Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

1070 + 1 = 1071


Tytuł: Wieczny Grunwald

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


A jednak jesteśmy do siebie podobni dzięki Przedzwiecznemu Grunwaldowi. Jedynym, dlaczego istniejemy, jest walka ze sobą nawzajem. Nikt już nie zastanawia się, o co walczymy, bo przecież żyjemy po to żeby walczyć […]


Jest taki utwór muzyczny, który bardzo lubię, wykonywany kiedyś przez amerykańską supergrupę muzyki country, The Highwaymen, składającą się z panów Johnnego Casha, Williego Nelsona, Waylona Jenningsa i Krisa Krisstofersona, a nazywa się on Highwayman i w polskiej wersji wykonany był ramach projektu Psychocountry przez panów Macieja Maleńczuka, Gienka Loskę, Adama Darskiego – Nergala oraz Johna Portera; ci dwaj ostatni stworzyli zresztą wspólnie równie kapitalny projekt Me and that man , który nie tylko mnie swojego czasu zachwycił, ale również zaskoczył tym, jak daleko leżał od, mało jednak podobającego mi się, rodzimego dla pana Darskiego Behemotha . Ale dość już tych muzycznych dygresji, bo zaraz musiałbym ten wpis opatrzyć jeszcze tagiem #muzyka ; ups…


W każdym razie utwór ten podoba mi się ogromnie nie tylko ze względu na jego ściśle muzyczne walory, ale również ze względu na jego wartość literacką, na historię, którą opowiada, na tę koncepcję życia po życiu, który to motyw jest jednym z tych, jakie w literaturze pociągają mnie najmocniej, jak choćby historia Żyda Wiecznego Tułacza . Nie piszę o tym wszystkim przypadkowo, nie piszę też o tym wszystkim tylko po to, żeby ten wpis był dłuższy, a tym samym wyglądał na mądrzejszy. Piszę o tym wszystkim po to, bo tę koncepcję odnajduję również w książce pana Szczepana Twardocha pod tytułem Wieczny Grunwald. I choć pozycja ta oparta jest o tę koncepcję, to autor wykorzystuje ją w inny sposób niż te, z którymi miałem przyjemność się do tej pory spotkać. No i dodaje do tej koncepcji jeszcze kilka innych.


Paszko, główny bohater tej opowieści, bastert króla Kazimiera, syn swojej maćki, k⁎⁎wy, choć kiedy został poczęty, maćka jego k⁎⁎wą jeszcze nie była, bo była wtedy córką niemieckiego kupca z Norymberku, k⁎⁎wą stała się dopiero później, umiera pod Grunwaldem. Umiera wtedy po raz pierwszy zabity ciosem litewskiej wekiery. Umiera wtedy po raz pierwszy, bo później umiera jeszcze wiele razy. To jego pierwsze życie, jego istne światowanie, jak je nazywa jest głównym wątkiem tej powieści powieści zza końca czasów, jak głosił podtytuł pierwszego jej wydania. Poznając historię tego istnego światowania czytelnik przenosi się wraz z Paszką do innych wątków czasu, które Paszko przeżywa. Nie że jedne po drugich, przeżywa je równocześnie.


***


[…] i wszyscy po obu stronach granicy, którą starłem, pracowali gigantycznym wysiłkiem dla ostatecznego celu eliminacji wszystkich […]


I właśnie jednym z takich wątków czasu jest Przezwieczny Grunwald, Ewiges Tannenberg, przyszłość aantropicznej ludzkości, w której na świecie pozostały tylko Germania i Matka Polska, które zjednoczyły w sobie swoich obywateli, których ci obywatele stali się jednym, choć stali się tym jednym inaczej. I jedynym ich celem jest walka ze sobą nawzajem. Wizja to dość dziwna, ale mocno niepokojąca, może właśnie z tego powodu, że, w moim rozumieniu, wyprowadzona jednak z rzeczywistości?


Autor często wykonuje przeskoki w czasie o kilka wieków, często wykonuje te przeskoki w najmniej spodziewanym momencie, na przykład w momencie, kiedy powinna zacząć się scena w XIV wieku, bo wszystko do niej zmierza i nagle okazuje się, że zaczyna się scena ponad sześćset lat później, choć biorą w niej udział ci sami bohaterowie, i że dotyczy ona w zasadzie tej samej sprawy, bo pośród miriad wątków czasu, w których przyszło Paszce umierać, musiało się przecież zdarzyć tak, że pewne wydarzenia były do siebie podobne, a może nawet i takie same. I wraz z czasem akcji zmienia się język, bo ta wspaniała średniowieczna stylizacja przemienia się w język jak najbardziej współczesny, tak jak wóz drabiniasty przemienia się w Astona Martina, a samostrzał przemienia się maxima. Autor zaś narrację prowadzi na tyle sprawnie, że, choć po chwilowej czasami konsternacji, udało mi się jednak w tym czasowym zamieszaniu nie pogubić.


Wieczny Grunwald, tak czytałem, jest właśnie tą powieścią, w której pan Twardoch znalazł swój język. Język, który tak mi się podoba, ten język zwykle niespieszny, z licznymi powtórzeniami, ze skupieniem się na szczególne, ten język powieści, który uważam za najbardziej chyba immersyjny wśród wszystkich języków autorów, których znam i których niekiedy cenię bardzo wysoko. Z książek wydanych przez Wiecznym Grunwaldem (nie ma ich znowu tak wiele, cztery zaledwie, według Wikipedii) znam tylko Epifanię wikarego Trzaski i rzeczywiście, choć też ogromnie mi się podobała, językowo bliżej jest Ostatniemu Grunwaldowi do powieści późniejszych, takich jak Morfina, Drach czy Pokora.


***


Nocami często wypada ze swojej kwatery, półnagi, wykrzykuje obelgi i strzela w powietrze, pijany bezsilną zazdrością rogacza co najmniej tak mocno jak wódką, po potem płacze i woła w noc: „Ja cię kocham, k⁎⁎wo jedna, kocham!”. I płacze, aż ktoś się nad nim ulituje i zaprowadzi na kwaterę_._


Co mi się jeszcze w tym Ostatnim Grunwaldzie podobało? Oprócz rzeczy wspomnianych wyżej, a więc języka i immersji, podobało mi się też to, co podoba mi się w innych powieściach pana Twardocha. Szczegół. Tak szczegół, jeśli chodzi o przedmioty, jak i o bohaterów. Pisałem chyba o tym już kiedyś przy okazji jakiejś innej książki tego autora, powtórzę więc teraz. Zachwyca mnie u pana Twardocha to, że niemal każdy (a później chyba już każdy, bez niemal, ale w Wiecznym Grunwladzie jeszcze nie) bohater, choćby epizodyczny, choćby taki, który pojawia się tylko w jednej scenie, w kilku zaledwie zdaniach, jest jakoś zdefiniowany. Jest jakiś, ma jakąś historię. I zachwyca mnie to, w jaki sposób ta „jakoś” bohatera jest przez pana Twardocha ukazywana. Właśnie za pomocą szczegółu. Jak w tym cytacie wyżej. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak niewielu słów do tego potrzeba.


Podobała mi się jeszcze podniesiona w książce problematyka, dla mnie dotycząca wyboru, jaki człowiek podejmuje i tego, że czasami wydaje się, z różnych względów, tego wyboru nie ma, choć on jest, tyle że się go, z różnych względów, nie widzi. I podobało mi się też to, że, czytając posłowie autora, napisane po jedenastu latach i zamieszczone w tym trzecim wydaniu Wiecznego Grunwaldu, okazało się, że chyba się w rozumieniu tej powieści z autorem rozminęliśmy. Co nie oznacza, że nie ma on w swojej interpretacji racji. Tak samo jak nie oznacza, że i ja tej racji nie mogę mieć. Zresztą, w tym eseju pan Twardoch, opisując jedną ze scen Fausta, zaznacza, podobnie jak pan Oscar Wilde w wstępie do Portretu Greya, że każdy może interpretować literaturę tak jak chce. Korzystam więc z tego prawa i, uznając argumenty autora, pozwalam sobie rozumieć tę powieść po swojemu.


Podobały mi się w tej książce dygresje, kolejna rzecz, która w twórczości pana Twardocha bardzo mi się podoba. Szczególnie zaś zwrócił moją uwagę fragment, u mnie na czytniku, przy moim formatowaniu, na stronie 32, nie umiem podać dokładniej, opowieść nie jest bowiem podzielona na rozdziały, kiedy Paszko rozważa, a może zwraca uwagę współczesnemu (nie jemu, prędzej współczesnemu autorowi) czytelnikowi na niezrozumiałe mu, sprzeczne z logiką i być może nawet obłudne podejście tego czytelnika do tematu śmierci (nie będę cytował, bo to długie). Tutaj dwie rzeczy: po pierwsze, to od razu przypomniał mi się wspaniały tekst pana Stasiuka pod tytułem Suka, zamieszczony w zbiorze Grochów, oraz tutaj, na stronie internetowej Tygodnika Powszechnego , który to tekst w wymowie jest dość zbliżony, przynajmniej fragmentami, do monologu Paszki i, po drugie, dało mi obraz tego jak wiele rzeczy przyjmujemy bo po prostu „takie są”, „tak się robi”, „tak jest”, albo „tak było”, choć to ostatnie akurat niekoniecznie jest prawdą, czego, przynajmniej w temacie umierania, z Ostatniego Grunwaldu również można się dowiedzieć.


Podobał mi się w tej książce humor, choć nie było go dużo i był raczej dyskretny, ale urzekł mnie na przykład papież Otto DCLXVI. Choć mnie czasami niewiele potrzeba do tego, żeby się uśmiechnąć.


***


Dla mnie, który, nie ukrywam, twórczość pana Twardocha cenię bardzo wysoko, Wieczny Grunwald był ciekawy nie tylko ze względu na to, że była to po prostu świetna lektura, ale też dlatego, że pozwolił mi w jakimś stopniu prześledzić to jak autor dochodził do tego sposobu uprawiania (albo rozumienia) literatury, jakim zachwycił mnie wówczas, kiedy czytałem pierwsze jego książki, które wpadły w moje ręce, a które nie były przecież pierwszymi książkami, które napisał, i jakim nadal mnie zachwyca. I myślę, że dobrze się stało, że nie czytałem tego jego dorobku chronologicznie, że ten Wieczny Grunwald trafił u mnie na podbudowę opartą na znajomości późniejszych pozycji pana Twardocha. Wiedziałem czego się spodziewać, wiedziałem, czego szukać i, myślę, że wrażenia z kolejnych, być może dojrzalszych, utworów tego autora wykształciły u mnie jakiś rodzaj patrzenia albo zrozumienia tego, jak na tę twórczość patrzeć. Nawet jeśli jest to tylko moje zrozumienie, niekoniecznie zgodne z zamysłem autora.


A więc, być może, rację miał pan Orwell, który w Braku tchu twierdził, że, jakimś dziwnym trafem, odpowiednie książki wpadają nam w ręce w odpowiednim czasie.

1a1fe303-cad0-476a-8aff-63a65642cc38

Zaloguj się aby komentować

1068 + 1 = 1069


Tytuł: Obiturianci

Autor: Weronika Stencel

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 3/10


#bookmeter


Kiszone Miasteczko rozkwita podczas corocznego święta Bebonów! Obok cepeliady, maskarady i muskulady odbywa się również słynne Bebonarium, czyli pokazy najgłupszych istot o pomieszanych tożsamościach. Święto otwiera uroczysty deszcz guzikowy spuszczany z góry przez olbrzymie koparki. Ach, jak dudni wtedy nagła ulewa guzikowa!


No i nie mam pojęcia co mógłbym o tej książce napisać. Tak mi się czasami zdarza, że nie mam pojęcia co mógłbym o niedawno przeczytanej książce napisać, a zdarza mi się to w dwóch przypadkach: kiedy książka tak mnie zachwyciła, że po lekturze myśli nie dają się poskładać w jakąś logiczną całość, że jest ich aż tyle, że nie dają mi spokoju i nie wiem wtedy nawet od czego miałbym zacząć, albo też wówczas kiedy książka tak bardzo mi się nie podobała, że usilnie prubuję zrozumieć po co w ogóle skończyłem ją czytać. I, niestety, jeśli chodzi o Obituriantów, jest to akurat ten drugi przypadek.


To bardzo miłe kiedy ktoś zaprasza mnie do świata swojej wyobraźni, zawsze chętnie z takich zaproszeń korzystam. I nie ma przy tym znaczenia, biorąc za przykład tych Obituriantów, czy jest to świat wyobraźni autorki, pani Stencel, czy też świat jej bohatera, klauna-brzuchomówcy Riperta. Gorzej jest wtedy, kiedy, jak w przypadku Obituriantów właśnie, trafiam do świata, w którym nie potrafię się odnaleźć. Kiedy ten świat jest albo tak daleki od mojego świata, albo tak zagmatwany i nieprawdopodobny, że nie wiem gdzie jestem. I, chyba rzecz dużo ważniejsza, nie wiem po co w ogóle tam jestem. Nie wspominając już o tym, że, choć wiem co się w tym świecie dzieje, autorka mnie przecież o tym informuje, to nie mam pojęcia dlaczego to się dzieje.


I takie właśnie mam wrażenia po lekturze Obituriantów, książki, do której przeczytania skusiły mnie przedpremierowe zapowiedzi. Nie tylko te wychwalające utwór debiutantki, ale też podjęta przez nią tematyka. Bo ja bardzo lubię wszelkiej maści błaznów, trefnisiów, żartownisiów. Klaunadę lubię po prostu. Mój, delikatnie mówiąc, brak zachwytu nad książką pani Stancel zasadza się, tak mi się wydaje, na różnym pojmowaniu tego, czym klaunada jest. Dla mnie klaunada jest bowiem formą sztuki najbliższą rzeczywistości, dla pani Stencel zaś – podkreślam: to moje zdanie, li tylko na podstawie lektury jej książki! – wygląda na to klaunada jest daleką wycieczką w najgłębsze (najwyższe?) pokłady wyobraźni. Wyobraźni, której być może mi brakuje.


Obiturianci to tylko 122 strony, zawierające w dodatku kilka rysunków autorki, co sprawia, że tego tekstu wcale nie ma tam dużo. A jednak zeszło mi z tą książką dość długo w relacji do jej objętości, bo nie udało się jej mnie porwać. Ona cała jest napisana mniej więcej tak jak ten cytat otwierający wpis i na dłuższą metę było to dla mnie męczące.


Na plus zdecydowanie zaliczyłbym plastyczność języka, bo to mi się podobało, jak i kilka pomysłów, takich jak nieproszony gość, który dostał się do tej krainy wyobraźni czy relacja Riperta z rodzicami i wynikające z niej brzuchomówstwo. Jednak dla mnie to wszystko mało. I być może rację ma osoba, która zamieściła jedyną do tej pory opinię na LubimyCzytac o tym, że to wszystko za bardzo pędzi. Bo, już niezależnie od moich czytelniczych preferencji, uważam, że jest w tej autorce potencjał. Warto jednak byłoby też pomyśleć trochę o czytelniku i, mając go na uwadze, trochę w swojej opowieści zwolnić. Pozwolić mu się w niej zadomowić.

bc87ce48-0f8c-4c2b-abfb-2a057094d38d

Zaloguj się aby komentować

Nigdy tam nie byłem. Nie przejeżdżałem nie tylko przez, ale nie przejeżdżałem nawet i obok. Słyszałem jednak to i owo, a to, co słyszałem, w zupełności wystarcza mi do tego, żeby twierdzić, że jest to miasto-absurd. A skoro edycja o absurdach, no to proszę:


***


Tyber Kujawsko-Pomorski


A gdyby na świecie były same Rzymy?

Myśl mnie taka naszła i się nad nią głowię:

jakaż by musiała dróg być plątanina!

Nie mówiąc już o długo trwającej budowie.


Każde wówczas miasto by własnego miało

jakiegoś cesarza – tylu panujących!

I by się zabójstwa częściej też zdarzały;

już nie tylko marcem, a każdym miesiącem.


Lecz są inne sposoby ode w plecy sztycha:

wźmy choćby Grudziądz i zwyczaj miejscowy.

Tam: kogoś utopić i zostać władyką! –

tak ten Rzym grudziądzki wyobrażam sobie.


Tylko rzece, jak miastu, zmieniono by miano.

Wisłę, konsekwentnie, Tybrem by nazwano.


***


#nasonety

#zafirewallem

#diriposta

Zaloguj się aby komentować

No dobrze, chyba ostatni mój wytwór #diriposta w tej edycji:


***


Sielanka czereśniowa


…a latem to zrywaliśmy w tym sadzie czereśnie

(choć sad był sąsiada, przyznam z uczciwości),

a który biegł wolniej, no to miał nieszczęście,

bo sąsiad ojcowskie prawa sobie rościł.


Jak któregoś dorwał za to przewinienie,

na ławkę prowadził (stała podle okien)

i karę wymierzał, jak gdyby sumienie

gdzie się kończą plecy miał złapany chłopiec.


Później się na pośladkach pręgi odznaczały

od sąsiadowego kijka brzozowego.

I piekły nas te pręgi! Jak one szczypały!


Ale nie dał rady oduczyć nas tego,

no bo te czereśnie! Istne niebo w gębie!

Szliśmy całą zgrają. Jak dziki w żołędzie.


***


#nasonety

#zafirewallem

@splash545 @Wrzoo @moll


Koniec dyskusji!


I robią mi nagle halo tu wielkie!

A toć to wiadomo, że na złodziejkę

chodziło się, jak Pan Bóg przykazał.


Nie będzie mi jedna z drugą tu wmawiać

z tym swoim, nazwijmy to może: „znawstwem”,

że do sąsiada się chodzi na pachtę!


Wszak to wiadomo, lecz rzucę faktem:

że kiedy coś bierzesz, co twoje nie jest,

to jesteś złodziejką! (Tudzież: złodziejem)


No chyba że w Gdańsku. Tam jakiś diabeł

ich mógł podkusić. I poszli na szaber.

Zaloguj się aby komentować

Baśń osobista


Papierowi ludzie w papierowym mieście

pełni rozmaitych z papieru emocji:

papierowy smutek, papierowe szczęście.

A ty, z krwi i z kości, czasem im zazdrościsz


gdy śledzisz ich losy, być może z wzruszeniem,

być może z radością, albo z łzą pod okiem?

I, być może, popadasz nad swoim istnieniem

w zadumę. I wypływasz myślą na wody szerokie:


i marzysz by ci się w życiu sceny układały

tak jak u Perraulta czy u Basilego,

żeby się zdarzenia ze sobą splatały

i do końca zmierzały. Raczej szczęśliwego.


I tych marzeń się, niestety, nigdy nie pozbędziesz:

Wróżko! Matko Chrzestna! Do mnie też przybędziesz?


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

1053 + 1 = 1054


(przy okazji naprawiam licznik, bo coś tam po drodze się pogubiło; teraz powinno być chyba dobrze)


Tytuł: Konopielka

Autor: Edward Redliński

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter #ksiazki


A Pana Boga możno chwalić i w stodole, mówio tato, kiedyś ludzi całkiem nie umieli pacierzow, a pobożnie żyli. Aż im czort księdza nasłał, nu i dowiedzieli się, co to grzech, co pacierz i zaczęli się kościoły, procesji, ołtarzy.


Nie jestem specjalistą od gwar, a już zwłaszcza od gwary podlaskiej, nie mam pojęcia wobec tego na ile autor w tej powieści język odtworzył a na ile stworzył, ale zgrzytów żadnych nie wyłapałem – nie było w niej wtrąceń, które kojarzyłbym z innymi regionami, jak to się często przy narracji prowadzonej gwarą zdarza. Bo tak, pierwszą rzeczą, która mnie w tym utworze zachwyciła był język, którym ta historia jest opowiedziana. Bo Konopielka to powieść zaliczana do nurtu literatury chłopskiej i jest ponoć uważana za jedną z najwybitniejszych tego nurtu pozycję.


Co, oprócz języka, urzeka w tej powieści to wspaniale odwzorowana wiejska mentalność. I nie chodzi tylko o ludowe spojrzenie na przyniesiony (pod przymusem jednak) postęp, ale w ogóle o chłopski sposób myślenia, który ma w sobie tyleż uroku co zabobonu, ale i krzywd też niesie ze sobą całkiem sporo. Bo mieszkańcy Taplar, wsi, w której rozgrywa się akcja Konopielki, żyją tak jak żyli ich ojcowie, dziadowie, pradziadowie. Rozumieją świat po swojemu, a wszystko bodaj co robią, robią dlatego, że zawsze się tak robiło i robią to też w taki sposób, w jaki robiło się to zawsze, bo inaczej nie jest po bożemu (albo nie po krześcijańsku, bo to przecież na jedno wychodzi). A jednak zmiany zachodzą. No bo przecież zachodzić muszą.


Ze wsią, tą niemal współczesną, bo taką mniej więcej sprzed dwudziestu – trzydziestu lat mam wiele wspólnego i, choć wydaje mi się, że dość dobrze znam tę wiejską mentalność, to i tak byłem pod wrażeniem, a może nawet zdziwiony, jak niewiele się w samej esencji tego wiejskiego pojmowania świata zmieniło. I, mimo że wtedy na wsi były już wtedy od dawna i szkoły, i elektryczność, i samochody i maszyny, a później to nawet i Internet już się zdarzał, to sposób myślenia gdzieś tam jednak, wydaje mi się, przetrwał.


Cała ta opowiedziana przez pana Redlińskiego historia jest pięknie zapleciona i pokazuje nie tylko przemianę bohatera, ale też i jego słabość (albo siłę? – to zależy z której strony na tę przemianę spojrzeć). Ale i w szczegółach ta powieść potrafi urzekać. Mnie urzekła, poza tym co opisałem wyżej, właśnie tymi szczegółami. Jak wspaniałe opowieści przechowywane były w pamięci mieszkańców Taplar, a które to opowieści autor postanowił czytelnikowi ustami bohaterów przedstawić! Jak przyjemnie czytało mi się o tym dlaczego Pan Jezus został ukrzyżowany przez kurę; dlaczego człowiek nie zna dnia swojej śmierci, choć kiedyś znał; dlaczego żyto ma tylko jeden kłos, choć kiedyś miało tych kłosów więcej. Nie mam pojęcia czy pan Redliński historie te zaczerpnął z lokalnego folkloru czy też je sobie wymyślił. Mnie zachwyciły, bez problemu potrafiłem mu w nie uwierzyć (w znaczeniu, że bohaterowie tak myśleli, nie że tak było) i mnie to do zachwytu całkowicie wystarcza.


Tak sobie czytam, że ta książka poddawana była krytyce, że zarzucano autorowi próby ośmieszenia mieszkańców wsi, że świat przedstawiony nie przystawał do świata rzeczywistego. Że w roku 1973, kiedy Konopielka została wydana, nie było już takich wsi jak opisanej w niej Taplary. I była to prawda, bo akcja powieści umiejscowiona jest znacznie wcześniej niż ten rok 1973 kiedy została wydana. Dość zabawnym wydał mi się fakt, o którym czytałem, że zarzuty te wysuwały osoby, które nie zadały sobie trudu analizy utworu, osadzenia go w kontekście. I zauważam tutaj pewną uniwersalność Konopielki, bo jeśli Taplar nie traktować dosłownie, to może być to opowieść nie tylko o małości, zabobonności czy pewnej głupiej i naiwnej bucie wiejskiego chłopa, ale o małości, zabobonności czy pewnej głupiej bucie człowieka w ogóle. Tak jakby każdy z nas, mniej lub bardziej, z tych konopielkowych Taplar pochodził.


To oczywiście moja interpretacja (czy wniosek), jedna zresztą z wielu, tak wielu moich, jak i wielu możliwych, bo uważam, że Konopielka jest lekturą mocno wielowarstwową i dlatego z tak ogromną przyjemnością ją czytałem.


Aha, i ogromnie podoba mi się też okładka tego wydania, które ściągnąłem sobie z Legimi, wydanego nakładem wydawnictwa Estymator. Choć, jeśli ktoś chciałby sobie tę książkę przeczytać, to można ją ściągnąć ze strony WolneLektury . I przy okazji, tak na marginesie: zastanawia mnie tylko jak to jest z tymi prawami autorskimi? Utwory, z tego co wiem, przechodzą do domeny publicznej siedemdziesiąt lat po śmierci twórcy. A pan Redliński zmarł przecież w tym roku (nie chciałem napisać "dopiero").

8645291a-977a-4586-a5ae-f2881cfa46e0

Zaloguj się aby komentować

Zanim wytwór, to chciałem tylko podziękować koledze @splash545 za inspirację .


***


Ballada o Grudziądzu


To będzie opowieść o pewnym mieście

co, wbrew logice, nad Wisłą się mości;

a niesamowite trzeba mieć szczęście

ażeby w nim dożyć choć wczesnej starości.


Tam pasją mieszkańców jest bowiem topienie;

do wody wrzucają i żywych, i zwłoki.

Jeziora, rzeki, kałuże, strumienie –

dnia nie ma takiego, by ktoś się nie topił!


Tam wszystkie bodaj mielizny i skały

upstrzone ciałami koloru sinego;

tam jakieś piranie by im się przydały,

no ale nie mają klimatu do tego.


Więc jeśli, mój drogi, przez Grudziądz się przejdziesz,

napotkasz zwłoki. Bo one są wszędzie!


***


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

1046 + 1 = 1047


Tytuł: Koniec dzieciństwa

Autor: Arthur C. Clarke

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 6/10


#bookmeter


Nie czuł żalu z powodu tego, że praca całego jego życia poszła właśnie na marne. Trudził się, by zabrać człowieka do gwiazd, a tymczasem gwiazdy – te zimne, obojętne gwiazdy – przybyły do niego.


Mam w czytniku zawsze, tak na wszelki wypadek, gdybym potrzebował zrobić sobie przerwę od wikłania się razem z bohaterami czytanych powieści w moralne dylematy czy rozgrzebywania ludzkiej natury ażeby dotrzeć do jej najmroczniejszych zakamarków, kilka książek lżejszych. Jakieś fantasy, może nawet i kryminał jakiś się znajdzie, coś może od pani Fannie Flagg, która dla mnie sama w sobie jest gatunkiem literackim. Trochę się zdziwiłem skąd się u mnie wzięła fantastyka naukowa, bo za tym to akurat nie przepadam. No ale, potrzebowałem zrobić sobie przerwę od tych poważnych lektur, a Koniec dzieciństwa, to – koniec końców – w końcu klasyka, to pomyślałem sobie, że w zasadzie to czemu by nie?


Ta klasyczna książka opowiada o klasycznym problemie jaki stawia sobie literatura fantastycznonaukowa, a więc o pierwszym kontakcie. Normalnie, nad największymi miastami pojawiają się statki kosmiczne, a obca cywilizacja (zwana przez ludzi Zwierzchnikami) która przekazuje swoje polecania ludzkości za pośrednictwem sekretarza generalnego ONZ doprowadza do złotego wieku na Ziemi. Znikają wszystkie problemy: wojny, głód, choroby; powstaje jeden kraj: Federacja Światowa, a językiem urzędowym całej planety zostaje język angielski. I tak sobie to wszystko trwało i było pięknie i ludzie byli konsumentami, bo produkcja została zautomatyzowana, aż okazało się jakie to rzeczywiste cele tym Zwierzchnikom przyświecają. Dlaczego tutaj przybyli.


Jest w tej książce kilka ciekawych koncepcji (może na tym polega literatura sf?), nad kilkoma rzeczami zdarzyło mi się nawet zastanowić i całkiem przyjemnie mi się ją czytało – nie był to zmarnowany czas. Nie do końca chyba zrozumiałem jej zakończenie, nie w znaczeniu symbolicznym, jak te rzeczy nad którymi się zastanawiałem, ale nie wiem o co chodziło autorowi. No ale – jakaś tam wizja była i spójność historii została nienaruszona. Tylko tyle i aż tyle.


I jeszcze – to bardziej dla tych, którzy czytali i znają tę historię – taka piosenka mi się przypomniała w miarę tego co tam w tym Końcu dzieciństwa zachodziło.

b8e6d8a1-f0d8-473b-9a8c-beac93ec5f21

Zaloguj się aby komentować

1045 + 1 = 1046


Tytuł: Obcy

Autor: Albert Camus

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Pomyślałem, że kolejną niedzielę mam już za sobą, że mama jest teraz pochowana, że wrócę do pracy i że właściwie nic się nie zmieniło.


To jest jedna z tych książek do których po kilku latach wróciłem . Wyłoniła się gdzieś z odmętów mojej pamięci jak Afrodyta z morza i za nic nie chciała mi dać spokoju. Podobno tak jest, że kiedy jakiś utwór muzyczny chodzi człowiekowi po głowie należy go przesłuchać i wówczas sytuacja się normuje. Może z książkami jest podobnie?


Nihilizm, brak uczuć, beznamiętność – nie są to zasadniczo najlepsze tematy na książki. Literatura, tak jak każda chyba inna forma sztuki posługuje się emocjami i w tym właśnie tkwi jej siła. Choć, jak pan Camus udowadnia, można też inaczej.


Z tymi emocjami to chodzi o reakcję czytelnika, o wzbudzenie jego empatii, o współodczuwanie wraz z bohaterem. Są na to nawet podobno jakieś badania, że w mózgu zaangażowanego czytelnika bohaterowie literaccy znajdują się dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdują się rzeczywiści ludzie z którymi czytelnik wchodził w rzeczywistym świecie w rzeczywiste interakcje. Nasz mózg na poziomie emocjonalnym nie odróżnia tego to wymyślone od tego co prawdziwe.


I tutaj pojawia się pan Meursault, bohater Obcego pana Camusa. Dzisiaj umarła mama. A może wczoraj, nie wiem. – Takimi zdaniami rozpoczyna tę swoją opowieść, gdyż autor zdecydował się uczynić bohatera również narratorem i narrację poprowadzić pierwszoosobowo. I tak ten pan Meursault opowiada o kolejnych zdarzeniach, które nie mają znaczenia. Rzeczy po prostu się dzieją: matka pana Meursault zostaje pochowana, on wraca do siebie, poznaje kobietę, rozmawia z sąsiadami, wyjeżdża za miasto. Choć równie dobrze te rzeczy mogłyby się nie dziać. Nie ma to przecież znaczenia.


Więc może w sztuce nie chodzi o emocje, ale o reakcję? Bo emocji w tej książce nie ma wcale, a reakcja czytelnika na to co się dzieje jakaś jest. U mnie była mocna. To dlatego tę książkę zapamiętałem i to dlatego do niej wróciłem.

688e6c19-3e9e-4b07-a2c6-7dbf971d6db6

@George_Stark to teraz idąc za ciosem jeszcze Dżuma i Upadek ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Też bym sobie z chęcią przeczytał, ale poczekam z Obcym do lata. Jakoś w lato mi się wspaniale zawsze czyta książki Camusa.

Zaloguj się aby komentować

1040 + 1 = 1041


Tytuł: Rozdroże kruków

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 6/10


#bookmeter


– Klątwę – perorował jeden z mieszczan, ten, który trzymał dziewkę na sznurze – wiadomo, niweczy jedynie śmierć tego, kto klątwę rzucił. Z tamtą dziewką, cośmy ją obwiesili, pomyłka wyszła, bo ona wisi, a klątwa cięgiem działa.


Nie ma Jaskra!


I, choć nie powinno to dziwić, bo przecież ta opowieść dotyczy młodości Geralta, a ten poznaje Jaska dużo później, to i tak pytam: jaki jest sens pisać cokolwiek w świecie wiedźmina bez Jaskra?!


***


A tak poważnie (choć poważnie tego Jaskra tam nie ma, tak jak nie ma ani Yennefer, ani Triss, ani Zoltana, ani Yarpena, ani Ciri – to akurat na szczęście! – a Vesemir i Eskel są tylko wspomnieni) to wyszło całkiem nieźle. Szczególnie zważywszy to, że powieść pisze się chyba inaczej niż rozplanowaną na kilka tomów sagę czy opowiadania.


Bo, w istocie, jest nieźle, ale jest inaczej. Jeśli miałbym porównywać to do wcześniejszych (wydawniczo) tomów ze świata wiedźmina, to z Rozdroża kruków bliżej jest do opowiadań niż do sagi. I nawet nie chodzi o chronologię wydarzeń (opowiadania dzieją się przecież przed sagą), ale o samo to jak ta książka jest napisana. Bo ta powieść jest to kilka oddzielnych wydarzeń (opowiadań?) spiętych jednym wątkiem fabularnym, który gdzieś się tam między nimi pojawia.


Lektura sprawiła mi sporo przyjemności, ale już nie porwała tak jak kiedyś – tutaj w dalszym ciągu odnoszę się do swoich wspomnień związanych z opowiadaniami. Niby jest w tym Rozdrożu kruków wiele z tego co w innych tekstach ze tego świata: są dość wyraźne postaci (co ciekawe, raczej te poboczne; i chyba mniej wyraźne niż gdzie indziej, nie tylko w sadze, ale i w opowiadaniach; ten Preston Holt, mimo dość dramatycznej historii, był dla mnie jednak bardzo nijaki), niby są świetnie wkomponowane obserwacje na temat ludzkiej natury (jak choćby ten cytat otwierający wpis), ale czegoś mi brakowało. I tak zastanawiając się czym mogło być to, czego mi brakowało dochodzę do wniosku, że może brakowało mi humoru? Bo nie znalazłem go wiele, a przecież wcześniej te historie były nim tak wspaniale okraszone (żeby wspomnieć choćby napis wyryty na świętym dębie Bleobherisie). Albo brakowało mi głębi świata? Bo, z tego co pamiętam, nawet w opowiadaniach czuło się (i robiło to ogromne wrażenie) te zależności i napięcia w skomplikowanym świecie skonfliktowanych jednak królestw. Tutaj, takie miałem wrażenie, plan został strasznie zawężony do miejsca akcji i spraw, które tej akcji bezpośrednio tylko dotyczą. Jakby poza tym nic więcej nie istniało.


I tak mogę sobie narzekać „że kiedyś to było”, zastanawiając się jednak, czy to może Geralt jest za młody, czy to pan Sapkowski jednak wyczerpał ten świat, jak sam zresztą kiedyś podobno twierdził, czy to może ja jestem już na to wszystko za stary?


Wydaje mi się, że ta książka to próba (w mojej ocenie dość udana) opowiedzenia o tym dlaczego Geralt był taki, jaki był. Jeśli rzeczywiście miała to być opowieść skupiona wyłącznie na Geralcie, to tak, uważam, że to wyszło. W takim świetle wspaniale wybrzmiewa szczególnie ostatnia scena Rozdroża kruków pięknie spinając nie tę opowieść, ale jej bohatera.


Tylko tego całego świata jakoś trochę żal.

5ecb04e3-8d90-42b4-a28d-ece143145fe8

I bardzo dobrze, że są nowe twarze w świecie Wiedźmina, i tylko trochę o Nenneke. Rzeczywiście brakuje więcej humoru. Ale jak już pisałem ogólnie bardzo dobre przygody młodego Geralta :)

Zaloguj się aby komentować

1038 + 1 = 1039


Tytuł: Chołod

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Ja sam innostraniec, wszędzie, całe życie.


Dokładnie pamiętam moje wrażenia sprzed kilku lat, kiedy to zaczynałem swoją przygodę z twórczością pana Szczepana Twardocha. Kiedy moja fascynacja tym, jak ten autor potrafi pisać, rozkwitała. Stąd pamiętam, i udało mi się odnaleźć, myśl , która przyszła mi do głowy przy okazji wpisu na temat jednej z książek tego autora, Morfiny konkretnie. Uważam że Twardocha to mógłbym czytać nawet gdyby opowiadał mi o odśnieżaniu dachów – napisałem wtedy. I chyba się nieco jednak pomyliłem.


Trochę na ironię (albo na zabawny zbieg okoliczności?) zakrawa fakt, że napisałem wtedy o śniegu, bo z czym jak z czym, ale akurat ze śniegiem to Chołod ma ogromnie wiele wspólnego. Rzecz się dzieje bowiem na dalekiej północy.


Na tę daleką północ wybiera się jeden z bohaterów powieści, bohater nazwiskiem Szczepan Twardoch. Tam, na tej dalekiej północy, na Spitzbergenie, kiedy Szczepan Twardoch ma już wracać do domu, do swoich Pilchowic, spotyka wiekową już Norweżkę nazwiskiem Borghild Moen. Ta wiekowa Norweżka, która twierdzi, że ocean jest jej jedyną ojczyzną składa Szczepanowi Twardochowi propozycję, którą Szczepan Twardoch przyjmuje i w wyniku przyjęcia tej propozycji Szczepan Twardoch odkłada swój powrót do domu i okrętuje się na Isbjørn, gdzie zostaje członkiem dwuosobowej załogi. Na pokładzie Isbjørn, gdzie nie za bardzo jest co robić, bo łódź to nowoczesna i doskonale wyposażona, jaj oprzyrządowanie pokładowe przejmuje większość zadań załogantów, Szczepan Twardoch dostaje do przeczytania od drugiego członka tej dwuosobowej załogi, od Borghild Moen, notes Konrada Widucha. I to właśnie jest (przynajmniej dla mnie) właściwa część tej opowieści. Bo Chołod to opowieść w opowieści. Jest napisany w tej formie, którą całkiem lubię, a którą uważałem za zanikającą (choć nie zanikłą, więc nie do końca się myliłem).


To właśnie Konrad Widuch jest drugim (chronologicznie) głównym bohaterem tej powieści. I, jak to pan Twardocha, zgodnie z jego (chyba) idée fixe, Konrad Widuch nie bardzo wie kim jest. Konrad Widuch ma kłopoty z tożsamością narodową. Bo Konrad Widuch urodzony był na Śląsku, bo Konrad Widuch służył w niemieckiej marynarce, bo Konrad Widuch trafił wreszcie do Ojczyzny Światowego Proletariatu, której służył wiernie aż do momentu, kiedy to nie został uznany za tej Ojczyzny wroga na podstawie paragrafu 58 i zesłany do miejsca, którego nazwy nie chce wymieniać. (Swoją drogą, ciekawie ukazane są rozważania Konrada Widucha o własnym skazaniu, kiedy to rozważa, czy partia nie miała racji skazując go, ponieważ partia przecież zawsze ma rację – to jedna z dygresyjnych części książki, których jest w niej mnóstwo. I dobrze!)


Konrad Widuch, stary bolszewik, wbrew woli partii ucieka jednak z miejsca, którego nazwy nie chce wymieniać (choć co najmniej raz ją wymienia, ale o tym później) i przedziera się przez syberyjską senduchę aż trafia w końcu do Chołodu. No i o tym jest ta książka, tutaj nie ma co dalej wchodzić w szczegóły, bo lepiej niż pan Twardoch i tak tego wszystkiego nie uda mi się opisać, zresztą nie ma na to tutaj miejsca.


***


Całkiem niedawno na kieleckim dworcu autobusowym miało miejsce spotkanie z panem Twardochem. Zapis tego spotkania można obejrzeć tutaj , jeśli kogoś interesuje (jeśli nie interesuje, to też można; ale nie trzeba). W czasie tej rozmowy autor zdradził co nieco ze swojego warsztatu. Powiedział mianowicie, że, w jego pojmowaniu, każda powieść powinna mieć swoją dominantę. Tą dominantą może być cokolwiek: bohater, scena, świat przedstawiony, język. Po wysłuchaniu tej rozmowy mam wrażenie, że dominantą Chołoda był właśnie język. Nie wiem, co prawda, jaki był zamiar autora, ale w moim odbiorze tak właśnie było. Bo ten język użyty w tej powieści w moim odbiorze był ponad wszystkim. Była to jakaś dziwna mieszanina polskiego opartego na rosyjskiej gramatyce (w założeniu miało to chyba być odwzorowanie języka chołodzkiego – taka kraina poza powieścią nie istnieje – co można wnioskować z jedynego przypisu w tej książce, który zresztą dotyczy li tylko wymowy samogłosek) i z rosyjskimi wstrętami. Czytało mi się to wszystko dość trudno, całkiem nieprzyjemnie, a i tak jestem pod wrażeniem tego, co autor z językiem w Chołodzie zrobił.


Jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie to, w jaki sposób za pomocą języka (na podstawie zbudowanej wcześniej historii Konrada Widucha) pan Twardoch potrafił przekazać emocje. Bo są w tej książce momenty, kiedy Konrad Widuch zaczyna pisać po śląsku. I ta, nagła i chwilowa, zmiana języka pozwala przekazać to jak Konrad Widuch się czuje opisując to, co właśnie w tym momencie opisuje.


W ogóle przekazanie nastroju i emocji wyszło autorowi w tej książce świetnie. Bo Konrad Widuch targany jest emocjami i wątpliwościami i bywa w związku z tym w tej swojej opowieści niekonsekwentny (to niekonsekwencja postaci, nie autora!). Tak jak w kilku momentach kiedy wymienia jednak nazwę miejsca, którego nazwy nie chciałby wymieniać, tak jak popadając w liczne dygresje chwilę po tym, kiedy sam dyscyplinuje się żeby jednak trzymał się tematu i chronologii.


Pozwolę sobie dać tutaj dwie próbki tego języka jakim napisana jest ta powieść, przy okazji prezentując dwie spośród dygresji pojawiających się w książce (zresztą, w linkowanym wyżej wywiadzie o też jest ciekawy fragment o popadaniu w dygresje, tam jednak przez samego autora):


Ale ja nie pewien. Może jednak nie spółkowalimy wtedy, może dała spokój po tem, jak ją pierwszy raz z siebie ściągnął ja, a resztę już dopisała moja pamięć, która przecie nie odtwarza przyszłości, lecz ją tworzy.


Ale może wielki Stalin to nie tylko on sam, może na wielkiego Stalina składa się każdy, kto wykonuje jego wolę, jak cząstki naszego ciała składają się na nasze ciało, może ja był wielkim Stalinem, jego częścią, kiedy jeszcze pracował ja w Murmańsku, ale może i potem, jak mnie wzięli, razem ze wszystkiemi, jak ja siedział i rabotał na wyrębie i w sendusze, może i wtedy ja był wielkim Stalinem i ręce moje, i i palce moje były były rękami i palcami wielkiego Stalina, i dopiero kiedy ja uciekł, to ja samego siebie wielkiemu Stalinowi odebrał i samego siebie odzyskał?


***


A sama historia? Chołd jest czymś co nazwałbym czymś w rodzaju powieści drogi i chyba nie jest to mój ulubiony gatunek. Tym bardziej, że (tak mi się przynajmniej kojarzy, nie jestem pewien czy dobrze) pan Twardoch napisał ją jako eksperyment w którym nic nie planował. Po prostu pisał. Ta historia nie jest zła, ale nie zazębia się tak mocno jak mógłby być do tego przyzwyczajony czytelnik powieści. I sam nie wiem czy jest to jej wada czy zaleta. Jest czymś innym i może z tego powodu jest jakaś taka dziwna? W końcu ponoć przyzwyczajenie drugą naturą czełowieka.


Ale czy ja czełowiek?


***


Jeśli już linkuję tę rozmowę z panem Twardochem, to chciałem jeszcze wrócić do tematu, który poruszałem kiedyś w rozmowie z koleżanką @KatieWee , a rozmowa dotyczyła tego ile w języku literackim jest autora a ile redaktora. Bo może ja się tak zachwycam tym jak któryś z autorów pisze, a powinienem zachwycać się tym jak redaktor zredagował? I w tej rozmowie pan Twardoch daje odpowiedź na to niezwykle istotne pytanie opowiadając o procesie wydawniczym i mówiąc, że, przynajmniej on, większość propozycji redaktora odrzuca.


Nie zmuszam do oglądania wywiadu, nawet nie namawiam. Można mi uwierzyć na słowo.

9ba79c07-54a7-42b8-afb3-5c74d9d81583

Zaloguj się aby komentować

1037 + 1 = 1038


Tytuł: Idzie tu wielki chłopak

Autor: Grzegorz Bogdał

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 3/10


#bookmeter


Chowa sprzęt do torby, schylam się, ściąga z mojej szyi lornetkę, jakby odbierał m medal na olimpiadzie, bo doszło do pomyłki i nic, kurde, nie wygrałem.


Są takie książki, które na długo zapadają mi w pamięci. Nie dają spokoju po lekturze, a zwykle nie dają spokoju już w czasie czytania. Są też akie książki, które są nagradzane. Tak jakoś wychodzi, że u mnie te dwie kategorie są rozłączne. Przykładem może być właśnie zeszłoroczny zbiór opowiadań pana Grzegorza Bogdała Idzie tu wielki chłopak, który zdobył dwie nagrody (gdyńską Literacką Kostkę i lornetkę Gombrowicza) i do kilku innych był nominowany. Ja książkę tę skończyłem czytać jakoś dwa, może trzy tygodnie temu i niemal nic z niej, po tym dość krótkim jednak czasie, nie pamiętam.


Stąd właśnie, z powodu tej niepamięci, ciężko mi teraz cokolwiek o tej książce napisać. Posiłkuję się więc literaturą przedmiotu. Czytam jakieś recenzje, szukam laudacji (tych akurat nie znalazłem), ale też kartkuję samą książkę w nadziei, że coś mi się przypomni. I przypomina mi się. Ale mało.


Z tej literatury przedmiotu dowiaduję się między innymi, że pan Bogdał jest chwalony jednogłośnie między innymi za urodę zdań i z tą opinią akurat się zgadzam, bo kiedy przeglądam sobie cytaty, które pozaznaczałem albo otwieram książkę na losowej stronie i czytam pojedyncze zdania, to rzeczywiście brzmią one bardzo przyjemnie. I nawet myślałem kiedyś, między innymi po lekturze utworów pana Schulza, że mi to wystarczy. Okazało się, że jednak nie. Może te zdania były ładne, ale nie aż tak bardzo? A może historia przedstawiona literacko, nieważne czy podana w formie opowiadania, powieści czy w jakiejkolwiek innej, to jednak jest symfonia formy i treści? A może po prostu to ja nie znam się na literaturze albo sam nie potrafię powiedzieć jakie książki lubię, a tym bardziej nie potrafię powiedzieć dlaczego coś mi się podoba, a coś innego nie?

dbf89763-5f00-4496-90aa-5086c7b1760d

@George_Stark to jest IMO coraz częściej problem nagradzanych książek — że są wychwalane za formę, za dopieszczanie pojedynczych zdań, za niebywałą erudycję. Ale jak już przychodzi do przeczytania tego, to albo to po prostu przechodzi bokiem, albo się to nie nadaje do normalnego czytania (tak Zyta Rudzka, o Tobie mówię)

Zaloguj się aby komentować

Nie dość że rzadko piszę aż tak wprost na podstawie własnych doświadczeń jak tutaj, a nie jestem jakoś w stanie nic innego z siebie wykrzesać (to na pewno przez złe rymy!; to na pewno nie moja wina!), to jeszcze nie lubię Małego Księcia. A inny tytuł jakoś mi wcale nie chce przyjść do głowy:


***


Pisze się dobrze tylko sercem


Ponoć mózg trenować można tak jak mięśnie,

ponoć można zwiększać jego możliwości.

I może spróbuję, bo bym chciał, jak wcześniej,

doświadczać tej wspaniałej pisania lekkości.


Póki co: cierpienie!

Wstyd po każdej strofie!

Tęsknię za natchnieniem!

Za mym słowotkiem!


A żeby to słowa znów się układały!

A żebym to znów doznał olśnienia jakiegoś!

A żeby to rymy do głowy wpadały!

A żeby wpleść też trochę humoru. Dobrego?


A może kłopot taki, że utknąłem w błędzie?

Że pisać nie mózgiem, ale sercem prędzej?


#nasonety

#zafirewallem



#diriposta

@George_Stark no tak można wytrenować, żeby napisać coś na siłę niezależnie czy się chce. Ale, żeby napisać coś dobrego to jakaś minimalna wena musi być. Chyba trzeba nauczyć się to akceptować, że wena jest zdradliwa i choćby się wydawało, że już nas nie opuści to właśnie wtedy robi takiego właśnie psikusa. No ale wróci, prędzej czy później.

Zaloguj się aby komentować

Dobry wieczór!


Jakem zapowiadał siedemnaście dni temu , takoż dzisiaj czynię i to właśnie dziś, to jest 1. grudnia, zakańczam tym wpisem XIII edycję zabawy #naopowiesci !


***


W tej 13. edycji nie wzięło udziału trzynastu uczestników, ale wzięło ich udział sześcioro, co i tak jest wynikiem wspaniałym. Te sześć osób opublikowało osiem tekstów, bo dwie osoby opublikowały po dwa teksty, choć tę publikację przeprowadziły innymi sposobami. A wykaz wszystkich opublikowanych tekstów poniżej:


@Patkapsychopatka z tekstem Inwazja na kiosk ;


@moderacja_sie_nie_myje z tekstami:

bez tytułu

oraz

s02e03 (?);


@pingWIN z tekstem Niech ktoś mnie oświeci, zanim zgaśnie mi światło ;


@ciszej z tekstem Tajemniczy mężczyzna z Izb: "Pamiętam tylko kiosk i... coś, coś nie z tego świata" ;


@splash545 z tekstem Brudna robota ;


@KatieWee z dwoma tekstami tekstami opublikowanymi w jednym wpisie : Mały kiosk, wielki człowiek oraz Cios w serce osiedla


***


Obrodziło nam w tej edycji debiutantami! I to zarówno debiutantami w ramach zabawy, jak i debiutantami w ramach kawiarenki #zafirewallem ! Postanowiłem więc, bardziej zachęcając marchewką niż zaganiając kijem do tego, żeby tutaj zostać dłużej, przyznać zwycięstwo osobie, która spośród tych debiutantów zadebiutowała najbardziej. Wobec powyższego


zwycięzcą XIII edycji zabawy #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem zostaje @ciszej!


Proszę o głośne oklaski!


#podsumowanienaopowieści

#podsumowanienaopowieści - bo nie wiem, który tag jest prawidłowy, ten z "s" czy ten z "ś".

Dzięki za możliwość zadebiutowania i w tej zabawie kawiarenkowej, teraz jestem spełnionym peociną


No i oczywiście gratuluję @ciszej za zwycięstwo i odwagę debiutu z grubej rury!

Zaloguj się aby komentować

Bo to co nas podnieca, to się nazywa władza


To było wieczorem, ale dość wcześnie,

tak w porze Barw szczęścia czy M jak miłości,

siedziałem przy herbacie i jakimś tam cieście

gdy prezydent kraju w mym TiVi zagościł.


Przemawiał soczyście, a wręcz z uniesieniem,

z głośników ta mowa płynęła potokiem,

i brzmiało w niej coś jak podniecenie,

i patrzył z ekranu maślanym coś wzrokiem.


A dłonie mu się pod blatem schowały

i ruch dostrzegłem ramienia prawego

i nagle jak w sobie nie zepnie się cały…!


Więc informacji publicznej żądam od niego:

cóż robił pod stołem pan, prezydencie,

gdy pan wygłaszał to swoje orędzie?!


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Chyba nikt już nic więcej nie napisze, więc robię #podsumowanienasonety w edycji LII.


***


W tej edycji udział wzięły następujące wytwory (kolejność chronologiczna):


Chłód zimy puszczę – autorstwa @Wrzoo ;

Fspomnienia – autorstwa @Cybulion ;

Lament wierszoklety – autorstwa @fonfi ;

Bez tematu, bo nie jestem kreatywny nic a nic – autorstwa @RogerThat ;

Swingjugend – autorstwa @KatieWee ;

W drodze do pracy – autorstwa @splash545 ;

No to masz! – autorstwa @George_Stark .


***


W związku z tym, że rok ma 52 tygodnie i 53 edycją rozpoczynamy kolejny (czyli drugi) rok naszej zabawy, zwycięzcą LII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem zostaje @Cybulion . A to dlatego, że to właśnie on dodał swój wiersz jako drugi.


Dziękuję za tę właśnie zakończoną edycję i zapraszam do kolejnych!

@George_Stark Dzięki za wdzięczny, choć trudny utwór di proposta!

@Cybulion gratulacje i wyrazy współczucia [*]

@Wrzoo A nie analizowałem rymów kiedy go wybierałem. Bardzo mi się za to spodobał już jakiś czas temu i akurat mi się przypomniał jak trzeba było coś zadać.

@George_Stark

A to dlatego, że to właśnie on dodał swój wiersz jako drugi.

Takie zasady to ja szanuję xD

@Cybulion Gratulacje i wyrazy współczucia

Zaloguj się aby komentować

Sonet poniższy oparty jest na historii (legendzie) z Dzikiego Zachodu. Jeśli ktoś chciałby się z nią zapoznać, to można to zrobić tutaj .


***


No to masz!


Zaraz po południu na głównej ulicy

kogoś będzie dzisiaj ktoś inny pocieszał:

skazali McCalla i go będą wieszać.

Tłum już się zgromadził wokół szubienicy.


Choć różne wysiłki czynili prawnicy,

choć sam oskarżony zbrodni tej zaprzeczał

twierdząc, że za brata śmierć to była zemsta;

choć głos podnosili jego poplecznicy,


linia oskarżenia twarda była, silna:

dowiedziono, że został najęty na cyngla.

Linę już przynoszą. Z węzłem zaciągniętym.


I już wisi. I nie będzie długo jeszcze zdjęty

nim rozdziobią mu ciało kondory i sępy,

McCall, który strzelił do Dzikiego Billa.


***


#zafirewallem

#nasonety

Zaloguj się aby komentować

Rozpoczynając LII edycję konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem przyszło mi do głowy, że, w związku z tym, że piszemy na najnowocześniejszym portalu dla starych ludzi (ależ mi się podoba to określenie!), to zajmiemy się naszą młodością minioną. W związku z tym, jako utwór di proposta proponuję (a spróbujcie się nie zgodzić!) sonet pana Antoniego Słonimskiego, jednego ze skamandrytów, przyjaciela naszego patrona nieoficjalnego, pana Juliana Tuwima. A jaki to ten jego wiersz weźmiemy na warsztat? A ten poniżej:


Antoni Słonimski

Credo


Łotrem jest, kto w młodości znosi kompromisy,

kogo nęci brzuch pełny lub wypchana kiesa...

Łotrem jest, kto nie marzy, jak ten z Cervantesa,

aby słońca dosięgnąć złotym ostrzem spisy.


Godzien wzgardy, kto jeno pełnej szuka misy

i kto iskier mieczami śmiałości nie krzesa,

kogo wstrzyma w zapędzie ostrożności kresa,

kto nie lata jak orły - lecz stąpa jak lisy.


Młodość winna być nagła i ostra jak klinga.

Fale życia pruć chyżo jak łódka wikinga,

śmiałym okiem w najdziksze przenikać ostępy,


nim przezornej starości wiek nadejdzie tępy,

zanim los, orle skrzydła łamiący na strzępy,

nie zmieni piór skrzydlatych na pióra flaminga.


***


Proszę się bawić dobrze.


(Ale nie za bardzo, żebym całego przyszłego piątku nie musiał spędzić na pisaniu podsumowania!)


Co do zasad oceniania i wyłaniania zwycięzcy, to są one w tej edycji całkowicie tajne. Tak tajne, że nawet mnie samemu nie są jeszcze wiadome.


***


A, korzystając z okazji, bo nawet miałem ochotę zaproponować jakiś wiersza pana Tuwima, to chciałem Państwa uwadze polecić ten oto , który rozważałem. Chciałem również zwrócić uwagę na odpowiedź (być może, a nawet prawdopodobnie: niecelową), jakiej temu naszemu patronowi nieoficjalnemu udzieliła pani Szymborska. Tak mi się ładnie te dwa wiersze razem zestawiły, że aż postanowiłem się nimi tutaj z Państwem podzielić. Zupełnie bez sensu i całkiem bez żadnego racjonalnego powodu.


Dziękuję.


#diproposta

Zaloguj się aby komentować

Kontynuując wątek wierszy wspominkowych, a nawet wierszy z gatunku #pdk zamieszczam poniżej kolejny wytwór, który zgłaszam do LI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem:


***


To jak to jest z tymi imiesłowami?


Z przeróżnych pułapek język się składa.

Ot, biorąc imiesłów, sięgając przykładu:

semantycznie: tak jak czasownik podlega on prawu,

a tu jak przymiotnik go fleksja ugniata.


I to trudności z nim jeszcze nie wszystkie!

Bo i tak bywa, że z przysłówkami

się brata! A pisząc (i mówiąc): O! Módl się za nami! –

wypada zachować się gramatycznie.


Składając ten wytwór to aż się spociłem;

czytając – wam wodą się radzę polewać,

bo konsekwencje być mogą niemiłe

gdy gramatyki zawiłościami

zajęte mózgi się zaczną przegrzewać…


…no dajcie wy spokój z imiesłowami!


#diriposta

Niezależnie od tego, że ten wytwór poniżej jest wierszem di risposta w LI edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem , jest to też wiersz wspominkowy, albo nawet jest to wiersz z gatunku #pdk:


***


To jak to jest z tą Wisłą?


Nie umiem zrozumieć jak ona przeplata

ten kraj nasz wspaniały - bez ładu i składu.

Psuje mi smak z Armenii obiadu,

i Święty mi Spokój zaburza - jak Szatan.


Takie mam zdanie o rzece Wiśle

co dziwnie wije się meandrami,

co Kraków przepływa z jego smokami

i zwłoki w Grudziądzu wyrzuca na wyspie.


I nawet mapie nie uwierzyłem,

na Merkatora zacząłem się gniewać,

i cały wieczór się nad tym głowiłem,

wręcz opętany takimi myślami:

"Tak się ze wschodu na zachód przelewać?

No dajcie wy spokój z tymi rzekami!"


#diriposta

@moll Ja to bym nie tyle kijem zawracał, co motyką jej lepsze koryto wykopał. Może być nawet i tą motyką, co to się z nią na słońce porywam.

Zaloguj się aby komentować