Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

No pan Jan Stanisław Skorupski jest absolutnie niepodrabianly! Przez ostatnich kilka dni siadałem w wolnych chwilach próbując choć odrobinę zbliżyć się do poziomu artyzmu, jaki osiągnął w swoim Sonecie o boyu hotelowym, który jest tekstem di proposta w XLVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem. Wyszło jak wyszło, ale bardziej zbliżyć się do ideału już po prostu nie potrafię. Pozostaje mi chyba tylko grzać się jego egipskim ciepłem.


***


Sonet o piłkarskim oldboyu


Jan Tomaszewski jest już oldboyem

zamienił boisko na sejmową salę

można powiedzieć stadion na halę

tym zajął się gdy skończył z futbolem


oburza się kiedy panie posłanki

chcą w głosowaniach go przekabacić

to bramkarz – nie daje się więc zeszmacić

broni swojego, jak bronił bramki


nie kryje się ze swoim zdaniem

ma prawo mówić co myśli przecież

pocieszamy go publikowaniem


wpierw były Leppera przeprosiny

zgodnie z wyrokiem sądu w gazecie

wczoraj z Bońkiem doszło do spiny


Warszawa, 31 października 2024

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Godząc się z tym, że niemożliwym jest napisać cokolwiek lepszego niż sonet pana Jana Stanisława Skorupskiego, który został wybrany na tekst di proposta w XLVIII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem nieśmiało pragnę przedstawić swoją odpowiedź na ten wspaniały utwór:


***


Ich Troje


Jak u Dumasa, też było Ich Troje

i zdominowali na tygodnie całe

listy przebojów. Wstrząsnęli krajem.

Powiedz, pamiętasz którym przebojem?


Pozostawili gdzieś w tyle Brathanki,

łzami Narcyza nie chcieli się trapić,

mówili: „Depesze na pocztę powinni trafić”

bo nienawidzili Twojej generacji.


W czerwcu zaczęło się to ich panowanie.

Świecili, jak słońce świeciło nam w lecie;

na zawsze (przez lato)? – tak brzmiało pytanie.


A jednak, gdy rok już się zbliżał do zimy,

i nastał tamten pamiętny wrzesień

Krzysztof z Goranem zwyciężyli z nimi.

Zaloguj się aby komentować

905 + 1 = 906


Tytuł: Pan wszystkich krów

Autor: Andrzej Dybczak

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


To, co chciałbym opisać, wydarzyło się następnego dnia, w poniedziałek, i powiem od razu, że nie było to wielkie wydarzenie.


Sto szesnaście pobranych książek Wydawnictwa Literackiego. Sześćdziesiąt sześć opublikowanych przez wydawnictwo Czarne. Dziewięć od Czarnej Owcy, siedemnaście z Rebisu. Kilka z Zysku i kilka kolejnych z Prószyńskiego. Trzy ze Świata Książki. Tak wyglądały moje przygotowania do zmian wprowadzonych ostatnio przez Legimi. A to wszystko nie licząc około pięćdziesięciu książek, które miałem pobrane już wcześniej. Około pięćdziesiąt pozycji to taka stała, zwykła liczba tego, co chciałbym przeczytać i co ciągle wierzę, że przeczytać mi się kiedyś uda. A później wpada mi w oczy wpis wydawnictwa Nisza, który zaczyna się takim zdaniem: Na początku spotkania Andrzej Stasiuk wyznaje, że podziwia tylko dwóch polskich pisarzy, jeden to Michał Milczarek, drugi - Andrzej Dybczak. No i ściągam kolejną książkę. Tamte przecież mogą spokojnie jeszcze trochę na swoją kolej poczekać.


Twórczości autora Pana wszystkich krów, pana Andrzeja Dybczaka nie znałem wcześniej, tak jak zresztą nie miałem w ogóle pojęcia o istnieniu takiego człowieka jak pan Andrzej Dybczak. – „Ilu jeszcze takich autorów chowa się gdzieś tam przede mną?” – pomyślałem sobie. – I czy w ogóle dam radę ich wszystkich przeczytać?” Bo ta proza zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, j€z od pierwszych jej zdań. Najpierw, co według mnie jest olbrzymim komplementem, zadźwięczała mi panem Andrzejem Stasiukiem. Tym, którego uwielbiam, to znaczy tym, w którego esejach się zaczytywałem i dalej się zaczytuję, bo zdarza mi się do nich wracać. Nie znaczy to oczywiście, że chciałem napisać że pan Dybczak jest jakąś kopią czy naśladowcą pana Stasiuka (chociaż może?; tego nie wiem). Może jacyś literaturoznawcy potrafiliby znaleźć, porównując teksty tych dwóch autorów, jakieś wspólne elementy składniowe, coś zbliżonego w ich frazach albo coś tam jeszcze innego takie profesjonalne oko potrafiłoby dostrzec. Ja, posługując się raczej intuicją niż wiedzą znalazłem dwa wspólne punkty. Pierwszym z nich jest lekkość i przyjemność z jaką odbiera się teksty obu tych panów, drugim jest tych tekstów obrazowość i jakaś impresyjność może, wyrażona w tak naturalny i niewymuszony sposób, że aż się człowiek dziwi, że tak można. Tak bez żadnych fajerwerków, tak zupełnie po prostu.


A później, po kilku tekstach, kolejnym autorem, którego bardzo cenię, i którego twórczości jakieś echa odezwały się w mojej głowie przy tych tekstach był pan Wiesław Myśliwski. Z nim z kolei skojarzyło mi się to, w jaki sposób pan Dybczak prezentuje pojawiające się w opowiadaniach postaci. W tej książce nie ma ich opisów, a jeśli już są, to są szczątkowe (chyba że są, a tylko mnie tak ta lektura porwała, że ich nie zauważyłem, co w zasadzie wychodzi na to samo). O tych ludziach, którzy są bohaterami tych opowiadań dowiadujemy się z tego co mówią, co robią, jak się zachowują. No i jeszcze z bohaterami pana Myśliwskiego bohaterów pana Dybczaka łączy to, że żadnym bohaterami nie są. Są wiejskimi gospodarzami, krawcami, robotnikami, zbieraczami złomu czy ojcami, o których nie wiemy w zasadzie nic więcej poza tym ich ojcostwem. Są zwykłymi ludźmi i właśnie w tej swojej zwykłości są niezwykle fascynujący.


Tak samo w Panu wszystkich krów czytelnik nie będzie przemierzał złowrogich krain po to, żeby wrzucić obrączkę do wulkanu; nie wyląduje na bezludnej wyspie, która w piątek okaże się jednak nie tak całkiem bezludna; nie będzie polował na białego wieloryba razem z szalonym kapitanem na pokładzie Pequoda; nie będzie nawet cały dzień spacerował po Dublinie. Wybierze się raczej na pastwisko, z którego będzie zaganiał krowy na udój do obory; wybierze się na klatkę schodową, gdzie będzie rozmawiał ze swoim sąsiadem z wyższego piętra, wybierze się w odwiedziny do brata, do którego jednak nie dotrze, bo po drodze dopadną go wspomnienia wywołane przez stary kościół; a jeśli już wybierze się nawet za granicę, to do Norwegii, nie po to jednak żeby karmić tam fiordy, ale żeby rozładowywać kilkusettonowe okręty wracające z połowu z ładowniami wypełnionymi mrożonymi rybami (o szaleństwie ich kapitanów niczego się jednak nie dowie). Nie przeżyje żadnej niesamowitej przygody, a tylko kawałek zwykłego życia. I może przekona się, że takie życie, jeśli pięknie, jak u pana Dybczaka, opisane, może być, jeśli nie piękne, to przynajmniej ciekawe i interesujące.

0f6d2402-53f5-4822-aaa1-c2a703d56589

Zaloguj się aby komentować

904 + 1 = 905


Tytuł: Franz Kafka: Koszmar rozumu

Autor: Ernst Pawel

Kategoria: biografia, autobiografia, pamiętnik

Ocena: 8/10


#bookmeter


Jego twórczość jest wywrotowa nie dlatego, że znalazł prawdę, ale dlatego, że będąc człowiekiem, czyli nie znajdując jej, nie zgodził się na półprawdy i kompromis.


To druga, po Opowieści biograficznej autorstwa pana Maxa Broda biografia pana Franza Kafki, którą przeczytałem. Jeśli miałbym je porównać, powiedziałbym że Opowieść biograficzna jest książką emocjonalną, natomiast Koszmar rozumu jest książką dokumentalną. Bo taką zasadniczą różnicę między nimi znajduję.


Pan Pawel, autor Koszmaru rozumu, wykonał – taki mi się wydaje – ogrom mozolnej i skrupulatnej pracy. Pozbawiony również sentymentu, czy osobistego zaangażowania w stosunku do postaci, którą w swojej książce opisuje był w stanie odtworzyć – również: tak mi się wydaje – w obiektywny sposób losy tego praskiego Żyda piszącego po niemiecku, którego obrał za temat swojego utworu. Piszę „losy”, bo w tej książce niewiele jest Kafki jako człowieka. To zrozumiałe, ze względu na kilka spraw. Na niekompletność zapisów, które po sobie zostawił i na skłonność samego pana Kafki do dramatyzowania i przedstawiania w tych zapisach swoich nastrojów w bardzo ciemnych kolorach, czasem być może wbrew temu, jakie wnioski można by wyciągnąć z wydarzeń w jego życiu. Fakt, w kilku miejscach pan Pawel pisze o tym, że pan Kafka samobiczowanie doprowadził do perfekcji oraz o tym, że – świadomie czy nie – sam kreował swój wizerunek na taki, jaki mniej więcej teraz znamy. Na to drugie przytacza przykłady, szczególnie przykłady dotyczące wspomnień z dzieciństwa, gdzie przywoływane przez pana Kafkę wydarzenia przedstawione są inaczej niż wspominają to inni. Czy była to konfabulacja, czy może czas wypaczył te wspomnienia – o tym pan Pawel nie wspomina. I słusznie, skąd mógłby niby to wiedzieć?


Ta ostatnia rzecz to duży plus jeśli chodzi o wartość dokumentalną Koszmaru rozumu, bo nie ma w tej książce niepotrzebnych uwag i przypuszczeń, a jeśli już są, to są rzadko i są wyraźnie zaznaczone. Z drugiej jednak strony pozostawia pewien niedosyt, jeśli ktoś chciałby z niej poznać pana Kafkę jako człowieka – czy to w ogóle było możliwe po sześćdziesięciu latach od jego śmierci, kiedy ta książka powstawała? Albo szerzej: czy to w ogóle było możliwe nawet za jego życia? Być może jesteśmy skazani na to, żeby mieć tylko jakiś jego obraz, przefiltrowany dodatkowo przez tych, którzy nam o nim opowiadali. Pytanie tylko, czy nie jest też tak z każdym innym człowiekiem, nawet z tym, którego znamy osobiście?


Zostawiając jednak te niepotrzebne filozoficzne dywagacje (trochę w stylu pana Franza Kafki, tak mi się przynajmniej wydaje), a przechodząc znowu do książki: cała ta rozszerzona kronika wydarzeń z życia praskie autora rozszerzona jest bardzo mocno o tło historyczne. Kontekst – to słowo najczęściej przychodził mi do głowy w czasie lektury. I to jest w tej książce dopiero wykonane świetnie! Czytelnik nie tylko śledzi w niej zmiany zachodzące w Europie na przełomie XIX i XX wieku, u schyłku belle epoque w, mało już jednak belle, Cesarstwie Austriackim, ale zostaje też wciągnięty w codzienne życie Pragi (a przynajmniej jej części, którą stanowili niemieckojęzyczni Żydzi) z tamtego okresu. I to jest w Koszmarze rozumu rzecz absolutnie fantastyczna! To jest dokładnie ta historia, o której uwielbiam czytać! A był to faktycznie okres ciekawy, dość wspomnieć, że na kartach tej książki pojawiają się takie osoby jak pan Jaroslav Hašek, pan Tomáš Masaryk czy pan Hans Gross, twórca nowoczesnej kryminalistyki, żeby wymienić tylko te bardziej rozpoznawalne.


Dostałem w tej książce coś trochę innego niż się po niej spodziewałem. Dotarło do mnie w czasie lektury, że tak prawdopodobnie musiało być. Że to, czego od niej oczekiwałem nie było możliwe do uzyskania i domyśliłem się dlaczego nie było to możliwe. I może właśnie dlatego jestem po jej zakończeniu tak bardzo zadowolony?

aa86e06f-feaa-4010-b2b8-e6adead22128

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. XLVII edycja zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem powoli się kończy, więc jeszcze jeden – już ostatni! – wytwór zamieszczę. Uważam go, co prawda, za niedokończony, no ale ta druga strofa tak mi się w nim podoba, że chciałem się nią pochwalić:


***


Myśliciel


Nad rozwiązaniem się dwoję i troję

i mam już je prawie! No, jeszcze chwilę.

A sam radzić se muszę, no bo wilczy bilet

akademicy mi dali. Za brak uzdolnień.


Niech w tyłek se wsadzą te dyplomy swoje!

To papier jest przecież, więc warty jest tyle

że można nim sobie podetrzeć ten tyłek.

Choć ja tam akurat to mięksiejszy wolę.


Jeden mi z drugim tu jajogłwy

me wnioski podważa, gdy je ogłoszę.

A ja się o takie stwierdzenie pokuszę

że wyście, mądrale, ani połowy,

zagadnień nie podnieśli, co ja je podnoszę

mym chłopskim rozumem! Magistry wy głupie!


***


EDIT: Obrazka zapomniałem, co go lubię! Już naprawiam.

09af75b5-6539-46a4-80a9-51650b1bdc5f

Zaloguj się aby komentować

Ja chciałem tylko napisać, że niepokojąco mało uczestników wzięło udział w tej XLVII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . No i jeszcze, że koleżanka @Wrzoo , która, co prawda, udział wzięła, to obiecała jeszcze wykroić krajzegą jakiś wiersz z gdańskimi regionalizmami . No i nie wykroiła.


I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć ten mój wpis, bo tyle miałem w nim do przekazania, no ale głupio by było tak z mordą wyskoczyć, nie posiadając ku temu wyskoczeniu żadnego pretekstu. No to pretekst poniżej, że niby chciałem ten wytwór opublikować, a te zarzuty to tylko tak przy okazji.


***


Wylew


Pną się, jak po pergolach powoje.

Gęste, tak jak na stawach lilije.

Barwne, jak na tych lilijach motyle.

A rosną! - jak nawożone gnojem.


Klęska urodzaju - to tego się boję,

bo jeśli to potrwa jeszcze przez chwilę

to myśli do mózgu będę miał wylew.


I cóż że odwiedzam kolejne już zdroje?

Otrzymać nie mogę pomocy fachowej.

A i karetki do tych moich zgłoszeń.

od jakiegoś czasu już nie chcą wyruszać.

Sam radzić więc muszę z tym sobie.

I jakoś te męki, choć ledwie, lecz znoszę.


Na szczęście pokój obity mam pluszem.

@George_Stark nie obiecałam. Pisałam, że się postaram.

W ramach sprzeciwu wobec takiego wywoływania po imieniu (już rozumiem Pachę), wrzucam tu, a nie jako osobny sonet.


Beton


Popływałabym w morzu, lecz sinic się boję

To nie jest zatoka, to Bałtyk, debile!

Czasem o dno zahaczą StenaLajnów kile

Płytko jest trochę, to nie Międzyzdroje


Myślisz, że na sypialnie mówimy tutaj "koje"?

Może śledzie tak ględzą, lub redzkie imbecyle,

Czasem na rogówce śpimy, ale bóle w tyle

Nie pozwolą nam wtedy jutro jeździć na kole


Kolejką podjadę, mam całodobowy

Z Wrzeszcza do Gdańska jak zwykle wyruszę

W siatce, nie reklamówce, badziewie se noszę


Odpalisz fajkę od świeczki - ktoś urwie ci głowę

Lecz poza tym, że u nas grali jacyś blaszani dobosze

Nie różnimy się niczym - wszyscy pod zlewem mamy kosze

Zaloguj się aby komentować

885 + 1 = 886


Tytuł: Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać

Autor: Luis Sepúlveda

Kategoria: literatura dziecięca

Ocena: 7/10


#bookmeter


Nagle mały czarny kot poczuł, że ziemia usuwa mu się spod łap, i nie rozumiejąc, co się dzieje, zaczął fikać koziołki w powietrzu. Pamiętając jedno z pierwszych pouczeń matki, rozejrzał się za miejscem, gdzie mógłby spaść na cztery łapy.


Było to tak, że wczoraj, ponieważ wczoraj było jeszcze przed 22. października (i nadal jest jeszcze przed 22. października, więc jeśli ktoś ma abonament Legimi i ta książka go zainteresuje, to można ją sobie w dalszym ciągu na swoją półkę bez opłat dodać), przeglądałem sobie na Legimi książki, głównie Wydawnictwa Literackiego, i decydowałem na które z nich być może będę miał w ciągu najbliższego pół roku ochotę, bo na najbliższe pół roku mam jeszcze opłacony abonament. I dodawałem sobie je po kolei na półkę, i wpadła mi wtedy w oko ta okładka tej książki pana Sepúlvedy i mnie zachwyciła. Bardziej nawet niż jej tytuł mnie ta okładka zachwyciła, który to tytuł zresztą też ogromnie mnie zachwycił. Nie wiedziałem wtedy, że jest to książka dla dzieci, zorientowałem się o tym gdzieś po dwóch-trzech pierwszych rozdziałach, bowiem wieczorem się za nią od razu, pod wpływem tego zachwytu jej tytułem i okładką, zabrałem. A to, że jest to książka dla dzieci w ogóle mi nie przeszkadzało.


Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać to historia o kocie, który uczył latać mewę, chociaż tej nauki latania jest w tej książce mało, bo jest ono tylko w dwóch-trzech rozdziałach na jej końcu. Szkoda, bo liczyłem na opisy właśnie tej nauki latania, bo zainteresowało mnie jak kot, który przecież latać nie umie, może uczyć latać mewę, która przecież latać powinna umieć. Takie samo chyba pytanie zadał sobie autor tej książki, zresztą jej bohater, gruby czarny kot Zorbas też je sobie zadawał. I o tym jest ta książka, jest o poszukiwaniu sposobu na to, jak kot mógłby nauczyć mewę latać.


A skąd w ogóle kotu przyszło do głowy, żeby nauczyć mewę latać? Ano, stało się to w wyniku zbiegu okoliczności, dość tragicznego zresztą i spowodowanego przez zaniedbania ludzi, chociaż nie wszystkich, jak to powiedziała mewa Kenga zanim skonała oblepiona ropą naftową, którą ludzie zrzucili do Morza Północnego. Mewa Kenga, zanim skonała, zdążyła dolecieć na balkon, na którym wygrzewał się gruby czarny kot Zorbas i na tym balkonie, zanim na nim skonała zdążyła nie tylko złożyć jajko, ale i odebrać od Zorbasa trzy obietnice, z których ostatnią było właśnie to, żeby mewę, która się z jajka wykluje, Zorbas nauczył latać.


Historia o mewie i kocie, który uczył ją latać to króciutka, ciepła, opowiedziana w uroczy sposób historia, tak jak to dzieciom opowiada się świat za pomocą przenośni, uproszczeń i szczęśliwych zakończeń. Nie oznacza to, że nie ma w tej książce zła, bo jest. Jest w tej książce zło w postaci dwóch kotów podwórkowych, z którym to złem gruby czarny kot Zorbas radzi sobie odpowiednio siłą i sprytem (tylko trochę siłą wspomaganym). Tak że dobro wygrywa, zło przegrywa, zdobywa się to, o czym się marzy i, jeśli tylko znajdzie się odwagę, żeby się odważyć, to bez problemu można osiągnąć to, do czego się jest stworzonym. Nie jest to, co prawda, ani Mikołajek, ani Muminki, ale jest to książka w sam raz na jeden wieczór po cięższym dniu albo w cięższym okresie i, jako taka, się u mnie wczoraj doskonale sprawdziła.


***


Przy okazji naprawiam też licznik, co to go kolega @splash545 popsuł wczoraj przez zaniechanie w swoim ostatnim wpisie.

abf93ea1-3b7b-48eb-b79c-6ee306250921

Zaloguj się aby komentować

Chyba się starzeję, bo zawahałem się przez chwilę czy to zrobić, czy może jednak lepiej nie, bo na przykład nie wypada. No ale doszedłem do wniosku, że mamy wśród nas fanów gatunku, którzy, tak wydaje mi się wydaje, z tego powinni się ucieszyć. Tak więc, z dedykacją dla koleżanki @UmytaPacha i kolegi @splash545 , dziś w zabawie #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem zadaję następujące zadanie:


temat: awans społeczny

rymy: sikanie - kupa - rzyganie - d⁎⁎a


***


Miłej zabawy, najlepiej takiej, żeby się prawie posrać ze śmiechu!

Skończyło się po krzach sikanie

W lesie pod drzewkiem kupa

Po imprezie pod klubem rzyganie

Awans społeczny to jednak d⁎⁎a

@George_Stark

Ranking sprawiedliwych przysmaków

Podium zamyka womit - rzyganie

Najlepiej z sosem ze smarków

Tuż przed nim plasuje się sikanie

Szczyny, szczochy, płyn złoty

Na pierwszym miejscu zaś kupa

Deklasując siki i wymioty

Skarbnicą smaków jest d⁎⁎a

#konkursnanajbardziejgownianymemznosaczem

Zaloguj się aby komentować

Nie jestem wielkim fanem sztuki filmowej, a moją ulubioną chyba sceną, jaka kiedykolwiek została nagrana, jest początek teledysku do utworu Welcome to the jungle zespołu Guns’n’Roses. No tak mi się kolejny sonet w XLVII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem napisał:


***


Awans społeczeny


Auta mkną wokół niczym naboje,

świecą zielone neonów badyle,

a z ptaków zostały tu pawie i gile,

co pstrzą chodniki do spółki z gnojem.


Pod dworcem wystają chętne dziewoje

i możesz mieć je – negocjuj za ile! –

i ten gość pijany – a może ma wylew? –

co lezy pod sklepem. Szyld? ALKOHOLE.


Gdzieś w bramie wystąpił incydent kałowy;

wcześniej, jak inne, śmierdziała moczem.

Tam ktoś drze ryja, tu ktoś się tłucze…


No więc, mieszczuchu mój ty, napływowy,

przybyszu z jednej z pobliskich wiosek

warto to było do miasta się ruszać?


***


A teraz pora zająć się czymś pożytecznym.

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, poniżej mój pierwszy sonet w XLVII edycji konkursów #nasonety w kawiarni #zafirewallem , a jest to sonet spontaniczny, napisany pod wpływem impulsu wywołanego przez zadane rymy. Wyszedł wiersz młodzieńczo-buntowniczy i cóż? Niech zostanie.


***


Jak uczynić świat znośniejszym? Trzeba się tego nauczyć! A gdzie? A jak się uczyć to na uczelni. Na przykład na takiej jak


***


Akademia Piękniejszych Sztuczek


Wydaje mi się, że w paranoję

popadam. Ledwie zasłonę okna uchylę,

ledwie na świat popatrzę przez chwilę,

logika siada, gdy w tym oknie stoję.


To ja czy świat doznaje urojeń?

To świat się myli czy ja się mylę?

To świat brzydzieje, że coraz niemilej

nań patrzeć, czy efekt to mojej optyki chorej?


Roztrząsać tę sprawę? – wysiłek jałowy.

Zamykam swój pokój, bo świata nie znoszę:

zaciągam zasłony, zamykam drzwi kluczem


i z dnia na dzień jest coraz mi gorzej

więc dokonuję kolejnych uproszczeń

w mej Akademii Piękniejszych Sztuczek.

Zaloguj się aby komentować

Jeden tydzień i dwa serwisy internetowe, z których sporo korzystałem, bo bardzo ułatwiały mi życie, przysyłają mi maile, że coś jest nie tak. Bez książek to jeszcze chyba jakoś przeżyję, jakoś sobie może poradzę. No chyba że nie będę sobie musiał jakoś radzić, bo bez pieniędzy przeżyć to będzie mi znacznie ciężej.


***


Najpierw Legimi, a teraz Cinkciarz

czyli Jak nie idzie, to nie idzie


Internet coś solą ostatnio mi w oku

zaczyna być, bo w każdym jednym serwisie

z którego korzystam, na który liczę,

się okazuje, że jakiś protokół

był naruszony.


. . . . . . . . . . . . . Jak mogę spokój

zachować, gdy moją oranje krwawicę

w postaci eurasów, celem przeliczeń

na polskie złote wysłałem im trochu?


Przelew już dawno, wydaje się: wieki,

poszedł, a się na zwrotny doczekać nie mogę

i karty blokują też wielowalutowe…


Więc czekam już tydzień na te moje diengi

i stan mego konta jest już bardzo cienki

bo co za sto złotych ja kupię sobie?


***


#nasonety

#zafirewallem


I, wyjątkowo, jeszcze jeden tag: #cinkciarz


EDIT: Wie ktoś może gdzie szybko, bezproblemowo i bezpiecznie można wymienić euro na złotówki za pomocą przelewu, jeśli nie ma się konta w Revolut? Bo naprawdę zaraz nie będę miał co jeść.

f9abff66-ecfd-4080-91e3-545c40604dbc

@George_Stark Revolut

Fajna sprawa nie tylko do walut ale i do płatności - wirtualne karty. Można też kartonik - np. daliśmy córce i mamy wgląd w to co kupuję, jak jedzie gdzieś na wycieczki to możemy jej przelać szybko kasę itp.

Zaloguj się aby komentować

Tym razem sprawdziłem dokładnie i tym razem (chyba) się nie pomyliłem!


No to dobrze bawcie się tak:


rymy: wykładowca – owca – nie – bee

temat: wagary


Wielu pomysłów i miłej zabawy, i powodzenia, i jeszcze raz pieniędzy!


#naczteryrymy

#zafirewallem

@George_Stark mogę? Tylko w sumie nie znam zasad, ale co tam - najwyżej skasujcie, nie pogniewam się


Na lekcji „Baranistyka” wykładowca

(Którym był, oczywiście, doktor owca)

Zniechęcał do stosowania frazy „bee”

Bowiem znaczy to oczywiście: „k⁎⁎wa, nie!”


W zamian mądry ów wykładowca

Rzekł, że każda kulturalna owca

Powie raczej „dziękuję, nie”

Czyli w wolnym tłumaczeniu „bee”

Zajęcia prowadzi baran-wykładowca,

Ja skrzętnie notuję jak potulna owca,

Zęby zaciskam, wagarom mówię nie,

By na teście wiedzieć, że odpowiedź bee.

Nie idzie na wykład owca

Niech się wkurza wykładowca

Byczyć mu się chce, a uczyć - nie

Więc się byczy i beczy: bee bee bee

Zaloguj się aby komentować

Trochę jestem ostatnio zajęty pożytecznymi rzeczami, nie mam więc za bardzo czasu usiąść i napisać opowiadania z prawdziwego zdarzenia, a wziąć udział w XI edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem jednak chciałem. Żeby ten problem rozwiązać i mieć to opowiadanie już z głowy, postanowiłem ponownie zwrócić się do eksplorowanego już przeze mnie kiedyś nurtu literatury modernistycznej bądź postmodernistycznej, dalej nie mam bowiem pojęcia, co dokładnie je od siebie różni, może poza datą powstawania zaliczanych do tych nurtów utworów.


W efekcie nad pisaniem tego opowiadania spędziłem więcej czasu, niż gdybym napisał je w jakimś poczciwym, klasycznym nurcie, mając oczywiście wcześniej na to opowiadanie pomysł. Ono i tak jeszcze nie do końca mnie zadowala, jeszcze to i owo bym w nim poprawił, ale nie mam do tego ani siły, ani cierpliwości, nikt mi bowiem za to opowiadanie na pewno nie zapłaci.


Spełniłem w tym opowiadaniu wszystkie wymagane w tej edycji kryteria, to znaczy:


temat: biblioteka;

gatunek: abecedarioza

liczba słów: dokładnie 500 (bez tytułu, no bo opowiadanie tego tytułu nie ma; wg OpenOffice Writer; pic. rel.)


A oto i rzeczone opowiadanie, miłej lektury:


***


Adam wybrał się pewnego popołudnia do biblioteki celem wypożyczenia książki Zbrodnia i Kara autorstwa Fiodora Dostojewskiego, którą to Zbrodnię i karę autorstwa Fiodora Dostojewskiego Adam miał zamiar i ochotę przeczytać.


Biblioteka ta dysponowała ogromnym księgozbiorem. Pośród wielu innych, można w niej było znaleźć między innymi książki takie jak:


Chłopi autorstwa Władysława Reymonta;


Dyktatura danych autorstwa Brittany Kaiser;


Epifania wikarego Trzaski autorstwa Szczepana Twardocha;


Filary ziemi autorstwa Kena Folletta;


Gdzie śpiewają raki autorstwa Delii Owens;


Hiob: komedia sprawiedliwości autorstwa Roberta A. Heinleina;


Idź, postaw wartownika autorstwa Harper Lee;


Ja, Klaudiusz autorstwa Roberta Gravesa;


Kasztanowy ludzik autorstwa Sørena Sveistrupa;


Ludzie bezdomni autorstwa Stefana Żeromskiego;


Marsjanin autorstwa Andyego Weira;


Nie ma ekspresów przy żółtych drogach autorstwa Andrzeja Stasiuka;


O perspektywach rozwoju małych miasteczek autorstwa Małgorzaty Boryczki;


Prowadź swój pług przez kości umarłych autorstwa Olgi Tokarczuk, Pan Jerzy, czyli ostatni slam w Gorzowie autorstwa Jerzego Ostrowskiego, Polska naszych marzeń autorstwa Jarosława Kaczyńskiego, Pachnidło autorstwa Patricka Süskinda, Problem trzech ciał autorstwa Liu Cixina i Problemy filozofii autorstwa Bertranda Russella, Portret Doriana Grey autorstwa Oskara Wilde, Pacjent autorstwa Maxa Czornyja i Pacjent autorstwa Juana Gómeza-Jurado, Przed sklepem jubilera autorstwa Karola Wojtyły oraz Papież autorstwa Delfiny Jałownik i Stanisława Obireka, Poradnik frezera autorstwa Eugeniusza Górskiego i Poradnik grzybiarza autorstwa Władysława Wojewody, Piątek trzynastego autorstwa Agaty Bizuk i Piątek, trzynastego, zbiór zawierający trzydzieści trzy teksty autorstwa trzydziestu trzech autorów: Aleksandry Baltissen, Doroty Biadały, Anny Bobrowicz, Andrzeja Chodackiego, Krystyny Chomicz-Jung, Aleksandra Ciochonia, Danuty Czerniejewskiej, Edmunda Muscari Czynszaka, Dobrosławy Dumki, Marii Dziuk, Justyny Grabowskiej, Bartłomieja Grabowskiego, Krystyny Hoły, Barbary Januszko, Lidii Jędrochy-Kubickiej, Ireny Jutkiewicz, Agnieszki Koltun Colla, Grzegorza Kopca, Wandy Kośmider-Chatys, Elżbiety Krankowskiej, Renaty Mechowskiej, Krystyny Morawski, Bogumiły Olanieckiej, Barbary Pawlak, Mirosława Pisarkiewicza, Gabrieli Przystupy, Ewy Radomskiej, Katarzyny Sornat, Lucyny Spaczyńskiej, Józefa Suchockiego, Jakuba Świtały, Henryka Swornóga oraz Jakuba Wiecha, a także Pegaz dęba czyli panopticum poetyckie w którym obejrzeć można niebywałe eksponaty i okazy, najrzadsze osobliwości i rarytasy, rymopotwory i wersyfikacje, salto mortalia poetyckie, wyższą szkołę jazdy na Pegazie, dziwy, cuda, ekwiwoki, i ekstrawagancje, monstra i curiosa, igraszki i łamańce, kunsztyki, androny, banialuki, figle, facecje, fidrygałki, firleje, faramuszki, paradoksy, sztuki i sztuczki, eksperymenty, fantasmagorie lingwistyczne, absurdy, kuglarstwa, szarlatanerie, karkołomne zabawy, figury magiczne, grafomańskie elukubracje, centony, palindromy, raki, akrostychy, tautogramy, lipogramy, ropalikony, chronostychy, makarony, melanże, carmina figurata, labirynty, serpentyny, tablice magiczne i setki innych parnaskich delicji, ze starych i rzadkich szpargałów na światło dzienne niepotrzebnie wydobytych i do druku podanych autorstwa Juliana Tuwima;


Rodzina Borgiów, która podpisana jest nazwiskiem Mario Puzo, ale ukończona została po jego śmierci, na podstawie pozostawionych przez autora notatek, przez jego przyjaciółkę, Carlę Gino i może właśnie dlatego ta książka tak mocno odstaje od pozostałych pozycji, w całości napisanych przez tego autora?;


Stowarzyszenie umarłych poetów autorstwa Nancy H. Kleinbaum, jedyną z niewielu książek na świecie napisanych na podstawie filmu;


Szczerze autorstwa Donalda Tuska;


Tato autorstwa Williama Whartona;


Ulisses autorstwa Jamesa Joyce’a;


V jak vendetta autorstwa Alana Moore’a;


Wichrowe wzgórza autorstwa Emily Brontë;


X sposobów na śmierć autorstwa Stefana Ahnhema;


Yellowface autorstwa Rebeki F. Kuang;


Zbrodni i kary autorstwa Fiodora Dostojewskiego jednak w tej bibliotece nie było.

681ccf4f-a865-4e5d-8422-f9576d0b51bc

@George_Stark

nikt mi bowiem za to opowiadanie na pewno nie zapłaci.

Zapłatą będą piorunki i uśmiechnięte buzie kawiarenkowiczów.

Zaloguj się aby komentować

Nieznanymi mi ścieżkami i niespodziewanymi nawet dla mnie samego czasami moje myśli podążają. Czasami nazywam je „myślami z wolnego wybiegu”. I właśnie jedna z takich „myśli z wolnego wybiegu” przyszła mi do głowy, kiedy przed chwilą zapisałem słowo „wykładowca”. A owocem tej myśli, choć lekko nadgnitym, jest poniższy wierszyk, którym chciałem się z Wami, ale szczególnie to z kolegą @bojowonastaniona , podzielić:


A na uczelni raz wykładowca

zawołał: „Na wykład, raz, Owca!”

Owca bojowo chciał krzyknąć mu: „Nie!”,

ale nie wyszło, bo wyszło mu „Bee!”.


#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@bojowonastawionaowca To jest taki zabieg, który się czasami stosuje w poezji, jeśli chce się o kimś napisać, ale napisać tak, żeby nie było wiadomo, że to on. Tak, żeby się nie obraził.

Zaloguj się aby komentować

873 + 1 = 874


Tytuł: Magiczna rana

Autor: Dorota Masłowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


[…] i już nie obchodziło nas, że telewizor ledwie działa, fornir od tapczanu odpada, a papier toaletowy jest tak tani i cienki, że widać przez niego dziurę w d⁎⁎ie.


No i wziąłem się znowu za tę Masłowską, teraz już jednak nieco już starszą niż ta dziewiętnastoletnia Masłoska z roku 2002, kiedy to wydała Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną. Wziąłem się za tę Masłowską o dwadzieścia dwa lata starszą, tę, która po tych dwudziestu dwóch latach w roku 2024 wydała Magiczną ranę. A wziąłem się za nią po to żeby sprawdzić czy przez te dwadzieścia dwa lata coś się u tej Masłowskiej zmieniło.


Na początku mi się bardzo podobało. Pierwszy tekst w tej książce, zatytułowany Wyspa, porwał mnie tym, co mi się u dziewiętnastoletniej Masłoskiej podobało szczególnie, a szczególnie podobało mi się wówczas nieoczywiste, a przy tym barwne operowanie językiem, który przypominał język polski, ale jakiś taki trochę wykoślawiony. Tutaj jest tak samo, z tą różnicą, że chyba jest jeszcze trochę bardziej. Dodając do tego opisywaną tym językiem sytuację, chłopca z jakimiś zaburzeniami i jego matkę, postawioną pomiędzy tym chłopcem a jej partnerem(?) wyglądało to wszystko naprawdę obiecująco. A później chłopiec ten zamknął się w kiblu i wszystko się wtedy zesrało. Nie żeby w historii się zesrało, nie żeby tam był jakiś opis defekacji tego chłopca z zaburzeniami. Historia mi się zesrała, bo ten tak nagle wprowadzony element realizmu hydraulicznego mocno mnie zaskoczył, ale nie bardzo pozytywnie.


Później jest drugi tekst, Rękopis znaleziony w butelce po fancie, i to jest, moim zdaniem, najlepszy tekst w tej książce. Jest w nim wszystko, bo oprócz wspomnianego wcześniej języka, który jest obecny stale i na równym poziomie w całej książce. Jest w nim jakaś dziwna, nowoczesna, wykoślawiona miłość, wynikająca raczej ze strachu przed pustką czy samotnością, niż z jakichś innych uczuć, szczególnie względem drugiej osoby. Jest w nim jakiś dziwny nowoczesny świat z problemami przy budowie multiparkingu, mającego być cenntrum i główną atrakcją miasta i jest uroczystość z okazji tego multiparkingu (chyba nieskończonego, nie pamiętam dokładnie) otwarcia. I są w tym tekście rozczochrane kępki nerwów jest w tym tekście koncert dwuosobowego Roxette, w niepełnym jednoosobowym składzie, w którym nie było już żadnego członka pierwszego składu, czyli takie obserwacje otaczającego nas świata, o jakich lubię czytać przedstawione w taki sposób w jaki lubię o nich czytać.


A później jeszcze są kolejne teksty, z których najbardziej podobał mi się chyba tekst Malaya, który opowiadał o niemal o tym samym co tekst Rękopis znaleziony w butelce po fancie. I są jeszcze inne teksty, które podobały mi się mniej, albo nawet nie podobały mi się wcale. Jest tych tekstów w sumie dziesięć i są dość krótkie, średnio około piętnastu stron ma każdy z tych tekstów, co daje w sumie dość krótką książkę, która ma stron sto sześćdziesiąt.


A jeszcze później, już na sam koniec prawie, teksty te łączą się ze sobą, splatając te wszystkie historie w jedną całość, chociaż ślady tego można znaleźć już wcześniej, jak choćby wtedy, kiedy bohaterka siódmego tekstu, Housewarming party, kupuje chleb w piekarni, w której pracuje bohaterka tekstu piątego, Kuracja doktor Pokerface. I tak zastanawiam się, czy jakaś moda jest na pisanie książek w ten właśnie sposób, albo czy może jakieś granty czy inne dotacje były ostatnio na takie książki rozdawane, bo niedawno przeze mnie czytana książka Kundle pani Katarzyny Groniec napisana jest w taki sam sposób pod względem konstrukcji.


I chyba właśnie najlepiej będzie tę książkę pani Masłowskiej do książki pani Groniec porównać, i w tym porównaniu wypada ona lepiej, przynajmniej pod względem tego jak mnie obie te książki przypadły do gustu. Książka pani Masłowskiej wydaje mi się jakaś taka bardziej kompletna, dynamiczniejsza, te jej postaci ciekawsze i, mimo całej swojej, chyba celowej jednak płytkości, głębsze i prawdziwsze, a ten jej język, dużo bardziej brawurowy niż ciekawy, a momentami nawet piękny język pani Groniec, był dla mnie o wiele bardziej interesujący. Porównując zaś Magiczną ranę do Wojny polsko-ruskiej…, co było dla mnie punktem wyjścia do tego, żeby się za tę Magiczną ranę zabrać to uznaję, że pani Masłowska konsekwentnie trzyma się swojego stylu i tematyki, a ostatnio, po tych dwudziestu dwóch latach, zrobiła to dojrzalej. Jeszcze teraz, przy drugiej książce tej autorki, którą czytałem nie poczułem przesytu ani tematyką, ani stylem. Mam w planach prowadzić ten eksperyment dalej, na wszelki wypadek pobrałem sobie przed chwilą z Legimi jej nagrodzoną Nagrodą Nike powieść Paw królowej, którą mam zamiar kiedyś tam przeczytać.


A później to zobaczę co dalej.

8721dbca-9c9b-4b98-982e-52ef025b9f3e

Zaloguj się aby komentować

Żeby nie było: nie zajmuję w tym sporze żadnego stanowiska, nie określam też czy ktoś (a już na pewno nie określam kto) jest tutaj winny czy nie. Pierwszeństwo w wydaniu wyroków pozostawię sądom, bo mam jakieś takie dziwne przeczucie, że tam się właśnie ta sprawa skończy.


Nie zmienia to jednak faktu, że cała ta sytuacja i – tutaj wskazuję wprost – wyjaśnienia ze strony Legimi bawią mnie przeogromnie. Może i powinny mnie smucić, złościć, albo nawet frustrować, no ale jednak mnie bawią. Bawią mnie, bo i co mi innego w tej sytuacji pozostało?


***


Żegnaj, Legimi


Październik był bieżącego roku

kiedy na skrzynkę mail rano przyszedł

a wiadomości w nim czytelnicze –

przykre. Aż łza mi się kręci w oku.


Abonamentu jeszcze pół roku

zostało, ale na wiele w tym czasie nie liczę,

bo te najlepsze pozycje wydawnicze

w Klubowym znajdą się Katalogu.


Także, Legimi, co? Chyba dzięki?

Nie tylko o dopłatę chodzi mi bowiem,

ale i włosy mi się jeżą na głowie

gdy czytam, czym są te wasze „biblioteki”.


Lecz może niech i wydawcy też przyswoją sobie

jak kończy się chytrość.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . No, tyle.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Z Bogiem!


***


#zafirewallem

#nasonety

No i, wyjątkowo, jeszcze jeden tag: #legimi


I tradycyjne narzeknięcie na fatalne formatowanie na tym portalu, w ogóle nie liczące się z poetami, którzy nieraz, dla celów artystycznych, potrzebują robić duuuuże wcięcia w tekście: No, cholera jasna!

872 + 1 = 873


Tytuł: Jak nie zostałem poetą

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: publicystyka literacka, eseje

Ocena: 7/10


#bookmeter


I zawsze miał przy sobie gotówkę, bo jakaś substancjalna kwota w kieszeni, w każdej chwili i natychmiast dostępna, rozszerza granice naszej wolności. Czyni życie łatwiejszym i bezpieczniejszym. Chroni przed upokorzeniem. Można też w każdej chwili kupić bilet gdzieś daleko. Nigdy się go nie kupuje, ale zawsze można.


Trochę przygotowując się do Niezwykle Istotnego i Pilnego Pytania, które mam zamiar zadać panu Szczepanowi Twardochowi podczas spotkania z nim w czasie zbliżających się krakoskich (żeby było po krakosku) Targów Książki zabrałem się za to wciąż odkładane, już od kilku chyba lat, jego Jak nie zostałem poetą.


Ta książka to jest zbiór felietonów publikowanych przez autora (poza felietonem tytułowym, opublikowanym w Nowych Peryferiach) na łamach miesięcznika Pani. Miesięcznika tego nie znam, w ogóle prasy nie czytam prawie w ogóle, ale tytuł sugerowałby, że miesięcznik Pani skierowany jest raczej do pań. O czym więc mogą chcieć owe panie czytać? Wydawałoby się, że może o panach? I to moje pokrótce tutaj przedstawione rozumowanie zdaje się znajdować potwierdzenie w treści książki Jak nie zostałem poetą, bowiem pan Twardoch pisze w niej o panach. W szczególności zaś o jednym panu, panu Twardochu mianowicie, a więc pisze w niej o sobie.


To oczywiście taki trochę półżart, bo choć można by po lekturze taki wniosek wysnuć, ba, czytałem nawet komentarze, że tak jest, to moim zdaniem pan Twardoch wychodząc od siebie, od jakichś swoich uczuć, jakiegoś zdarzenia, jakiegoś fragmentu swojego życia prowadzi raczej rozważania natury ogólnej. Jest tutaj trochę o jego dzieciach i związanych z nimi lękach, jest sporo Spitzbergenie, jest o pisaniu, jest o tym jak nie został poetą i jak nie został reporterem. Ale są też teksty inne. Pan Twardoch mocno związany jest ze Śląskiem i mocno też wydaje się być zainteresowanym swoim pochodzeniem, stąd i o Śląsku i o historii, a nawet o genetyce w tym, krótkim jednak, zbiorze można przeczytać. Ale nie tylko. Można dowiedzieć się też co nieco o Życiu seksualnym Komanczów – ten felieton zakończony jest świetną konkluzją albo o Wielkim, złym pisarzu – tutaj również konkluzja dająca do myślenia. W ogóle w tym zbiorze świetnych albo dających do myślenia, albo jednocześnie świetnych i dających do myślenia konkluzji jest sporo.


W większości są to teksty dość lekkie, choć nie banalne. To cenna umiejętność z lekkością pisać na przykład o śmierci. Są one oczywiście inne od powieści tego autora, co jest dość zrozumiałe, ale można w nich znaleźć część tego, co w powieściach pana Twardocha bardzo lubię. A lubię w tych powieściach język jakim się pan Twardoch posługuje, lubię jego spostrzeżenia, lubię domykanie najmniejszych nawet wątków, choćby w bardzo zdawkowy, choć nie lekceważący sposób – uwielbiam to tak często powtarzające się u niego zdanie I [...] umarł, i nie było więcej […]. Podziwiam zakres zainteresowań i głębię badań, które autor przeprowadził, ja wiem, że pewnie nie na potrzeby felietonów, one, wydaje mi się, są tych badań i poszukiwań produktem ubocznym, ale liczba nazwisk osób w szerokiej historii nieznanych, zwykłych ludzi, którzy kiedyś gdzieś tam sobie żyli (i umarli, i więcej ich nie było) jest imponująca. Tak samo jak przedstawienie innych spraw, opracowanych co prawda przez historyków, a przez pana Twardocha tylko z tych ich opracowań wyciągniętych – po co mam sam zaglądać do tych nudnych rozpraw, skoro są ludzie, którzy zrobią to za mnie, a przy okazji jeszcze mi to tak ładnie przedstawią?


Nie lubię za to pisać o zbiorach. Jak w każdym zbiorze, tak i w tym, trafiają się rzeczy lepsze i gorsze. Wydawało mi się, że ryzyko napotkania na większą liczbę tych gorszych rośnie przy zbiorach tekstów publikowanych w czasopismach, tekstów które muszą być do pewnego dnia oddane. Tutaj tak nie jest. Tych gorszych jest tutaj zdecydowanie mniej niż lepszych. Takich, które nie przypadły mi do gustu, teraz, przeglądając po lekturze spis treści, znajduję cztery. Z trzydziestu sześciu. Choć to i tak wynika raczej z tego, że niekoniecznie pokrywają się z obszarem moich zainteresowań niż z ich słabości samej w sobie. Z drugiej strony nie ma też tutaj żadnego tekstu, który uznałbym za wybitny czy nawet za jakoś szczególnie wyróżniający się. Na tle innych, ale też w ogóle. Może to tłumaczyć przeznaczenie, z jakim one były pisane, bo, umówmy się, jakkolwiek nie znam miesięcznika Pani, to nie wydaje mi się, żeby był on wydawany przez jakieś wydawnictwo naukowe czy akademickie. No, chyba że może byłoby to jakieś pismo ginekologów?


Wniosek z tego wszystkiego, co powyżej? Jak nie zostałem poetą to przyjemna, całkiem lekka lektura, a zamieszczone w niej felietony (poza tytułowym, ten na szczęście podzielony jest na części) są na tyle krótkie, że można sobie jeden czy dwa strzelić do śniadania. Może nawet będzie wtedy o czym przy kawie po śniadaniu pomyśleć?


***


Aha, bo jak zwykle zapomniałem o czymś napisać. Ubawił mnie ostatni tekst tego zbioru, Da capo al fine, a ubawił mnie w kontekście wierszyka , który dwa dni temu zdarzyło mi się napisać. Ubawił mnie ten tekst dlatego, że trzecie jego zdanie brzmi: Uprawianie literatury wydaje mi się teraz czymś w stylu psychozy maniakalno-depresyjnej. Możecie wierzyć albo i nie, wszystko mi jedno, ale wierszyk napisałem przed lekturą tego felietonu. Wysnuwam z tego wszystkiego wniosek taki, że, skoro udało mi się już ten osiągnąć stan osiągnąć, to może jest dla mnie jakaś nadzieja? Pytanie tylko na co, bo w pierwszym zdaniu pan Twardoch zastanawia się, czy uprawianie literatury jest dla mnie po prostu zawodem, czy może czymś w rodzaju choroby psychicznej.


Na szczęście w czwartym zdaniu autor pisze coś o pieniądzach.

8184f64c-d5e9-4542-80e4-d500cba46eef

Zaloguj się aby komentować

Ani nie jest to utrata cnoty, bo wygrywać mi się już w konkursie #naczteryrymy zdarzało, ani pieniędzy też z tego nie będzie, no ale trudno. Jak moja kolej, to moja kolej. Zadanie na dziś:


temat: ułani

rymy: kawka – pieczenie – ławka – sumienie


Świetnej zabawy, wielu pomysłów i miłego wieczoru!


#naczteryrymy

#zafirewallem

Pod okienkiem strzela pukawka

To ułani przynieśli pieczenie

Ostała się w chałupie tylko ławka

Lecz nie wpuścić zabrania sumienie

Miłość, on i ona - stara egzema


On fantazją wiersz i kawka

Ot w jej głowie zła pieczenie

Skończ z wierszami. Siadaj Ławka!

Ekler gryzie w go w sumienie

Zaloguj się aby komentować

No i mamy dziś niedzielę, 13. października. I minęło tym samym czternaście dni od dnia, w którym zapowiadałem, że za kolejne czternaście dni, czyli dziś, w niedzielę, 13. października, zakończę X edycję zabawy #naopowiesci . I tym wpisem właśnie ją zakańczam.


W czasie trwania X edycji zabawy #naopowiesci zostały opublikowane dwa wspaniałe opowiadania i jedno opowiadanie moje, co daje łączny wynik trzech opublikowanych opowiadań. Autorów w tej edycji również wzięło udział troje, co oznacza, że każdy z autorów opublikował po jednym opowiadaniu. Lista autorów wraz z tytułami nadesłanych przez nich opowiadań, w kolejności chronologicznej, poniżej:


@George_StarkTrzysta trzydziestka

@moderacja_sie_nie_myjeOpowiadanie bez tytułu o szeryfie Kowalskim (opowiadanie niezgodne z regulaminem, napisanie nie na zadany temat )

@KatieWeeOpowiadanie bez tytułu, ale nie będę zdradzał o czym


W wyniku długotrwałych i burzliwych narad, komisja konkursowa ustaliła, co następuje:

miejsce drugie, za opowiadanie Trzysta trzydziestka, zajmuje kolega @George_Stark ;

miejsce pierwsze zajmują ex aequo koleżanka @KatieWee oraz kolega @moderacja_sie_nie_myje!


Serdeczne gratulacje!


Ponieważ zwycięzców mamy dwoje, a nagrodę tylko jedną, pozostaje kwestia jej przydzielenia. Ze względu na to, że poprzednią, IX edycję zabawy #naopowiesci prowadziła koleżanka @KatieWee , komisja postanawia, nie odbierając jej zaszczytu zwycięstwa, nagrodę przyznać koledze @moderacja_sie_nie_myje .


***


Jeszcze dwie sprawy na koniec:


wiem, że publikuję to podsumowanie dość wcześnie i ktoś mógł pisać jeszcze opowiadanie „na ostatnią chwilę”, a ja go tą swoją wyrywnością ubiegłem. Jeśli tak się zdarzyło, zachęcam, mimo wszystko, do skończenia opowiadania i opublikowania go. Uniknie się tym samym możliwości zdobycia za nie nagrody, a jest to zdecydowanie mocny argument „za”;


jeszcze taka sugestia do nagrodzonego kolegi @moderacja_sie_nie_myje , na którego spadnie zaszczytny zaszczyt otwarcia i zamknięcia kolejnej edycji, że nagrodą można się z koleżanką @KatieWee podzielić, prosząc ją o podanie gatunku bądź tematu do kolejnej edycji. Jeśli oczywiście koleżanka wyrazi na to zgodę, bo chęci nie śmiałbym tutaj sugerować.


***


#naopowiesci

#podsumowanienaopowieści

#zafirewallem

@splash545 @George_Stark @KatieWee Dziękuję


@KatieWee Zgodnie z sugestią Ojca Kawiarenkowego proszę uprzejmie o podanie tematu i gatunku albo jednego z tych dwóch, mi wystarczy zaszczyt otwarcia i zamknięcia edycji jak i wyłonienie zwycięzcy


A i tak napiszę po swojemu także temat ani gatunek mi nie wiąże rąk w żaden sposób xD

@moderacja_sie_nie_myje nie mam jakoś pomysłu Podaj proszę numer od 1 do 812 -gatunek wybierze za nas Słownik rodzajów i gatunków literackich pod redakcją G. Gazdy i S. Tynieckiej-Makowskiej

Zaloguj się aby komentować