Bezimienny i tajemniczy kierowca wplątuje się w sytuację, która w krótkim czasie bardzo skomplikuje jego dotychczasowe życie.
Film zestarzał się gorzej, niż przypuszczałem, ale i tak można oglądnąć go z przyjemnością. To, co w dalszym ciągu robi największe wrażenie, to sceny akcji, a przede wszystkim ujęcia przemocy - reżyser wprawnie buduje przed nimi napięcie i rozwiązuje go w eksplozji nagłej i dosadnej brutalności. Synthwave'owy soundtrack dobrze współgra z ładnie skomponowanymi i oświetlonymi kadrami. Przechodząc do tego co nie działa, to niestety jest to poprowadzenie Goslinga. Celowo piszę o poprowadzeniu, bo uważam, że Refn kilkakrotnie przekroczył granicę fajności i wkroczył na terytorium cringu ze stworzoną przez siebie postacią silnego, stoickiego bohatera. Cała historia to trochę fantazje miękiszona na temat tego co wydaje mu się męskie: jest milczący kierowca, który co prawda działa wbrew prawu, ale ma twarde zasady, jest szara myszka, jest i motyw zemsty. Wiem mniej więcej do kogo to trafia, bo widziałem w prawdziwym życiu dwóch gości ubranych jak główny bohater (jeden miał nawet rękawiczki do jazdy, choć jeździł autobusem xD) i jeśli chodzi o prezencję to bliżej im było do reżysera filmu niż do Ryana Goslinga. Tak czy siak, jeśli jakoś przełknie się te nieco zbyt przerysowane elementy oraz przeciągnięte pauzy w dialogach, to można oglądnąć ten obraz z przyjemnością. Mi najbardziej podobał się Albert Brooks w roli lokalnego gangstera. Polecam jako ciekawy miks powolnego kina z elementami Tarantinowskiej przemocy.
Fun fact: Postać kierowcy i Irene, którą gra Carey Mulligan, praktycznie ze sobą nie rozmawiają w trakcie trwania filmu. Był to celowy zabieg, który miał na celu skupienie się bardziej na nastroju ich wspólnych scen.
Btw, jestem prawie pewien, że scena w windzie była poniekąd inspiracją dla twórców serialu GOT przy pracy nad walką Góry z Oberynem Martellem, i gdzieś czytałem, że konsultowali się w sprawie realistycznego efektu eksplodującej głowy, ale nigdzie nie jestem w stanie znaleźć na to potwierdzenia.
@kubex_to_ja Ten gatunek "akcja" to mocno na wyrost Z tego co kojarzę, to marketingowo był sprzedawany jako coś w stylu Fast and Furious, więc ludzie szli na niego ze złym nastawieniem, nic dziwnego, że się sporo osób rozczarowało. A to taki romans dla beciaka
Film o tym jak jedna informacja może zmienić myślenie o innym człowieku, można się po seansie zastanawiać kto był "najgorszym". a kto "najlepszym". Ja oczywiście obejrzałem film bo grał w nim Robert Pattinson, a bardzo go lubię i lubię obserwować jego dojrzewanie aktorskie po serii Zmierch, więc zawyżam może ocene jak to ja w filmach z nim. Generalnie godny polecenia film, ale spodziewałem się więcej tytułowej dramy.
Pokażcie mi braci, którzy nigdy się ze sobą nie tłukli. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Warrior
Rok produkcji: 2011
Reżyseria: Gavin O'Connor
Kategoria: #dramat #filmsportowy
Czas trwania: 140 min
Moja ocena: 6/10
Dwóch braci, których poróżniła trudna przeszłość, startuje w tym samym turnieju mieszanych sztuk walki i obydwoje są zdeterminowani, by zdobyć główną nagrodę.
Ten film jest dobrym przykładem, czemu tak ważne jest, by coś pokazać, a nie tylko o tym mówić. Praktycznie każdy detal dotyczący przeszłości bohaterów i różnych związanych z nimi powiązań otrzymujemy z dialogów w formie średnio subtelnej ekspozycji. Wydaje mi się, że głównym mankamentem jest tutaj zbyt duża ilość dramatycznych elementów, które próbowano upchnąć w jeden scenariusz: nie wystarczy, że bracia mieli ciężkie dzieciństwo z ojcem alkoholikiem, dla każdego przewidzianych jest jeszcze kilka dodatkowych ciężarów, które trzeba włożyć na ich barki, aż robi się to coraz bardziej przekombinowane. Sam nie wiem, oglądało mi się to trochę jak telenowelę. Hardy z jednej strony fajnie gra nabuzowanego i wściekłego młodszego brata, ale z drugiej strony za każdym razem, gdy wchodzi do klatki, zaczyna wyglądać komicznie robiąc groźne miny, mające chyba wzbudzić niepokój. Na duży plus Nick Nolte grający ojca alkoholika, który w końcu się stara i próbuje, tylko że jest już zwyczajnie za późno. Jeśli chodzi o przedstawienie samego sportu, to pozwolę się wypowiedzieć eksporterom; według mnie mogło być gorzej, choć czasem chce się parsknąć śmiechem. Polecam twardzielom.
Fun fact: Rola ojca braci, Paddiego, została napisana właśnie z myślą o Nicku Nolte, z którym scenarzyści (Gavin O'Connor i Anthony Tambakis) sąsiadowali w Malibu. Studio filmowe początkowo było przeciwne obsadzaniu tego aktora, ale scenarzyści się uparli i dobrze, bo pasował jak ulał.
W postapokaliptycznym świecie, gdzie władzę sprawują ci, którzy mają dostęp do wody i paliwa, drogi gnębionego demonami przeszłości Maxa przecinają się ze zbuntowaną podwładną lokalnego watażki.
Trochę mi zajęło zanim załapałem klimat tego filmu, ale ostatecznie oglądałem go z umiarkowanym zainteresowaniem, bo o wsiąknięciu raczej nie było mowy - zwyczajnie nie moja bajka. Zarówno fabuła jak i warstwa wizualna oraz zbudowany świat są celowo przesadzone i wyolbrzymione, ale w jakiś wariacki sposób trzymają się kupy i są w miarę spójne. Scenom pościgu nie można odmówić rozmachu, są zwyczajnie nakręcone z jajem. To, co mnie trochę uwierało, to postać samego Maxa, który w żaden szczególny sposób nie zapadł w pamięć i został wręcz zepchnięty na drugi plan względem Furiosy; Hardy w tej roli się zbyt nie spisał, brak mu wystarczającej charyzmy, żeby z praktycznie milczącego bohatera zrobić kogoś kultowego. Za to Charlize Theron w roli wspomnianej Furiosy była bardzo fajna - zagrała twardą, zdeterminowaną babkę, która jest kowalem własnego losu. Polecam jako film akcji na sobotnie popołudnie.
Fun fact: Według oficjalnie dostępnych informacji ponad 80% efektów w filmie zostało wykonanych praktycznie, natomiast CGI użyte zostało głównie do rozszerzenia scenografii, usunięcia olinowania kaskaderów, czy też ramienia Charlize Theron, której postać nie ma lewej ręki.
Unikałem tego filmu przez dekadę. Bo przez takie filmy ludzie wierzą, że Mars to jest taka Ziemia, tylko trochę zimniejsza i trzeba chodzić w skafandrze. Ale przecież to żaden problem, prawda? xD
Stąd bardziej mi się spodobał "Projekt Hail Mary". Bo to jest sci-fi - oparty na astrofagach, które magicznie rozwiązują wiele problemów (promieniowanie kosmiczne, energia, a nawet siła ciążenia). A tu mamy zamiast tego bullshit - po prostu wszystkie największe problemy odrzucamy i mamy ludzi na Marsie!
Generalnie cały film/książka nie ma sensu, bo marsjańska atmosfera jest dla nas próżnią. Nawet najmocniejszy huragan nie zrobiłby na nas żadnego wrażenia - niczego nie przewróci, ani nie oderwie, a już na pewno nie zagrozi rakiecie. Co ciekawe ciśnienia pokazywali dobre (w "budynku" było nieco obniżone - ma to sens), na zewnątrz też prawidłowe, ale to w skafandrach skopali (chyba zabrakło 1 na początku) i wychodziło, że tam mieli takie z poziomu 9500 m npm. Szczegóły. No ale dobra, skoro nie huragan, to może ktoś sobie przypomniał, że zostawił w domu włączone żelazko i odlecieli bez jednego - zdarza się. Mam jeszcze problem ze sceną wybuchu śluzy - zupełnie tego nie rozumiem. W skutek nieszczelności ta marsjańska próżnia dostaje się do środka? Pod ciśnieniem? Rozrywa materiał do wewnątrz i doprowadza do eksplozji. Czego? To powietrze pompowane do śluzy z systemu mogłoby uciekać na zewnątrz, a dziura w materiale faktycznie spowodowałaby problem - śluza byłaby bezużyteczna i wymagałaby naprawy. Ale 0,7 atm to nie jest materiał na hollywoodzkie wybuchy.
Idźmy dalej: botanik, ma kartofle, czyli będzie dobrze, prawda?
Nie. [choć wybór rośliny całkiem rozsądny]
Tu się nie znam na tyle, więc pytanie: czy serio wystarczy zmieszać piasek z gównem, żeby mieć glebę? Bo coś mi się nie wydaje, że to tak działa. W glebie jest od cholery składników, mikroorganizmów, a i tak ją nawozimy potasami, azotami, fosforami i innymi. Więc obstawiam, że nawet, gdyby miał do dyspozycji piasek, to raczej nic by z tego nie wyszło. Ale regolit to nie jest piasek. To mieszanka m.in. różnych metali, w tym ciężkich oraz nadchloranów. To jest toksyczne zarówno dla ludzi, jak i dla roślin. Nawet budowanie czegokolwiek z tego materiału wymagałoby ich usunięcia z regolitu, a co dopiero jeśli chodzi o uprawy. Podsumowując: prowiant się kończy i umierasz z głodu. Kurtyna.
Promieniowanie oczywiście pomijamy, zarówno w rakiecie, jak i na Marsie - to tylko 2 lata misji, czyli nowotwory i zaćma - pikuś.
Kolejny problem, to siła ciążenia, a właściwie jej brak. Oczywiście zastosowali klasyczny wybieg z obrotowym pokładem (przy tak małym promieniu musiałby się szybko kręcić, co byłoby dużym problemem dla ich błędników). To nie jest takie proste do obejścia. A bez tego w ciągu 9 miesięcy jest ubytek masy mięśniowej i szkieletowej, a przecież na Marsie jest robota, a nie rehabilitacja. Tam w rakiecie była scena, kiedy ktoś schodził do tego pierścienia po drabinie - niby ok, ale drabina musi być dostępna z dwóch stron (lub muszą być dwie drabiny). W takim układzie wchodzi się jedną stroną, a schodzi drugą (polecam Scifuna o cylindrze O'Neilla).
tl;dr Miałem nieco frajdy z wyszukiwaniem takich rzeczy i weryfikowaniem na bieżąco. Widoki bardzo ładne, końcówka w typowo amerykańskim stylu: tłumy na Times Square i wszystkich innych placach świata, wóda, dziwki, lasery, łzy szczęścia, happy end. Wzruszyłbym się, gdyby wreszcie udało się wymyślić coś innego.
@sireplama Niestety nie, to Matt Damon, czy jak mu tam.
Tu się gość czepia bardziej szczegółów filmu - słusznie, na wiele z tych rzeczy nie zwróciłem uwagi, albo je olałem. Ale ciekawy filmik, dzięki.
Mi chodziło przede wszystkim o realia samego Marsa i wyprawy
Piękne siostry Catherine Deneuve i Françoise Dorléac jako utalentowane muzycznie bliźniaczki poszukujące sławy i miłości.
Przepiękne zdjęcia, piosenki, od których nóżka sama zaczyna podrygiwać i utalentowana obsada. Zabrakło jednak fabuły - historia przedstawiona w filmie jest czysto pretekstowa, Panienki z Rochefort to właściwie wydłużony do ponad 2h teledysk. Ja jednak wolę musicale z konkretną fabułą, które obroniłyby się nawet jako dzieła pozbawione pląsów i śpiewu, jak Parasolki z Cherbourga tego samego reżysera.
Światowy klimat ulega rozregulowaniu. Powodzie, trzęsienia ziemi i przede wszystkim oceany zalewające lądy. Największy kataklizm dosięga Nowego Jorku.
Reszta fabuły skupia się na grupie ocalałych (m.in. na głównym bohaterze, Martinie), którzy próbują odnaleźć się w nowej, postapokaliptycznej rzeczywistości.
Efekty specjalne średnie nie jest to poziom kartonów Mostowiakówny ale daleko im do poziomu Metropolis. reszta w porządku. Link w komentarzu
Kategoria: Anime / Komedia / Psychologiczny / Romans / Slice of Life / Supernatural
Czas trwania: 9h 35min
Ocena: 8/10
Tytuł angielski: Call of the Night | Tytuł oryginalny: Yofukashi no Uta
Format: TV, 2 sezony 13 odc i 12 odc, 23min/odc | Źródło: Manga | Studio: LIDENFILMS | Ocena na AniList: 7.9/10 | AniList | MyAnimeList
Rzadki moment gdzie anime ma oficjalną polską nazwę xD. Nic nadzwyczajnego ale to ma bardzo przyjemny klimat i vibe. Fabuła jest dość prosta a świat przedstawiony zdaje się mieć dużo dziur i nieścisłości nad którymi się lepiej nie zastanawiać aby nie zaniżać oceny xD. Po prostu to się bardzo dobrze oglądało mimo, że nie za dużo się dzieje.
Niestety jest to historia niedokończona ponieważ oba sezony adaptują około 100 z 200 rozdziałów mangi. Sama manga jest już wydana w całości i zaraz zabieram się za jej czytanie. Ogólnie jest to prawie pewne że powstanie jeszcze 3 sezon i może nawet 4 ale stanie się to najwcześniej za 2-3 lata a ja zwyczajnie chce poznać zakończenie już teraz.
To jest też ten nieliczny przypadek gdzie mogę pochwalić ADN za polskie napisy ponieważ zatrudnili do tego osobę która odpowiada za oficjalne tłumaczenie mangi na polski język. Na 2 sezony znalazłem może 2-3 literówki i to wszystko. W porównaniu do innych napisów w tym serwisie te były pierwsza klasa.
Oraz mega mi się podobały oba openingi. Ja nawet nie znałem tego zespołu (Creepy Nuts) ale teraz jestem już fanem.
@Catharsis Odnośnie samego anime to warstwa muzyczna i animacja była rzeczywiście dobra, a z postaci najciekawsza była pani detektyw. Fabuła rzeczywiście była trochę za prosta i miałem nadzieję na coś bardziej rozbudowanego.
Serial, ale tak dobry, że pozwoliłem go sobie dodać do licznika filmów. Do tego niedługi, bo 1 sezon z 7 odcinkami.
Opowieść o depresji, niskiej samoocenie i marnych próbach szukania pary w aplikacji randkowej. Brzmi jak przykry dramat? Trochę pewnie nim jest, ale jest także ociekającym srogim krindżem kryminałem ze świetnymi plot-twistami. Narracja jest prowadzona rewelacyjnie, co chwila zmieniałem teorię o co w tym wszystkim chodzi.
Aktorsko: David Harbour - rola życia, jeśli chodzi o dotychczasowy dorobek. Z jakiegoś powodu urzekł mnie także Richard Jenkins. Jeśli aktorstwo to za mało, to ujęcia, kolory - wszystko jest na wysokim poziomie, co sprawia, że ciężko się oderwać i wręcz chce się wszystko obejrzeć od razu, do samego końca.
Jako ostrzeżenie - na ekranie pojawiają się penisy. Nie raz, nie dwa, ale dużo razy i dlatego też dodałem kategorię "erotyczny".
Ostatnio z dziewczyną zastanawialiśmy się nad serialami, które są dłuższe niż trzy sezony i zachowały wysoki poziom do samego końca. Zgodnie stwierdziliśmy, że... nie ma ich zbyt wiele. I „The Boys” nie dołączyło do tego grona.
Pierwszy sezon był niesamowity. Kilkukrotnie wspominałem, że nie przepadam za superbohaterami (mimo sympatii do niektórych animacji oglądanych w dzieciństwie), ale „The Boys” sprawiło, że ich polubiłem. Głównie dlatego, że supkowie okazali się tymi złymi. Pokazanie ich w niekorzystnym świetle było świetnym pomysłem, a Homelander, który jest ala Supermanem, tylko że krwawym, to jeden z lepszych antagonistów. Nawet przedwczoraj, przed finałowym odcinkiem, obejrzałem sobie kompilację jego najbardziej chorych akcji, żeby jeszcze raz poczuć ten „dreszczyk”.
Szkoda tylko, że wysoki poziom utrzymuje się do końca trzeciego sezonu. Czwarty... tak naprawdę mógłby się nie wydarzyć. Ani trochę mi się nie podobał, ale obejrzałem z chęci sprawdzenia, jak zakończy się ta historia. No i żeby zobaczyć, jak Homelandorowi coraz bardziej odpierdala.
Początek piątego sezonu był bardzo obiecujący. Naprawdę, po dwóch obejrzanych odcinkach pomyślałem, że okej, może jakoś twórcy wynagrodzą beznadziejny poprzedni. Niestety, wciąż jest źle oprócz nielicznych momentów.
Tak uwielbiany przeze mnie niewybredny humor stał się jeszcze gorszy. Pełno żartów o penisach, ssaniu penisów, ruchaniu, pornografii i et cetera. Cieszę się, że chociaż podczas jednej bardzo poważnej sceny scenarzysta powstrzymał się od wtrącenia jakiegoś „śmiesznego” tekstu, za to nie oszczędził tego przy kolejnej. Za dużo tego.
Pojawiło się też wiele niepotrzebnych scen, sztucznie przedłużających serial. Cholera, pojawił się nawet cały niepotrzebny odcinek. Szósty zakończył się fenomenalnie, już myślałem, że to świetny wstęp do finału... po czym nastąpił siódmy.
W ogóle zakończenie całej historii to śmiech na sali i ani trochę mi się nie podobało. Homelander zostaje zabity - to było oczywiste i nie powinno stanowić dla nikogo zaskoczenia. Szkoda tylko, że pokonanie go było z d⁎⁎y. Chłopakom tyle czasu zajęło stworzenie wirusa zdolnego zabić nawet Homelandera, a potem ścigali się z nim w znalezieniu dawki V1, tylko po to, żeby okazało się, że Homelander stał się nieśmiertelny. I moment, w którym się to stało, był fenomenalny! Tylko że twórcy w ogóle z tego nie skorzystali.
Ogółem Homelander to ciekawy przypadek osoby, która pomimo bycia najpotężniejszą na świecie przejmuje się tym, że... ludzie go nie lubią. Gdybym każdego, kogo nie lubię, mógł bezkarnie potraktować laserem, to tym bardziej nie zależałoby mi na czyjejkolwiek sympatii. No ale najwidoczniej nikt w Vought nie pomyślał o tym, żeby zainwestować trochę pieniędzy w psychoterapię Homelandera, którego problemy zaczęły się już w dzieciństwie.
Wracając do sposobu pokonania antagonisty: jasne, mieli po swojej stronie geniuszkę, ale serio, stworzenie z Kimiko kogoś równie potężnego co Soldier Boy? I to w praktycznie jeden odcinek? xD
Pomijam to, że Homelander miał wiele okazji, by powstrzymać Chłopców, ale oczywiście chroniła ich fabularna zbroja. Może to kwestia coraz gorszej psychiki, może kwestia tego, że scenarzysta nie wiedział, jak zakończyć serial. Trudno powiedzieć.
Sama walka to też śmiech na sali. Pewnie mało który supek sprzyjał Homelandorowi szczególnie po tym, jak udowodnił, że potrafi zabić kogoś ot tak, z kaprysu, więc rozumiem, że nikt nie ruszył mu na ratunek, ale ponownie, najpotężniejszy supek na świecie walczył z Butcherem jak równy z równym??? Kimiko, którą nagle nawiedził martwy Frenchie??? xD Ryan, który najpierw został zmasakrowany przez ojca, a potem również walczył z nim prawie jak równy z równym???
To akurat nie wada, ale szkoda, że Butcher nie pozostawił pozbawionego mocy Homelandera na pastwę ludzi, których przez tyle lat trzymał w strachu. Uważam, że to byłaby dla niego lepsza kara, gdyby musiał bać się jak ci, których mordował. No ale to tylko preferencje.
No nic, szkoda, że tak dobrze zapowiadający się serial został tak zepsuty w dwóch ostatnich sezonach.
to weź sobie gówniane GenV zapodaj - spinoff polegający na wyciągnięciu kontrowersji i brzydkich wyrazów i zrobienia razy tysionc. to nawet nie jest słabe, to jest przykre i smutne...
Najnowsza ekranizacja jedynej powieści Emily Brontë, chociaż właściwszym byłoby tu określenie reinterpretacja.
Przełom XVIII i XIX wieku. Zubożały szlachcic sprowadza do domu cygańskiego przybłędę, Heathcilffa, którym zamierza się zaopiekować. Z czasem, między nim a jego córką Katy, rodzi się uczucie, niemożliwe do spełnienia z powodu konwenansów, sprowadzając na nich przekleństwo.
Film zrobił na mnie złe wrażenie. Cała powieść została okrutnie okrojona i spłycona. Zabrakło kilku postaci, a sam główny wątek został w zasadzie urwany w połowie. Strona wizualna, poza pięknymi plenerami, także w mojej opinii jest nietrafiona. Sztuczność, wręcz teatralność głównych lokacji odziera film z gotyckiego uroku powieści. W konsekwencji początkowe wrażenia są tak złe, że za pierwszym podejściem zakończyłem oglądanie po jakichś trzech kwadransach.
Film ratują trochę aktorzy odtwarzający pierwszoplanowe postacie, których gra jest na tyle dobra, że widać niemal autentyczną chemię między bohaterami. Z drugiej strony, ich relacja w pewnym momencie zostaje okrutnie spłycona tylko do zwierzęcego pożądania, odzierając ją z większej głębi.
Moja ocena to "ujdzie", ale odejmując po punkcie za sztuczną scenografię i netflixowy zwyczaj wciskania wszędzie "różnorodności", daję ostatecznie 2.
@michal-g-1 OP w komentarzu wyżej ma rację, mnie irytuje tekst typu "to adaptacja, nie musieli się trzymać powieści". Skoro tak, to czemu wgl podpinali się pod powieść Emily Brontë? Mogli to nazwać "Mroczne pożądanie", "Namiętność na wrzosowisku" czy coś w ten deseń i nadać postaciom inne imiona. No ale wtedy nie można byłoby się polansować na kontrowersjach i nie przyciągnęłoby się fanek Wichrowych Wzgórz do kin.
@bori już po trailerze było widać, że z książką ten film będzie miał wspólne jedynie tytuł i imiona postaci i że ogólnie wyjdzie porno dla niedorżniętych mamusiek. Oczekiwania zostały w 100% spełnione, wyszło gunwo, którego, jak zauważyłam w necie, bronią przeważnie najwyraźniej niedopchane grażyny
Drugi sezon serialu. Znana z pierwszej części para detektywów poszukuje sprawcy zabójstw, który najpierw śledzi i prześladuje ofiary, następnie je porywa, a martwe ciała zostawia ucharakteryzowane w specyficzny sposób. Do tego niewyjaśnione zaginięcia z okresu kilku lat.
Zdecydowanie dobry sezon, utrzymujący poziom pierwszego. Fabuła ciekawa, rozwiązanie zagadki niebanalne, wyraziste i nieszablonowi bohaterowie. Do tego odważne zagrania fabularne. Polecam.
Pie⁎⁎⁎⁎⁎ięta stara baba wiąże się z młodszym chadem dynamiczniakiem, który okazuje się seryjnym mordercą.
Mógłby to być nawet przyzwoity dramat o niewydolności systemu sądowego w UK, gdyby nie fatalnie napisana i zagrana postać Delii Balmer. Na poziomie scenariusza protagonistka, kobieta w wieku mocno dojrzałym, zachowuje się jak rozwydrzona edgy nastolatka. Co do gry aktorskiej zaś, to Anna Maxwell Martin zagrała ofiarę przemocy w tonie Grażyny z urzędu wkruwionej, że musi obsłużyć petenta zamiast przeglądać Zalando.
Jeśli kręcisz dzieło o przemocowym związku i widz zaczyna mimowolnie kibicować oprawcy zamiast współczuć ofierze, to wiedz, że zjebałeś/aś jako reżyser.