No jak o kotkach to musiałam sięgnąć, to oczywiste jest.
Zbiorek opowiadań sześciu autorów. Jak w każdym zbiorze trafiają się teksty lepsze i gorsze, wiadomo.
Komu bym poleciła? Raczej bardziej fanom danego autora niż miłośnikom kotków. Ostatnio zagłębiam się w twórczość Olgi Drendy i to właśnie jej opowiadanie (nawet nie do końca opowiadanie w klasycznym ujęciu, a bardziej historyjka o jej osobistych zwierzątkach) najbardziej mi się spodobało. O, ostatnie mi się jeszcze bardzo podobało, było dokładnie takie jakie lubię - spokojne, ciepłe i głęboko nostalgiczne. No i ilustracje, ilustracje Gosi Herby były świetne, z lekka niepokojące i oddające dobrze kocią duszę.
Maud Montgomery napisała w swoich dziennikach, że jest duchową bliźniaczką Elizabeth von Arnim, zwłaszcza jeśli chodzi o ogrody. To była dla mnie wystarczająca rekomendacja, by sięgnąć po książki tej autorki.
To właśnie Elizabeth von Arnim wprowadziła do literatury określenie „pokrewne dusze”, które dzięki Ani z Zielonego Wzgórza zrobiło zawrotną karierę. Jednak nie tylko to sformułowanie Montgomery zaczerpnęła od Elizabeth – widać to szczególnie w Ani ze Złotego Brzegu i kolejnych częściach cyklu.
Ale nie o tym chciałam pisać, a o samej Elizabeth i jej książce.
Nie nazywała się Elizabeth – przyszła na świat jako Mary Annette Beauchamp i była kuzynką Katherine Mansfield. Mam wrażenie, że łączyło je podobne, uszczypliwe poczucie humoru. Wyszła za mąż za znacznie starszego hrabiego von Arnima i zamieszkała z nim najpierw w Berlinie, a później w Nassenheide. To właśnie Nassenheide i dom z ogrodem, w którym się osiedlili, są jednym z najważniejszych bohaterów tej książki.
Dom jest dla Elizabeth miejscem pełnym ograniczeń – dopiero w ogrodzie naprawdę odżywa. Nie zna się na jego zakładaniu i pielęgnowaniu, nie potrafi sprawić, by ogrodnicy wykonywali jej polecenia. Jej ogród, choć daleki od spektakularnych eksperymentów botanicznych, miał opinię zwyczajnego i przeciętnego. Jednak dla Elizabeth było to ukochane miejsce, pełne spokoju, w którym mogła oddawać się lekturze.
Książka odniosła ogromny sukces, choć tak naprawdę niewiele się w niej dzieje. Elizabeth dogląda ogrodu, przyjmuje gości, bawi się z córeczkami i wysłuchuje uwag swojego męża, nazywanego Gniewnym. Jednak jej duch i wyjątkowy styl sprawiły, że książka szybko zyskała popularność. Dzisiaj może wydawać się zwykłą ramotką, ale świeżość wrażeń przelanych przez autorkę nadal urzeka.
Polskie wydanie jest urocze, choć może nie do końca przemyślane. Mimo to miło jest wziąć tę książkę do ręki.
Bo to raz! Ostatnio wniosłem kupiony okazyjnie czterdziestookilowy mebel na czwarte piętro (prawie przy tym umarłem, bo przecież co, ja sam nie wniosę?), by na miejscu zrozumieć, że absolutnie do niczego mi nie pasuje 😂 rozumiem i trzymam kciuki, oby miło zleciało sortowanie
Byliśmy po raz drugi na Wrocławskich Targach Dobrych Książek i jestem pod ogromnym wrażeniem. Są nieduże i raczej kameralne, ale to dobrze. Byliśmy na nich w piątek wieczorem i nie było zbyt wielu ludzi, jedna ze sprzedających zauważyła, że w czwartek było o wiele więcej odwiedzających.
Lubię w tych targach to, że są spokojniejsze i takie bardziej przyjazne dla czytelników, niż na przykład krakowskie. Można znaleźć bez problemu miejsce parkingowe, nie stoi się aż tyle w kolejkach i jest czas na rozmowy o książkach, co chyba doceniam najbardziej.
Są też stoiska antykwariatów, w tym mojego ukochanego Szarlatana.
Wcale nie miałam zamiaru robić zbyt wielkich zakupów, no ale plany sobie, a życie sobie, jak zwykle.
@KatieWee Monstrualna erudycja! Straszna historia! Ojejku, wspomnienie dzieciństwa - przeczytałam wszystkie po kilka razy w wakacje, uwielbiałam tę serię...
Jeżeli zastanawialiście się jak mi idzie moje wyzwanie z czytaniem Harry'ego Pottera, to muszę Wam się przyznać, że słabo
Miałam duży poślizg na początku tygodnia, z którego trudno mi było później wyjść.
Ale walczę ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ
Właśnie zaczynam Księcia Półkrwi i zostało mi jeszcze jakieś 1500 stron i około 30 godzin, bo zaczęłam wyzwanie w poniedziałek po południu, proszę więc o trzymanie kciuków
@KatieWee ale napierdalasz moje najstarsze dziecko ma 7 lat i też pierwsze trzy części już miałam okazję przeczytać po latach, pod pretekstem czytanki do poduszki, ale na czwartą wg mnie jeszcze szkoda dzieciaka (i książki, której nie skuma) może będę się znęcać i pozwalać czytać tylko jedną na rok, tak jak ja sama musiałam czekać w swoich czasach
Wyzwanie: jak myślicie, uda mi się przeczytać/przesłuchać całą serię o Harrym Potterze w ciągu tygodnia?
Przewiało mnie w tym Lublinie! Dzisiaj już nie było numerków, ale jutro będę prosiła moją panią doktor, żeby pozwoliła mi smarkać w domu, a nie w pracy.
Moje dzieciaki biorą udział w Wielkim Turnieju Wiedzy o Harrym Potterze o Puchar Szkół i przygotowują się do niego z całych sił. Chcę mieć możliwość rozstrzygania ich wątpliwości gdy będą rozwiązywały zadania konkursowe, a termin powoli się zbliża
@KatieWee moja córka ogląda kolejne czesci filmu po tym jak przeczyta dany tom. Taki ukladzik :) W ten weekend lyknela zakon feniksa (959 stron), a ma 10 lat i nie zna technik szybkiego czytania. Dasz radę. Wiesz, ze Harry oddał nagrodę za konkurs trojmagiczny Braciom Weasley na ich sklep ze smiesznymi rzeczami? Cale 1000 galeonów. Tego w filmie nie bylo.
Przeczytać - tak, przeczytać by odpowiadać na konkursowe pytania - nie. Zawsze jak szybko czytam to omijam pierdoły które nic nie wnoszą a właśnie takie często są brane pod uwagę w jakiś quizach.
Zapraszam na moje osobiste podsumowanie Targów Książki w Krakowie.
W mediach społecznościowych pojawiają się opinie mniejszych, bardziej niszowych wydawnictw, że targi w Krakowie już się skończyły. Że są jedynie miejscem gdzie nastolatki mogą zobaczyć swoje łatpadowe idolki. Że nie ma już miejsca na dyskusję o książkach, bo jedyni dorośli jacy się pojawiają to znudzeni i wściekli rodzice noszący za swoimi córkami kurtki i coraz bardziej wypchane merchem torby. Że dobra literatura już się nie sprzedaje. Że nastolatki odstraszają dojrzalszych czytelników. I tak dalej, i tak dalej.
Ja też źle znoszę piszczące nastolatki, ale widzę w nich raczej doskonały materiał na czytelniczki bardziej ambitnej literatury. Takie targi tworzą w nich wrażenie należenia do ogromnej, zwykle raczej pozytywnie postrzeganej wspólnoty. Jeżeli dostaną kilka miłych słów pod swoimi zdjęciami z targów na Instagramie, to mogą jeszcze bardziej pozytywnie kojarzyć czytanie.
Ja po prostu jestem dobrej myśli i na wszystkich targach po prostu spokojnie przepycham się między stadami rozchichotanych dziewczynek.
Ja poczekam, cierpliwa jestem.
Zakupy zrobiłam raczej nieduże. W zeszłym tygodniu kupiłam sobie 76 używek z biblioteki w Szczecinie i zaczynam już powoli dochodzić do wniosku, że jeżeli mam w tym mieszkaniu zmieścić jeszcze trochę książek, to powinnam przestać gotować albo się kąpać, bo jedyne wolne miejsca są w łazience i w kuchni…
#ksiazki #ksiazkikatie i jak zwykle trochę #pokazkota
Moje wrażenia po x latach pojawienia się ponownie są trochę podobne - gdyby nie to, że można ciekawe promocje znaleźć, to bym żałował przyjścia. Targi przestały mieć charakter wydarzenia a zaczęły być weekendowym bazarem - to bardzo na minus.
Z drugiej strony też uwazam, że tłumy dzieciaków raczej są fajnym sygnalem. I kopem w dpę dla boomerów - tu zdjęcie pingwina "teraz popularność czytania już mi nie pasuje". Bo jakoś to właśnie to narzekające pokolenie nie czyta praktycznie nic, nawet mało ambitnego, przez co rynek wygląda jak wygląda. Poza tym na te kilka dyskusji o literaturze też tłumy nie waliły, co jakby świadczy o tym, że Targi się dostosowaly do odbiorcy, a nie na odwrót.
Pierwsze trzy opowiadania wywołały u mnie odczucie "Boże, co ja tutaj robię?". Były naprawdę kiepskie, a ja nawet pomimo tego, że uwielbiam twórczość pana Makuszyńskiego odczuwałam pewien niesmak. Niby to opowieści o śmiesznych ludziach, a śmiechu w tym nie było za grosz.
Ale ostatnie opowiadanie, to o poszukiwaniu panny Kizi, co ma się truć esencją octową jest absolutnie przecudowne. Trochę przypomina mi te wszystkie wspaniałe komedie przedwojenne i właśnie tak sobie wyobrażam całą tę historię - Kolumnę powinien grać Bodo, Bąkiewicza Żabczyński, a pannę Kizię Niemirzanka To jedna z najlepszych rzeczy jakie ostatnio czytałam, więc polecam!
Blurb zapowiadał uroczą historię o prowadzonej przez koty kawiarence, która pojawia się przy pełni księżyca. Brzmi miło, prawda? Bo to ta miła część.
Jest też część, w której dostajemy kompletny wykład z ust kotów na temat horoskopów urodzeniowych i wpływu planet na życie naszych bohaterów. Zajmuje to jakieś pół książki.
Gdybym chciała poczytać takie rzeczy to sięgnęłabym po jakiś podręcznik do astrologii, a nie po książkę udającą miłą fantastyczną opowiastkę.
Tytuł: Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece
Autor: Michiko Aoyama
Kategoria: literatura piękna
Wydawnictwo: Relacja
ISBN: 978-83-68021-28-8
Liczba stron: 284
Ocena: 6/10
Jeżeli to czego szukasz to magiczna natychmiastowa przemiana w zachowaniu bohaterów po przeczytaniu jednej książki i rozmowie z bibliotekarką oraz rozwiązanie problemów po japońsku - czyli staraj się bardziej i pracuj ciężej - to tak, znajdziesz to w bibliotece z tej lektury.
Rozwiązywanie japońskich problemów (czyli takich, które oni wymyślają sobie sami i utrwalają sobie w swojej kulturze) w sposób zawarty w tej książce w rzeczywistym życiu raczej nie ma miejsca, ponieważ ludzie to nie roboty i po wgraniu nowego programu nie zaczynają nagle zachowywać się inaczej.
Pomimo to, ta książka nie jest tak do końca beznadziejna - nie bez powodu stała się bestsellerem. Oprócz chwytliwego tytułu jej niewątpliwym atutem jest lekkość. Nie ma w niej miejsca na głębokie zastanawianie się nad postępowaniem bohaterów czy kondycją ludzkości - jeden wyrażony łopatologicznie morał leci za drugim.
Bohaterowie są do bólu stereotypowi - trzydziestoletni geek rysownik mieszkający z mamą, starszy mężczyzna, który po przejściu na emeryturę nie potrafi się odnaleźć w domowym życiu i tak dalej.
Podobało mi się w tej książce ukazanie tego jak czasami różni ludzie postrzegają różnie te same zjawiska.
I to w sumie tyle. To nie jest wybitna literatura, ale w podróży czy na plaży może się sprawdzić.
To nie jest do końca opowieść o pegieerach i życiu w nich, ale bardziej o tym jak się je dzisiaj widzi.
Państwowe Gospodarstwa Rolne zatrudniały swego czasu setki ludzi. Dzisiaj jedynym ich znakiem są bloki wśród pól. Autor rozmawia z ich mieszkańcami i twórcami, pokazuje ich życie.
Zakończenie mnie rozczarowało i miałam wrażenie, że to zakończenie zostało napisane na początku, bo jest wyraźnie słabsze niż reszta książki.
Wyobraźcie sobie, że żyjecie sobie spokojnie w małym miasteczku, macie czternaście lat i troje młodszego rodzeństwa. I nagle wasz ojciec ogłasza, że w tym tygodniu się żeni z kobietą mającą troje dzieci i że wszyscy sprowadzają się do waszego domu.
O tym opowiada książka Barbary Wizy Macoszka, której akcja umiejscowiona jest gdzieś na Śląsku w ostatnich latach PRL.
Bardzo lubiłam tę książkę jako wczesna nastolatka, kibicowałam bohaterom w ich próbach odnalezienia się w tej sytuacji.
Dorośli w tej książce podejmują bezmyślnie decyzje, których skutki mają duży wpływ na dzieci bez jakiejkolwiek konsultacji i uprzedzenia, a pomimo tego dzieci myślą o nich z szacunkiem i miłością, co już wtedy wydawało mi się głupie. Myślą też, że dobrze by było gdyby rodzice wzięli rozwód, bo mieliby więcej czasu dla nich.
Ja pierdzielę.
Dzisiaj widzę to jako przemoc.
Szkoła to w ogóle zagłębie pedagogicznych nieudaczników, miejsce opresji i przykrości.
A ja lubiłam tę książkę!
Chociaż w sumie to najbardziej za ilustracje, ilustracje w książkach dla nastolatek zdarzają się rzadko.
Pierwszy raz w życiu przyjechałam do Warszawy i w sumie chęć pozwiedzania była większa niż chęć uczestnictwa w targach, których program jakoś nie do końca mnie zachęcał.
Ogromny plus mają dla mnie za rozplanowanie. Stoiska wydawnictw są w dwóch rzędach, więc można obejść dwa razy stadion, raz od wewnętrznej i raz po zewnętrznej, żeby odwiedzić wszystkie stoiska. Nie ma krążenia i zastanawiania się "czy ja tutaj już byłam?".
Toalety (mam malutki pęcherz, więc to dla mnie ważny punkt) są na każdym kroku, tak samo jak punkty gastronomiczne.
Autoreczki mają swoje miejsce na płycie głównej, więc można odwiedzać targi omijając z daleka stada nastolatek.
Na dole są punkty antykwariatów i sklepików z różnościami okołoksiążkowymi, okołokomiksowymi i okołogrowymi.
Nie polubiłyśmy się z Warszawą i pewnie nie wrócę do tego miasta na targi. Musiałam wyjechać wcześniej niż planowałam, więc nie spotkałam wszystkich autorów, których chciałam, trudno jest mi więc ocenić całe targi. Były rzeczy, które mnie zachwyciły (czyste toalety bez kolejek) i takie słabsze jak to, że wiele wydawnictw zrezygnowało z udziału. Wielu ciekawych autorów będzie podpisywać swoje książki na innych targach w przyszłym tygodniu pod pałacem kultury. Ja mam jednak daleko do Warszawy i nie mogę być za tydzień, teraz wykorzystałam długi weekend jaki mieliśmy u nas w pracy.
Przywiozłam trochę literatury azjatyckiej, głównie japońskiej, trochę reportaży z Czarnego, trochę zabawnych kryminałów i odrobinkę fantastyki.
Moim ulubionym motywem literackim jest dorastanie, być może dlatego, że ja sama musiałam dorosnąć zbyt szybko.
W tej książce dorasta Chizu, dwudziestolatka, która nie chce iść na studia, woli imać się różnych prac dorywczych.
Mama znajduje jej mieszkanie u siedemdziesięcioletniej cioci gdzie dziewczyna czuje się nieswojo i próbując się bronić przed tym uczuciem staje się niemiła zarówno wobec starszej pani jak i wobec jej przyjaciela. Trochę pogardza starszą panią i trochę obawia się tego, że może ona umrzeć.
Przez cały rok kiedy mieszka u pani Ginko prowadzi poszukiwania siebie i raczej nie jest zadowolona z tego co znajduje.
Ostatnio na rynku pojawia się wiele książek japońskich i koreańskich, jest na nie duży popyt. Pojawia się wiele książek, które być może są współczesnymi bestsellerami, jednak nie niosą ze sobą żadnej wartości.
Ta książka z jednej strony pokazuje sposób myślenia japońskich młodych dorosłych, a z drugiej jest uniwersalna - dzisiejsze dzieciaki nasiąkają japońskim sposobem myślenia w sposób większy niż my jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić.
Czytając tę książkę stawiałam się w sytuacji matki Chizu, problemy tej dziewczyny były dla mnie tak odległe i niezrozumiałe. Odnajdywałam w tej postaci jednak mojego syna, jego przyjaciół i ich problemy i postrzeganie świata.
Ich świat jest zupełnie różny od naszego.
Wczoraj w radio usłyszałam opinię, że pokolenie zet nie ma poczucia humoru, nie rozumie sarkazmu i ironii. Wydaje mi się, że jest to prawda, oni przyjmują świat trochę za bardzo na serio.
Trudno jest być dzieciakiem z pokolenia zet.
Dodatkowy punkt do oceny dostaje u mnie ta książka za okładkę, to jedna z najlepszych jakie ostatnio widziałam.
>Czytając tę książkę stawiałam się w sytuacji matki Chizu, problemy tej dziewczyny były dla mnie tak odległe i niezrozumiałe. Odnajdywałam w tej postaci jednak mojego syna, jego przyjaciół i ich problemy i postrzeganie świata.
Rabka, Miasto Dzieci, miasto sanatoriów, miasto-uzdrowisko, gdzie dzisiaj normy jakości powietrza przekraczane są wielokrotnie. Miasto, gdzie dzieci z całej Polski w imię zdrowia pozbawiane były godności i podmiotowości, były bite, karane i głodzone.
To historia rabczańskich Żydów, rabczańskich żołnierzy wyklętych, rabczańskich dziedziców, artystów, wizjonerów i mieszkańców wsi.
To książka, która mnie zaskoczyła. Zupełnie nie tego się spodziewałam, ale to zaskoczenie było jak najbardziej pozytywne. To bardzo pogłębiona historia małego miasteczka uzdrowiskowego i ludzi, którzy się przez nie przewijali.
Polecam z całego serca, to świetny reportaż i kawał dobrej roboty związany z docieraniem do źródeł i do świadków wydarzeń.
Pani autorka była zaskoczona, kiedy powiedziałam, że ja już po lekturze. Przeczytałam książkę na Legimi, a w piątek kupiłam sobie wersję papierową, co pani autorka, tak samo jak ja, uznała za wielki komplement dla książki.
@KatieWee człowiek wchodzi na Hejto i widzi swoją rodzinną wiochę :D
Rabka to cholernie specyficzne miejsce. Trochę zapuszczone i zapomniane jednocześnie próbujące wchodzić w XXI wiek turystyki, ale przez wieloletnie zaniedbania władzy i długi które narobiono dekadę temu Rabka niestety ale mocno przegapiła swoją szansę.
ALE - żeby nie skupiać się na narzekaniu. Rabka potrafi być cudowną bazą wypadową w Gorce i ogólnie małe górki w których praktycznie nie ma turystów.
- Maciejowa
- Luboń
- Stare Wierchy
- Turbacz
- Mogielica
Jak do tego dołożymy dwa dni na jazdę rowerem po okolicach Nowego Targu i Czorsztyna można ogarnąć budżetowe spokojne wakacje trochę zdała od tłumów i zgiełku.
Na upartego jeśli już ktoś strasznie chce Zakopane z Rabki to niecala godzina jazdy (albo 3 jak są korki i ktoś ich nie ominął xD)
Ale tak szczerze - nie żałuję, że się stamtąd wyprowadziłem. Wolę wracam właśnie w wolnych chwilach łapać oddech :)