No i dobiega końca ten długi tydzień, w którym to jakoś udało mi się szczęśliwie dzień w dzień karać Was za Wasze winy (bo nikt z Was nie jest bez winy – “z Was”, więc ja jestem) moją poezją, choć nie jestem do końca pewien, czy kara ta miała opierać się tylko na tej mojej poezji ilości czy też może raczej (albo i dodatkowo) na tej mojej poezji jakości. Inspiracja do napisania poniższego, ostatniego (ufff – tylko czy to “ufff” jest bardziej moje czy bardziej Wasze, bo raczej nie jest to “ufff” kolegi @fonfi) wytworu w LXIII edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem jest pochodną inspiracji, którą zawdzięczam koleżance @moll , bo jak tutaj nie przekształcić i nie wykorzystać pięknej frazy “karny jeżyk”, która pojawiła się we wierszu sprzed dwóch dni, powstałym właśnie za sprawą pochodzącej od tej koleżanki inspiracji? Poza tym, ta edycja miała być o miłości, a jaka miłość jest silniejsza niż miłość własna, więc o czym tu pisać, jeśli nie o sobie? I nie, nie cierpię na jakąś megalomanię. Nie przypisuję sobie żadnej roli mesjańskiej, raczej tylko rolę mścicielską. Bo, inaczej niż pan Kazik Staszewski w utworze Piotr Pielgrzym uważam, że kara powinna być zawsze tam gdzie była zbrodnia.
Dodatkowo, żeby zadowolić szerokie grono miłośników poezji fekalnej (viva la koniunkturalizm!), we wierszu pojawia się jeden wers dotykający tego motywu, bo tyle o nim we wstępach pisałem, że czuję się nieomal tak, jakbym to Wam obiecał.
***
Karny Jerzy
Złość cię czasami się zdaje porywać,
za bardzo się może niekiedy rozbrykasz,
tu zachachmęcisz, tam kogoś wykiwasz
i innych przewin też nie unikasz.
Wtedy się denerwuje Temida:
swego do ciebie śle wojownika.
Więc przyjdzie kara, tak – sprawiedliwa:
obawiaj się wtedy karnego Jerzyka!
Bo kara być musi, gdzie była zbrodnia,
a każdy jest winny, każdy z osobna:
kamienie leżą spokojnie w błocie.
I z taką karą na ciebie ruszę,
tylko za chwilę, bo wysrać się muszę,
Jerzy cię swoją poezją zdruzgocze!