Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Strzał Amora


Pamiętam dobrze ten dzień majowy,

chociaż minęło tyle miesięcy,

gdy serce swoje dałem drabowi

razem z portfelem pełnym pieniędzy.


***


Świat się zielenił, pachniało kwiecie;

chłonąłem napar z życia esencji,

kiedy cios dłoni o twardym grzbiecie

wyrwał mnie nagle z tej egzystencji.


Uniosłem w górę swe ręce obie,

ale dostałem lewego haka.

Padając wreszcie przyjrzałem się tobie:

byłeś niezwykły... Mój zabijaka!


Mogłem ci wtedy oddać cokolwiek -

wziąłeś pieniądze, władczy i gniewny.

Jak bardzo tęsknię nikt się nie dowie

i nikt nie zliczy łez moich rzewnych.


#nasonety #zafirewallem #tworczoscwlasna #poezja

Zaloguj się aby komentować

946 + 1 = 947


Tytuł: Koniec świata to dopiero początek. Scenariusz upadku globalizacji

Autor: Peter Zeihan

Kategoria: nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)

Ocena: 6/10


#bookmeter


Współczesny model życia jest możliwy dzięki idei ciągłości: idei, że dzisiejsze bezpieczeństwo i ochrona jutro nie znikną, toteż możemy powierzyć swoje życie składającym się na ten model systemom. W końcu, gdybyśmy wiedzieli, że nasze państwo jutro upadnie, nie przejmowalibyśmy się zbytnio różnymi głupotami, których domaga się od nas szef, tylko zaczęlibyśmy się uczyć wekować warzywa.


Rozmawianie w ramach klubu dyskusyjnego z innymi ludźmi o książkach ma tę wadę, że czasami (a może nawet często?) trzeba przed spotkaniem przeczytać coś, po co normalnie pewnie by się nigdy nie sięgnęło, a czasami takie lektury okazują się męczące. Rozmawianie w ramach klubu dyskusyjnego z innymi ludźmi o książkach ma tę zaletę, że czasami (a może nawet często?) trzeba przed spotkaniem przeczytać coś, po co normalnie pewnie by się nigdy nie sięgnęło, a czasami takie lektury potrafią zostawić coś w głowie i może jakoś poszerzyć horyzont (choćby o centymetr).


Tak właśnie było z książką pana Zeihana, bo za nią z własnej woli na pewno bym się nie zabrał, a nawet jakbym się już z jakiegoś powodu zabrał, to pewnie, ze względu na sposób, w jaki autor opowiadał mi o tym swoim scenariuszu, szybko bym ją odłożył. To tylko jedno z moich natręctw w postaci chęci bycia przygotowanym do tematu rozmowy – jeśli rozmowa ma się odbywać na jakiś temat – sprawiło, że tę książkę w ogóle skończyłem.


Skoro już zacząłem od tego, że przeszkadzał mi sposób w jaki pan Zeihan tę książkę napisał, to może na początek szerzej właśnie o tym. Autor jest Amerykaninem i to w sposobie prowadzenia narracji czuć tak mocno, że czasami przed oczami aż pojawiały mi się gwiazdy (w liczbie pięćdziesięciu). Czytając Koniec świata to dopiero początek miałem wrażenie, że jestem na jakimś show, a cała treść jest tylko pretekstem do wystąpienia. Jednym to może się podobać, innym nie – ja akurat jestem z tych drugich, mnie taki sposób narracji razi. Ale związany z tym jest jeszcze jeden kłopot – przekazując ważne i istotne informacje w taki a nie inny sposób treść rozmywała mi się z powodu tej formy. Zasadniczo stawiam zwykle formę nad treścią, ale nie w książkach popularnonaukowych, jeśli już za nie się zabieram, chciałbym dostać w miarę jasny obraz i chciałbym też jednak żeby coś mi z nich w głowie zostało.


Sama treść to, jak na to wskazuje tytuł, scenariusz tego, co stanie się ze światem po upadku Pax Americana – porządku, jaki obowiązuje obecnie za sprawą Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Tutaj pierwszy minus książki – autor nie przedstawia w sposób wystarczająco jasny i klarowny tego, dlaczego jego zdaniem ten porządek miałby upaść. W ogóle – co zrozumiałe, w końcu ta książka to scenariusz, więc z natury rzeczy oparta jest na pewnych założeniach – zabrakło mi zebrania w jednym miejscu założeń na jakich został ten scenariusz oparty. Wracamy do jasności i klarowności przekazu.


Perspektywy, które pan Zeihan przedstawia nie są wesołe. Wieszczy on załamanie łańuchów transportowych, co ma doprowadzić do cofnięcia wielu regionów świata do poziomu sprzed rewolucji przemysłowej. Dodając do tego występujące w całym niemal rozwiniętym świecie problemy demograficzne wskazuje na nadchodzące załamanie się rynków finansowych. I choć zajmuje się później również dostępem do energii, surowców przemysłowych i produkcją rolnictwa, to mam wrażenie, że w rozdziałach traktujących o tych trzech zagadnieniach w tej jego wizji wszystko i tak jest skutkiem problemów przedstawionych wcześniej.


Zdaniem pana Zeihana w czasie nadchodzącego kryzysu najlepiej poradzą sobie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, co, jak czytałem w komentarzach dotyczących tej książki, jest głównym przedmiotem krytyki wśród polskich czytelników. Ja jestem skłonny przychylić się w tej sprawie do zdania autora, i zgodzić się z jego argumentami, dość licznymi, przedstawiającymi Amerykę Północną jako kontynent „samowystarczalny”. Z jednym tylko zastrzeżeniem: pan Zeihan zakłada, że w Stanach Zjednoczonych nie wydarzy się nic, co zachwiałoby integralnością tego państwa. Ma do tego prawo, to w końcu tylko scenariusz. Coraz bardziej przypomina mi jednak gdybanie.


Świetną robotę wykonał za to autor kreśląc obraz tego w jaki sposób doszliśmy do tego, co teraz mamy. Zaczynając od naświetlenia przyczyn, które sprawiły, że pierwsze cywilizacje rozwinęły się tam, gdzie się rozwinęły, przez wpływ pojawienia się kolei żelaznych, aż po optymalizację transportu morskiego za pomocą kontenerów. Drugą rzeczą, która uświadomiła mi złożoność dzisiejszego świata było prześledzenie łańcuchów dostaw na podstawie kilku produktów codziennego użytku. Zdałem sobie sprawę, jak wszystko to, co mamy jest chwiejne i jak niewiele wystarczy żeby to wszystko zostało sparaliżowane – taki trochę efekt motyla, gdzie zdarzenie na morzu w okolicach Somalii może, w skrajnym przypadku, wywołać głód a przynajmniej brak jakiegoś produktu na przykład w Danii.


Dla mnie Koniec świata to dopiero początek był bardziej książką fantastyczną, zbudowaną co prawda na solidnych, zabetonowanych na faktach fundamentach, niż naukową analizą. Pytanie tylko, czy geopolityka nie jest właśnie takim snuciem scenariuszy właśnie po to, żeby być na różne warianty przyszłości przygotowanym?

96e7a105-b80d-48d5-bdf6-98cef0f8900b

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


16 listopada zbliża się wielkimi krokami i miałem dziś zrobić risercz gdzie moglibyśmy się spotkać, ale pająk szepnął mi, że smok wykonał już wstępny rekonesansowy lot nad Lublinem i znalazł tam miejsce, które nazywa się Święty Spokój – nazwa, przyznam kusząca.


Plusem tego miejsca, jak dowiedziałem się z relacji z drugiego, pajęczego odnóża jest to, że właściciel ponoć nie ma nic przeciwko, żeby jakieś żarcie ze sobą przynieść, a poza tym mają rozmaite napoje: alkoholowe i bezalkoholowe, w sobotę mają otwarte do 2 i nie ma problemu żeby zrobić rezerwację na tak mniej więcej 12 osób. Mnie się podoba, ale chciałem jeszcze zapytać Was. Ta o Wasze zdanie na temat miejsca, jak i o deklaracje, kto przyjdzie. Tak żeby wiedzieć, na ile osób tę rezerwację zrobić.


Słucham Państwa, a i pozwolę sobie otagować #lublin, bo może jakiś mieszkaniec ma lepszy pomysł. Albo prowadzi tam własną działalność gospodarczą, na przykład w postaci jakiegoś pubu.


#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jak zbudowali drogi na Dzikim Zachodzie


Wstyd przynosi Zachodowi

czarnuch, choć ma białe zęby

nie podskoczy szeryfowi

szeryf strzela do nich prędzej


leżą pokotem obok siebie śmiecie

a szeryf doznaje przypływu inwencji

asfalta się w glebę wgniecie

szczyt to smoluchowej potencji


drogi w budowie bywają drogie

a tutaj znalazł się darmowy asfalt

jednego przy drugim ułożą przy sobie

nikt po nich przecież nie będzie plakał


tak zbudowali drogi na Dzikim Zachodzie

i dyliżansy potem nimi biegły

smoluch biegł obok drogi, w rowie

Kowalsky mierzył do niego ze strzelby


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Odpuść winy sąsiadowi

Bo sie tylko będziesz męczył

Nie poddawaj się sądowi

I uwolnij swoje serce


Możesz iść pobiegać w lesie

Herbaty się napić esencji

Wszystko człowiek jakoś zniesie

Przetrwa każdą z turbulencji


Człowiek byłby sobie Bogiem

Gdyby go nie kusił Szatan

Przeszłość złożyć trzeba w grobie

Wykopywać ją jest zakaz


To o Tobie ta opowieść

Żeby żywot wieść chwalebny

Bo żył będziesz tylko w połowie

Kiedy w nastrój wpadniesz gniewny


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Chłopcy i dziewczynki


Zdarzają się wśród chłopców także uczuciowi

Co serce stawiają wyżej do pieniędzy

Odważni, przystojni, także honorowi

Którzy, tak jak serce, mają czyste ręce


Wśród grzecznych dziewczynek też się zdarza kwiecie

Choć ich wygląd i ubiór godne ekscelencji

W głowie mają pusto, każda głupio plecie

Podejście ich do życia z nutką dekadencji


Jak się porozumieć mają te płcie obie?

Kiedy sie skupiają na wzajemnych brakach

Będą się kłócili przy każdej rozmowie

Dziewczynki będą krzyczeć, chłopcy będą płakać


Zdziwi się dziewczynka, kiedy już sie dowie,

Że łobuz to mocniej, ale bije w zęby

A ty, chłopcze, choćbyś i stanął na głowie

I tak zawsze będziesz niegodny królewny


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Perypetie nowoczesnych chłopów z morderstwem w tle


Dziś nad patelnią Bożena się głowi:

Co chce na obiad jej zadek książęcy?

Idźże no Wiesiek owcę odłowić

Bo zjadłabym dzisiaj kotlet jagnięcy


Jednakże owce to nie są ciecie:

Jedna użyła kopnięć sekwencji

Już chłopu klejnoty do ziemi gniecie

Prowadząc go rychło do impotencji.


Wyrwał się krzycząc: “odegram się Tobie,

Ty jesteś warta mi funtów kłaka!-

Dosyć mam w życiu podstępnych kobiet”

I wrzucił ją całą do swego rębaka.


Bożeny z Owcą po takiej zmowie

Szaty swe zrzucił jak Pan wylewny.

“Nie muszę gotować już takiej krowie

Poszukam sobie prawdziwej królewny”


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

SERCE NIE SŁUGA


Snuje się rolnik środkiem pola

Paląc papieros przez szklaną rurkę

Szczyt jego głowy zdobią zakola

Czesiek łysieje przez swoją córkę


Bo owa córka co rusz co chwila

Innego gacha ściąga do domu

Wczoraj gówniarze wycierał gila

Dziś pełnoletnia, na co to komu?


Tu "zięć" z Nigerii, tu z Senegalu

Aż ciężko złapać który jest który

Latem tańczyła na jakimś balu


Tam poleciała już z grubej rury

Bo rozkochała starego Edka

Kiedyś Czesława zgarnie karetka


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

939 + 1 = 940


Tytuł: Byk

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Yno tyś tak dō mie godoł, Roboczku, pamiyntosz? Nic niu pamiyntosz, nic już we tyj gowie niy mosz, nic.


Nie do końca lubię (może dlatego, że nie do końca się na nich znam) te wszystkie sztywne klasyfikacje utworów literackich. Bo czy Byk to jest dramat? Czym w ogóle jest dramat? Słownik PWN podaje (między innymi): utwór literacki, którego akcja przedstawiona jest w dialogach i monologach, przeznaczony do wystawienia na scenie. No to chyba dramat. Ale piszą, że monodram. Tylko tam w Byku pod koniec jest drugi głos. Ale jest przeznaczony na scenie. No pogubić się w tych definicjach idzie. To może „utwór sceniczny” po prostu? Tak, zostańmy przy tym. Przeczytałem więc Byka, utwór sceniczny autorstwa pana Szczepana Twardocha.


I nie bardzo mi się podobał. To znaczy nie podobał mi się pod względem tego, do czego jestem u pana Twardocha przyzwyczajony, ale o tym za chwilę. Najpierw jeszcze trochę tła. A tło jest takie, że w ogóle mało utworów scenicznych czytałem, a z tych, które już przeczytałem, to podobał mi się chyba tylko jeden: Emigranci pana Mrożka. To znaczy podobało mi się jeszcze jego Tango, ale podobało mi się takim specyficznym rodzajem podobania się, czyli podobała mi się treść i idea, a nie podobała mi się zupełnie forma. Może utworów scenicznych nie powinno się czytać, ale oglądać na scenie? Wówczas ich odbiór byłby pewnie lepszy.


Dokładnie tak samo jak z Tangiem mam z Bykiem. Byk to długi monolog Roberta Mamoka, człowieka nie do zajebania, który popadł w kłopoty i chowa się teraz w mieszkaniu swojego dziadka, któremu opowiada o swoim życiu. Głównie ma pretensje o to swoje życie. Niekoniecznie do samego dziadka, raczej w ogóle o to, co go spotkało.


Od dziecka, k⁎⁎wa, od dziecka od zawsze. Tajemnica za tajemnicą, cały labirynt z tajemnic zbudowany. Milknący dorośli gdy wchodziłem do pokoju.

Pamiyntosz to?


A później do Roberta Mamoka dzwonią różni ludzie i on czasami te połączenia od nich odrzuca, a czasami odbiera i wówczas, kiedy je odbiera, czytelnik dowiaduje się nieco o tym, co sprawiło, że Robert Mamok pojawił się u swojego dziadka i wylewa te swoje żale.


Robert Mamok nie jest bohaterem sympatycznym. Nie jest bohaterem, którego dałoby się lubić. Można mu, owszem, współczuć, bo to, że jest, jaki jest, z czegoś wynika, ale Robert Mamok mógł znaleźć jakąś inną drogę. Wielu znalazło. Te problemy z dzieciństwa Roberta Mamoka nie są jakieś znowu wyjątkowe i niespotykane. Wydaje mi się, że wiele osób ma podobne wspomnienia, a jednak nie poszli w skrajność. Albo lepiej niż Robertowi Mamokowi udaje im się ją ukrywać. Z drugiej strony, czy ciekawą byłaby postać, która po prostu sobie poradziła? Nie wiem. Być może.


Byk, tak jak ja go odbieram, to utwór o wpływie dzieciństwa na przyszłe życie, o antagonizmach (Śląsk kontra reszta Polski – to przecież pan Twardoch), o pogubieniu człowieka w świecie i konsekwencjach zachowań. Tylko tyle i aż tyle. To dobry temat na utwór. I teraz – wracając do tego, że Byk nie bardzo mi się podobał – zabrakło mi w tym wszystkim tych soczystych opisów, które tak u pana Twardocha lubię. Tej immersji, o której on sam mówił, że poszukuje w swoich książkach. Rozumiem, że to forma wymusiła taki a nie inny kształt tego tekstu, ale ja po tej lekturze nie jestem zbyt zadowolony – może mam za małą wyobraźnię? – i raczej nie zapamiętam tego literackiego Roberta Mamoka na długo. Może inaczej byłoby z Robertem Mamokiem scenicznym? Może będę miał okazję się przekonać, jeśli przypadkiem zdarzyłoby mi się być w Katowicach akurat tego dnia, kiedy Byk, grany do dziś, już po ponad dwóch lata od premiery, byłby Teatrze Śląskim wystawiany? Bo żeby specjalnie jechać, to raczej jednak nie.


***


Aha. W książce jest sporo języka śląskiego. Mnie to nie przeszkadzało, bo w miarę sobie radzę z jego odbiorem, nie był też jakoś specjalnie "zaawansowany", choć nie wiem jak odebrałby go ktoś, kto nie miał z nim styczności. Ale tak na wszelki wypadek o tym napiszę, bo komuś może to przeszkadzać. A przypisów brak.

78def3a1-03b9-434f-8596-20b401be5444

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, moi Drodzy!


Sonety sonetami, zabawa Wam się chyba podoba, co mnie ogromnie cieszy, ale trzeba też zająć się prozą. Oto przedstawiam Wam bajkę, którą udało mi się zamknąć w trzech tomach:


***


Królestwo


Tom Pierwszy


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma dolinami było sobie kiedyś Królestwo. Przez wiele lat rządził w nim król o imieniu Sam, a wszystkie te długie lata jego panowania były dla Królestwa czasem dostatku i powszechnej szczęśliwości. Mieszkańcy Królestwa mieli wówczas wszystkiego w bród, nie wyłączając nawet mleka i miodu, a jeśli czegoś nie mieli, to nie mieli wyłącznie kłopotów i problemów. Nie można jednak powiedzieć żeby za nimi tęsknili, i to nie tylko dlatego, że mało kto tęskni za kłopotami i problemami, ale przede wszystkim dlatego, że po tylu latach roztropnego panowania króla Sama mieszkańcy Królestwa nie pamiętali już że coś takiego jak kłopoty i problemy w ogóle kiedyś istniało.


Wśród mieszkańców Królestwa ten brak kłopotów i problemów brał się z centralizacji władzy. To nie było wcale tak, że kłopotów i problemów w Królestwie w ogóle nie było – to nie jest przecież możliwe. Nie docierały one tylko do mieszkańców, a działo się tak z tego powodu, że wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził, a lud otrzymywał od razu gotowe rozwiązania. Takim właśnie dobrym królem był król Sam.


Pewnego dnia jednak król Sam stanął przed obliczem problemu, który, w przeciwieństwie do mnóstwa poprzednich kłopotów i problemów, które z przyzwyczajenia rozwiązywał od ręki, był dla niego niemałą zagwozdką. Tamtego ranka, kiedy król Sam wstawał rano z łóżka żeby zająć się czekającymi go tego dnia kłopotami i problemami do rozwiązania, nie był jak zazwyczaj pełen werwy i energii. Poczuł jakieś dziwne zmęczenie i melancholię, a na dodatek coś strzyknęło mu w plecach, przez co na śniadanie musiał udać się pochylony, bo inaczej ból byłby nie do wytrzymania.


– „Oho, starość mnie dopadła. Niedługo chyba przyjdzie umierać.” – pomyślał roztropnie roztropny król, a myśl ta zmartwiła go ogromnie, bo oto pojawił się niezaplanowany problem do rozwiązania. Cały kłopot z tym problemem polegał na tym, że król Sam, przyzwyczajony do rozwiązywania kłopotów i problemów dopiero wówczas, kiedy się pojawiały, nie zwykł był się martwić na przyszłość i z tego powodu nie zadbał zawczasu o potomka, który mógłby po nim przejąć władzę nad Królestwem.


– „Co zrobić? Co zrobić?” – zastanawiał się król Sam przy śniadaniu, kiedy jadł jajeczniczkę z przepiórczych jajeczek na masełku z mleczka od młodych jałóweczek popijając ją herbatką z miodkiem.


– „Jak zaradzić? Jak zaradzić?” – zastanawiał się król Sam przy obiedzie, kiedy jadł pieczone przepióreczki w sosie miodkowym i popijał je winkiem z winogronek dojrzewających w słoneczku na południowym stoku Zamkowego Pagóreczka.


– „Cóż począć? Cóż począć?” – zastanawiał się król Sam przy kolacji, kiedy przeżuwał wysobiałkowe pszczółki przyrządzone na ostro i popijał je śmietanką z sptasiego mleczka.


I tak zeszło królowi na tych rozmyślaniach kilka dni, a wszystkie inne kłopoty i problemy, które się w tym czasie pojawiły, zeszły na dalszy plan. Mieszkańcy Królestwa odczuli to boleśnie na własnej skórze, bo oprócz rozmaitych innych kłopotów i problemów, które nierozwiązane przez króla spadły na nich, w tych właśnie dniach w Królestwie pojawił się straszny smok, który pożerał prawiczków. Zdarzało się i wcześniej tak, że smoki nawiedzały Królestwo, ale król Sam zawsze radził sobie z tym problemem wydając edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców, a kiedy edykt był już wykonany, smoki umierały wówczas z głodu. Tym razem jednak król, głowiąc się nad sukcesją tronu, a i odczuwając silną frustrację z powodu pierwszego w swoim życiu problemu, którego rozwiązać nie potrafił, edyktu nie wydał. Wątpliwym zresztą jest czy król Sam, zajęty swoimi rozważaniami, w ogóle pojawienie się tego smoka w Królestwie zauważył.


Prawiczkowie byli zjadani, król rozmyślał, kryzys demograficzny w Królestwie się nasilał. Wywołało to niepokój wśród poddanych króla Sama, zebrali się oni więc na Rynku i zaczęli radzić. Radzenie to szło im niesporo. Przekrzywiali się tylko nie potrafiąc dojść do porozumienia, nie byli bowiem zwyczajni do rozwiązywania kłopotów i problemów. Traf chciał jednak, że w tamtym czasie przebywała w Królestwie karawana kupiecka z innego Miasta, która przybyła aby nabyć w korzystnych cenach mleko i miód – towary, których wśród poddanych króla Sama nigdy nie brakowało.


– Jak to nie ma mleka i miodu?! – wykrzyknął przywódca karawany, kiedy udało mu się odciągnąć na bok jednego z radzących, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach tych towarów, które poza Królestwem uchodziły za luksusowe.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Jeśli nie masz sukcesora, a ciągłość władzy monarszej musi być zachowana, nie masz bowiem głupszego rozwiązania nad oddanie władzy w ręce ludu, a już tym bardziej twojego, niech będzie tak, że następcą tronu zostanie ostatnia osoba, z którą przed śmiercią porozmawiasz!

Być może nie był to najlepszy pomysł, ale król Sam, zmęczony już przedłużającym się zamartwianiem nad problemem sukcesji, zgodził się na to rozwiązanie i postanowił od razu obwieścić je swoim poddanym. Wyszedł więc ze swojej Królewskiej Komnaty na swój Królewski Balkon, skąd zwykł wygłaszać swoje Królewskie Przemowy do ludu i natychmiast ogłosił mieszkańcom swoją Królewską Decyzję. Gdy tylko zakończył to Swoje Królewskie orędzie nad Królestwo nadleciał smok i ten smok wówczas króla Sama zjadł.


Okazało się wtedy, że ostatnią osobą, z którą król Sam rozmawiał był ów kupiec. Na mocy więc dopiero co ustanowionego prawa to właśnie on został nowym królem. Kupiec ten miał na imię Tom, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Pierwszy.


Tom Drugi


Żeby jednak król Tom mógł zostać obdarowany przez Historię liczebnikiem porządkowym, musiał nastać po nim jakiś kolejny król Tom, który, dla odróżnienia, byłby nazywany Drugim. Tak też rzeczywiście się w Królestwie zdarzyło. A jak to z tym królem Tomem Drugim było? Posłuchajcie.


Król Tom, później nazwany Pierwszym, był władcą innym niż jego poprzednik, król Sam. W odróżnieniu od dobrego władcy Sama, którego w Królestwie długo wspominano z rozrzewnieniem, a czasami nawet ze łzami w oczach, król Tom nie rozwiązywał problemów i kłopotów swojego ludu. Wręcz przeciwnie. To król Tom był przyczyną kłopotów i problemów, które tak nagle spadły wtedy na mieszkańców Królestwa. Zły ten władca zaprowadził nowe porządki opierając funkcjonowanie Królestwa na zasadach wolnorynkowych. Każdy obywatel został pozostawiony sam sobie, musiał radzić sobie samodzielnie, co już stanowiło bardzo poważny problem dla mieszkańców Królestwa, którzy do tej pory dostawali wszystko to, czego potrzebowali, a o tym co mieli robić decydował nadany im przez króla Sama przydział. Zupełnie nie odnajdujący się w nowej rzeczywistości, pozostawieni samym sobie ludzie musieli sobie jednak jakoś radzić, choć z tym radzeniem sobie radzili sobie wyjątkowo źle. Król Tom rządził natomiast twardą ręką. Jedyną rzeczą, która go interesowała było zapełnianie Królewskiego Skarbca coraz to większymi bogactwami, które ściągał z poddanych za pomocą coraz to nowych danin i podatków. Wszystkie edykty, które wydawał dotyczyły wyłącznie gospodarki, a w czasie długich przemów i wieców prezentował kolejne makroekonomiczne wskaźniki, które obrazowały to, że za jego rządów w Królestwie żyje się zdecydowanie lepiej. Mieszkańcy niewiele z tych przemów i kolorowych wykresów rozumieli, zresztą nie za bardzo ich one interesowały, a to głównie z tego powodu, że zauważali, że, niezależnie od tego, co mówi król Tom, im samym żyje się zdecydowanie gorzej. Nie posiadali jednak na ten temat żadnych danych, których nie potrafili ani zbierać, ani zestawiać, ani przedstawiać graficznie, toteż kiedy stawiali się u króla na audiencji celem przedstawienia swoich problemów, król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę. Brakowało żywności, gdyż wyznaczeni przez króla Sama rolnicy nie wiedzieli jak radzić sobie z problemem zachwaszczenia pól. Chaty się waliły, gdyż wyznaczeni przez króla Sama cieśle nie wiedzieli jak rozwiązać problem butwiejących belek. Nawet Królewski Zamek był w coraz gorszym stanie, gdyż wyznaczeni przez króla Sama murarze nie wiedzieli jak rozwiązać problem pękających murów, nikt im zresztą tego też robić nie kazał, gdyż król Tom zajęty był innymi, dużo ważniejszymi dla niego sprawami. Mieszkańcy Królestwa popadali w nędzę tak głęboką, że nawet nękający Królestwo smok odleciał, a inne przestały się zjawiać. Występowanie prawiczków było bowiem – z powodu braku innych rozrywek, za które trzeba było płacić pieniędzmi, których mieszkańcom brakowało – coraz rzadsze. Sami zresztą prawiczkowie, jeśli już nawet udało się jakiegoś znaleźć, nie byli też szczególnie apetyczni – ot, brudni, wychudzeni młodzi chłopcy. Żaden łakomy kąsek. Nawet dla smoka.


– Co tu o was takie braki w zatowarowaniu? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan nędzarza, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi powodem braków na rynkach towarów, które poza Królestwem nie były obłożone tak horrendalnymi podatkami, że nadal opłacało się je jeszcze produkować.


– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Zamek twój iście przebogatym jest! Widzę, że złotem ocieka, że każda ściana tym cennym kruszcem wysadzana! Doprawdy imponujące! Ze złotem jednak wiążą się pewne niebezpieczeństwa. Metal to owszem, szlachetny. Piękny i cenny, ale przy tym o dużej gęstości i miękki. Nie nadaje się zupełnie na konstrukcje, a tylko je obciąża. Być może zauważyłeś, że na murach twojego zamku tu i ówdzie pojawiają się pęknięcia? To wszystko na skutek zbytniego obciążenia ścian nośnych złotem! Wiemy o tym my, mieszkańcy naszej Krainy, która słynie z najlepszych inżynierów i najlepszej czekolady! Królu! Materiału konstrukcyjnego potrzebujesz, bo inaczej to całe bogactwo kiedyś ci się na łeb zawali! A tak się składa, że nasi inżynierowie taki materiał opracowali i myślę, że moglibyśmy nawiązać obustronnie korzystne kontrakty handlowe, gdybyś tylko zechciał wysłuchać mojej propozycji. Mam akurat ze sobą kilka próbek. – kupiec poklepał się po sakwie.


Król Tom rozejrzał się po komnacie i rzeczywiście wspomniane pęknięcia na ścianach dostrzegł. Oblicze jego przybrało wówczas zmartwiony wyraz, a sam król, zaciekawiony, podniósł się ze swojego złotego tronu i zbliżył się do przybysza chcąc bliżej przyjrzeć się temu nowemu materiałowi.


– A czym to panie handlujecie? – zapytał.


– Stalą – odpowiedział przybysz wbijając królowi sztylet w serce. – Umarł król, niech żyje król! – rzekł następnie podnosząc z marmurowej posadzki wysadzaną diamentami koronę, która zsunęła się martwego już ciała króla Toma, a którą to sam założył sobie na głowę.


Tak się złożyło, że również i ten kupiec miał na imię Tom, a że był już wcześniej król o takim imieniu, został zapamiętany przez potomnych jako Tom Drugi.


Tom Trzeci


Za panowania króla Toma Drugiego do Królestwa nie powróciły nie tylko mleko i miód, ale nie powrócił nawet choćby względny dobrobyt. Mieszkańcom nadal wiodło się źle. Wysokie podatki i daniny zostały utrzymane, zmieniło się tylko ich przeznaczenie. W przeciwieństwie do króla Toma Pierwszego, król Tom Drugi nie gromadził majątku w Królewskim Skarbcu. Całość środków finansowych przeznaczał na import stali z krainy inżynierów i czekolady. Wykorzystywał tę stal do produkcji zbrojeń, zbroił się bowiem na potęgę, pamiętając o sposobie w jaki przejął władzę i nie chcąc tej władzy w podobny sposób utracić. Pozostałą stal wykorzystywał do produkcji klatek w których umieszczał podejrzanych o działalność wywrotową obywateli, a takich obywateli w Królestwie była większość, jak również do produkcji zatrzaskowych kłódek, którymi te klatki z umieszczonymi w nich obywatelami zamykał. Kluczykami się nie kłopotał, zresztą było mu szkoda na nie stali. Lud poddawany był ciągłej kontroli przez Królewską Gwardię – wysokich, groźnych mężczyzn z halabardami, ubranych w fioletowo-żółte stroje i stalowe hełmy z czerwonym pióropuszem. Za panowania króla Toma Drugiego w Królestwie nastał czas terroru.


– Dlaczego nie sprowadzacie już od nas czekolady? – zapytał pewnego dnia przywódca jednej z karawan więźnia, którego znał, ten wcześniej zajmował się bowiem kupiectwem. W czasie rozmowy dowiedział się od byłego już kramarza o problemach i kłopotach trawiących Królestwo, które były między innymi spowodowane brakiem środków finansowych na zakup czekolady.

– Prowadźcie więc do króla! – zakrzyknął ten przybysz z obcego lądu, miał bowiem pewien pomysł na unormowanie sytuacji, do czego było mu pilno, gdyż miał przecież swoje zobowiązania handlowe.


– Pan skręci w lewo, później prosto na Zamkowy Pagóreczek, minie pan fosę, później przez dziedziniec i drzwi na wprost. Przejdzie pan przez korytarz i na jego końcu będą drzwi do Królewskiej Komnaty – powiedział więzień, który nie mógł zaprowadzić kupca do króla, gdyż był zamknięty w klatce. Drogę zaś do Królewskiej Komnaty pamiętał tak dokładnie jeszcze z czasów króla Sama, którego wspomniał wówczas z takim rozrzewnieniem, że aż łza zakręciła mu się w oku.


– Królu! – powiedział przybysz, kiedy stanął przed obliczem króla. – Pochodzisz z naszego ludu i nasz lud z dumą wspomina twoje imię, gdyż daleko w życiu swoją ciężką pracą zaszedłeś. Nęka mnie jednak pytanie, dlaczego, jako władca tego Królestwa, zaniedbujesz stosunki z ludem, z którego się wywodzisz? Dlaczego nie importujesz naszej czekolady?


– Czekolada… – król Tom Drugi rozmarzył się. – Już zapomniałem jak smakuje. Tyle innych wydatków, kupcu. Tyle kłopotów i problemów, a znikąd pomocy. Nic człowiek nie ma w życiu przyjemności, nawet kiedy jest królem…


– Królu – rzekł przybysz – przyjmij w takim wypadku jako wyraz hołdu tę tabliczkę czekolady. Niech będzie ona symbolem uznania naszego ludu dla dokonań jego syna, a – kto wie? – może i pozwoli nam w przyszłości nawiązać korzystne dla obu stron stosunki handlowe również i w obszarze czekolady?


– Doprawdy? – ucieszył się król Tom przyjmując z rąk kupca tabliczkę i odgryzając od razu cały jej róg. – Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! Ten smak mleka od krów wypasanych na pastwiskach naszych gór, jak mleko matki…


I król urwał, i zazielenił się na twarzy, i oczy wyszły mu na wierzch. I złapał się za gardło, i próbował złapać oddech, ale próby te zakończyły się porażką. Zakończyło się również życie króla Toma, którego ciało zwiotczało i osunęło się na jego stalowy tron.

Z tego stalowego tronu kupiec zepchnął zwłoki króla zdejmując wcześniej z jego głowy stalową koronę. Na czubku tej korony umieścił kostkę czekolady, po czym zasiadł na pustym już tronie.


– Umarł król, niech żyje król! – powiedział.


Kupiec ten miał na imię Karol, a że nie było wcześniej króla o takim imieniu i król o takim imieniu nie nastał też nigdy po nim, został zapamiętany przez potomnych po prostu jako Karol.


***


2341 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

edykt każący rozprawiczać wszystkich chłopców

Myślę, że taki edykt w naszym świecie mógłby rozwiązać trochę problemów.


Tom Pierwszy.


Tom Drugi

Fajne przejście i z drugiego na trzeci również.


To mi wpadło w oka:

król odsyłał ich z kwitkiem, za który to kwitek również musieli Opłatę Urzędową uiścić.

Oraz:

Ach, ten smak importowanego kakaa produkowanego w przez niewolników w nieludzkich warunkach! 

Oczywiście smaczków było sporo więcej ale wybrałem wybrane.


Co natomiast mi się nie podobało:

wszystkie problemy i kłopoty trafiały najpierw do króla Sama, on sobie z nimi radził

...sam. - Przecież takie powinno być kolejne słowo w tym zdaniu. Strasznie się zawiodłem.

Zaloguj się aby komentować

Wazelina dla moderatora


Nieść pomoc innym są ludzie gotowi

Bo instynkt mają iście zwierzęcy.

Silni jak byk, jak owca- bojowi

Sprytni i zwinni jak stado zajęcy.


Strażnikiem Texasu są w naszym necie

I czasem też trolli za swojej kadencji

Usunąć muszą, jak dobrze wiecie,

Gdy imby kręcą pragnąc atencji.


Na takich miejscu popadłbym w fobie,

Zszedlbym na zawał albo na raka.

Bez czarnolosty skończyłbym w grobie

Lub los podzielił pod sklepem pijaka.


Wnet posyp popiół po swojej głowie

Gdy wpis Ci usunął, robaku gniewny,

Pan moderator, bo to jest nadczłowiek.

Więc taguj swe wpisy buraku pastewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Biały Bicz Boży


Płyną zewsząd czarni nowi

Ach! czekałem od miesięcy

miecz mój małpy wnet owdowi

siekam ostrzem więc czym prędzej


pod mym konia grzbiecie

nie dla zysku i atencji

wnet żywota wyzioniecie

przy szermierczej mej inwencji


póki mam to moje zdrowie

tnę przez łeb małpy krewniaka

lud smoluszy już w żałobie

dzień jak codzień, żadna draka


rośnie z trupów czarny zasiek

wiatr kołysze płaszcz mój zwiewny

nie pomylą mnie z kimkolwiek?

tego jestem ciut niepewny


#nasonety

#zafirewallem

I znowu trudne, bo tu już rytmika bardziej jak u @moderacja_sie_nie_myje , ale równie dobrze można to przypisać @splash545 albo @RogerThat

dla mnie to @RogerThat - on potrafi takie krótkie zgrabniochy robić


also, @George_Stark - dawno nie czekałam tak końca edycji #nasonety! Strasznie chcę się dowiedzieć, który wiersz należy do kogo

Zaloguj się aby komentować

Modlitwa wędkarza


Choćbym i sto karpi złowił

Co świt wstawał pięć miesięcy

To by temu szczupakowi

radę dał ino czteroręcy


Wędkowałem jako dziecię

Rybiej sięgłem prepotencji

Zimą, wiosną, no i w lecie

Naturalnie - bez licencji


Potentną zanętę zrobię

Złowię w końcu go, szczupaka!

Kukurydzy nie udziobie?

To spróbuję na robaka


A gdy złowię jakiegokolwiek

Boże, bądźże tego pewny

że odmówię sto zdrowasiek

I oddam śpiew modlitewny


#nasonety #diriposta #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Niebieski sonet


Jak sonet napisać zwierz pewien się głowi.

Wiele razy próbował od tylu miesięcy.

W końcu jednak to zrobił i to wbrew lękowi.

Pokazał kawałek odwagi zwierzęcej.


To pierwszy mój sonet. Co na to powiecie?

Wrzucam go dyskretnie. Nie pragnę atencji.

Szacunek nim zyskam. R⁎⁎⁎ać mnie przestaniecie...

Choć źle mi nie było i nie mam pretensji...


Ciekawy byłem uczucia gdy w końcu to zrobię.

W Lublinie jak równi zbijemy piątaka. 

Nie liczcie, że szybko coś jeszcze naskrobię

i nawet gdy ktoś dałby mi za to tysiaka.


Jeden sonet wystarczy na jeden wiek.

Na częściej nie liczcie, nie jestem wylewny.

Swoje już zrobiłem i jestem swój człowiek.

Choć wyszedł o niczym, taki trochę badziewny...


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Kot w ciepłym mieszkaniu


Rankiem, słoneczko po wąsach świeci kotkowi,

Koniec nieuchronny widać letnich miesięcy.

Lecz nie wadzi to wcale czarnemu mruczkowi,

Nie tak jak ptaszynie, zimną aurą przejętej...


Kotek śpi głęboko i śni o miłym lecie,

Tuląc się do grzejnika ciepłej konwencji,

Marząc o pudle, przy fotelu, w pakiecie,

Gdyż w nim się umości, po drzemki sekwencji.


I może pomyśli o tej jednej osobie,

A myśl to będzie kocia i nie byle jaka,

Wszystko sprowadzi się w mruczącym sposobie,

Wszamać saszetę i dać na półkę drapaka.


Na szczenięce szaleństwa już wziął minął ten wiek,

W jej miejsce powaga dostojnej królewny,

Niech sobie wokół robią co chcą i cokolwiek,

Kot w tym wieku nie bywa zbytnio wylewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Bobik


Dałam mu na imię Bobik

Taki słodki pysk szczenięcy

Na spacery ze mną chodził

Przez dwanaście w rok miesięcy


A pewnego razu w lecie

To w rabatę wbiegł hortensji

Sąsiad płakał o to kwiecie

Ja o pyłek w jego sierści


W nocy sypiał na podłodze

Chociaż się próbował wdrapać

I na męża spać połowie

Cóż. Przynajmniej on nie chrapał


A później gdzieś sobie pobiegł

Mnie zalał wtedy płacz rzewny

Wrócił. Uszy spuścił po sobie

Podkulił ogon, pysk miał niepewny


#nasonety

#zafirewallem

To wygląda na @Wrzoo ale I tak obstawiam, że to @George_Stark się podszywa. Na koniec edycji wyjdzie, że to tylko on się podszywał i nikt inny sonetu nie napisał xd

Zaloguj się aby komentować

Prze-życie


W przeżyciu życia jesteśmy wciąż nowi,

Choć to za nami przybywa miesięcy.

Jesteśmy też mniej rzeczywiści, bardziej cyfrowi,

Cyniczni, mniej w nas naiwności dziecięcej.


Bo życie jest przeżyciem na debecie,

W pogoni, traci na swej esencji;

Środek staje się celem w mglistej poświecie.

Pusty rytuał zamyka się w swej sekwencji.


Chyłkiem umyka czas, zebrany w minionej daty ozdobie...

Czy wart był on chociaż groszaka?

Czy zamkniesz go w dobrym słowie?

Czy raczej nie wart nawet kłaka?


Wszystko się toczy jakkolwiek,

Niewiele zmienia, czyś gniewny...

Powstanie, przeminie z nami wiek,

Poniesie wszystko nurt czasu zwiewny.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Jezus też nienawidził wędkarzy


Siedzi Smoluch, ryby łowi

przynętą z uszu zajęcy,


  • czemu nie biorą?! nad tym się głowi

nic nie dociera do głowy tępej


tak się łowi w lecie

rzecz też jest w esencji

jak smród w lesie

i w odpowiedniej konwencji


dlatego psikusa mu zrobię

i łeb rozwalę biedaka

wieszając ku lasu ozdobie

jak na haku pędraka


wisi nad ziemią czarny zbieg

w skamleniu taki wylewny

śmierć to życia obieg

żywota skończył małpy krewny


#nasonety

#zafirewallem

Myślę, że @George_Stark może się podszywać ale ostatecznie stawiam na @moderacja_sie_nie_myje bo jednak dał szybko koment pod wpisem rozpoczynającym a też chłopak umie jak z karabinu te sonety wystrzeliwać

Zaloguj się aby komentować

919 + 1 = 920


Tytuł: Mapa

Autor: Barbara Sadurska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Na najcieńszym pergaminie, zrobionym ze skóry białych jagniąt, które zostały pobrane od żywych matek, na pergaminie godnym możnych tego świata, na takim pergaminie złotym pyłem rysowaliśmy z Fra Mauro mapę, za którą on chciał kupić zbawienie, a ja wolność. Zbawienie, którego nie ma. Wolność, której nie ma. Wodzenie na pokuszenie.


Coraz bardziej lubię to małe wydawnictwo Nisza, bo za każdym razem, kiedy sięgam po opublikowaną ich nakładem książkę dostaję coś albo nietypowego, albo coś, co mi się podoba. Często nawet te dwie cechy łączą się w jednej pozycji, co tylko moją sympatię do tego wydawnictwa wzmacnia. Taką książką, która połączyła pewien rodzaj zaskoczenia z podobaniem mi się była właśnie Mapa pani Barbary Sadurskiej.


Pewnym zaskoczeniem jest kompozycja tej książki, w której łatwo można się pogubić (mnie się to kilka razy zdarzyło), ale, co ciekawe, to zupełnie nie przeszkadza. Opowieść rozgrywa się na przestrzeni sześciu wieków w kilku różnych krajach (a zajmuje tylko nieco ponad 200 stron!) i swobodnie i nieoczekiwanie przeskakuje sobie w czasie i przestrzeni tak, że czasami czytelnik zdaje sobie z tego sprawę dopiero po kilku zdaniach. Brzmi trochę jak kiepsko prowadzona narracja, z wykorzystaniem koślawej składni i nieumiejętnym operowaniem podmiotem? Ale tak nie jest. To, co dzieje się w Mapie to zabieg świadomy i przeprowadzony świetnie. A z tego, że człowiek się nie zorientował, że cofnął się o kilka wieków można sobie wyciągać różne wnioski. O życiu na przykład, które się podobno tak mocno różnych epokach pozmieniało.


Wszystko w Mapie rozbija się o mapę, z roku tysiąc czterysta któregoś tam, która w kolejnych pokoleniach trafia do kolejnych osób i wywołuje kolejne emocje, które z kolei powodują kolejne zdarzenia. Podobał mi się w tej książce sposób kreacji bohaterów, którzy zawsze czegoś chcieli, podobało mi się bardzo oszczędne, ale wiarygodne odwzorowanie różnych epok. Podobał mi się język i wrażenia z jego odbioru, podobne do tych, które wywoływał u mnie pan Bruno Schulz. Podobały mi się momenty w których odnajdywałem pewne tropy prowadzące do pana Márqueza (czy one tam rzeczywiście były, czy mi się tak kojarzyło, to już inna kwestia). Podobały mi się relacje między postaciami, podobały mi się mroczne tajemnice (niewyjaśnione, ale to nie szkodzi) Cała ta książka w ogóle mi się podobała. To była dla mnie taka bardziej lektura emocjonalno-impresyjna niż intelektualna i może właśnie dlatego tak mi się podobała?

726f3588-4642-4d54-a0fd-585bec6d42d6

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Wydałem z siebie donośne „Ooo!”, kiedy się okazało, że zostałem zwycięzcą XLVIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Zgodnie więc z tradycją przychodzi mi otworzyć kolejną, zgodnie z nieubłaganymi prawami matematyki, XLIX edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Będzie to edycja inna niż wszystkie, i to nawet nie tylko dlatego, że żadna wcześniej nie miała takiego numeru i żadna później mieć już go raczej nie będzie – raczej, bo z naszymi zdolnościami matematycznymi to wszystko jest możliwe – ale o tym dlaczego będzie inna napiszę później, przy okazji podawania zasad. Na początek tekst #diproposta .


Otóż bardzo mocno przypadł mi do gustu wspaniały Sonet o boyu hotelowym, którym zajmowaliśmy się poprzednio i w związku z tym zdecydowałem, że w tej edycji również będzie naszej twórczości przyświecał Boy. Tym razem nie boy hotelowy jednak, a Boy-Żeleński. Tadeusz Boy-Żeleński konkretnie.


Spośród utworów pana Żeleńskiego wybrałem Wierszyk, który sam autor uważa za nie bardzo mądry. Być może utwór ten nie jest bardzo mądry, ale jest za to dość długi, a przynajmniej zbyt długi na to żebym nas męczył układaniem do całości. Stąd podaję tutaj tylko cztery pierwsze jego strofy, czyli szesnaście wersów (bo w przypadku czternastu dwa ostatnie by się nie rymowały). Cały zaś wiersz, jeśli ktoś ma ochotę, można znaleźć pod linkiem wyżej. Do rzeczy więc::


Tadeusz Boy-Żeleński

Wierszyk, który sam autor uważa za nie bardzo mądry

(fragment)


Niech mi ktoś wreszcie powi

- Diabłów kroć sto tysięcy! -

Czemu się tak nerwowi

Stajemy coraz więcej?


Długom to zgłębiał, przecie

Doszedłem kwintesencji:

W tym zło, że na tym świecie

Nic nie ma konsekwencji.


Rzecz jedna sama w sobie

Nie ciągle jest jednaka,

Lecz bywa w różnej dobie

To taka, to owaka.


Bywają dni, że człowiek

Strasznie jest siebie pewny,

Rad, od otwarcia powiek,

Jak prosię w deszcz ulewny.


***


!!! ZASADY !!!


Ponieważ zapowiada się, że w tym tygodniu będę miał nieco więcej czasu zrobimy sobie coś, co chciałem zrobić już od dawna, a zawsze kiedy miałem okazję, to o tym zapominałem. XLIX edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem będzie edycją anonimową!


Na czym będzie to polegać? Otóż, po standardowym ułożeniu wiersza tak, żeby ostatnie słowa w odpowiednich wersach rymowały się ostatnimi słowami utworu di proposta układający nie zamieszcza go samodzielnie, a wysyła do mnie przez wiadomość prywatną. To ja, pamiętając o społeczności, zamieszczam odpowiedź, a resztę prosiłbym o zgadywanie w komentarzach kto jest zamieszczonego wytworu autorem (mogę to być również ja!). Plan jest taki, że wygra uczestnik, którego zdemaskuje najwięcej osób, ale czy to wyjdzie, to tego nie wiem. W razie czego wymyślę coś innego.


***


Jeszcze dwie prośby.


Pierwsza: ponieważ nie chciałbym w żaden sposób ingerować we wpisy, proszę o przesyłanie dokładnie tego co mam zamieścić. To znaczy już z tagami, jeśli ma być jakiś wstęp, to również z tym wstępem w jednej wiadomości. Tak, żebym mógł ją po prostu skopiować i wkleić. Z góry dziękuję.


Druga (tutaj chyba @bojowonastawionaowca): czy jest na tym portalu możliwość wyszukania wpisów użytkownika w tagu? Bo, jeśli czas mi pozwoli, to mam ogromną chęć pobawić się w próby podrabiania stylu innych naszych Poetów i sprawdzenia czy uda mi się Was podpuścić.


***


To chyba tyle. Miłej zabawy! I mam nadzieję, że ten format sprawi nam trochę radości!

Zaloguj się aby komentować