się aby komentować

1219 + 1 = 1220


Tytuł: Kości, które nosisz w kieszeni

Autor: Łukasz Barys

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Choć nienawidziłam tatuśków, których nam sprowadzała, i kibicowałam babci w ich kłótniach, to wiedziałam, że mama po prostu chce być kochana. Po prostu.


Kilka całkiem zgrabnych scen balansujących między światem żywych a zmarłych, kilka dość bystrych rzutów oka na zaprezentowanych wcale ciekawie bohaterów i na ich sposoby radzenia sobie z brakami, kilka przebłysków z napięć między nimi, a to wszystko zszyte w jedną całość i to w zasadzie tyle. Być może ja już jestem stary, być może inaczej rozumiem literaturę niż pan Barys, autor sporo ode mnie młodszy, ale to, czego w tej jego książce najbardziej mi brakowało, to jakiegoś spięcia tych wszystkich wydarzeń w jedną całość. Głównego wątku mi po prostu zabrakło i może jakiejś konkluzji.


Bohaterką tej książki jest mieszkająca w Pabianicach nastoletnia dziewczyna, która, na skutek posiadania porzuconej i (może właśnie z tego powodu) dysfunkcyjnej matki musi zbyt szybko dorosnąć i zając się nie tylko rodzeństwem, ale i swoją babcią. A każdy z tej trójki, którą się opiekuje ma przecież swoje zdanie. I tak to wychodzi że, trochę z biedy, babcia zabiera wnuków na cmentarz, trochę w ramach rozrywki i bohaterka nasza ogląda tam groby. Ma nawet swój ulubiony grób, córki niemieckich fabrykantów. A później tę córkę niemieckich fabrykantów spotyka (naprawdę? w snach? w wyobraźni?) i zaprzyjaźnia się z nią, a nawet są tam jakieś wątki erotyczne.


Wydaje mi się, że wiem co autor chciał zrobić i wydaje mi się, że wyszło mu to tylko po części. Po lekturze tej drugiej (a pierwszej prozatorskiej) książki pana Barysa w moim prywatnym przekonaniu ten autor zapisał się jako człowiek, który umie tworzyć ciekawe sceny, umie operować nastrojem, umie opisać postaci i umie konsekwentnie je prowadzić, ale nie bardzo wyszło mu, przynajmniej w tych Kościach, które nosisz w kieszeni, spięcie tego wszystkiego w całość. I może jednak szkoda?

b83228cc-9420-401a-b1e1-b46b3fea5e85

Zaloguj się aby komentować

1218 + 1 = 1219


Tytuł: Las powieszonych lisów

Autor: Arto Paasilinna

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


[…] Czyli średnio poziom wód we wszystkich morzach świata podniesie się o cztery i pół metra. Chyba pojmujesz co to oznacza.

Przystanie znajdą się pod wodą – stwierdził major. – Trzeba skierować więcej środków z budżetu armii do marynarki. Wojska lądowe będziemy traktować po macoszemu.


Na początek muszę trochę sobie pomarudzić. Już na samym początku pan autor raczy czytelnika takim oto zdaniem: Do każdego pudła ładowano dwieście kilogramów złota w dwunastokilogramowych sztabach. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że dwieście za cholerę nie chce się przez dwanaście bez reszty podzielić. Tak, wiem – to są zupełnie nieistotny szczegół, ale mnie razi. Tak samo zresztą jak kilka niezgrabnych zdań, które w tej książce raziły moją językową wrażliwość. I tego bym się w niej czepił. A teraz, kiedy już nakarmiłem mój autyzm, kiedy zadowolony klepie się on po brzuszku, mogę spokojnie przejść do chwalenia tej książki. Bo jest w niej co chwalić, dużo więcej mogę w niej pochwalić niż zganić.


Pan Paasilinna kupił mnie już od samego początku, a kupił mnie tym w jaki sposób Oiva Juntunen, jeden z bohaterów tej książki, zwerbował sobie pomocników celem zdobycia kilku sztabek złota. No cudowna była logika tych dwóch pomocników, a dalej było jeszcze lepiej!


Stworzyć bowiem postać człowieka kierującego się swoją własną, wewnętrznie niesprzeczną logiką, ale logiką odbiegającą od standardów jakie znamy i jakie przyjęliśmy za normalne (logiczne?) wydaje mi się zadaniem niełatwym. Zadaniem karkołomnym zaś wydaje mi się konsekwentne utrzymywanie postaci w ryzach tej jej wewnętrznej logiki. Te dwa zadania zaś udały się panu Paasilinie znakomicie, tak w przypadku Oivy Juntunena, jak i majora Remesa. I chyba nie trzeba wspominać tutaj o efekcie synergii. O tym, że zderzenie ze sobą dwóch tak fantastycznie wykreowanych osobowości musi, zgodnie z logiką (tylko którą?) dać jeszcze bardziej fantastyczny efekt. Tutaj, w tym Lesie powieszonych lisów, ta logiczna konsekwencja jak najbardziej zadziałała.


Uśmiałem się przy tej książce ogromnie. Ona prezentuje taki typ humoru, jak znam (i lubię) z pozycji innych skandynawskich autorów, takich jak pan Fredrik Backman czy pan Jonas Jonasson i była akurat w sam raz na tą szarą, smutną pogodę, jaką zafundował nam grudzień (bo ile w końcu można czytać Smażone zielone pomidory?). I nie tylko historia, nie tylko bohaterowie byli w tej książce zabawni. Ogromnie doceniam takie językowe cudeńka wplecione w tekst jak stewardessy z przetrąconymi skrzydłami, a jest ich w tekście sporo. I tylko nie wiem czy powinienem za nie chwalić autora, czy może raczej tłumacza? – ktoś wie, czy w języku fińskim funkcjonuje taki zwrot jak „przetrącić komuś skrzydła”?


Po tę książkę sięgnąłem za sprawą tagu, a konkretnie za sprawą wpisu kolegi @WujekAlien, za które to polecenie, choć pewnie nie do końca świadome i celowe, dziękuję bardzo. A na czytniku mam już Rok zająca tego samego autora i tylko czekam aż ktoś doda wpis na temat tej książki, żebym wiedział czy ją czytać, czy może jednak nie.

183823cb-21e7-4b4d-a216-245c020aa1b4

@George_Stark Niestety jeszcze nie czytałem, więc nie pomogę

A na czytniku mam już Rok zająca tego samego autora i tylko czekam aż ktoś doda wpis na temat tej książki, żebym wiedział czy ją czytać, czy może jednak nie.

Zaloguj się aby komentować

1217 + 1 = 1218


Tytuł: Szczelinami

Autor: Wit Szostak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


(właśnie nam powiedziano

że nie ma dla nas miejsc pracy

więc sprawy bytowe już nie są

domeną metafizyki

lecz twardą sztuką zasiłku)


Ta książka leżała u mnie na czytniku już od dłuższego czasu, a trafiła tam z trzech powodów. Po pierwsze ze względu na autora, gdyż książka Cudze słowa, również napisana przez pana Szostaka, którą przeczytałem jakiś czas temu urzekła mnie na tyle, że miałem ochotę jeszcze na jakąś inną jego pozycję, a ochota ta była podbudowana nadzieją i może nawet pewnymi oczekiwaniami (tutaj tylko wspomnę że nie zawiodłem się wcale). Po drugie ze względu na przepiękną okładkę. Pan Szostak trochę tych książek już opublikował, a że wolę czytać raczej książki niż o książkach, to, przynajmniej w przypadku autorów, co do których twórczości mam nadzieje i oczekiwania, zdarza mi się wybierać książką po okładce. Po trzecie wreszcie, miałem w zeszłym roku takie postanowienie (nie udało mi się go zrealizować), że przeczytam sobie wszystkie książki nominowane do nagrody Nike.


I tak leżała sobie ta książka w czytniku, aż tutaj ostatnio w jakimś wywiadzie, chyba z panem Twardochem, ale głowy nie dam, usłyszałem zdanie brzmiące mniej więcej tak: a Witek Szostak napisał ostatnio całą powieść wierszem. No i mi się przypomniało wtedy o tej książce i ją zacząłem czytać, a jak już zacząłem, to tak mnie ona wciągnęła, że aż ją skończyłem.


Szczelinami to nie jest poemat w rodzaju Pana Tadeusza czy innych Kwiatów polskich, ta książka wygląda zupełnie inaczej. To nie jest napisane z rozmachem liryczne dzieło, które zachwycałoby swoim rozmachem. To raczej spojrzenie, takie wejście do życia narratorki (bo pan Szostak postanowił uczynić narratorkę a zarazem bohaterkę tej powieści kobietą) trochę właśnie szczelinami, a te szczeliny, którymi można do jej życia zajrzeć to właśnie pisane na różnym etapie jej życia wiersze (albo niewiersze, bo ona sama tak jej w końcu nazywa). Z tego wszystkiego co się przez te wszystkie szczeliny uda dojrzeć można sobie ułożyć mniej więcej historię jej życia, a przynajmniej tego jej życia kluczowe emocjonalnie momenty. I chyba właśnie dwie rzeczy: ta konieczność samodzielnego poukładana sobie, a także dopowiedzenia emocji, bo te niewiersze, przynajmniej w moim odbiorze, są dość lakoniczne, sprawiają, że ta książka wydała mi się tak ciekawa.


Pan Szostak w książce stosuje kilka bardzo ciekawych zabiegów. Począwszy od tego, znanego mi już z Cudzych słów, kiedy drugi raz prezentuje ten sam fragment tekstu wykreślając tylko z niego fragmenty, przez co całkowicie zmienia się tego tekstu wymowa, poprzez stworzenie kilku wersji tej samej historii dziadka za pomocą różnych końcówek wersów aż do zmiany początków wersów z zachowaniem końcówek. Prezentuje też kilka ciekawych spostrzeżeń, tym bardziej mi bliskich, że narratorka wydaje się być mniej więcej moją rówieśniczką, co sprawia, że kulturowo jesteśmy dość blisko, a więc i problemy i spojrzenie na świat mamy w jakiejś części podobne, jeśli nie wręcz te same.


Lubię to nietypowe, na ile zdążyłem się przekonać, pisarstwo pana Szostaka i myślę, że Szczelinami to nie była moja ostatnia przygoda z jego twórczością. Prawda jednak, że żeby czytać tego autora, potrzebuję odpowiedniego nastroju.

9d218bde-68b1-4178-981b-ddb583fd7a3c

Zaloguj się aby komentować

Wydaje mi się, że kiedyś już o tym wspominałem, półżartem być może (ale tylko pół!), że kiedy byłem mały, to chciałem być Andrzejem Poniedzielskim. I, mam takie podejrzenia, że w jakiejś części – być może w połowie? – nawet mi się to udało. Zastanawiam się tylko dlaczego jest to ta mniej satysfakcjonująca mnie połowa.


***


Panu Andrzejowi Poniedzielskiemu

(z pewną jednak zazdrością)


Z tą dynamiką od Mistrza przejętą

na siebie (choć trochę pomimo woli)

w duchu epoki (gdzieś paleolit)

wiersz recytuję. Staram się prędko.


Ale na scenie nogi mi miekną,

od tremy jeszcze żołądek mnie boli,

struny głosowe nie chcą mi stroić...

Więc schodzę ze sceny. Eee – macham ręką.


I tak skończyło przygodę dziecię

w tym artystycznym, kuszącym świecie,

choć czasem bywa – coś jeszcze w nim krzyczy:


tak wiele przecież wy dwaj dzieliście!

W tym samym mieście się kształciliście!

Cóż – mówię – jeśli w innej dzielnicy.


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

Zaloguj się aby komentować

Jest 21 grudnia, godzina jakoś zaraz po dwudziestej, a przed godziną dwudziestą nie miałem nijakiej możliwości manipulacji wynikami, więc spadło na mnie to brzemię. W związku z tym brzemieniem więc:


rymy: wiewiórka - przebrzydła - ogórka - mydła

temat: klęska urodzaju


Wyśmienitej dwudziestopierwszogrudniwej zabawy!


#naczteryrymy

#zafirewallem

Była we wsi taka panna, mówili że wiewórka

Ponoć dużo kradła i przebąkują, że przebrzydła

Spotkałem ją po posianiu na polu mym ogórka

Wycisnęła to wszystko, z olejem formuje mydła

Pół roku przebalowała wiewiórka

lecz gdy przyszła zima przebrzydła

zapasów nie było, miała tylko ogórka

będzie jeść go na przemian z kostką mydła

Robię pyszną zupkę, pomaga mi wiewiórka

A może bardziej szkodzi, franca przebrzydła

Znowu nawrzucała zbyt dużo ogórka

Chyba ją przerobię w jakiś rodzaj mydła

Zaloguj się aby komentować

1146 + 1 = 1147


Tytuł: Łabędzie

Autor: Jacek Dehnel

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Ale historia, a zwłaszcza może historia rodzinna, to nie fakty, tylko opowieść o faktach.


Chciałem napisać krótki wstęp i przejść do rzeczy, ale nie udało mi się to wcale. Wstęp krótkim być nie chciał za nic. A pisało mi się go na tyle dobrze, że postanowiłem cały ten długi wstęp we wpisie zostawić. Mając jednak na uwadze czytelników i to, że kogoś może jednak bardziej interesować książka, a moje związane z nią perypetie już mniej, postanowiłem rozdzielić poszczególne części wpisu i nadać im tytuły. O samej książce jest napisane w części ROZWINIĘCIE.


***


WSTĘP: Moja droga do Łabędzi


Bywa i tak że dziwne i skomplikowane drogi prowadzą do mnie do książek, które sobie do czytania wybieram. Aż sam czasami jestem zaskoczony kiedy uświadamiam sobie dlaczego właśnie po tę a nie po inną pozycję sięgnąłem albo dlaczego zrobiłem to akurat teraz a nie kiedy indziej. I tak właśnie było z Łabędziami pana Dehnela.


Pomysł na to żeby po któryś z utworów tego autora sięgnąć przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu, kiedy czytałem opowiadanie Syrena autorstwa tej rok młodszej ode mnie gówniary, pani Małgorzaty Boryczki, której tak mocno kibicuję, a opowiadanie to było zamieszczone w tomie O perspektywach rozwoju małych miasteczek. I w tym to opowiadaniu pani Boryczka napisała tak: (…) a ja, wykształcona na tych wszystkich kursach, konserwatoriach i warsztatach, czytająca Dehnela i Twardocha – i opowiadająca się po stronie Dehnela oczywiście, nie dlatego, żebym właściwie rozumiała o co im się rozchodzi, tylko Dehnel ma zwyczajnie lepszą twarz dla mnie (…). Wobec takiego stwierdzenia ja, jako twardy (nie ma to jak żart wysokich lotów, prawda?) orędownik pana Twardocha nie mogłem przecież przejść obojętnie! Co prawda jedną książkę autorstwa pana Dehnela miałem już za sobą, całkiem mi się zresztą podobała (pisałem nawet o tym kiedyś w takim lakonicznym wpisie ), a jeszcze bardziej podobała mi się sztuka na podstawie tej książki wystawiana przez kielecki Teatr imienia Stefana Żeromskiego (ciekawostka: w tej sztuce publiczność usadzono na scenie, a aktorzy grali na widowni), ale, jak mówi przysłowie: jedna książka autora nie czyni i w związku z tym czułem pewien niedosyt, jakiś niedostatek informacji w sprawie mojego stosunku do pana Dehnela. Zainteresowany byłem jednak oczywiście nie twarzami autorów, ale ich dziełami. I tak miałem przez jakiś czas gdzieś tam z tyłu głowy to „trzeba by coś jeszcze tego pana Dehnela w końcu jednak przeczytać”, ale odkładałem to i odkładałem, aż w końcu zupełnie o tym zapomniałem.


Później jestem przez przypadek gdzieś w jakiejś księgarni i oglądam sobie półki, patrzę co tam w tej księgarni ciekawego mają. Wzrok mój zatrzymuje się na dość pokaźnym tomiszczu z obwolutą na okładce, a na tej obwolucie jest wizerunek łabędzia i nazwisko pana Dehnela, i jeszcze tytuł Łabędzie, i, co chyba najważniejsze, jest tam dopisek pod tytułem, który brzmi tak: Książka, którą chciałem napisać. No i voilà! I w to mi graj! No bo jak tu lepiej zapoznać się z twórczością autora, niż właśnie od książki, którą chciał napisać? – tutaj moja pomyłka, bo ja ten dopisek zinterpretowałem sobie wtedy jako książka, którą zawsze chciałem napisać albo coś właśnie w tym rodzaju. Pomyślałem wtedy, że jest to jakaś książka-marzenie tego autora. Być może tak jest, być może nie, ale teraz, już po lekturze, wydaje mi się, że ten dopisek miał znaczyć jednak coś zupełnie innego.


Niemniej zainteresowany książką po jej okładce, ale także dlatego, że przypomniał mi się tamten cytat z Syreny pani Boryczki, wziąłem ją do ręki i (to rzecz chyba naturalna, przynajmniej u mnie) obróciłem ją, żeby sobie przeczytać co też tam na jej tylnej okładce napisano. A tutaj niespodzianka! Bo w tej książce, w tym jej papierowym wydaniu, nie ma tylnej okładki. To znaczy tylna okładka jest, końcowe strony nie latają sobie luźno, nie powiewają w strumieniu powietrza tłoczonym przez klimatyzator do wnętrza tej księgarni, to nowa książka jest przecież, w księgarni nikt też tej tylnej okładki od niej nie oderwał, nie nastąpił też (przynajmniej jeśli chodzi o ten egzemplarz, który trzymałem wtedy w rękach) żaden błąd produkcyjny w wyniku którego byłby on z racji braku tylnej okładki wybrakowany. Więc fizycznie ta tylna okładka tam była, tyle że nadrukowana była na tej tylnej okładce przednia okładka drugiego tomu Łabędzi. Książki, o której istnieniu autor nie miał pojęcia – jak głosi dopisek pod jej tytułem. I, mimo że dla mnie książka rozumiana jako fizyczny przedmiot nie ma w sobie jakiejś szczególnej wartości, ważna jest dla mnie jej zawartość, to uśmiechnąłem się widząc to pomysłowe wydanie. A później poszedłem do domu i ściągnąłem ją sobie na czytnik, bo wtedy można było to zrobić w ramach abonamentu Legimi jeszcze bez żadnej dodatkowej dopłaty (tak, wiem: przez takich jak ja padają księgarnie stacjonarne, ale co ja poradzę na to, że wolę jednak na czytniku?).


I tak leżała sobie ta książka zachomikowana w pamięci mojego PocketBooka pośród stu kilkudziesięciu innych, również czekających na swoją kolej (aż chciałby się napisać „kurzyła się tam”, ale książki zapisane w pamięci flash się przecież nie kurzą, co – właśnie to sobie uświadomiłem – być może jest kolejną przewagą wersji elektronicznych nad wydaniami papierowymi). I, być może, leżałaby sobie tam aż do końca mojego abonamentu Legimi, którego nie zamierzam raczej przedłużać (to szansa dla księgarni stacjonarnych! – o ile do tego czasu jeszcze jakieś przetrwają), gdyby nie niedawna rozmowa z koleżanką.


A rozmowa ta dotyczyła książek, które mamy w planach przeczytać. Przypomniał mi się wtedy pan Dehnel i przypomniały mi się jego Łabędzie, i przypomniało mi się też to ich pomysłowe wydanie, i jeszcze przypomniał mi się ten dopisek pod tytułem pierwszego tomu, to książka którą chciałem napisać, choć przypomniało mi się źle, bo przypomniało mi się w tej nieprawdziwej wersji, w wersji książka, którą zawsze chciałem napisać, a która to nieprawdziwa wersja z jakichś dziwnych i zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów mocno się w mojej pamięci utrwaliła. Ja argumentowałem wtedy nawet tę swoją chęć przeczytania Łabędzi tym właśnie podtytułem, na co koleżanka stwierdziła, że podtytuł ta książka i owszem, ma, ale jest on inny. Powiedziała wtedy jeszcze że ten podtytuł jest ładny, i że jest długi i zaraz po tym wyjęła z torebki telefon w celu sprawdzenia tego jak ten podtytuł rzeczywiście brzmi, bo, jak powszechnie wiadomo, ustalenie właściwego podtytułu książki jest sprawą niezwykle istotną. Rzeczywiście, koleżanka miała rację, bo podtytuł Łabędzi pana Dehnela brzmi Historia pewnej rodziny, pewnej kolekcji, pewnego serwisu, pewnej afery i niepewnej pamięci w pewnym kraju Europy Środkowej.


A ja za czytanie tej _Historii pewnej rodziny, pewnej kolekcji, pewnego serwisu, pewnej afery i niepewnej pamięci w pewnym kraju Europy Środkowe_j zabrałem się dopiero po kilku dniach od tej rozmowy, bo wcześniej koniecznie musiałem jeszcze przeczytać pierwsze dwa tomy Septologii pana Jona Fosse, choć tej akurat książki zupełnie nie miałem w planach.


***


ROZWINIĘCIE: O Łabędziach


Te tytułowe łabędzie to żadne tam ptaki, Łabędzie pana Dehnela to wcale nie jest książka ornitologiczna. Te tytułowe łabędzie to Schwanenservice , porcelanowy serwis wykonany w XVIII wieku w Miśni, na zlecenie hrabiego Henryka von Brühla , urzędnika w służbie Augusta III Sasa, króla Polski i władcy Saksonii, a książka Łabędzie to opowieść osnuta wokół historii tego serwisu.


Bo było tak, że wiele z tych porcelanowych wytworów trafiło później do mieszkania pana Edmunda Mętlewicza, członka rodu Mętlewiczów z którymi pana Dehnela łączą więzy rodzinne. I właśnie o tej części rodziny autor Łabędzi chciał (być może jednak zawsze?) napisać książkę (tak jak wcześniej, w książce Lala napisał o drugiej części swojej rodziny – Lali jeszcze nie czytałem, ale zamierzam), a chciał ją napisać być może z tego powodu, że jeden z synów Edmunda Mętlewicza, Witold, został twarzą afery, która wybuchła w Polsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i dotyczyła nielegalnego handlu złotem oraz dziełami sztuki i antykami (można sobie wpisać w wyszukiwarkę na przykład „sprawa Mętlewicza” ).


Książka Łabędzie to dwa tomy. Pierwszy z nich dotyczy zebranych wspomnień rodzinnych. Aby te wspomnienia zebrać autor udał się do Wiednia, gdzie mieszka część rodziny Mętlewiczów oraz potomkowie Czesława Bednarczyka, również bardzo istotnej postaci w całym tym opisywanym zamieszaniu. Przeprowadza tam rozmowy, spisuje to co usłyszał, konfrontuje wiadomości uzyskiwane od jednej osoby z wiadomościami uzyskanymi od innej, bo bywa i tak, że są one ze sobą sprzeczne. Jednocześnie snuje opowieść o czasach minionych jeszcze wcześniej niż PRL epoki Gierka, bo pisze o wydarzeniach jakie rozgrywały się w tej „naszej” części europy w pierwszej połowie XVII wieku.


I to właśnie ta druga opowieść była dla mnie znacznie ciekawsza. Była dla mnie znacznie ciekawsza, tak mi się wydaje, z tego względu, że pan Dehnel powyciągał z przeszłości niesamowite szczegóły, których próżno szukać w podręcznikach do historii, a przynajmniej w tych, które znam ze szkoły. Nie ma w tej opowieści nudnych dla mnie zawiłości historyczno-politycznych, a przynajmniej nie ma ich zbyt dużo, ot tylko tyle żeby zachować spójność historii i przedstawić kontekst. Są za to anegdoty, opisy wydarzeń, które nie tylko pozwoliły mi poczuć nastrój tamtego czasu, ale nieraz i budziły zdziwienie, tak samą swoją treścią, jak i tym, że mnie ta ich treść aż tak bardzo interesuje. Bo nie tylko zaskakująca, ale i interesująca była dla mnie skala przepychu jaka, według tych przeczytanych relacji, cechowała możnych tamtych czasów. Bo trudno mi było uwierzyć w zamówione przez Augusta III do Pałacu Japońskiego łóżko przyozdobione milionem ptasich piór, bo, nawet teraz, ciężko mi sobie jest wyobrazić porcelanowy serwis składający się z kilku tysięcy elementów. Bo zastanawiające było dla mnie to czym kierowano się wówczas, kiedy to w 1697 August II został bezprawnie – bo poparła go mniejszość szlachty – koronowany na króla Polski i nie pozwolono mu otworzyć skarbca koronnego, uszanowano świętość drzwi i obok w murze wybito dziurę, przez którą wyniesiono insygnia. Bo zafascynowała mnie postać samego hrabiego Henryka von Brühla, któremu autor, ku mojej radości, poświęcił w tym tomie tak wiele miejsca.


Ale Łabędzie mają też i drugi tom. Tom, który, w założeniu autora, w ogóle miał nie powstać. A powstał on między innymi za sprawą łabędzi (tym razem ptaków) uwiecznionych na pewnej fotografii. I to chyba właśnie za sprawą tych łabędzi pan Dehnel przekopywał się przez archiwa zgromadzone przez IPN i grzebał tam w aktach dotyczących „sprawy Mętlewicza” czy też „afery złotogłowych”.


Ten drugi tom Łabędzi to również przede wszystkim opis ludzi. Ludzi zamieszanych w tę aferę, ludzi, którzy w tej sprawie stanęli przed sądem i tych, którzy przed sądem nie stanęli. Ale także tych ludzi, którzy w tej sprawie sąd stanowili albo też chcieli go stanowić, a wszystko to osadzone w PRL-owskiej rzeczywistości z jej brakami, absurdami, inwigilacją, podejrzliwością i szarością. Z tej całej mozaiki bohaterów (a jest ich mnóstwo!) można wyciągnąć mnóstwo przykładów raczej negatywnych cech ludzkich charakterów, a przoduje w tym wszystkim ksiądz Leon Dygas (co mnie trochę martwi, postać to dla mnie najciekawsza, ale też autor poświęcił jej najwięcej miejsca, więc może obiektywnie – o ile obiektywnie da się to stwierdzić – jest to w ogóle postać najciekawsza?). Z tego drugiego tomu można się dowiedzieć trochę o tym jak zorganizowany był przemyt złotaa, dzieł sztuki i antyków, jaka była jego skala (ogromna!) oraz jak funkcjonował półświatek handlarzy w tamtym okresie. A że handlarze też ludzie, to tutaj, dla zobrazowania, może dwa cytaty:


Kontrahenci kłócą się ze sobą, oszukują nawzajem, złorzeczą – podczas jednej z wizyt Tabaka raz tak posprzeczał się z Bednarczykiem o pieniądze, że chciał okładać go laską, na co ten zwyzywał go od bandytów – ale biznes toczył się dalej.


Innym świadectwem zawodowej solidarności waluciarzy była wzajemna pomoc. Przede wszystkim pomagano rodzinom tych, którzy trafili do aresztu lub więzienia.


Jest tutaj pewna niespójność, prawda? Literacko może to się nie zgadzać, powieści się tak nie pisze, w powieści trzeba być konsekwentnym, w powieści jedno musi wynikać z drugiego. Tylko nie nazwałbym Łabędzi powieścią. Jeśli musiałbym już jakoś tę książkę nazwać, nazwałbym ją raczej opowieścią.


Zarówno powieść jak i opowieść nie jest ograniczona do miejsca i czasu w którym się rozgrywa. Coś było przecież wcześniej, coś te opisywane wydarzenia spowodowało albo je umożliwiło. I nie inaczej jest tutaj, w tym drugim tomie Łabędzi. Bo autor sięga też w przeszłość i opisuje losy dzieł sztuki w czasie okupacji Warszawy. Dzieł sztuki i antyków, których duża część znajdowała się wcześniej w żydowskich zbiorach, a Żydzi zostali przecież wtedy zamknięci w getcie i w tym getcie z czegoś żyć musieli. Wyprzedawali więc, często za bezcen, te swoje zbiory, a o tym też można w drugim tomie Łabędzi przeczytać. Mnie zafascynowała w tej części postać Abe Gutnajera i o nim też chciałbym przeczytać więcej.


Trochę więcej napisałem o drugim tomie, bo ten drugi tom podobał mi się bardziej, dla mnie był dużo ciekawszy. Ale jest coś, co te dwa tomy łączy, a są to fragmenty zatytułowane Praca pisarza (jest ich dziesięć) i, jak wskazuje na to tytuł, opowiadają o pracy pisarza. Autor dzieli się w nich wrażeniami, trudnościami i anegdotami związanymi z przygotowaniem tej książki (w tomie pierwszym) oraz prezentuje czytelnikowi co ciekawsze historie czy postacie nie mające bezpośredniego związku ze sprawą, ale które znalazł pośród tych wszystkich przewertowanych dokumentów. Dla przykładu pozwolę sobie przytoczyć jeden cytat, który wśród tych wyjątków spodobał mi się najbardziej:


Józef Iwanicki w sądzie o tym, jak naciskali go śledczy podczas przesłuchań: „W Wielki Piątek kazali mi zeznawać, i ja powiedziałem, że nie, bo musiałbym kłamać, a jestem katolikiem i dlatego zeznawać nie będę”.


***


ZAKOŃCZENIE: Moje wrażenia z lektury Łabędzi


Ta książka zawiera ogrom historii, zawiera mnóstwo informacji. W zasadzie – tak sobie myślę – można by było wiele z nich wyciąć i sprzedać osobno, jako świetne oddzielne opowieści. I to chyba jest mój do niej zarzut. Bo w tym całym natłoku główny jej nurt trochę ginie, rozmywa się w odnogach. Może ta sprawa taka była, skomplikowana i zawiła i nie dało się tego wszystkiego jako całość przedstawić inaczej zachowując jeszcze przy okazji tyle obiektywizmu, ile było możliwe (nie posądzam autora o nieobiektywność, mam tutaj na myśli niemożliwe do wypełnienia luki w dokumentacji i sprzeczne informacje zawarte w aktach i opowieściach, zresztą sam autor tę sprawę porusza w epilogu). Jest też druga rzecz, która trochę odbierała mi przyjemność z lektury. Łabędzie to jest, posługując się pięknym terminem ukutym przez autora, opowieść o faktach. I właśnie: fakty, fakty i fakty, a mnie brakowało emocji. Momentami mogłem je sobie dowyobrazić, zresztą pan Dehnel też czasami dzielił się swoimi spostrzeżeniami co do bohaterów: to trochę księdzu Dygasowi współczuł, to zaraz mu przechodziło. Tylko tutaj pojawia się moje, już całkiem osobiste pytanie: po co ja czytam te wszystkie książki? Wychodzi mi na to, że ja akurat bardziej czytam je po to żeby coś przeżyć niż żeby się czegoś z nich dowiedzieć. I może właśnie dlatego, jeśli miałbym opowiedzieć się teraz, po lekturze Łabędzi, po którejś ze stron – stanąć albo za panem Twardochem albo za panem Dehnelem, to w dalszym ciągu wybrałbym pana Twardocha.


Na szczęście opowiadać się nie muszę. A Lalę przeczytać zamierzam. Zastanawiam się tylko co musi się w moim życiu zdarzyć żeby ten zamiar kiedyś się urzeczywistnił.

402ab9a0-1e00-438d-85b1-93935e5d6233
9a0fe9f1-5c23-46c0-bb3f-d24183b69961

Zaloguj się aby komentować

Podchodząc, jak to mamy w naszej kawiarni #zafirewallem w zwyczaju, do zasad z pełnym i całkowicie im należnym szacunkiem, napisałem kolejny sonet w konkursie #nasonety . Tym razem jednak napisałem ten sonet całkowicie na temat, bo to sonet o miłości jest, tak jak, zgodnie z zasadami, o miłości ten sonet miał być.


I tylko się zastanawiam czy to jest już turpizm, czy jeszcze nie jest?


***


Krótka historia równie krótkiej miłości


Zaczyna palcami, a kończy się piętą,

jest w typie egipskim , a ty ten typ wolisz.

No więc się sposobisz: i włosy ogolisz,

i sam sandał wzujesz. Z skarpetą ściągniętą.


Najpierw długi spacer: ścieżką polną, krętą

szliście w tych sandałach wśród maków, kąkoli.

Ach! Dźwięk jej podeszwy! – jak gdyby gumolit?

Więc się w dół spojrzałeś. A tam: miłość! Piękno!


A cóż tam za zapach! Ale to nie kwiecie

tak ci tam pachniało, to aromat przecież

inny się rozchodził od oblubienicy.


Lecz długo się sobą nie nacieszyliście

bo wtedy na randkę na basen poszliście,

a klapków nie wzięliście. Dostała grzybicy.


EDIT:


#diriposta


I jeszcze mi teraz, już po publikacji, więc nie będę zmieniał tam wyżej, a tylko tutaj dopiszę, przyszedł do głowy alternatywny tytuł, być może lepszy nawet, a brzmi on Miłość podologiczna

Zaloguj się aby komentować

Każde miasto ma jakieś swoje własne legendy i podania przechowane w zbiorowej pamięci jego mieszkańców i ustnie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dlaczegóż więc i Grudziądz, choć miastem jest, jakim jest, trzeba to jednak przyznać, nie miał by również mieć i swoich własnych? Kontynuując więc mój bieżący cykl tematyczny chciałem Państwa zaznajomić z pewnym podaniem ludowym, przekazywanym w tym Grudziądzu z pokolenia na pokolenie (to tak zwana historia mówiona, jak opowiadają jedni, albo, jak mówią inni, historia opowiadana) bo być może jesteście Państwo ciekawi jak się tam to wszystko zaczęło. A mówią, że było to tam kiedyś właśnie tak:


***


Co ma wisieć nie utonie?


W mieście położonym nad rzeką przeklętą

(nad tą co się wije wedle własnej woli)

była i przestępczość, i był alkoholizm.

By to wszystko zwalczyć – uchwałę podjęto.


Tak więc nad tą rzeką budowę zaczęto,

parę tylko godzin: szubienica stoi,

a miast wiechy na niej, co budowy stroi,

linę tam na koniec w pętlę zaciągnięto.


I czekają pod nią przestępcy, obwiesie,

słowem jednym rzekłszy: wszechgrudziądzkie kwiecie.

A kolejka dłuuuga do tej szubienicy!


O budowniczowie! Coś pomyliliście!

Lina się urwała! Ciało w wodę bryźnie!

I skazany tonie, a nie, jak miał: wisi.


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark Z każdym wytworem, nie wiedzieć czemu, nabieram coraz większej ochoty na wycieczkę do Grudziądza

Zaloguj się aby komentować

1140 + 1 = 1141


Tytuł: Piercing

Autor: Ryū Murakami

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Wszyscy pokazują innym swoje rany, zupełnie jak kulturyści z dumą prężący muskuły na zawodach. I, co niewiarygodne, każdy święcie wierzy, że jeśli tylko je pokaże, rany znikną.


Dziś jesteśmy już dużo bardziej cywilizowani niż, dajmy na to, tacy Spartanie. Dziś już nie zabijamy własnych dzieci, nie zostawiamy ich na śmierć*, kiedy są słabe i uważamy, że mogłyby sobie nie poradzić w życiu. Dziś już jesteśmy dużo bardziej cywilizowani i w związku z tym postępujemy inaczej. Dziś chronimy życie naszych dzieci, a tylko zaszczepiamy w nich traumy, z którymi później muszą sobie przez resztę życia radzić.


Z traumami można radzić sobie na różne sposoby – można je wyprzeć, można je zagłuszyć, być może da się je nawet wyleczyć. Ale można też (trzeba?) z nimi żyć, a one wtedy czasami się odzywają. I takim przypadkiem zajął się właśnie pan Murakami – wziął na warsztat dwie osoby i dwie traumy i mocno je w tych dwóch osobach wyciągnął. Takie prawo literatury, a może nawet i jej zadanie.


Już od dłuższego czasu chciałem napisać historię, w której dochodzi do spotkania mężczyzny pragnącego popełnić morderstwo i kobiety i skłonnościach samobójczych – takimi słowami zaczyna się posłowie do Piercingu i to w zasadzie jest stwierdzenie, którym można całą tę książkę opisać. Bo nie ma w niej wiele ponad to spotkanie i wydarzenia, które do niego, pośrednio bądź bezpośrednio, doprowadziły. Zwykle takie podejście autora nie podoba mi się, spotyka się z moim sprzeciwem. Lubię, kiedy świat jest rozbudowany, kiedy coś jeszcze się dzieje. Ale nie tutaj. Tutaj, w Piercingu, wydaje mi się, że dodanie czegokolwiek więcej osłabiłoby wymowę tej historii.


Ta książka przepełniona jest uczuciami, choć są to uczucia z gatunku tych, których chciałoby się chyba w życiu jak najmniej. Jest w niej wszystko, jest w niej strach, jest niepewność, jest zwątpienie, jest bezsilność i są zachowania autodestrukcyjne, a wszystko to, co w niej jest, podniesione jest bardzo wysoko. Czytanie tej książki powoduje niepokój, być może przez to, co zostało w niej opisane, być może przez to jak to zostało opisane, najpewniej jednak przez połączenie jednego z drugim. A już przedstawienie widzenia świata, odbioru tej samej sytuacji przez oboje bohaterów, a każdego z nich na swój, przefiltrowany przez ich traumy sposób, niemal zmusza do tego żeby książkę odłożyć i przynajmniej chwilę od niej odpocząć.


***


Zrobiła na mnie wrażenie ta książka, silne wrażenie na mnie zrobiła. I tak zapisałem te kilka zdań wyżej, i siedzę sobie teraz, i próbuję pozbierać myśli, i zastanawiam się co jeszcze mógłbym tutaj więcej o niej napisać. I nic mi na jej temat nie przychodzi do głowy, a przynajmniej nic takiego, co umiałbym jakoś sensownie zapisać. Przychodzi mi za to do głowy coś innego, przychodzi mi do głowy cytat z pana Vonneguta, z jego Rzeźni numer 5: o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego. I może tak samo jest właśnie z tymi najmroczniejszymi zakamarkami człowieka? Że nie da się o nich nic inteligentnego napisać? Że można je jedynie przeżyć? Najlepiej jednak wyłącznie jako ktoś z zewnątrz, jako obserwator, jako odbiorca, na przykład literatury. Bo, aż chciałoby się, sobie i innym, życzyć, żeby nie było ich nigdzie indziej.


===


* - Choć z tym zostawianiem dzieci na śmierć, to, jak się okazuje, nie było do końca tak, jak to mówili w szkole (w szkole kłamali?! – cóż za zaskoczenie! znowu!). Słyszałem to z kilku różnych źródeł, a tutaj , na poparcie twierdzenia, artykuł znaleziony na szybko; wygląda nieźle, całkiem wiarygodnie, ma nawet bibliografię, co w Internecie nie jest znowu aż tak oczywiste. A napisałem tam na początku tak o tej Sparcie, no bo mi takie stwierdzenie po prostu retorycznie do rozpoczęcia wpisu pasowało.

d1d41d54-5e44-4c99-b27a-34bde8fe09e9

Zaloguj się aby komentować

1139 + 1 = 1140


Tytuł: Drugie imię. Septologia I-II

Autor: Jon Fosse

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


i myślę, że o tym Åsleik i ja rozmawialiśmy już tyle razy I wszedł Wiesiek i że są rzeczy, do których dobrze jest ciągle wracać w rozmowie, a inne są nudne, kiedy się stale do nich wraca


I miałem się wtedy zabrać za coś zupełnie innego, za Łabędzie pana Dehnela miałem się wtedy zabrać, i te Łabędzie miałem zamiar przeczytać, ale zanim się za te Łabędzie zabrałem to czytałem sobie wcześniej jakieś artykuły w Internecie i trafiłem wtedy na artykuł, w którym omawiano kwestię narracji w utworach literackich, a konkretnie to omawiano w nim kwestię stosowania powtórzeń w narracji, i nawet chciałem dać tutaj link do tego artykułu, bo wydał mi się ten artykuł ogromnie ciekawy, ale już teraz nie potrafię go odnaleźć, więc jeśli ktoś chce mi uwierzyć, to będzie musiał mi uwierzyć na słowo


a ten artykuł trafił do mnie chyba w odpowiednim czasie, bo oprócz tego, że temat sposobów prowadzenia narracji niezwykle mnie interesuje w ogóle, to w dodatku byłem wtedy świeżo po lekturze Siedmiu księżyców Maalego Almeidy, książki, w której narracja była prowadzona wspaniale, choć autor, pan Shehan Karunatilaka, akurat powtórzeń w niej nie stosował, stosował za to inne środki, a jeszcze wcześniej, przed tymi Siedmioma księżycami Maalego Almeidy, to czytałem Wieczny Grunwald pana Szczepana Twardocha, i tam autor stosował w narracji powtórzenia i inne wspaniałe środki narracyjne też tam w tym Wiecznym Grunwaldzie stosował i te wszystkie środki narracyjne sprawiły, że narracja w Wiecznym Grunwaldzie też niesamowicie mnie urzekła, bo w ogóle sposób prowadzenia narracji przez pana Szczepana Twardocha ogromnie mnie urzeka


a w tym artykule, który omawiał kwestię stosowania powtórzeń w narracji spory fragment poświęcone były ubiegłorocznemu nobliście, panu Jonowi Fosse, a ja przypomniałem sobie, że miałem też przecież kiedyś w planach, i że nawet na czytniku już od dawna miałem, jego Septologię, miałem ją w planach od wtedy, od kiedy próbnie przeczytałem jego Białość, bo do książek i do autorów nagradzanych, na wszelki jednak wypadek, to podchodzę z pewnym dystansem


i przypomniałem sobie wtedy tę Białość pana Fosse, przypomniałem sobie też wrażenia jakich doznałem wtedy przy tej lekturze, a później przeczytałem to, co jakiś czas temu po przeczytaniu tej Białości napisałem i to, co pamiętałem, co sobie wtedy przypomniałem, w całości pokrywało się z tym, co wtedy napisałem, a dla mnie to oznacza, że ta Białość była, przynajmniej w moim odbiorze, bardzo dobrą książką, co pozwalało mi mieć z kolei nadzieję, że i inne utwory autorstwa pana Fosse trafią w mój gust


i w ten właśnie sposób nastąpiła zmiana w moim czytelniczym harmonogramie i Łabędzie pana Dehnela przełożyłem na jakieś bliżej nieokreślone „później”, a zabrałem się za pierwsze dwa tomy Septologii pana Fosse, wydane, tak jak i w oryginalnej wersji norweskiej, w jednym wspólnym tomie, pod jednym wspólnym tytułem Drugie imię


i ta książka zachwyciła mnie już od pierwszych stron, a w zasadzie to już od pierwszych zdań mnie ona zachwyciła, tak sposobem prowadzenia narracji, bo ten, oprócz tego, że jest inny i nietypowy, co samo w sobie nie jest jeszcze, według mnie, ani zaletą, ani wartością, choć nie jest również wadą, ale ciągle mam przecież jeszcze w pamięci pana Saramago, u którego ta, stosowana również przez pana Fosse, pewna gramatyczna nonszalancja mnie odrzucała, to u pana Fosse ta narracja płynie, a nie dość, że płynie i jest to przyjemne, to jeszcze u pana Fosse ta narracja bardzo przystaje do treści


przystaje ta nietypowa, oszczędna i nierozbudowana narracja do treści, która również, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jest oszczędna i nierozbudowana, bo tak naprawdę w tych dwóch pierwszych tomach Septologii nie dzieje się wiele, choć precyzyjniej będzie chyba powiedzieć, że te dwa pierwsze tomy nie opisują wielu wydarzeń, bo jednak uważam, że mimo niewielu wydarzeń, to dzieje się tam w tych dwóch pierwszych tomach Septologii bardzo dużo


--- !!!SPOILER!!! ---

ale delikatny, bo chyba nie o treść w tej książce chodzi


a tę treść dwóch pierwszych tomów Septologii stanowi wgląd w myśli narratora i głównego bohatera powieści, malarza imieniem Asle, niepijącego alkoholika, mężczyzny w dość jednak zaawansowanym już wieku, z rzadkimi, siwymi włosami spiętymi w koński ogon (proszę sobie porównać ze zdjęciem autora), który wraca z miasta Bjørgvin do swojego domu w Dylgja, gdzie rozmawia ze swoim sąsiadem Åsleikiem, a później, tego samego dnia jeszcze, pomimo zmęczenia, ponownie wraca do Bjørgvin, żeby spotkać się ze swoim innym znajomym, również z malarzem, również imieniem imieniem Asle, również mężczyzną w dość jednak zaawansowanym już wieku, z rzadkimi, siwymi włosami spiętymi w koński ogon, tyle, że ten drugi Asle jest alkoholikiem pijącym, jest alkoholikiem, który nie potrafi już bez alkoholu funkcjonować


a później ten drugi Asle trafia do szpitala, a pierwszy Asle zabiera spotyka kobietę imieniem Silje, albo może Guro, która go zna, a on nie wie czy ją zna, bo sobie jej nie przypomina i jeszcze zabiera z mieszkania pijącego Asle psa imieniem Brage i nie za bardzo ma co z nim zrobić, bo spędza noc w hotelu i nie wie, czy może tego psa zabrać tam do tego hotelu ze sobą, choć jest przecież częstym gościem tego hotelu i na pewno by mu na to w drodze wyjątku pozwolono


ale Asle nie zabiera tego psa ze sobą do hotelu, zostawia go u kobiety imieniem Guro, która mieszka w Wąskim Zaułku 5, albo w Wąskim Zaułku 3, Asle tego nie jest pewien, bo zawsze miał problem z liczbami i być może właśnie dlatego został malarzem


a później Asle zbowu wraca do Dylgja


w międzyczasie zaś jeszcze Asle obserwuje świat, a te jego obserwacje przywołują wspomnienia, tak wspomnienia z dzieciństwa, jak i wspomnienia jego nieżyjącej już żony Ales, co zresztą w pewnym momencie prowadzi do fantastycznej sceny ukazującej jego tęsknotę za tą nieżyjącą już jego żoną Ales, do sceny, kiedy to Asle w końcu wraca do Dylgja i tam próbuje we własnym łóżku zasnąć, ale nie bardzo mu się to udaj


i jest jeszcze w tej opowieści, w tym strumieniu myśli Aslego, coś, co sprawia, że nie jest to, a przynajmniej nie do końca jest, jakaś oniryczna wizja, bo razem z tymi wszystkimi opisanymi wyżej myślami przeplatają się u niego myśli codzienne, jak choćby te o zostawionych na stole sześciu siatach z zakupami


--- KONIEC SPOILERA ---


ta książka pozwala zajrzeć do myśli człowieka, tak mi się wydaje, i to jest w niej piękne, i piękne jest w niej też to, jak ten ciąg myśli został przez autora odwzorowany, bo, mimo pozornego chaosu, odnalazłem się w nim doskonale, bo wydaje mi się, że i ja myślę bardzo podobnie: że jedna myśl przywodzi drugą, na zasadzie skojarzenia, ale za chwilę coś mnie rozprasza i wtedy myślę już o czymś zupełnie innym, choć sam nie pamiętam przecież dlaczego akurat o tym pomyślałem i wtedy zaczynam się zastanawiać skąd mi właściwie przyszło do głowy to, o czym akurat teraz myślę…

6527ba1d-8aab-42de-a05b-b10023608b93

Zaloguj się aby komentować

1137 + 1 = 1138


Tytuł: Siedem księżyców Maalego Almeidy

Autor: Shehan Karunatilaka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Przerobić tamilskie nazwisko na syngaleskie to żaden kłopot, wystarczy z samego końca usunąć spółgłoskę.


Na początku mnie ta książka zachwyciła. Zachwyciła mnie swoją narracją i nawet nie chodzi mi tutaj o tę rzadko spotykaną i dość trudną w realizacji narrację drugoosobową, która w Siedmiu książycach Maalego Almeidy wyszła autorowi (do spółki, oczywiście, z tłumaczem, panem Mariuszem Gądkiem, jeśli mowa o polskim wydaniu, a takie przecież czytałem) wyśmienicie. Mówiąc o zachwycie narracją mam tutaj na myśli pewną jej filmowość – choć przecież filmów mało oglądam, ale tak mi się właśnie skojarzyło. Otóż, przynajmniej na początku książki, tam jest to najbardziej odczuwalne, pan Karunatilaka opowiada zaczynając od szerokiego planu. Tym szerokim planem jest opis jakiejś dzielnicy Kolombo, czasami budynku. Później plan się zawęża. Jeśli wcześniej był opis dzielnicy, następuje opis jakiegoś jej fragmentu – czasami drzewa, czasami plaży nad jeziorem; jeśli wcześniej był opis budynku, następuje opis jakiegoś w tym budynku pomieszczenia. Czasami bezpośrednio, czasami autor prowadzi czytelnika za pomocą opisu do tego pomieszczenia przez korytarze. I nagle pada jakieś zdanie, rozpoczyna się dialog. I właśnie wtedy zaczyna się kolejna scena. Dodając go tego wszystkiego jeszcze plastyczność tych opisów, którymi operuje pan Karunatilaka, efekt jest naprawdę kapitalny, zachwyciłem się nim*. Być może nawet zachwyciłem się nim aż za bardzo.


To była kolejna książka, po którą pewnie nigdy bym nie sięgnął, gdyby nie spotkania kieleckiego Klubu z Kawą nad Książką, w którym to właśnie ta pozycja była tematem ostatniego spotkania. I siedziałem tak sobie w czasie tej dyskusji, i przysłuchiwałem się o czym tam ludzie mówią dzieląc się swoimi wrażeniami z lektury i zastanawiałem się wtedy, czy my na pewno tę samą książkę przeczytaliśmy. Bo niemal nic z tych tematów, które zostały tam podniesione ja w czasie czytania nie zauważyłem. Okazało się, że pouciekały mi pewne wątki, pomylili mi się bohaterowie, części rzeczy nie zauważyłem, a być może nie zrozumiałem. To, z czym się absolutnie zgadzam, a co też w czasie tej rozmowy nieraz padało, to stwierdzenie, że tę książkę czyta się ciężko, a czyta się ją ciężko ze względu na mnogość bohaterów, na ogrom walczących ze sobą frakcji i (ale teraz to już wyłącznie moje zdanie) na jej baśniowość (co, przynajmniej dla niektórych, może być zaletą). W sprawie tych dwóch pierwszych kwestii, przynajmniej zdaniem tych, którzy książkę przesłuchali, ona wydaje się być lepiej przyswajalna kiedy się ją czyta, kiedy można sobie wrócić choćby do wplecionego w fabułę spisu organizacji zaangażowanych w walkę w opisywanym świecie, na targanej wojną domową Sri Lance w roku 1990.


I choć uważam, że pomysł na przedstawienie krainy Pomiędzy, pewnego rodzaju pośmiertnej poczekalni dla zmarłych, pan Karunatilaka miał wspaniały, choć, o czym już pisałem, bardzo doceniam narrację, książki, jako całości, nie uznaję za taką, która szczególnie przypadła mi do gustu. Nie polubiłem postaci głównego bohatera, była dla mnie dość nijaka (choć, na spotkaniu padały takie opinie, być może ona miała taka być), nie widziałem u niej jakiegoś celu ani sensu jego działań. Trochę gubiłem się w tej całej baśniowości i polityce nie bardzo znanej mi części świata. Nie znalazłem jakiejś większej przyjemności w poznawaniu treści tej historii, nie emocjonowałem się co będzie dalej. Momentami w ogóle nawet na to nie czekałem.


Tutaj przychodzi mi do głowy jeszcze jedna myśl, dość dla mnie zaskakująca. O ile zawsze wydawało mi się, że bardziej od spraw świata przedstawionego interesuje mnie los bohatera, tak tutaj było zupełnie odwrotnie, dużo ciekawsze było dla mnie nawet szperanie gdzieś w dodatkowych materiałach i zapoznawanie się, choćby z grubsza nawet, z kontekstem dotyczącym świata przedstawionego. Czy wpływ na to miał bohater powieści, tytułowy Maali Almeida, który był dla mnie, jak pisałem, dość nieciekawy, czy było to wynikiem próby zrozumienia kolejnego konfliktu na tle etnicznym (tak zresztą podobnego w swojej istocie do innych, które wybuchały między ludami różnego pochodzenia zamieszkującymi to samo terytorium), tego nie wiem. No ale tak było i to właśnie kilka przemyśleń na temat tej wojny domowej będzie tym, co mi po lekturze tej książki zostanie.


Książki na spotkania kieleckiego Klubu z Kawą nad Książką wybierane są w taki sposób, że na koniec dyskusji każdy z uczestników podaje swoją propozycję, a następnie spośród tych propozycji losowana jest jedna, która będzie omawiana przy kolejnej okazji. Kolejne okazje zaś zaczynają się od pytania do osoby, która poprzednio zaproponowała wylosowaną książkę, a pytanie to brzmi mniej więcej „dlaczego ta książka?”. Ta książka, Siedem księżyców Maalego Almeidy, została, jak się okazało, zaproponowana ze względu na ładną okładkę (choć proponująca przyznała później, że książka jej się podobała). Do tej opinii dotyczącej ładnej okładki bym się przychylił bo, o i ile cały ten buddyjsko-hinduski region nie jest dla mnie jakoś szczególnie pociągający ani kulturowo ani historycznie, tak moje wrażenia estetyczne związane z tamtejszą sztuką są zgoła inne. I właśnie dlatego uważam, że, zaraz po sposobie narracji, to właśnie ilustracja na okładce jest największą zaletą tej, nagrodzonej jednak Bookerem, książki.





* - Jako że książka Siedem księżyców Maalego Almeidy została nagrodzona w roku 2022 Nagrodą Bookera, to, już po lekturze, sięgnąłem sobie do uzasadnienia werdyktu i przeczytałem, że autora doceniono między innymi za przezabawną śmiałość jego technik narracyjnych. Tam sobie myślę, że jest to dobra wiadomość również i dla mnie, bo ze zbieżności tych swoich wrażeń z werdyktem komisji wnioskuję, że być może kiedyś, w jakiejś tam przyszłości, i mnie może udać się zasiąść w kapitule jakiejś tam nagrody literackiej? A może nawet i jakąś własną ustanowić? Bo, jak się okazuje, mam po temu jakieś tam kompetencje.

7874dc6e-910f-47ff-98c7-4caea09a862a

@George_Stark jestem ciekaw jak wpłynęła na to praca tłumacza, u mnie na półce stoi angielski oryginał (i to kupiony jeszcze przed Bookerem, bo mój obszar geograficzny ) jak kiedyś się za nią wezmę, to wrzucę

@bojowonastawionaowca A to jest w ogóle ciekawa sprawa, nie tylko jeśli chodzi o tę książkę, ale też o wiele innych. Tylko to jest jedna z tych ciekawych spraw, która tak bardzo mnie interesują, że często sobie obiecuję, że sprawdzę, że choć fragmenty porównam, ale nigdy tego jeszcze nie zrobiłem.

Zaloguj się aby komentować

Skoro pan Adam Mickiewicz miał swój cykl sonetów krymskich, no to i ja chyba też swój cykl sonetów mogę mieć, prawda? Tyle, że ja to akurat nie o Krymie…


***


Promocja miasta


W XIII wieku zaczęli od grodu,

a tu dziś, proszę: miasto-utopia!

W oparach silnego, gnilnego smrodu

Grudziądz się brzegiem Wisły rozciąga.


Specjalność strażaków tam: nurkowanie.

I odławiają zwłoki w tej wodzie,

a później na pokład i: – Hej! Kapitanie!

Przez Wisłę, jak przez Styks, niosą je łodzie.


Prezydent zaś miasta, by budżet wypełnić,

turystów chciał ściągnąć, pomysł kolejny,

tym razem jednak – nie całkiem od rzeczy.


Więc taką reklamę by można im nagrać:

chcesz pozbyć się męża? Teściowej? Szwagra?

To złap za kołnierz, wypierdol do rzeki!


***


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark 😍proszę nie przestawaj! Zbierzemy na koniec to wszystko w tomik „Topielce z Grudziądza - studium sonetowane”. Idę założyć zbiórkę na pierwszy nakład bo kolejne, mam pewność, same się z Literackiego Nobla sfinansują 😁

Zaloguj się aby komentować

Najbardziej lubię wytwory spontaniczne. Takie, które przychodzą do głowy niemal same, zaraz po przeczytaniu wiersza di proposta i wystarczy je tylko trochę przypudrować, jakieś tam końcówki im tu i ówdzie podciąć, gdzie indziej konturówką podkreślić to i owo i tyle. I gotowe. One, te wytwory spontaniczne, nie są może techniczne idealne, ale czy o to, o tę techniczną idealność, w tym wszystkim chodzi?


Takim właśnie wytworem spontanicznym zgłaszam swój akces do LV edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem , licząc jednak na to, że w tej edycji wierszy będzie wysyp, bo wygrywać to bym jej jednak nie chciał.


Dziękuję.


A oto i wytwór spontaniczny wzmiankowany wyżej:


***


Po przeglądzie


Pamiętam siebie, pamiętam za młodu,

pamiętam chłopca zanim zmarkotniał,

pamiętam jeszcze w pełnym go zdrowiu.

Pamiętam. A lepsza byłaby kopia.


Moduły wymontuj mu teraz i zamień,

te które uległy już osteoporozie.

I może weź odśwież mu oprogramowanie?

Żeby psychiczne odzyskać mógł zdrowie.


I płyny też weź mu uzupełnij:

i wiarę, i miłość, i trochę nadziei –

żeby pod górkę nie musiał się męczyć…


I mówisz, że sprawa, by zgryźć ją, zbyt twarda?

Że wina to jest na części embarga?

Cóż. Wspomnieniami będzie się leczyć.

Zaloguj się aby komentować

Zaskakujące bywa to pisanie opowiadań w konkursie #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem ! Ja pisałem zupełnie o czymś innym i miało być to dzieło poważne i ambitne. I kilka prób napisania tego dzieła podjąłem, w zasadzie to drugi tydzień nad nim siedzę i za cholerę ono po napisaniu nie chce być takie, jakie jest w mojej głowie. I dziś właśnie w związku z tym pisaniem odwiedziła mnie moja stara przyjaciółka, przyjaciółka imieniem frustracja, a przyprowadziła też inną dobrą znajomą o imieniu niechęć i, przynajmniej na dziś, tamten koncept porzuciłem. Wziąłem się więc w tej sytuacji, w ramach relaksu i zabawy, tak myślałem bo wcale nie miałem zamiaru tego opowiadania nie tylko publikować, ale nawet nie miałem zamiaru go kończyć, wziąłem się za kolejny z pomysłów, jaki przyszedł mi do głowy zaraz po tym, kiedy tylko przeczytałem temat tej edycji. I siadłem do niego i zacząłem pisać, zupełnie bez żadnego konceptu i planu. No i napisałem, w co sam do końca nie wierzę.


Zanim samo opowiadanie, to tylko jeszcze w kwestii formalnej. Temat tej edycji to Wioska wiecznego dnia, ale, zważywszy na to, że w XV wieku Toruń był znacznie mniejszy niż jest obecnie, myślę, że, patrząc z dzisiejszej perspektywy, można go będzie za wioskę uznać. A jeśli nie będzie można, to proszę mnie za to zdyskwalifikować. Sprzeciwu wnosił nie będę.


Za to w limicie słów się zmieściłem, bowiem słów tych w poniższym opowiadaniu użyłem dokładnie 1814 (wg OpenOffice Writer). I to licząc razem z tytułem!


I wreszcie: koniec pieprzenia, zapraszam do czytania!


***


Rękopis znaleziony w Toruniu


11 maja 1473 roku, licząc według kalendarza ludzkiego


No pieprzony Kopernik, szlag by go trafił! Musiał on to pieprzone słońce wstrzymywać?! Musiał?! A jak już nawet koniecznie je wstrzymywać musiał, to nie mógł on tego gdzie indziej zrobić, tylko nad Toruniem musiał je akurat wstrzymać?


Źle nam tutaj było? Źle nam się tutaj żyło, posługując się już tą ludzką terminologią, bo z kim przestajesz, takim się stajesz w końcu, a nas jest już tutaj coraz mniej przecież i, chcąc nie chcąc, podsłuchuje się tych ludzi, jak już pogadać nie ma z kim, a jak już się tych ludzi podsłuchuje, to, chcąc nie chcąc, przesiąka się tą ich terminologią, tym ich językiem ludzkim, paskudnym, ubogim się przesiąka, przejmuje się te ich dziwne nawyki językowe, sprzeczne nieraz z istotą rzeczy, z logiką nieraz sprzeczne. A nas jest coraz mniej przecież i odseparowani od siebie jesteśmy i coraz mniej jest też już w związku z tym się do kogo odezwać. Nie dalej jak wczoraj przecież… Wczoraj! Wczoraj! Czymże jest wczoraj, kiedy nocy nie ma?! Czym jest wczoraj, kiedy nic jednego dnia od drugiego nie oddziela, kiedy nocy nie ma już przecież wcale? Czym jest teraz wczoraj? Czym jest wczoraj, na Boga! Tfu! Na Boga, na Boga! Już za dużo tych ludzkich obyczajów przejąłem, za dużo tych ich powiedzonek sobie przyswoiłem. Już bluźnić z tego wszystkiego zacząłem, aż język mnie od tego bluźnienia piecze! Aż na języku gorąco mi się robi. A schłodzić go, a ugasić tego pragnienia, co się z tego gorąca na języku bierze, nie ma czym. Nie ma jak tego pragnienia ugasić.


No ale niech już będzie po ludzku, niech już będzie, że wczoraj, bo ludzie jakoś przecież te dni dalej odmierzają, jakoś rozróżniają jeden od drugiego, jakoś sobie z tym ich rozróżnianiem radzą. Jakoś rozwiązali ten problem, tak jak i rozwiązali do tej pory wszystkie inne problemy, które to samym sobie udało im się wcześniej stworzyć. A skąd to wiem? Skąd wiem, że dalej te dni odmierzają? A podsłuchałem! Tak, podsłuchałem! Tak jak i wszystko inne, to co wiem o świecie od momentu kiedy ten pieprzony Kopernik, szlag by go trafił, wstrzymał to pieprzone słońce, też podsłuchałem stojąc przy zabitym oknie tej mojej piwniczki z winem, do której schowaliśmy się szybko z moim kuzynem Leestatem w nadziei, że jakoś uda nam się przetrwać te ciężkie czasy, które na nas nadeszły. I mówią ci ludzie o wtorku, o środzie mówią i nawet godziny wyznaczają, zegarami wodnymi, zdaje mi się, je wyznaczają, przynajmniej tak wywnioskowałem z tego, co udało mi się z tych ich rozmów podsłuchać.


Więc niech już będzie po ludzku, niech już będzie, że wczoraj. Więc wczoraj kuzyn mój, Leestaat, tak już z tego pragnienia wytrzymać nie mógł, tak już go suszyło, że wyszedł z tej swojej trumny, cośmy je sobie tutaj z klepek od beczek z winem rozbitych naprędce i prowizorycznie wykonali, i ręce mu się trzęsły, i o białych nietoperzach coś tam bełkotliwie majaczyć zaczął, i powiedział, że on już dłużej nie da rady, i że niech się dzieje co chce, ale on idzie w miasto, bo musi się napić, bo on już dłużej wytrzyma. Bo inaczej to on zaraz z tego głodu, z tego pragnienia, zwariuje. I poszedł w to miasto, choć go przecież próbowałem przekonywać, ale głuchy był na moje argumenty, i poszedł w to miasto, choć go przecież próbowałem przed tym powstrzymywać, ale nie dałem rady, bo młodszy ode mnie był i z racji tego silniejszy, i kły tylko na mnie wyszczerzył, a ja się wtedy zlękłem i się wycofałem. Do trumny swojej się wycofałem. Takie to ciężkie czasy na nas nadeszły, że kuzyn na kuzyna kły swoje wyszczerza!


I poszedł Leestaat na to miasto, bo powstrzymać go przed tym pójściem na miasto nie dałem rady, i nie chciał mnie wcale słuchać, że przecież kiedyś w końcu ktoś do tej piwniczki, w której złożono zeszłoroczne wino, po to wino przyjść musi, i jakoś do tego czasu wytrzymamy, a kiedy już przyjdzie, to się wówczas podzielimy po równo, sprawiedliwie się podzielimy i na pół tego kogoś wtedy sobie wyssiemy. Ale nie chciał mi Leestaat w to uwierzyć, bo to piwniczka na wino długodojrzewające, pięćdziesiąt lat co najmniej, a złożono je dopiero w zeszłym roku i przez najbliższe czterdzieści dziewięć lat nikt tutaj zaglądać nie będzie, taką żeśmy to kiedyś rozmowę razem z Leestaatem podsłuchali. Więc miał Leestaat rację, że mnie nie posłuchał, bo ja nie miałem racji, bo ja myliłem się, bo myślałem, że te czterdzieści dziewięć lat jakoś uda nam się tutaj wytrzymać, ale teraz już wiem, że tych czterdziestu dziewięciu lat nie uda mi się tutaj wytrzymać. W letargu nawet tych czterdziestu dziewięciu lat nie uda mi się tutaj wytrzymać.


Piszę, że nie uda mi się wytrzymać, a nie, że nie uda nam się wytrzymać, bo Leesteaatowi na pewno już nie uda się wytrzymać, bo Leestaat poszedł przecież wczoraj na miasto, bo Leestaat wyszedł z zamkowych piwnic, mury zamkowe opuścił i na światło słoneczne wyszedł i na tym świetle słonecznym to tam Leestaat wziął i spłonął. I nie ma już Leestaata, więc jemu, zgodnie z logiką, nie uda się wytrzymać, bo on już wcale nie musi nic wytrzymywać, a nawet więcej: on już wcale nie może nic wytrzymywać. A i mnie pewnie też nie uda się wytrzymać, choć zupełnie z innych powodów jednak.


A skąd o tym wiem, że Leestaat spłonął? A podsłuchałem! Tak jak i wszystko inne, to co wiem o świecie od momentu kiedy ten pieprzony Kopernik, szlag by go trafił, wstrzymał to pieprzone słońce, też podsłuchałem, choć żeby podsłuchać co się z Leesterem stało, to wcale nie musiałem nawet przy oknie stawać.

– Gorze! Gorze! Pali się! – krzyczeli ludzie na ulicy, a z tego co później mówili, a ciszej już mówili, więc wtedy musiałem już przy oknie stanąć żeby ich usłyszeć, to wywnioskowałem, że od Leestera strzecha chaty jakiejś się zajęła, a później od tej strzechy następna, i tak kilka kolejnych chat spłonęło zanim ludziom ten pożar ugasić się udało, mniejsza zresztą o to, to nieważne, ważne jest za to to, że Leestaata już nie ma wśród żywych. Tfu! Wśród nieumarłych już go nie ma! Choć, kierując się logiką, to Leestaata również i wśród żywych już nie ma, bo Leestaata nie ma już w ogóle.


No pieprzony Kopernik, szlag by go trafił! Taki niby uczony, mędrzec taki wielki, polihistor taki, a nic o środowisku naturalnym nie pomyślał, zmian w ekosystemie nie przewidział wcale! I nie chodzi już mi nawet tutaj o istoty nadprzyrodzone, już nawet nie o nas, o szlachetne wampiry, mi tutaj chodzi, nawet nie chodzi mi też o te upośledzone utopce z niedalekiego Grudziądza, co to wrony o nich kraczą, też podsłuchałem, że podobno na tym słońcu wysychają, już nawet nie o te fachowcamipółnocnice chodzi, co to słyszę je czasami jak wyją gdzieś na polach, pochowane w tych swoich kryjówkach, cienkimi głosami wyją i powtarzają to swoje zmoraś Mario, i ich głos przenikliwy aż tutaj, do tej mojej zamkowej piwniczki się niesie. Nawet nie o nas w tym wszystkim chodzi! Ale zwierzęta? Zwykłe nocne zwierzęta?! A o zwierzętach nocnych to ten Kopernik pieprzony, polihistor wielki, że szlag by go trafił, pomyślał może?! Nie pomyślał! Nie pomyślał on, uczony wielki, mędrzec pieprzony, żeby szlag go trafił, o zwierzętach nocnych nie pomyślał on wcale! I nie ma już wycia wilków do księżyca, bo i księżyca na niebie też już nie ma, i wilki do niego nie wyją, bo nie mają już do czego wyć, i zeszły te wilki na psy, między ludzi poszły i siedzą teraz na łańcuchach przy budach uwiązane i wyją, z głodu teraz wyją, kiedy ich ludzie nie karmią, z głodu te wilki wyją, bo taka już jest wilcza natura, że wilk wyć musi, więc te wilki wyją, choć i ta ich natura również uległa wypaczeniu, bo między ludzi je pociągnęła, a nie do lasu, tak jak je, zgodnie z porządkiem rzeczy, pociągnąć powinna była!


A nietoperze?! Jest ich tutaj kilka w tej mojej piwniczce, jest kilka, a było ich więcej, więcej ich było wcześniej i latały ogłupiałe, bo przecież dzień był tylko, dzień nieustający, a nietoperz to nocne stworzenie. I tą swoja echolokacją się nawoływały w panice, hałas tylko powodując i spać człowiekowi Tfu! Człowiekowi! Pieprzona ludzka semantyka! I tą swoją echolokacją się nawoływały, usnąć mi przez to nie dając, więc nawet jeśli dało by się w letargu spędzić te czterdzieści dziewięć lat, które miałbym tutaj zostać, to i co z tego, skoro w ten letarg nie można było zapaść? A te nietoperze to później, kiedy już skończyły latać, kiedy skończyły się nawoływać, to zawisały przy stropie głową w dół, swoim nietoperzym zwyczajem i minął jakiś czas, kilka dni może minęł – nie wiem, bo wtedy jeszcze nie podsłuchiwałem, bo wtedy jeszcze Leestaat był tutaj ze mną, wtedy jeszcze nie mieliśmy potrzeby podsłuchiwać ludzi, bo wtedy jeszcze nie zdążyliśmy powiedzieć sobie tego wszystkiego, co mieliśmy sobie do powiedzenia i nie zapadło pomiędzy nami milczenie, bo żaden z nas nie miał już drugiemu nic więcej do powiedzenia – i te nietoperze wtedy zaczęły puszczać się tego stropu i padały martwe na posadzkę, bo martwe z głodu były. I padały tak jeden po drugim martwe z głodu, i ja też wtedy głodny byłem, i martwy też byłem, zgodnie z logiką, ale przede wszystkim byłem wtedy głodny, więc, wstyd się przyznać, ale wziąłem takiego nietoperza martwego i go wyssałem, kiedy Leestaat spał i kiedy na mnie nie patrzył. A niedobry był! Niedobry był ten nietoperz! Jak szczur ten nietoperz smakował. Nie to co krew ludzka, a już szczególnie ludzka krew toruńska, korzennymi przyprawami tak przyjemnie się po języku rozlewająca! A napisałem tam wcześniej, że ten nietoperz niedobry był, że szczurem mi ten nietoperz smakował. A skąd to wiem? Skąd wiem jak szczur smakuje? A wiem to, bo szczura też wyssać kiedyś próbowałem.


Pieprzony Kopernik, polihistor wielki, szlag by go trafił! I mnie już nic z tego nie przyjdzie, ale liczę tylko na to, że zemsta go dosięgnie tam, w tym jego Fromborku, do którego podobno się udał, jak podsłuchałem, bo tak ludzie gadają, bo mówią tutaj o nim, bo chwalą go na ulicy tutaj, nie wiadomo tylko za co. Ale nie dosięgnie go zemsta z rąk wampirzych, bo jedno, że nijak wyjść nam na zewnątrz, kiedy nocy nie ma, po kryptach tylko, jak który miał szczęście, albo piwnicach, jeśli, jak ja, tego szczęścia nie miał, kryć się musimy, a drugie, że, nawet jakby już wyjść któremu się z tego jego legowiska udało, to ten Kopernik cały, szlag by go trafił, jest przecież kanonikiem. Krzyż srebrny na piersi nosi i wampiry przez to przystępu do niego żadnego nie mają. Cała nadzieja więc we fromborskich południcach, i w tym, że i one również, tak jak i te nasze, których usłyszałem lament, co też się po polach niesie i aż tutaj, do tej mojej piwnicy dochodzi, że i one również są na tego pieprzonego Kopernika wściekłe, bo i one sobie z brakiem odpoczynku poradzić nie potrafią.

@splash545 A dziękuję, dziękuję, bardzo to miłe jest. Docenienie sposobu narracji to naprawdę duży komplement, bardzo doceniam, kiedy ktoś to docenia.

Zaloguj się aby komentować

Przyszło mi chyba potraktować to zwycięstwo we wczorajszej edycji zabawy #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem jako pewien rodzaj rekompensaty za opisaną w niej poniesioną stratę. Cóż, dobre i to. Taka nagroda pocieszenia.


***


A dziś proszę bawić się tak:


rymy: statek – kołysanie – majtek – kapitanie

temat: piraci z Zalewu Szczecińskiego


***


Zasady są chyba wszystkim znane, więc proszę ich przestrzegać (albo i nie), a jeśli ktoś ma zamiar dołączyć, to pewnie się w nich połapie. A jeśli się w nich nie połapie, to zalecam kogoś o nie zapytać.


To chyba tyle.


Słodkiej zabawy!

@George_Stark


Kiedy w końcu na tych falach ustanie statek,

Kiedy w końcu zakończy się to kołysanie,

Kiedy w końcu krzyknie ten Kajtek bez majtek,

Kiedy w końcu powie "Bartek kapitanie!"

Pełen paprykarza szczecińskiego statek

Wprawił jednego kotka w zatoki kołysanie

Zauważył tego czarnuszka rudy majtek

I krzyknął piskliwym głosem: To KOT, panie Kapitanie.

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ zapadł już wieczór przedwczesny, jak to zwykle tą fatalną porą roku się zdarza, to oderwałem się od pisania opowiadania, choć z trudem, bo temat wspaniały, choć dość trudny. Przynajmniej dla mnie. Ale oderwałem się i tak w ramach relaksu napisałem sobie wiersza (pisanie wierszy przychodzi mi coś ostatnio łatwiej niż pisanie prozy), którym chciałbym się pochwali… Podzielić! Podzielić bym się nim chciał! Podzielić.


A skoro w kawiarence bawimy się słowami, to tak mi o pewnej funkcji słów napisało:


***


Gustavo

czyli Jak mówić prawdę


Przed państwem Gustavo, mistrz pantomimy!

Bez pytań proszę, i tak nie odpowie,

mówienie to nie jest jego dziedzina,

mówienie, pszepaństwa, zostawcie wy sobie.


Metodą ekspresji jest dlań jego ciało:

wypowiedź mimiki, mięśni drgających,

i przekaz ten jasny jest, jest zrozumiały,

choć sam Gustavo jest ciągle milczący.


Na rynkach miejskich i w gwarnych ulicach

zabawia klaunadą ludzi miejscowych

ktoś tam się śmieje, ktoś wzruszon wzdycha,

ktoś inny ukradkiem łzy zbiera spod powiek.


A kiedy męczono go pytań litanią,

to raz odpowiedział. Że słowa kłamią.


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować