1140 + 1 = 1141
Tytuł: Piercing
Autor: Ryū Murakami
Kategoria: literatura piękna
Ocena: 8/10
#bookmeter
Wszyscy pokazują innym swoje rany, zupełnie jak kulturyści z dumą prężący muskuły na zawodach. I, co niewiarygodne, każdy święcie wierzy, że jeśli tylko je pokaże, rany znikną.
Dziś jesteśmy już dużo bardziej cywilizowani niż, dajmy na to, tacy Spartanie. Dziś już nie zabijamy własnych dzieci, nie zostawiamy ich na śmierć*, kiedy są słabe i uważamy, że mogłyby sobie nie poradzić w życiu. Dziś już jesteśmy dużo bardziej cywilizowani i w związku z tym postępujemy inaczej. Dziś chronimy życie naszych dzieci, a tylko zaszczepiamy w nich traumy, z którymi później muszą sobie przez resztę życia radzić.
Z traumami można radzić sobie na różne sposoby – można je wyprzeć, można je zagłuszyć, być może da się je nawet wyleczyć. Ale można też (trzeba?) z nimi żyć, a one wtedy czasami się odzywają. I takim przypadkiem zajął się właśnie pan Murakami – wziął na warsztat dwie osoby i dwie traumy i mocno je w tych dwóch osobach wyciągnął. Takie prawo literatury, a może nawet i jej zadanie.
Już od dłuższego czasu chciałem napisać historię, w której dochodzi do spotkania mężczyzny pragnącego popełnić morderstwo i kobiety i skłonnościach samobójczych – takimi słowami zaczyna się posłowie do Piercingu i to w zasadzie jest stwierdzenie, którym można całą tę książkę opisać. Bo nie ma w niej wiele ponad to spotkanie i wydarzenia, które do niego, pośrednio bądź bezpośrednio, doprowadziły. Zwykle takie podejście autora nie podoba mi się, spotyka się z moim sprzeciwem. Lubię, kiedy świat jest rozbudowany, kiedy coś jeszcze się dzieje. Ale nie tutaj. Tutaj, w Piercingu, wydaje mi się, że dodanie czegokolwiek więcej osłabiłoby wymowę tej historii.
Ta książka przepełniona jest uczuciami, choć są to uczucia z gatunku tych, których chciałoby się chyba w życiu jak najmniej. Jest w niej wszystko, jest w niej strach, jest niepewność, jest zwątpienie, jest bezsilność i są zachowania autodestrukcyjne, a wszystko to, co w niej jest, podniesione jest bardzo wysoko. Czytanie tej książki powoduje niepokój, być może przez to, co zostało w niej opisane, być może przez to jak to zostało opisane, najpewniej jednak przez połączenie jednego z drugim. A już przedstawienie widzenia świata, odbioru tej samej sytuacji przez oboje bohaterów, a każdego z nich na swój, przefiltrowany przez ich traumy sposób, niemal zmusza do tego żeby książkę odłożyć i przynajmniej chwilę od niej odpocząć.
***
Zrobiła na mnie wrażenie ta książka, silne wrażenie na mnie zrobiła. I tak zapisałem te kilka zdań wyżej, i siedzę sobie teraz, i próbuję pozbierać myśli, i zastanawiam się co jeszcze mógłbym tutaj więcej o niej napisać. I nic mi na jej temat nie przychodzi do głowy, a przynajmniej nic takiego, co umiałbym jakoś sensownie zapisać. Przychodzi mi za to do głowy coś innego, przychodzi mi do głowy cytat z pana Vonneguta, z jego Rzeźni numer 5: o masakrze nie sposób powiedzieć nic inteligentnego. I może tak samo jest właśnie z tymi najmroczniejszymi zakamarkami człowieka? Że nie da się o nich nic inteligentnego napisać? Że można je jedynie przeżyć? Najlepiej jednak wyłącznie jako ktoś z zewnątrz, jako obserwator, jako odbiorca, na przykład literatury. Bo, aż chciałoby się, sobie i innym, życzyć, żeby nie było ich nigdzie indziej.
===
* - Choć z tym zostawianiem dzieci na śmierć, to, jak się okazuje, nie było do końca tak, jak to mówili w szkole (w szkole kłamali?! – cóż za zaskoczenie! znowu!). Słyszałem to z kilku różnych źródeł, a tutaj , na poparcie twierdzenia, artykuł znaleziony na szybko; wygląda nieźle, całkiem wiarygodnie, ma nawet bibliografię, co w Internecie nie jest znowu aż tak oczywiste. A napisałem tam na początku tak o tej Sparcie, no bo mi takie stwierdzenie po prostu retorycznie do rozpoczęcia wpisu pasowało.

