#rower

183
3121

Pamiętaj aby dzień święty świecić

Wczoraj zacząłem, dzisiaj skończyłem. Jak lekko się teraz kręci, rower dosłownie sam jedzie. Wjechała zębatka 48 zamiast 42, muszę tylko kupić dłuższy łańcuch - nie pomyślałem o tym podczas zakupu gratów.

#rower #samnaprawiam #majsterkowanie

afa1940e-888d-43c3-a0ba-234d7aa266b3
a6b8d89c-ab8d-4f68-9891-4b1cb436d155
638a03aa-0159-478e-843e-e7a304a0c4bb
Yes_Man userbar

Zaloguj się aby komentować

#rower #mazury


Wiedziałem, że w długi weekend będę pracował, wiec wziąłem trochę wolnego przed i pojechaliśmy z braćmi na Mazury pojeździć na rowerze. Trafiliśmy do domku w obiekcie, w którym nie było nikogo innego. Znaleźliśmy za to na tarasie zamkniętego baru włączony cymbergaj, dart i bilarda :D

812ea070-ab1c-4c9b-883a-caa6ea9509f7
dbb5d0b0-38f3-44a2-b307-15a6dd0a1e8d
d49dbbc7-2be2-44fb-8d13-7743d17793d5
2cc4caa9-af05-467c-a67b-4c5c8a3b4740
b7272307-c987-41ad-82cc-aeb9a50af007

Zaloguj się aby komentować

Dziś posmigalem #rower ze starszym synem w miejsca gdzie nie byłem z 15 lat.

Młody już na tyle duży żeby nie marudzić i ewentualnie zjechać w leśna ścieżkę. Bardzo to doceniam.

Zjechaliśmy na dziką plażę i znaleźliśmy dzikie czereśnie :)

08f2b69c-64b1-4807-81e3-6489da6af60e
6a88df87-c2a9-4650-9d17-ba952a790447

Zaloguj się aby komentować

184681 + 273 = 184 954


To był bardzo ładny dzień, dokładnie taki jaki sobie można wymarzyć na epicką trasę, o ile komuś, jak mi, nie przeszkadzają upały. Bardzo pomagały gęsto rozsiane wodopoje z super zimną wodą, zazwyczaj też z korytem, gdzie można było swój durnowaty łeb zanurzać do woli celem schłodzenia i zmycia pokładów soli. Pętla wokół Alp Gailtailskich.

#szosa #rower #rowerowyrownik

8114a9f0-4f94-4aa9-b425-8dfe0a357863
d872bccc-92c3-41e3-be6c-3167b522ffae
0169bd57-0816-4e70-b416-c1fbc0ad914f
8a98fc77-a3c3-4b8a-93f0-959ebf801ec5

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chwilę się zastanawiałem, czy poniższy wpis umieścić w społeczności #rower czy #zafirewallem . Zdecydowałem, że ze względu na formę i objętość jednak bardziej pasuje do Kawiarni, a nawet pod tag #naopowiesci .


Chociaż od naszego (mojego i syna) startu w wyścigu Mazowiecki Gravel minął już prawie tydzień, to dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć trochę czasu żeby wrażenia zebrać i spisać w poniższe podsumowanie, które niespodziewanie przyjęło formę opowiadania. Wyszło ciut dłuższe niż planowałem, ale mam nadzieję, że spokojnie mogę życzyć Państwu miłej lektury.


Dla tych co nie lubią czytać - TLDR: Było super - za rok jedziemy jeszcze raz!


Aha jeszcze #rowerowyrownik

184 314 + 18 + 133 + 18 = 184 483


Mazowiecki Gravel 2025


No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.


W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy. 


Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka, ze łzami w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.


Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.


Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę. 


Wyruszyliśmy skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: 

- skarpetki nie takie

- tato, gdzie są moje okulary?!

- synu, dojedz to śniadanie!

- tato, powerbank mi się nie naładował!!!


Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał…

– Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę! Zrób coś!

No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. 

– Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.

Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko.

– Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę!

– Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował.

– Ale mnie teraz jest zimno!

Dziesięć minut później.

– No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!


I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.


Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego.

– Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?!

– Tak.

– Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!

Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu Krasińskich i dalej na Serock.

– Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!!

– Tę!

– Co?!

– Nie tą, a tę drogę.

– No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?! Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!

Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem. 


Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe położone nad samym zalewem. I szuter.

– Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr!

– Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było zapisać się na Mazowiecką Szosę.

– A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

– Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”.

– Aha. A daleko jeszcze?


Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej brzegu na północ.

– Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę!

– Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary bo inaczej jadłbyś oczami.

– Ale dlaczego tu jest tyle owadów?!

– Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary.

– Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!


Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając chmary owadów i gruntową drogę przy wale, i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie, co parę kilometrów, był mi przypominany.

– Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam!

– Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po mamę?

– Jeszcze nie wiem.

To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu. Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno zdradliwy kawałek trasy. 


Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się Snickersem. 


Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które jako że maj już się skończył, były wolne od lokalnych babć. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej postaci i stanie skupienia.


Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”.

– Tato, tato!! Siku mi się chce.

– No to stańmy tu gdzieś w lesie.

– Eee, aż tak to mi się nie chce.

– Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało.

– Daleko jeszcze?

W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra gdzie, niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety, zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna.

– Tato, tato!! A może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie.

– Nie pozwoli.

– Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę.

– Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie, to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby przetoczyło się przez nią kilkaset osób.

– Ale ja jednak spróbuję.

– Spróbuj.

Dwie minuty później.

– Nie pozwoliła. Daleko jeszcze?

– Nie, już tylko połowa.


Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: 

– Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?

– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny

– To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to możecie liczyć tylko na takich jak my.


Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza w warunkach polowych - nie znam. 

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. A co?

– No bo mi się ciągle siku chce.

– No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz.

– Ale ja mam nieśmiały pęcherz.

– A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? 

– Nie.

– No to sikaj.

Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce gdzie wziąłem rower od syna.

– Sikaj.

– Nie mogę! Nie leci!

– Zaraz poleci. O widzisz, już leci.

– Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi na siusiaku chce usiąść!!  

– Nie machaj tak tą ręką bo sobie nasikasz na rękawiczkę.

– Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!


I tak z mokrą rękawiczką ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała tylne koło. Chociaż, jak już wspominałem, Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać:

– Wszystko ok?

– Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba.

– No to pomożemy.


Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza. W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę.

– Poczekaj, mam większą – powiedziałem z dumą i odpiąłem swoją półmetrową retro-pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał, że mnie nie zna – Tą będzie zdecydowanie szybciej.

Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło.

– Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to pomożemy Ci z dętką.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to chyba jednak dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek. Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.


Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie?

– Na razie do popasu.

– To nie. Już za chwilę będziemy.

I rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać “Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego. Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść. Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa pozostałe możemy sobie zająć.


Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn się nie odzywał, bo nie miał siły) więc zapytałem pana czy ten stary Author co stoi obok jest jego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z 1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani czasów, ani rowerów.


W pewnym momencie okazało się, że kolega dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków (a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów.

– Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje.

– No dobrze, to podłączmy do niego powerbank.

– Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę!

– Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej to już tylko pola.

– A daleko jeszcze?

– Do stacji? Nie - o tam już ją widać.


Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy drugi.


Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad naburzańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety, pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością.

– Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry.

– To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest ten bród!?

– Zaraz dojedziemy.


Dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi antykami i szpargałami.

– Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy!

– Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz.

– Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się poślizgnę!

– Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj.

– To się nie może udać!

– Uda się.

Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty.

– Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.

– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany - skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona  

– Tak często Pan tędy jeździ?

– Tak , codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma drogę do roboty.

– No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość.

– A o której startowaliście? - zapytał kolejny

– O 9:25.

– Matko, ja o 8:00! To ja tak wolno jadę?!

– Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów.

– Faktycznie. To mnie uspokoiliście.

Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.


Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym w popołudniowym słońcu.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów.

– To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?

Oho, ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń - czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy pędem na linię mety. Miły truskawkowo limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych - ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło McDonalds, ostatnie metry i meta!


Dojechaliśmy.

– Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…


Epilog.

Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów usłyszeliśmy radosne “To oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą.

– Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie, po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym. Chyba trzeba puścić Lotto.


Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15 kilometrów. To znaczy 18.


A w przyszłym roku pojedziemy MG250.

93246a68-5844-463d-aa25-59b9619ff3cb
4fc7410d-cd8c-4807-8007-7882f2982473
31a3c14c-aa5c-41f1-a7ed-02a342505e86
c3e6c497-e598-4b96-a3d1-546c67d659e5
f6d01fc4-a61c-49e4-b692-0e90ba08630d

To ja już miałem priva pisać do @fonfi że gdzie relacja, gdzie chociaż adnotacja do równika. No nie pochwali się nawet.


Ale... no tak. To przecież nie tylko rowerzysta, ale też grafoman-artysta, co w kawiarni za Firewallem sobie mieszkanko urządził


Super relacja! Zarówno zachęca do takich przygód, jak i może stanowić lekką przeszkodę w promowaniu rodzicielstwa i zwiększania dzietności w Polsce xD


Za rok sądzę, że moja forma będzie już odpowiednia, to mam nadzieję, że widzimy się na trasie. Bo właśnie w owe 250 bym celował.

@fonfi super relacja! Wcześniej dałem piorun, ale dopiero teraz miałem "chwilę", żeby przeczytać


Ehhh, teraz trzeba poszukać okoliczne imprezy tego typu i formę poprawiać

Zaloguj się aby komentować

Ten grubas w czarnym dresie powinien mieć obitą mordę i później od razu na dołek. Takich śmieci trzeba zgłaszać bezwzględnie.


Czy czujecie się bezpiecznie jadąc na rowerze po polskich drogach?


https://www.youtube.com/watch?v=FrltuwN7EGo


#rower #polska #polskiedrogi #kryminalne

Czy czujesz się bezpiecznie jeżdżąc rowerem po polskich drogach?

241 Głosów

@cyber_biker W życiu nie wyjechałbym rowerem na żadną drogę w Polsce, po której jeżdżą też samochody.

To można klasyfikować jako tendencje samobójcze, jazdę po polskich drogach. Za dużo wariatów ma samochody w tym kraju.

@cyber_biker nie jezdzę rowerem po drogach. Wyjebane, niech mi mandat wlepią za jazdę po chodniku. 100zl mandatu to dobra cena za życie. Ja sie w Polsce samochodem po drogach boje jezdzic, a co dopiero rowerem

@cyber_biker Dużo jeżdże na rowerze i miałem kilku kierowców, którzy nie mogli znieść faktu mojego istnienia. Raz mi gość zajechał drogę gdy wyprzedzałem sznur samochodów stojących w korku. Wyjechał kołem aż za pobocze, na ziemie.

Najgrubszą jednak akcje miałem gdy raz gość w podobnych okolicznościach nie chciał dać się wyprzedzić i dociskał mnie do krawężnika po prawej. Gdy mimo tego się przecisnąłem i pokazałem mu faka (głupio zrobiłem, nie powinienem, jakby wlepiła mi policja za to mandat to nawet bym sie nie bronił). Jechał za mną kilometr ponad, dwukrotnie zajeżdżał mi drogę chcąc mnie zatrzymać, aż w końcu mu się udało i odgrażał mi się pięściami. Ja sie zastanawiam co Ci ludzie mają w głowie? To nie był jakiś byczek karczej docięty na maska. Zwykły chłop. Co by było jak jak byłbym jakimś pojebem i obiłbym mu ryj?

Zaloguj się aby komentować

Już dawno nic mnie tak nie umęczyło. Plastikowe, wkręcane zaślepki czy jak to się tam nazywa które rozpadały się w rękach.

Korba której nie dało się zdjąć z ośki, dopiero po nacięciu kątówką i użyciu przecinaka to cholerstwo zeszło. Wygięte zębatki to nieskuteczne użycie ściągacza do łożysk.

Ech, biednemu zawsze korba stanie bokiem

Na szczęście jutro zakupię nowe klamoty i będzie rowerek jak nowy. I to z większą zębatką

#rower #majsterkowanie

9dcb63ea-1711-41c6-82e6-a9a76fb0e13c
da2063eb-e468-4f66-8c2a-3ed9d9c927fd
f04542eb-536a-427c-814b-77806be743a4
Yes_Man userbar

@Yes_Man miesiąc temu ściągałem nowego Srama i to gówno piekielne na kwadrat. Sram AXS jak już poszła śruba używając do tego imbusa i przedłużki, to miał nawet wbudowaną śrubę do wycisniecia całej korby z pressfita.

Natomiast kwadrat to jest jakiś pomiot piekielny. Ostatni raz sam wymieniałem support, nigdy więcej nie chce tego powtarzać.


Sram jeżdżony przeze mnie, katowany po >200W godzinami, a kwadrat używa moja dziewczyna jeżdżąc z dzieckiem xD

Zaloguj się aby komentować

Kupiliśmy żonie nowy rower o wartości około 3k PLN.

Żona jeździ nim do pracy (trzyma go w bezpiecznym miejscu), na siłownię, po jakieś drobne szybkie zakupy, itd..

Zastanawiam się nad skutecznym, acz mało upierdliwym zabezpieczeniem antykradzieżowym.

Rower na noc jest przyczepiony do kotwy łańcuchem wraz z motocyklem.

Zastanawiam się nad jakimś U-lockiem, by żona mogła szybko odczepić rower rano i zapewnić przyzwoity poziom bezpieczeństwa jednakowo w garażu jak i w trakcie pobytu na siłowni, w sklepie itd.


Upierdliwe jest przewlekanie łańcucha z oczkiem 16 mm przez ramę roweru i wczepianie go w zamek kotwy, przy okazji upierdliwe jest także odbezpieczanie motocykla, gdy na tym samym łańcuchu stoi też rower. U-lock pozwoliłby przyczepić rower do łańcucha zabezpieczającego motocykl i nie przeszkadzałby przy odbezpieczaniu motocykla.


Problem z U-lockiem jest taki, że musi być długi, by był wygodny w użytkowaniu, a co za tym idzie upierdliwy w transporcie.

Zastanawiałem się nad tymi segmentowymi blokadami (foldinglock) typu Abus Bordo, Kryptonite Folding lock/keeper, ale patrząc po filmach, jak idzie je cicho załatwić (pomijam zabawy z wytrychami) to nabieram wątpliwości, czy aby na pewno to słuszny kierunek. Niby są proste w użytkowaniu i wygodne w transporcie, ale podatność połączeń na rozczłonkowanie trochę mnie martwi.


Co byście doradzili folding lock czy U-lock? Jeżeli U-lock to jaki (tak do ok 500 zł) i optymalnie jakiej długości?

Jeszcze jedna rzecz, blokada musi być przewożona przyczepiona do roweru. Odpada wożenie blokady np. w plecaku.


#rower #rowery #zabezpieczenia (dorzucam tag motocykle, bo często podobne zabezpieczenia się stosuje) #motocykle

553dc0a9-9926-458a-bf10-99c12fac3c30

Mam kryptinite pomarańczowego - dosyć długiego. Pierońsko ciężki. Drugi uLock onGuard również w c⁎⁎j ciężki. Niestety sa one niewygodne w obsłudze :( Na codzień zapinam średniej klasy łańcuchem - aczkolwiek rower długo nigdy nie stoi na ulicy albo jest zapięty w pracy na parkingu podziemnym gdzie ryzyko mniejsze. Więc nie wiem w sumie co polecić…

Zaloguj się aby komentować

183 752 + 225 + 2 + 2 = 183 981

Kaszebe Runda 2025 – dystans profesor


Mamy nowy dzień a czuję się styrany aby dać ładny opis ;)


Ogólnie forma dobra, średnia na całym dystansie wyszła 25,7 km/h także jestem zadowolony. Starałem się cisnąc od początku, gdyż z każdą godziną robiło się coraz goręcej, więc wiadomo było, że będzie „lampa” wyciągająca siły.


Dystansu profesor nie polecam, w porównaniu z doktorem wydaje się być na siłę wydłużony. Dodatkowe trasy prowadzą po głównych drogach co nie jest zgodne z moją filozofią jazdy na rowerze. Dodatkowo pomiędzy 2 a 3 bufetem była aż 70 km (sic!) przerwa. Niektórym zabrakło wody.


Miły akcent po drodze w miejscowości Asmus, gdzie miejscowi gorąco dopingowali, poczułem się prawie jak na wielkim Tourze :D


Trzeba też przyznać, że coraz więcej amatorów pcha się do zabawy #pdk Jeden kolo porwał się na ten dystans z poprzednim rekordem życiowym na poziomie 100 km. Nie wiem czy dał radę dojechać. Po połączeniu tras z innymi dystansami poratowałem jakiegoś gościa nową dętką gdy zauważyłem jak się męczy nieudolnie z klejeniem. Smutne trochę, że on już musiał tam się męczyć dłuższy czas i nikt mu nie pomógł


Specyfika rajdu (zorganizowane bufety na trasie) spowodowała, że jednego uczestnika wyprzedziłem 6 razy :D


No i oczywiście nowe #kwadraty

Max square: 26x26

Max cluster: 1866

Total tiles: 3744 (+77)


#gravel #rower

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik

2090af98-2a48-4e26-9347-86c256701f7f

@Gilgamesh Przypadkiem trafiłem na trasę i się zastanawiałem, skąd tyle rowerzystów dzisiaj. xD


Dopiero później mi ktoś powiedział że jest Kaszebe Runda. Ale ja to amator, takie dystanse są na ten moment dla mnie nierealne. Ale może kiedyś. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

@Gilgamesh tak się wczoraj zastanawiałem, co to za zorganizowana akcja, gdy zrobiłem postój regeneracyjny w lesie. Cisza, spokój, koniec świata a mnie tu rowerzyści w tle co chwila przemykają

Gratki, za⁎⁎⁎⁎sta średnia jak na gravel i taką grzałkę. 70 km dziury to kosmos, na pewno bym wyzerował zapasy.

Zaloguj się aby komentować

ZROBIŁ TO


10 km pływania po Jeziorze Orawskim, 480 km rowerem, 110 km po tatrzańskich szlakach. Andrzej Kowalczyk ukończył projekt 2Hard, zakładający pokonanie najtrudniejszego triathlonu w Europie DWA RAZY Z RZĘDU.

Wszystko w ramach nagłośnienia zbiórki środków dla Szerpowie Nadziei i umożliwienia zabrania na górskie szlaki osób z niepełnosprawnościami. Zachęcam do dołożenia choćby skromnej cegiełki tutaj: https://www.siepomaga.pl/2hard

Brawo Andrzej, brawo wszyscy zaangażowani w ten projekt i biorący w nim udział przez ostatnie kilkadziesiąt godzin

Puśćcie dalej, niech się niesie w świat


By Tatromaniak


Chore gówno


#bieganie #rower #plywanie #triatlon

f59d0f9f-ba13-421b-8791-8b92b601db6c
Ragnarokk userbar

Zaloguj się aby komentować

183 708 + 44 = 183 752


Drogi pamiętniczku, dzisiaj był piękny rowerowy dzień.


Póki co najdłuższa traska w tym roku (nie żeby była długa, ale no.. xd), wpadło 5 PR'ek (co mnie trochę dziwi, bo znów starałem się jechać tlenówkę) i 1 lokalna legenda. Widoki dziś baaardzo dopisywały, a tu góry w tle, a tu ładne pola, a tu jakieś jeziorka.


Oprócz tego udało się znaleźć cudowne nowe drogi. Ogólnie kilometry pięknego nowego asfaltu, a do tego bardzo płasko! Czy to jeszcze (Mało)Polska?? Aż sam się zdziwiłem. Nie wiem czy kwestia niedzieli wieczór, ale dość pusto było pod względem samochodów, więc nic tylko jeździć!


A co z tętnem? Ano dobrze, lepiej niż wczoraj. Średnia z całej trasy to 146 bpm (vs wczorajsze 161 bpm na 26km trasie). Dużo dał wspomniany dłuższy fragment płaski, gdzie mogłem utrzymywać spokojne 135-140 przy fajnej kadencji i prędkości. Było znowu sporo górek, w tym jedna szutrowa, która trochę dała popalić i ciężko było utrzymać tam coś poniżej 170. Ogólnie 52% czasu miałem 2 strefę (przynajmniej wg wahoo, gdzie wynosi 127-146 bpm), więc fajnie fajnie.


#rower  #rowerowyrownik  #gravel

d698d9a7-7c33-4e3b-a221-5e9d134ecddc
94147919-7e1f-466e-bbc4-09090a25553f

Zaloguj się aby komentować

Czy macie jakieś doświadczenia z rowerami elektrycznymi z silnikiem Bosch?

Mam lokalnie sklep który sprzedaje rowery z tymi silnikami więc jak coś jest i serwis, ale handlują dość drogą marką.

Myślimy z żoną nad dwoma takimi sprzętami - ja mam kolano na etapie naprawy, a ona byłaby skłonna jeździć na dalsze wycieczki

I w sumie najbardziej ciekawi mnie zasięg takich rowerów, i jak pojemność baterii się na to przekłada. Wiem, sporo zmiennych ale na pewno da się jakąś średnią wyciągnąć.

#rower #roweryelektryczne

@jedzczarnekoty moja żona ma silniczek boscha cx 250w w swoim rowerze, do tego bateria 500Wh. Po norweskich szutrach i górkach daje radę około 60km przejechać w trybie eco/tour i sport na podjazdach.


Do tego za jakieś 500pln dokupiłem "pastylkę" odblokowującą i ustawiłem na 30km/h żeby nie zamulała za mną po równym.


Ogólnie dobra sprawa te boszki, bardzo popularne silniki, są baterie różnych pojemności, są części zamienne i ludzie potrafiący je naprawiać. Imo lepiej trochę dopłacić niż brać chińczyka jednorazówkę i produkować śmieci.

Zaloguj się aby komentować

Dobrze jest mieć zapasowego mieszczucha kiedy główny rower grzecznie czeka na pana InPost-a (ekspander do sterów).


Lato czas zacząć


#rower #gownowpis

6e3679bf-dad2-4ef5-8876-26675e8f6750

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Rok temu do treningu na siłce dorzuciłem rower. O tak, bo wróciłem do rodzinnego miasta, bo rozstałem się po wielu latach związku. Jeździłem najpierw 20km, potem 30km, potem 40, potem do innego powiatowego 65 km i finalnie wykręciłem 110km w upalny, sierpniowy dzień. Zajęło mi to 6h z minutami razem z przerwami (bez jakieś 5:30) Jesienią zeszłego roku rower zamieniłem na pływanie. Pływać już umiałem dobrze, ale regularnie nie pływałem od lat. Trochę treningów i wykręciłem 3300m w 80 minut. Z tego 90 % to ciągły kraul. Poprawiłem też wyniki na siłce, siadło pierwsze 100kg na płaskiej (przy wadze 85 kg, na sucho, nawet bez kreatyny)


Pod koniec kwietnia wróciłem na rower i dziś powtórzyłem swój wyczyn, no prawie. Zrobiłem 102 km. I wiecie co jest najlepsze? Trzaskam te dystanse zwykłym rowerem górskim wartym 1200 zł xD Z grubymi oponami. Dla mnie jest to wyczyn, dla osoby trenującej kolarstwo pewnie nic, ale jednak takim rowerem trzeba włożyć sporo wysiłku, by się rozpędzić, on sam nie jedzie, szybko traci prędkość. Potrafię też po robocie o 18 w środku tygodnia strzelić sobie 60 km dla frajdy.


Zawsze byłem zawzięty i ambitny, miałem charakter, ale za małolata jak trenowałem wyczynowo sport, brakowało mi trochę chłodnej głowy i rozsądku. Stąd czasami trafiały się niepowodzenia w momentach, kiedy byłem w teorii blisko zwycięstwa. A trenowałem sporty walki, więc tam głowa odgrywa kluczową rolę.


Dziś jednak uważam, że wszystkie mega ch⁎⁎⁎we doświadczenia w życiu w ostatnim czasie uczyniły mnie mega sinym i takim, co potrafi odnaleźć się w emocjach i pokonywać kryzys, zarówno psychiczne, jak i fizyczne podczas wysiłku. Żałuję, że nie miałem tego mentalu sportowego 10-15 lat temu, ale pocieszam się, że ten sportowy mental fajnie udaje mi się przekładać na życie prywatne i zawodowe. Nie poddaję się łatwo, analizuję ryzyka i przyczyny niepowodzeń, idę do przodu.


Dziś na rowerku +100 km udało mi się pokonać ze średnim tempem 21 km/h, więc jest git Bez przerw było to mniej niż5h, z przerwami 5h i kilkanaście minut. A więc poprawiłem się o jakieś 40 minut względem zeszłego roku.


Życiowe wyniki sportowe chłop koło trzydziestki zaczął robić, śmiechu warte.


#sport #rower #silownia #hejtokoksy #przemyslenia #gownowpis #plywanie

@Lopez_


Zrobiłem 102 km. I wiecie co jest najlepsze? Trzaskam te dystanse zwykłym rowerem górskim wartym 1200 zł xD Z grubymi oponami. Dla mnie jest to wyczyn, dla osoby trenującej kolarstwo pewnie nic, ale jednak takim rowerem trzeba włożyć sporo wysiłku, by się rozpędzić, on sam nie jedzie, szybko traci prędkość. Potrafię też po robocie o 18 w środku tygodnia strzelić sobie 60 km dla frajdy.

To jest jak #twojwpisbrzmiznajomo tylko podrabiasz mnie


Gratulacje, bardzo fajnie czyta się takie wpisy. Zwłaszcza, że mogę się w pełni z tym wszystkim identyfikować. No może tylko pływać nie umiem ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Teraz tylko trzymać formę i dorzucaj się nam do #rowerowyrownik ! Kilometry nie w kij dmuchał jednak.

Zaloguj się aby komentować

183 089 + 26 = 183 115


Okazuje się, że nie umiem jeździć wolno. xD


Pierwszy test pasa HR i plan był jechać w 2 strefie (czyli takie 120-130 bpm), ale no nie dało się. Starałem się jechać spokojnie, mam sporo górek, więc je jechałem możliwie lekko z ćwicząc jednocześnie trochę kadencję, ale nawet z górki i na dłuższych fragmentach płaskiego bez ciśnięcia best I can do is 140+ bpm. ¯\_(ツ)_/¯


Średnia z całej jazdy wyniosła 161 bpm, czyli no całkiem sporo... Z ciekawości na koniec pocisnąłem mocniej, czyli podjazd na stojąco prawie na maksa i wtedy miałem 188 bpm, więc 192 HRmax z kalkulatora jest realne.


Wychodzi na to, że większość ostatnich moich jazd było w zakresie 160-180 bpm porównując tak na oko do dzisiejszej jazdy jak się czułem na jakim tętnie.


No i jak tu robić treningi tlenowe, jak przy trochę ponad godzinnej jeździe ciężko mi zejść nawet chwilowo poniżej 140 bpm? Pagórkowaty teren utrudnia, wiadomo, ale jakieś porady? W jakiej strefie w takim razie jeździć, żeby progresować, czy w moim przypadku powiedzmy średnia 150 bpm to będzie liczona jako tlenówka? ( ͡° ʖ̯ ͡°)


#rower #rowerowyrownik #gravel

3294529d-d31e-4896-8818-5f963a864d86

Co do rad, to gdy mam problem z wolniejszą jazdą, po prostu zrzucam na niższe przełożenie, noga całkiem szybko się adoptuje. Ale średnia 160 to już grubo😃

@pingWIN Nie sugeruj się sztywnymi wartościami tętna. Strefy tętna się wyznacza od maksymalnego tętna. Może być jeszcze wyższe niż te zbadane przy zwykłej jeździe, bo zapewne nie ciagnąłeś do oporu do odcięcia. Dla ciebie II strefa może wychodzić nawet 140-150. "Nie umiesz" jechać 120-130 bo przy tym nie czujesz sensownego obciążenia.


Mam podobnie, u mnie HR max to 200 a tętno 170 to próg tlenowy (przynajmniej w czasach jak byłam w formie). 140-150 to w sam raz budowanie bazy.

Zaloguj się aby komentować

182 890 + 42 + 114 = 183 046

Pogoda taka, że człowiek nie może odpuścić. I potem jeździ codzień i efekt taki, że po 4 dniu z rzędu ledwo dojechałem do domu. Wykończyło mnie, a AI Stravy napisała, że spoko regeneracyjna jazda. WTF:) Fakt, że 30 stopni nie pomaga, o tradycyjnym w mordewind nie wspomnę. no ale jednak. Czasem trzeba sobie dać odpocząć, więc jutro przerwa - chyba:)

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik #szosa #rower

516e8945-7834-46ef-a3cc-3e5331a68f30

Zaloguj się aby komentować

Czy możecie polecić jakiś bagażnik rowerowy na hak? Szukam czegoś na 4 rowery. Na rynku widzę różne modele w różnych przedziałach cenowych, pytanie czy za ceną idzie jakość i warto wydać więcej na lepszy sprzęt, czy wszystko to jeden ch.


#pytanie #rower #samochody

@Piechur @nobodys @Greenzoll ja się podłącze I zapytam, czy warto montować hak do auta na bagażnik na rowery czy taki nakładany na klapę od bagażnika też jest ok na dwa duże i jeden mały rower?

@FoxtrotLima ja wolalem hak bo te nakladane sprawiaja ze nie masz jak klapy podniesc jak jestes na wyjezdzie a i nie raz widzialem jak pedaly rysowaly tyl samochodu.

@Piechur musisz wybrać taki, co pasuje do auta i rowerów. Obecny nie pasuje mi do obecnego auta, bo zacisk haka nie pozwala na otwarcie klapy bagażnika.

Zaloguj się aby komentować