Tytuł: Dziewczyna z sąsiedztwa
Rok produkcji: 2007
Kategoria: Psychologiczny / Thriller
Reżyseria: Gregory Wilson
Czas trwania: 1h 31m
Ocena: 7/10
Nastoletnia Meg, po śmierci rodziców trafia wraz z niepełnosprawną siostrą pod opiekę ciotki Ruth, która wraz z mlodocianymi synami i ich kolegami zaczyna się nad dziewczynami znęcać.
Bardzo trudny w odbiorze film na podstawie książki Jacka Ketchuma, który utrzymywał, iż zdarzenia w niej przedstawione miały miejsce naprawdę.
Bezsensowna przemoc i nienawiść wystawiają niemoc widza na ciężką próbę, aż do nieuchronnej kulminacji.
To jest ten nieuchwytny "Prawdziwy horror" o jakim mówił pułkownik Kurtz w Czasie Apokalipsy.
Krótki opis: losy trzech pokoleń chilijskiej rodziny Estebana Trueby, bogatego właściciela ziemskiego i później polityka, które znajdą swój finał podczas dyktatury Pinocheta.
Piękne zdjęcia, świetne role aktorskie, ale sama historia nie ujęła mnie na tyle, bym mogła dać wyższą ocenę - momentami wyszło za bardzo patetycznie jak na mój gust.
Do tych paru scen z Estebanem i Clarą, gdy byli 20+ lvl, to mogli dać młodszych aktorów, bo jednak rzucało się w oczy, że Irons i Streep są za dojrzali (niestety, zwłaszcza Streep ucharakteryzowana na podlotka wyglądała jak dzidzia piernik).
Klasyczny napad na bank, zakładnicy, mnóstwo policji i negocjator. Okazuje się jednak, że wcale aż tak klasyczny nie był, a skończył się konsternacją. Niestety skoro już pokazali co i jak, to nie da się tego powtórzyć. Dlatego przestałem napadać na banki.
Tytuł: Burza mózgów
Rok produkcji: 1983
Kategoria: Sci-Fi
Reżyseria: Douglas Trumbull
Czas trwania: 1h 46m
Ocena: 7/10
Grupa naukowców opracowuje urządzenie rejestrujące i odtwarzajace przeżycia wraz z działaniem wszystkich zmysłów. Gdy jedna z naukowców dostaje zawału w laboratorium, postanawia zarejestrować moment swojej smierci. Jej kolega Michael zrobi wszystko by odtworzyć to nagranie.
Ciekawe kino popularnonaukowe z nutą metafizyki. Nie należy jednak oczekiwać niczego po za dobrą rozrywką.
Scenariusz jest konsekwentny, główne role odegrane poprawnie.
Bardzo ciekawy efekt odtwarzania przeżyć uzyskano dzięki użyciu obiektywu fisheye.
Pierwszy sezon był świetny i trwale zapisał się w polskiej memografii (i moim serduszku). Niestety, drugi sezon to kompletna pomyłka.
Nie powiem, było trochę śmiesznych gagów, ale reszta wątków, które miały bawić, robiła wrażenie mocno wymuszonych (ot, choćby wątek Gerarda z Rumii - lepsze parodie Wiedźmina zrobili parę lat temu Darwini). Nawet Jan Paweł w tym sezonie bardziej żenuje, niż śmieszy (chociaż pan Topa jak zwykle starał się w roli). Wątki obyczajowe, w tym sezonie wyeksponowane mocniej, niż w pierwszym, raziły swoją kliszowatością.
Osobiście irytowały mnie też niepotrzebne mhroczne wstawki w niestrasznych scenach, czyli jak np Zofia siedziała sobie sama w ciemnym pokoju. Wgl w tym sezonie było dużo fantastyki wciśniętej na siłę, czyżby #netflix celował w zagraniczną widownię kojarzącą słowiański folklor z Wiedźminem?
Szkoda takiej świetnej franczyzy, wątpię, by sezon trzeci wrócił do klimatów pierwszego.
Jak dla mnie humor w pierwszym sezonie to tez byl cringe (ale jeszcze taki smieszny) i za wiele sie nie zmienilo. To po prostu troche smieszniejsze i troche blizsze nam ze wzgledu na produkcje i swiat opisany, gowno z netflixa ¯\_(ツ)_/¯ drugi sezon oceniam tak samo jak pierwszy - no spoko, zero oczekiwan i pare razy sie usmiechnalem, czyli na plus
Tytuł: Siedem
Rok produkcji: 1995
Kategoria: Psychologiczny / Thriller
Reżyseria: David Fincher
Czas trwania: 2h 7m
Ocena: 10/10
Wypalonemu zawodowo detektywowi Williamowi Somerset, który odlicza swoje ostatnie 7 dni do przejscia na emeryturę, zostaje przydzielony za partnera, młody porywczy detektyw David Mills.
Pech chce, że trafia im się sprawa seryjnego mordercy.
Kryminał absolutny, który wziął co najlepsze z poprzedników i zdefiniował gatunek na nowo.
Film, który będzie zawsze aktualny w swej rozprawce na kondycją ludzkości.
Wybitne role (to ta, która do dziś zaszufladkowała Freemana), reżyseria, zdjęcia, muzyka.
Najlepszy i najdoskonalszy film Finchera.
Wysmakowana uczta dla zmysłów.
Byłem na tym w kinie jako młody szczyl. Do dziś nie wiem jak mnie wpuścili, ale emocje w końcówce były niesamowite. Film w swoim gatunku prawdziwie 10/10.
Film dokumentalny, który opowiada o zbrodniach instytucji podległej bojówkom (szwadronom śmierci) działającym w Indonezji w latach 60. dwudziestego wieku. Film jest trudny w odbiorze i ta trudność przejawia się na wielu poziomach.
Pierwszym poziomem trudności jest sama forma filmu. Jest po prostu mega nudny. Ponad dwie godziny łażenia po różnych miejscach i gadania. Mają miejsce jakieś dziwaczne przebieranki, jakieś dziwne uzgodnienia. Temat jest poruszający, bardzo dramatyczny, ale jednak nawet w filmie dokumentalnym potrzeba wg mnie narzucania swego rodzaju tempa akcji. Gadanie w kółko, do tego w wielu przypadkach gadanie o pierdołach sprawia, że bardzo ciężko było mi wysiedzieć do końca.
Inny poziom to sam klimat. W filmie występują zbrodniarze, którzy rzeczywiście masowo mordowali ludność. Z uśmiechem na twarzy demonstrują jak dusili ludzi kablem. Z dumą opowiadali, że wzywali na przesłuchanie wszystkich jak leci i tych wszystkich przesłuchiwanych potem od razu uśmiercali, bo dla nich każdy był komunistą, i rolnik, i urzędnik, żebrak, prostytutka czy student. Zarzynali jak leci, niezależnie od tego co wyszło podczas przesłuchania.
Kolejny poziom to jednak trudność w ocenie sytuacji. I tutaj nie chciałbym być zrozumiany źle - nic nie usprawiedliwia masowej eksterminacji. Z drugiej jednak strony, przedstawiono, że przed tą rzezią, indonezyjska polityka była na prostej drodze, aby stać się tym, czym obecnie jest Korea Północna. Już wtedy rozpoczęto filtrowanie wszelkiego zła napływającego z zachodu, a jedyną słuszną postawą było wielbienie partii komunistycznej. Czy podjęte środki podczas puczu to adekwatna cena tego, że uniknięto totalitarnego reżimu, który być może pochłonąłby więcej istnień? Nie wiem i nawet nie próbuję odpowiedzieć na to pytanie.
Cała produkcja jest w klimacie lekkiej groteski. Zbrodniarze uważają się za bohaterów narodowych, że to dzięki ich działaniom kraj uniknął politycznej katastrofy, brylują, są niesamowicie podnieceni na myśl o kręceniu filmu (cała produkcja to oni sami inscenizujący poszczególne etapy swojej działalności).
Film jest bardzo wysoko oceniany na Filmweb, IMDB czy na Zgniłych Pomidorach - dla mnie jednak okazał się nie do przejścia. Po godzinie wymiękłem, trochę zszokowany narracją, ale przede wszystkim wynudzony, trzeba być chyba mocno zafascynowanym historią Indonezji, aby dojść do końca.
Jaggerzy to Zawodnicy brutalnej futurystycznej dyscypliny sportowej uprawianej po wojnie nuklearnej.
Ich celem jest zwycięstwo w mistrzostwach ligi.
Takich filmów są dziesiątki. Ot drużyna, która ma aspiracje wygrywać stawiając czoła sportowym przeciwieństwom losu. Od zera do bohatera.
Jednak akcja żadnego innego nie dzieje się w tak ponurym i brudnym świecie jakim bez wątpienia może być świat postapo.
Brutalne, pełne przemocy starcia na błotnistych boiskach dwóch bezwzględnych drużyn robią ogromne wrażenie. Dyscyplina to trochę wariacja na temat futbolu amerykańskiego.
Sam wątek jest dość typowy. Mamy tu wypalonego lidera w postaci jak zwykle znakomitego Rutgera Hauera, mamy świeżą krew, której rola przypadła bardzo czesto partnerujacej temu pierwszemu Joan Chen i drugoplanowe tło (m.in. D'onofrio, Lindo), które nie odstaje i dodatkowo kipi testosteronem o co nie łatwo we współczesnym kinie.
Film wciąga w swoj bezwzględny klimat i udanie angażuje widza w dopingowaniu przedstawionej drużyny.
Za reżyserię i scenariusz w jednym odpowiada autor scenariuszy do takich dzieł jak Blade runner, 12 małp czt Bez przebaczenia. To już powinna byc wystarczająca rekomendacja.
Horroru w tym niewiele, ale fajna zagadaka, nawet trzyma w napięciu. Może trochę klimatu odbierał dubbing, przy którym choćby wulgaryzmy brzmiały nieco komicznie, zresztą wiecie jakie są dubbinigi. Choć nie oglądałem filmu z dubbingiem polskim lata, to tutaj już mi się nie chciało szukać wersji bez dubbingu i się poświęciłem, podejrzewam, że nieco sobie filmu trochę tym popsułem, ale trudno. Mimo wszystko film polecam (choć z napisami) aktorsko na wysokim poziomie, nie nudzi i jest ok.
Stu jest aroganckim bufonem. Specem od reklamy celebrytów traktującym ludzi jak pionki do rozgrywania na szachownicy swojej kariery. Stu załatwia interesy przez telefon komórkowy. Jednak codziennie znajduje chwile by skorzystać z budki telefonicznej i porozmawiać ze swoją kochanką. Stu jest żonaty. Stu nie wie, że dzisiejsza wizyta w tym komunikacyjnym relikcie minionych czasów doprowadzi do dimetralnych zmian w jego postrzeganiu własnego życia. Po zakończeniu rozmowy ze swoją panną na boku, telefon w budce dzwoni do Stu. Stu odbiera. (piękna grafomania, co nie?)
To jest ten rodzaj kina, które wrecz krzyczy: patrzcie jak utrzymać widza w napięciu do ostatniej minuty, mimo, ze akcja dzieje się nieprzerwanie w jednym miejscu.
Jest to jeden z tych nielicznych filmów, kiedy cały ciężar całej opowieści skupia się na jednej roli, która będzie rolą życia lub totalnym upadkiem kariery. Paradoksalne, biorąc pod uwagę tematykę obrazu.
Collin Farrell wywiązuje się z zadania wybitnie. Przemiana jego Stu jest konsekwentna i realistyczna. Facet, aż kipi od slusznych, w sytuacji w jakiej się znalazł emocji.
Tym większe brawa, ze pomimo naszej niechęci do jego odpychajacej osobowości, kibicujemy mu, choć podświadomie uważamy, że zasłużył na to całym sobą.
Wspaniała rezyseria i montaż. Tylko Whitaker jakis taki nie do konca zaangażowany.
Roli głównego "złego" nie oceniam, bo jest dokładnie taka jaka powinna być. Nieprzeszarżowana.
Krótki opis: pewna atrakcyjna brunetka traci pamięć w wyniku wypadku samochodowego. Wraz z nowo poznaną początkującą aktorką usiłuje odkryć, kim jest.
Jak zwykle u Lyncha, mega specyficzny film. Podchodziłam do niego dwukrotnie i przyznam bez bicia, przez pierwszą godzinę seansu wcale mi się nie podobał, czułam się, jakbym oglądała Pulp fiction kręcone przez Tommy'ego Wiseau. Dopiero druga połowa filmu i końcówka (jak na Lyncha dość klarowna) sprawiły, że zmieniłam zdanie o Mulholland (ale nie na tyle, by paść przed nim na kolana i wielbić jako arcydzieło).
A teraz pora na kącik ciekawostkowy: nie od dziś wiadomo, że amerykańscy reżyserzy uwielbiają nawiązywać do starego kina. Mulholland Drive pełen jest nawiązań do życia aktorki Rity Hayworth, za Filmwebem:
Bohaterka grana przez Laurę Harring, widząc plakat z Ritą Hayworth przybiera jej imię. Tak naprawdę Hayworth również przybrała sobie imię, nazywała się Margarita Carmen Cansino. Ma to również związek ze sceną kiedy Rita (Laura Harring) mówi przez sen po hiszpańsku (Hayworth była pochodzenia hiszpańsko-irlandzkiego).
Bohaterka Mulholland Drive traci pamięć, prawdopodobnie związane jest to z tym że Rita Hayworth w prawdziwym życiu zachorowała na Alzheimera.
W klubie 'Silencio' bohaterki filmu trafiają na występ hiszpańskiej śpiewaczki. W tą rolę wcieliła się Rebekah del Rio (nie musiała się za bardzo wcielać ;]). Co ciekawe córka Rity Hayworth i Orsona Wellesa miała na imię Rebecca. Natomiast wcześniejszą partnerką Wellesa była aktorka Dolores del Rio.
[przyp. Andżeli] Ja tych smaczków dostrzegłam trochę więcej: 1. Filmowa Rita nosi krótką blond perukę, co wydaje się być nawiązaniem do "skandalu", jaki Hayworth wywołała, obcinając i farbując na platynę włosy do filmu Dama z Szanghaju. 2. Postać iluzjonisty/konferansjera w teatrze Silencio może być pewnym nawiązaniem do Wellesa, który lubił bawić się w iluzjonistę.
Swoją drogą, Laura Harring była w młodości podobna do Hayworth. W sumie szkoda, że nie powstał w latach 90. żaden porządny biopic Hayworth albo Wellesa, w którym Harring mogłaby zagrać Ritę.
Grupa amerykańskich badaczy na Antarktydzie przygarnia do swojej bazy psa, którego gonił i próbował zastrzelić pilot helikoptera z bazy norweskiej.
Pilot zostaje zastrzelony w obronie własnej przez naukowców, po tym jak ten krzycząc po norwesku omyłkowo trafia jednego z nich w nogę. Na nieszczęście dla siebie, nikt z kraju Wuja Sama nie zna tego języka.
Klasyk gatunku, który niesłusznie poniósł klęskę finansową w czasie premiery.
Niesamowite napięcie, uczucie beznadzieji i odizolowania. Wybitne praktyczne efekty specjalne, które w większości po dziś dzień ani trochę się nie zestarzały.
Paranoja badaczy spowodowana niemożnością ustalenia, który z nich stanowi dla nich zagrożenie wydatnie udziela się widzowi.
Bardzo dobre role z przewodzacym stawce Kurtem Russelem w latach swojej największej świetności.
Jedno z najlepszych dzieł Carpentera.
**Ciekawostka:** Do dziś pamiętam końcową scenę z ekipą ratunkową przylatującą do bazy i zabierającą ze sobą ocalałego psa na pokład śmigłowca. Ostatnie ujęcie bylo z widokiem na nowy jork z pokladu lecącego w jego kierunku helikoptera.
Przeszukując kiedyś Internet znalazłem tylko trzy świadectwa osób, które twierdzą, że też to pamiętają. Wersja reżyserka nie zawiera tej sceny, a sam reżyser twierdzi, że została nakręcona ale nigdy nie dodana do żadnej wersji filmu.
@FodiJoster - ale temat ciekawy bo mózg potrafi fabrykować obrazy - zwłaszcza jak ma ku temu materiały - jak na przykład alternatywne zakończenie złożone z rolą Kurta w Ucieczce z Nowego Jorku.
Taki sobie kryminalik, może książka jest lepsza nie wiem bo nie czytałem, ale tutaj od połowy już się nudziłem delikatnie, nadrabiał te nudy widok młodej i seksownej Angeliny.
@FodiJoster ja w mlodszyn wydaniu Angelinę lubie w kryminałach czy Tomb Raider. Później coraz mniej jej było i juz nie ogladalem, a jak grała gdzies to nie moje gusta
Trudno ocenić ten film. Całość ciągnie główny bohater, który pokazuje niezwykle szerokie spektrum gry aktorskiej. To robi wrażenie. Reszta? Ratowali się fikołkami, żeby nastolatki występowały w bieliźnie.
Sam pomysł jednak ciekawy, film trzyma w napięciu.
@Nemrod no mnie niezniszczalny zachwycił. Oglądałem go kompletnie nie wiedząc o czym jest ten film. I to jak trzymał w niepewnosci co tam się w ogóle odwala, było miłe i nie do końca hollywoodzkie.
A Glass mi się podobał, bo już nie było złudzeń, była po prostu napieprzanka, ale nie marvelowa, intryga przyziemna, bez ratowania całego globu... No nienachalne to było, dlatego polecam, bo tum się wyróżnia.
nigdy nie rozumiałem tych zachwytów nad McCavoyem. Typ zagrał tam góra trzy osobowości, a tak po prawdzie 1 w różnych stanach emocjonalnych. Ewentualnie na różnym poziomie rozwoju intelektualnego. Osobowość mnoga to jednak coś innego niż wyszło to w filmie.
Reżyser luźno oparł się na udokumentowanych przypadkach.
Film ratuje zakonczenie, tj ostatnia osobowość i cameo w ostatniej scenie.
Glass juz wogle nie udźwignął.
Liczę na to, ze "Pułapka" też od Szalalama jest 4 częścią (dużo na to wskazuje) bo inaczej będzie to jeden z najbardziej niedorzecznych filmów jaki widziałem.
@Nemrod Też ostatnio oglądałem i to drugi raz. Ja się dobrze bawiłem i utrzymał 8/10 u mnie, a gra aktorska głównego bohatera była dobra i raczej uważam ją na plus dla filmu
Akcja dzieje się małym miasteczku na pustyni w stanie Nevada.
Specjaliści od drobnych napraw Val i Earl decydują się na opuszczenie rodzinnych stron w celu poprawy sytuacji materialnej. Ich ledwo rozpoczętą podróż przerywa przeszkoda w postaci zasypanej skałami drogi dojazdowej.
Prosty rozrywkowy horror z potworami wzorowanymi na czerwach z Diuny.
Wartka akcja, momenty trzymające w napięciu, a wszystko to podlane odrobiną nie wymuszonego humoru.
Wspaniała chemia między Kevinem Baconem i Fredem Wardem. Cała plejada oryginałów jakimi są mieszkańcy miasteczka. Czuć miedzy nimi wszystkimi więź, jakby faktycznie znali się od lat, co bardzo pozytywnie wpływa na atmosferę filmu.
Pamiętam to. Później powstały chyba jeszcze trzy części i po latach serial. Drugiej części nie kojarzę, ale w trzeciej już nawet nie kryli się z tandetą i zrobili z tego komedio horror. Ostatnia to był prequel i to taki dziejący się w latach dzikiego zachodu czy coś koło tego. Serial powstał dosyć nie dawno po dobrze przyjętym Ash vs Evil Dead, ale chyba okazał się totalną klapą.
@Bigos druga jeszcze była w miarę - z tych robali wylazły stwory wyglądajace jak trochę upasione ścierwojady z Gothica i już biegały po lądzie, nie pod ziemią, co moim zdaniem sporo zaszkodziło fabule ( ͡° ͜ʖ ͡°)
@Taxidriver ja lubię francuską motoryzację bo mi się po prostu wizualnie podoba. No i pierwsze auto w robocie to C15 1,9 TD. Prywatnie miałem malucha więc jak wsiadłem w robocie w Cytrynę to asfalt za sobą zwijałem.
Nastoletni Michael jest miłośnikiem horrorów. Zamawia przedpremierowe wydanie tajemniczej gry komputerowej, w której gracz wciela się w seryjnego mordercę. Gdy rano budzi się po wieczorze spędzonym przy grze i dokonaniu w niej morderstwa, okazuje się, że miało ono miejsce naprawdę.
Horror z ery VHS, z główną rolą będącego na fali po sukcesie Terminatora 2 Edwardem Furlongiem.
Film momentami dość chaotyczny, ale wynagradza to całkiem dobry pomysł.
Edward dobrze dźwiga rolę pierwszoplanową, a wtóruje mu ciekawie ucharakteryzowany T. Ryder Smith w roli opiekuna gry Trickstera.
Film ma ten fajny niepodrabialny dziś klimat powszechny dla kina o nastolatkach z tamtych lat.
Soundtrack zdecydowanie dla fanów cięższych brzmień, ale w głowę wpada głównie motyw przewodni Georga S. Clintona.
Ja jednak wrzucę z owej ścieżki Primus bo bardzo jego lubiem.
Krótki opis: kompozytor Wiktor zakochuje się w Zuli, członkini zespołu ludowego, którym współkieruje. Oboje planują uciec za Żelazną Kurtynę, jednak tylko Wiktorowi udaje się zbiec z bloku wschodniego. Zula nie zamierza jednak odpuszczać sobie ukochanego.
Ładny wizualnie film z piękną ścieżką dźwiękową, ale oś fabuły, czyli romans Wiktora i Zuli, słabo przedstawiona, co wynika zarówno z braku chemii pomiędzy odtwórcami głównych ról, jak i nieumiejętnego poprowadzenia wątku miłosnego przez reżysera (za cały background wielkiej miłości robi dymanko w kiblu).
Dodatkowo in minus:
anachroniczny wątek z obozem pracy działającym dalej w latach 60.,
przedstawianie ważnych wydarzeń w życiu Zuli mimochodem ("A wiesz, ohajtałam się"),
polska szkoła dźwięku w dialogach - razi tym bardziej, że Zimna wojna od początku miała być hitem zachodnich festiwali filmowych, a nie papką dla polskiego Areczka, co se najwyżej napisy włączy.
Krótki opis: chciwy prawnik chce przejąć ziemie należące do mieszkańców miasteczka Rock Ridge, na których ma przebiegać kolej. Aby wykurzyć lokalsów, przeprowadza intrygę, w wyniku której nowym szeryfem miasteczka zostaje czarnoskóry Bart.
Film trochę nierówny, na początku nieśmieszny i taki se, w połowie się rozkręcił, a w finale osiągnął swoją świetność.
Osobiście wolę jednak Facetów w rajtuzach i Drakula - wampiry bez zębów.
Z Płonącymi siodłami wiąże się pewna ciekawa historia, która mogła się wydarzyć tylko w kraju, gdzie popularne są procesy o byle gunwo:
During production, retired longtime film star Hedy Lamarr sued Warner Bros. for $100,000, charging that the film's running parody of her name infringed on her right to privacy. Brooks said that he was flattered and chose to not fight it in court; the studio settled out of court for a small sum and an apology for "almost using her name". Brooks said that Lamarr "never got the joke". This lawsuit would be referenced by an in-film joke where Brooks' character, the Governor, tells Lamarr: "This is 1874; you'll be able to sue HER."