Scooby z przyjaciółmi rozpracowuje tajemnicę Pana Hyde'a, który zrobi wszystko, by nie dopuścić do premiery filmu o przygodach legendarnego Błękitnego Sokoła.
Russellowski biopic Mahlera, czyli nie może być normalnie.
Mahler rozpamiętuje fragmenty swojego życia, jadąc pociągiem ze swoją żoną. Przypomina sobie swoje najlepsze momenty twórczości przy boku żony nad pięknym jeziorem. Ale cofa się też dalej w przeszłość, gdy był dzieckiem i później, gdy był podporą swojego rodzeństwa. Nad każdym wspomnieniem wisi cień śmierci, Mahler jest przekonany o swoim przedwczesnym końcu, chociaż stara się odsunąć śmierć jak najdalej, nie godząc się na nią w rozmowach z innymi ludźmi. Zaprzecza śmierci, przywołując w jej miejsce miłość. To, czy mu uwierzymy, to wyłącznie nasza sprawa lub osobista interpretacja jego utworów.
Każdy etap wspomnienia jest nasycony muzyką słynnego kompozytora.
I tylko jeden fragment filmu przybiera groteskową wręcz formę - gdy Mahler postawia dla dobra własnej kariery przetransformować się z żyda w katolika. W niesamowicie rozegranej scenie Mahler ugina się pod wolą Cosimy Wagner, ubranej w sadomasostrój, z batem, hełmem na głowie i swastyką na tyłku, i przy dźwiękach Walkirii Wagnera przechodzi "chrzest" ognia i schodzi z krzyża już jako katolik, w niemym wręcz przedstawieniu, by ostatecznie przejść w lekki, krótki musical.
Trudno mnie ostatnio zadowolić jeśli chodzi o filmy. Zasiadłem do tej produkcji, gdyż kończę lekturę świetnej książki na podstawie której został nakręcony. No i chyba nie był to do końca dobry pomysł, by najpierw czytać a później oglądać. Film nie wytrzymuje konfrontacji ze słowem pisanym. Co tutaj mamy "Amerykański psychiatra wchodzi w psychologiczną grę z Hermannem Göringiem, by zdobyć niezbite dowody jego winy" - tyle z opisu na Filmwebie. O książce więcej, gdy skończę czytać w osobnym wpisie. Teraz film. Nie jest dobrze. Przede wszystkim film mnie znudził. Dużo gadania, kilka mniej lub bardziej ciekawych obrazków. Można było z tego zrobić pełnokrwisty dramat psychologiczny i sądowy a zrobiono... takie trochę nie wiadomo co. Jest trochę relacji Goringa z panem psychiatrą, trochę przebitek ze starych nagrań i kronik, trochę przebitek, które nie wiem po jaką cholerę mają takie kroniki udawać a wychodzi to pokracznie, by nie powiedzieć śmiesznie. Dodatkowo Rami Malek gra psychiatrę w tak drażniący sposób, że miałem ochotę wyłączyć ten film w połowie. Sama historia bardzo ciekawa dla każdego niezależnie na ile ją zna a na ile nie. Aha no i w obozach ginęli Żydzi, Żydzi i jeszcze Żydzi... o Polakach i innych narodowościach pada jedno zdanie. Brawo.
No i chyba nie był to do końca dobry pomysł, by najpierw czytać a później oglądać.
To nigdy nie jest dobry pomysł. Nie ma takiej opcji żeby film zgadzał się z twoimi wyobrażeniami na podstawie książki, więc zawsze wszystko będzie źle.
@zachlapany_szczypior różnie bywa "Władcę pierścieni" oglądałem całe lata po tym, jak czytałem książkę i zarówno literacki pierwowzór, jak i film mi się podobają. Jako dziecko podobnie miałem np. z "Anią z Zielonego Wzgórza"
Tytuł: My Conquest Is the Sea of Stars / Ginga Eiyū Densetsu: Waga Yuku wa Hoshi no Taikai
Rok produkcji: 1988
Kategoria: Anime / Sci-Fi
Reżyseria: Noboru Ishiguro
Czas trwania: 1h
Ocena: 7/10
Opowiada o pierwszym starciu dwóch genialnych strategów z przeciwnych stron trwającej 150 lat wojny: Reinharda von Lohengramma (Cesarstwo) i Yanga Wen-li (Sojusz Wolnych Planet
Całkiem fajnie choć ogólnie powolne tempo bez większych emocji
Całkiem niedawno skończyłem 110 odcinków głównej serii, jak dla mnie to arcydzieło, wciąga d⁎⁎ą większość serii (nie tylko anime) które ruszyły tematy wojny i polityki
@Kamry @TyGrySSek czasem lurkuję dział /tv/ na 4chan, sporo użytkowników entuzjastycznie ocenia tę serię (co jest ewenementem w miejscu gdzie nawet największe klasyki kina potrafią zbierać cięgi i szydercze uwagi).
Nie tak to zapamiętałam, że H+C = pukanie się all day long. Zapamiętałam to jako miłość tragiczną, bezwolne wręcz uzależnienie od drugiej osoby, z którą łączą cię lata dojrzewania, która cię rozumie jak mało kto.
I w sumie ta ekranizacja to też przedstawia, ale sposób w jaki to robi, odbiega od brudnego melodramatycznego wydźwięku powieści Emily Bronte. Wicher wieje nieco sztucznie, Margot Robbie gra wiktoriańską Barbie, i tylko Jacob Elordi wydaje się jakoś tam pływać, w tym niezbyt konwencjonalnym tonie.
Sznyt współczesności, pod młode pokolenia, moim zdaniem pozbawia całego uroku tej opowieści. Seksualne pożądanie zżera uczucia i nasze odczucia, jako widzów. Przez film prowadzi nas chaos relacji, a nie jej perypetie. Może tak miało być, może o to chodziło, a jednak sam fakt, że ta wersja próbuje nadal opowiedzieć znaną rzecz o wielkiej nieszczęśliwej miłości, nie poprawia notowań.
Bardzo fajny film, jestem nim pozytywnie zaskoczony.
Zbiera średnie recenzje, lecz właśnie brakuje nam kina które nie jest grzeczne, jest odważne i ciekawe. Od pierwszych scen to jazda bez trzymanki i to bardzo szanuję.
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
Mam wrażenie że średnie oceny przyznają osoby spodziewające się walentynkowej papki
W moim przypadku wielkie wrażenie zrobiła na mnie widziana w kinie adaptacja wg Andrei Arnold i sama książka, więc jestem tu takiego typu "klasycystką", same "Wichrowe Wzgórza" nigdy nie były walentynkową papką - to dość brudna powieść.
Doceniam pomysł w nowej adaptacji, ale widocznie zbyt jestem przesycona tematyką i nawet wizualne odbieganie razi mnie w oczy - co dziwne, bo zazwyczaj jestem pierwsza do obrony innych ekranizacji.
Star Warsy jakie są każdy wie. Latają po kosmosie i się strzelają (ino tym razem się nie biją, bo nie ma żadnego Jedi). Akcja dzieje się pomiędzy tylogiami, więc musieli kilka osób ożywić cyfrowowo. Oprócz Prigożina, bo on wtedy jeszcze żył.
Prywatna korporacja wysyła grupę ochotników z misją kolonizacyjną. Załoganci muszą przeprowadzić śledztwo, po serii makabrycznych śmierci na pokładzie, a wkrótce walczyć o przeżycie.
Bardzo spokojny o spokojnym człowieku, który marzy o spokojnym życiu z własną rodziną. Ale jak to w życiu bywa, marzenia rzadko się spełniają.
To film o tym, że można umrzeć już za życia, jeśli człowiek nie potrafi poradzić sobie z żałobą i oszukuje samego siebie, że najbliżsi wcale nie umarli, tylko gdzieś wyjechali. Kiedyś pewnie wrócą, prawda? Dlatego trzeba na nich poczekać zamiast pójść dalej.
To także próba pokazania, że można się zatrzymać w danym miejscu i mocno się go uczepić, ale świat i tak pójdzie dalej. Z nami lub bez nas.
Przeszkadzał mi jedynie głos narratora tłumaczącego niektóre sceny i uczucia głównego bohatera, jakby reżyser obawiał się, że widz nie zrozumie tego, co akurat widzi. Myślę, że bez narratora byłby to o wiele lepszy film.
Chyba moja ulubiona polska seria współczesnych komedii, a nie przepadam za bardzo za współczesnymi komediami. Dość prosty schemat: zderzenie „nowoczesnego” ze „staroświeckim”, co jest szczególnie zabawne, że autor postanowił skrytykować oba podejścia. Można mu zarzucić, że trochę przejaskrawił postać Małgorzaty, no ale może po prostu pozwolił Mai Ostaszewskiej zagrać samą siebie, nie wiem.
Obie główne bohaterki nie są zbyt sympatyczne, za to główni bohaterowie nadrabiają. Tadeusz jest sympatyczną ciepłą kluchą, który bardzo polubił się z Andrzejem i ich duet jest po prostu świetny, mimo że tak naprawdę niewiele robią. xD
Film nawet skłania do myślenia. Że można być dobrym partnerem, ale jeśli nie spełnia się potrzeb drugiej osoby, to może ona szukać zaspokojenia gdzie indziej (Tadeusz z Wandzią). Że można być złym partnerem, a i tak zakochana osoba będzie na wszystko pozwalała i wybaczała (Andrzej z Małgorzatą). Że ludzie pod wpływem różnych wydarzeń mogą się zmienić na lepsze, ale czy to wystarczy, żeby naprawić dawne krzywdy? Syn na przykład cieszy się, że ojciec stał się bardziej otwarty i ciepły, mimo że przez wiele lat taki nie był.
Na tle innych polskich komedii „Teściowie” mocno się wybijają.
Trochę tak, ale fajnie pokazał, jak może zachowywać się człowiek, który został porzucony (Małgorzata z młodym kochankiem) czy kobieta, która nagle odkrywa swoją seksualność (Wandzia). Bawił mnie też wątek biednego Tadzia zachowującego się jak smutny lew, któremu chętna lwica podgryza jądra. xD
Mimo że nigdy jakoś nie przepadałem za Supermanem (najnowszego oceniłem na 5/10), to jednak postanowiłem dać szansę Snyderowi i obejrzeć jego wersję. I wiecie co? Mogłem ten czas spędzić znacznie lepiej.
To na tyle nudne ruchome obrazki, że film oglądałem na cztery czy pięć razy - po prostu zasypiałem w trakcie. Zmusiłem się do obejrzenia całości, żeby z czystym sumieniem ponarzekać.
Ale w sumie to nie chce mi się narzekać, szkoda czasu. xD
Film ma bardzo dobrą muzykę, przez co robi klimat, taki szorstki, gęsty nie wiem jak to nazwać jeszcze mógłbym, bardzo wciąga i trzyma w napięciu. Jest jednak jeden minus - po obejrzeniu nie wiedziałem właściwie o czym ten film był i do czego dążył. Fajnie się ogląda, 2 godziny minęły jak z bicza strzelił, ale bardzo czuć tutaj zmarnowany potencjał fabularnie. Widać, że reżyser umie w budowanie klimatu, ale chyba przy tym wszystkim zapomniał o fabule.
90 minut do wolności to ten przypadek filmu, gdzie oceny w sieci mogą być trochę krzywdzące. Jasne, to nie jest Raport Mniejszości i brakuje mu tej głębi, ale jako czyste kino akcji w klimatach sci-fi sprawdza się całkiem nieźle. Jeśli nie nastawiasz się na oscarowe dzieło, tylko na dynamiczną rozrywkę, to te półtorej godziny mija bardzo sprawnie.
W niedalekiej przyszłości system bezpieczeństwa oparty na zaawansowanych algorytmach (które czasem zachowują się, jakby miały „halucynacje” XD) decyduje o losie obywateli. Główny bohater zostaje uwikłany w technologiczną pułapkę i ma – jak sam tytuł wskazuje – dokładnie 90 minut, aby udowodnić swoją niewinność. To klasyczny wyścig z czasem, gdzie technologia jest zarówno największym sprzymierzeńcem, jak i najgorszym wrogiem.
Film ma sporo dziwnych momentów i logicznych fikołków, które faktycznie mogą przypominać błędy w kodzie sztucznej inteligencji, ale nadrabia to klimatem. Uwielbiam Rebeccę Ferguson, ona mogłaby przez połowę filmu czytać książkę telefoniczną, a i tak oglądałoby się to z przyjemnością.
To idealne kino na „odmóżdżenie” po ciężkim dniu – krótkie, intensywne i z fajnym klimatem. Nie stracisz czasu, a przy okazji nacieszysz oko rolą Ferguson.
Ogólnie zgadzam się z oceną. Film nie prezentuje nic specjalnego, ale można spokojnie zobaczyć. I choć też lubię Rebecce Ferguson to tutaj aktorsko w sumie nic nie pokazała, ale to trochę wymóg roli.
Inna sprawa że nie wiem dlaczego, ale oglądając ten film wiele razy miałem wrażenie jakby część scen - zwłaszcza w końcówce- była w całości wygenerowana przez AI. Wyglądały bardzo nienaturalnie.
Greenland 2 to film, który najlepiej podsumowuje określenie: fajne obrazki, fatalna treść. Dałem mu 4/10, bo o ile wizualnie i koncepcyjnie momentami robi wrażenie, o tyle scenariusz leży i kwiczy. To ten typ produkcji, przy której musisz totalnie wyłączyć myślenie, żeby nie zacząć rzucać kapciem w telewizor przez głupotę bohaterów.
Od strony wizualnej film ma kilka naprawdę mocnych momentów, które zapadają w pamięć. Zobaczenie wyschniętego kanału La Manche czy częściowo zatopionego Liverpoolu robi robotę – te widoki postapokaliptycznej Europy mają swój klimat. Do tego dochodzi wątek totalnego chaosu i czegoś na kształt wojny domowej we Francji. Pod kątem skali zniszczeń i „fajnych pomysłów na koniec świata” ogląda się to całkiem nieźle.
Niestety, połączenie tych wszystkich elementów w jedną historię to totalna porażka. Zachowanie bohaterów jest nielogiczne i po prostu irytujące. Scenariusz jest dziurawy jak ser szwajcarski – najlepszym przykładem jest początek filmu. Najpierw mamy wielką dramę i kłótnię o to, czy zaprosić rozbitków do bunkra, bo przecież brakuje zasobów i trzeba oszczędzać każdą rację żywnościową. A co się dzieje 10 minut później? Cała ekipa ucieka z wyspy w stylu „ręka, szyja, mózg na ścianie” i „kto pierwszy, ten lepszy”, zapominając o jakichkolwiek zasadach czy wcześniejszych dylematach moralnych.
Greenland 2 to zmarnowany potencjał. Gdyby ktoś usiadł nad scenariuszem i wyprostował te wszystkie bzdury, mielibyśmy hit. A tak, dostaliśmy film, który fajnie wygląda jako tło do chipsów, ale zostawia po sobie spory niesmak przez to, jak bardzo jest naciągany. Obejrzeć można, ale tylko jeśli przymkniesz oko na to, że bohaterowie zachowują się, jakby pierwszy raz widzieli świat na oczy.
Opowiada historię grupy nastolatków, którzy zostają przeniesieni w przeszłość do różnych okresów japońskiej historii i wplątują się w przygody pełne samurajskich intryg.