Oparta na faktach historia niemieckiego małżeństwa Wittmerów, które idąc śladami lekarza i myśliciela Friedricha Rittera, przeprowadziło się na początku lat 30. na wyspę Floreanę w archipelagu Galapagos. Od początku napięte stosunki między rodziną Wittmerów a Ritterem pogorszyło pojawienie się podającej się za baronową Eloise Bosquet de Wagner i jej dwóch kochanków, którzy wybrali Floreanę jako miejsce budowy ekskluzywnego kurortu wypoczynkowego.
Dobry film, dobrze zrealizowany i zagrany i nie rozumiem czemu, mimo gwiazdorskiej obsady, przeszedł praktycznie bez echa (i w konsekwencji poniósł klapę). Na pewno stanowi on powiew świeżości w zalewie kolejnych nieudanych rebootów i sequeli.
Trzeba przyznać, że Sydney Sweeney nie waha się wybierać wymagających ról, które nacisk kładą na grę aktorską, a nie epatowanie atrakcyjnym ciałem. Taką postawę można jedynie pochwalić, przynajmniej dziewczyna nie rozpłynie się w niebycie, gdy wbije 35 lvl i stanie się za stara na obiekt spermienia.
Książkę czytałem dwa razy, więc właściwie ten sens był głównie próbą porównania. Na początku nieco protestowałem, bo usunęli cały proces zrozumienia co się dzieje, ale w sumie to nie serial, żeby można było na to poświęcić 50 minut. Z drugiej strony pozbyli się wielu ziemskich wątków z książki, które w sumie nie miały zbyt wielkiego znaczenia. Generalnie udało im się z tego zrobić całkiem miłe kino - Gosling na pewno w tym mocno pomógł (w książce Grace nadrabiał naukowym podejściem, a nie humorem, ale w kinie to nie przejdzie).
Zdecydowanie wolę książkę - różne zdziwienia i odkrycia, uczenie Rockiego rzeczy, o których nie miał pojęcia - coś dla mnie [oczywiście pomijając mnóstwo różnych problemów i nieścisłości, bo Erydian nie powinno tam w ogóle być, ale w sumie lepsze to niż Marsjanin]. Muszę przyznać, że zrobili całkiem ładny i udany obraz z tego.
Czy wrócę do tego filmu? Raczej nie.
Biografia Howarda Hughesa, amerykańskiego przedsiębiorcy, producenta filmowego i lotnika.
Film chaotyczny, miejscami niepotrzebnie rozwleczony, miejscami prowadzony po łebkach. Scorsese chciał, zdaje się, nakręcić pełen biopic Hughesa, ale tak bogaty życiorys to materiał na cały serial, a nie jeden film, więc wyszło średnio. Bardziej, niż fabuła, to dzieło ciągną aktorzy.
Klimat tamtych czasów bardzo dobrze pokazany, podobnie jak główna rola bardzo dobrze zagrana, takie mam wrażenie. To do czego mam uwagi to fakt, że nie pokazano wielu ważnych momentów z życia Chopina, a niektóre z tych, które pokazano nieco zmieniono. Generalnie film godny polecenia, ale jeśli się wgłębić w biografię Fryderyka Chopina, to widać dużo ubytków.
28 lat później – Część 2: Świątynia kości to jest dla mnie proble, bo ten film to dosłownie dwie zupełnie różne produkcje sklejone w jedną całość.
Pierwsza połowa to czyste 2/10. Słabizna i głupota. Jasne, można zrozumieć, po co twórcy to nakręcili i co chcieli tym fragmentem zbudować, ale wyszło to okropnie. Nie znoszę filmów, które pokazują bezmyślne okrucieństwo tylko po to, żeby zaszokować widza – od razu przypominają się najgorsze momenty z serii Hostel. Co gorsza, tutaj ten cały sadyzm nie był nawet nakręcony w jakiś efektowny czy widowiskowy sposób. Było po prostu szaro, nudno i bez pomysłu.
Za to druga połowa? Wszystko zmienia się o 180 stopni, kiedy na ekranie zaczyna dominować Ralph Fiennes. Gość jest po prostu genialny. Wizualnie wygląda jak totalny wariat i sam szatan, ale jego zachowanie to czysta klasa – działa jak zimny, kalkulujący (i nieco szalony) naukowiec. I to jest dokładnie to, czego najbardziej brakowało w obu filmach z tej serii. Najłatwiej jest przecież pokazać upadek cywilizacji, krew i ludzi skaczących sobie do gardeł. Prawdziwą sztuką w kinie postapokaliptycznym jest pokazanie sensownej próby ratowania tego świata, która ma ręce i nogi. Fiennes wnosi do tej historii upragnioną logikę i totalnie ratuje drugą część seansu.
Ten film to niesamowity rozkrok. Jeśli oceniać go przez pryzmat całości, to równe połówki dają nam coś w okolicach mocnego średniaka. Ale ze względu na drugą część i popis Fiennesa, po prostu trzeba to zobaczyć – nawet jeśli przez pierwsze kilkadziesiąt minut trzeba mocno zgrzytać zębami.
@PrzylecialWiekszySamolot Ralph Fiennes robiący pokaz "satanistyczny" tańcząc do utworu Iron Maiden "The Number of the Beast" jest warty przemęczenia się całą resztą
Wizualnie to jest absolutny kosmos – dosłownie i w przenośni. Illumination znowu dowiozło niesamowite kolory, a galaktyczne światy, planety i całe Obserwatorium Komety wyglądają obłędnie. Dla fanów gier upchnięto tutaj taką masę smaczków, że momentami można dostać oczopląsu. Pojawienie się Rosaliny (w oryginale z głosem Brie Larson), uroczych Lumasów, Bowsera Jr. z jego pędzlem, a nawet takich niespodzianek jak Honey Queen czy Wart sprawia, że wyłapywanie tych wszystkich detali w tle daje chyba nawet większą frajdę niż samo śledzenie fabuły. No i Yoshi oraz Luigi w stroju żaby robią świetną robotę.
Problem polega na tym, że twórcy trochę przesadzili z ilością postaci i wątków. Przez to, że chcieli pokazać absolutnie wszystko na raz, scenariusz stał się strasznie chaotyczny i rwany. Historia o ratowaniu porwanej Rosaliny jest do bólu prosta i momentami ma się wrażenie, że to po prostu zlepiona seria ładnych animacji, które pędzą na złamanie karku. Pierwsza część z 2023 roku miała jednak trochę lepiej poukładane tempo.
Mimo wszystko, jeśli szukasz czegoś totalnie bezspinowego na wieczór z dzieciakami, gdzie Ty będziesz się cieszył z nawiązań do gier z dzieciństwa, a reszta rodziny dostanie piękną, kolorową rozrywkę, to ten film idealnie spełni swoje zadanie. Solidne 6/10 – wizualna uczta, która fabularnie trochę nie domaga, ale i tak warto sprawdzić.
Nie polecam tego filmu dość wrażliwym ludziom. Film jest przygnębiający, przeraźliwie smutny, z dość bezsilnym przekazem - już mi się robi smutno gdy o tym piszę.
To film o traumie - głębokiej, najgłębszej wręcz, która tyka niczym bomba w ciele człowieka, w którym mało już zostało tego człowieka co kiedyś.
Film nie pokazuje nam wszystkiego, bo trafiamy w środek egzystencji powojennej Róży, i jej męża Juliusza. Możemy tylko domyślać się, z pozostawionych tropów, że Róża spodziewała się po wojnie, że jej mąż nie żyje i szukała już bliskości z pewnym profesorem. Ale Juliusz wrócił, ocaleniec z obozu koncentracyjnego. Tyle, że to nie jest ten sam Juliusz co kiedyś. To praktycznie wrak człowieka, niewiele zostało z tego wspaniałego ukochanego przecież.
Róża więc trwa przy swoim mężu, chociaż przypomina on bardziej niepełnosprawne dziecko niż prawdziwego dorosłego, nie chcąc go jeszcze bardziej skrzywić, chociaż profesor zaczyna nalegać by kobieta wybrała pomiędzy nim a mężem. Róża jednak ma sporo empatii dla Juliusza i nie umie podjąć decyzji.
Dużym wsparciem dla Julka jest ich gosposia, która w sumie mówi do niego jak do dziecka. Julek potrafi całkiem sporo, może pójść do sklepu, uśmiecha się, czasem wydaje się, że tli tam się iskra nadziei na powrót dawnego mężczyzny. Ale to ułuda. On jest już tak zniszczony, że byle wspomnienie może znów zamienić go w obłąkańca.
Juliusz (tego też domyślamy się ze scen, nie jest powiedziane nigdzie wprost) był ofiarą ssmanów, którzy lubili "zabawiać się" znęcaniem nad więźniami - na przykład kazali im tańczyć w kółko aż padnie ostatni - i tym ostatnim, który walczył o życie był właśnie Juliusz. I cóż, może uratował życie, ale tylko fizyczne. W środku siedzi już tylko roztrzaskana na kawałki dusza o ranach, których nie da rady opatrzyć.
Bardzo, bardzo smutny film... Jeszcze nie widziałam tak mocnego przekazu o traumie powojennej.
Co prawda czasy Wielkiej Rewolucji Francuskiej to nie moja bajka i nie rozumiałam do końca powiązań, spraw, i ogólnie historycznych i politycznych powiązań w tym filmie, ale nie przeszkadzało mi to oglądać obrazu z zachwytem.
Wielu zachwyca się rolą Depardieu w tytułowej roli, ale dla mnie sztos-aktorem tego tytułu był Wojciech Pszoniak jako Robespierre. Zresztą same rozmowy Dantona z Robespierre to bezsprzecznie najlepsze fragmenty filmu.
Nie ma tam dużo akcji, za to dużo gadania, kombinowania jak pozbyć się Dantona i jego kolesiostwa (fun fact: Robespierre'a i jego stronników grają Polacy, zaś "dantonistów" - Francuzi).
Nie ma tam miejsca na nic innego, oprócz politycznych rozgrywek. Żadnych miłostek, pobocznych wątków.
Sprawa toczy się o kształt demokracji, a jednak mamy na koniec wrażenie, już po zgilotynowaniu Dantona, że to puste hasła, a równość to tylko demagogia, za którą kryją się polityczne i brutalne szachy, nie ma w tym żadnej chwały - jeden z dantonistów, mimo że ma żonę i świeżo urodzone dziecko i boi się śmierci, to jednak mimo, że ma wybór - może uratować skórę - postanawia zginąć razem z kolegami, chociaż każdy mówi - ratuj się ty chociaż.
Tylko potem Robespierre choruje fizycznie złożony w łóżku na wyrzuty sumienia.
Oprócz potyczek słownych dwóch szefów rewolucji i scen w sądzie, jedną z najbardziej wstrząsających scen jest śmierć Dantona. Koniec końców symbolem wielkiej rewolucji stała się także przecież gilotyna.
Polecam, nawet jeśli mało się zna historyczne podstawy - jak ja - to film ogląda się z szeroko otwartymi oczami. Aktorzy są poprowadzeni mistrzowsko, ogląda się wybornie, ale w końcu to dzieło pana reżysera Wajdy, więc co się dziwić.
Nie wiem od czego zacząć, raczej nie oglądam donghua - chińskiego odpowiednika anime, wiele mnie po prostu odstrasza, przesadzona animacja komputerowa, która aż razi, modele 3d wyglądające jakbym oglądał letsplay jakiegoś tekena.
Odbiór chińskiej kultury jest dla mnie trudny, jeśli się zdecyduje już na przeczytanie lub obejrzenie czegoś, to albo mamy niezrozumiałe nawiązania do historii, albo wklejoną w opowieść doktrynę komunistycznej partii chin.
Dlaczego więc zdecydowałem się obejrzeć? Pewnie dlatego że czytałem manhuę.
Release that Witch skupia się na historii inżyniera który pewnego razu budzi się w innym świecie stylizowanym na średniowiecznej Europie jako księciunio i postanawia swoją wręcz czasami encyklopedyczną wiedze przekuć w citybuildera zmieniając tą fantastyczną "Europę" na modłę komunistycznych chin z nutką epoki trzech dynastii.
A no i mamy czarownice i magie, ale to chyba szczegół.
Wyszło tylko 8 odcinków, z planowanych 12, wydawca się wycofał czy coś, ale patrząc na zainteresowanie serią wydaje mi się że zostanie produkcja wznowiona.
Lubię dawać drugą szansę filmom i książkom. Może widziałem je/czytałem w złym momencie, może byłem za głupi żeby zrozumieć? Ale tym razem to nie pomogło.
Z perspektywy fabularnej: W tym filmie wątki nie mają ani początku, ani końca, mimo że był potencjał w kilku z nich na naprawdę niezłe historie. W efekcie nie wiemy, o czym film jest i jaką historię nam opowiada. Bohaterowie nie mają celu, który realizują, historia donikąd nie zmierza. Nie wiemy nic o głównych bohaterach, nie ma żadnego tła historii, wstępu, nie wiemy nic o miejscowej drużynie, o ambicjach, celach. Nawet wątek romantyczny został jakoś popierdzielony. Niby jest główny bohater, jakaś dziewczyna, która się kręci, ale czy mają się ku sobie, czy może trafiają po prostu na siebie? W jednej scenie on ją chyba gw*łci, ale w sumie niewiadomo. W ostatniej on patrzy, jak ona się wyprowadza i widać żal w ich oczach. Są jakieś sceny z dzieckiem podpatrującym głównego bohatera przez okno, ale kim jest to dziecko? Co ono robi? No i tak właśnie wyglądają wszystkie wątki i postacie w filmie. W tym filmie rzeczy się po prostu zdarzają, ale nie ma to wpływu na nic. Do tego motyw znany z cut scenek w grach czy tureckich seriali - kadr z dystansu na miejsce, w którym dzieje się akcja, kilka scen wewnątrz, powrót do kadru na miejsce, w którym działa się akcja. Kiepskie efekty specjalne, poziomem porównywalne do ostatniej produkcji Techlandu z 2015. Bardzo zła muzyka (to film o żużlu, a nie impreza w hobbitonie!). Ten film powstawał przeokropnie długo i miał problem z dystrybucją i myślę , że każdy, kto go obejrzy, zrozumie, dlaczego.
Sportowo: Nic się tu nie zgadza. Począwszy od wyniku 15:17 na tablicy w jednym momencie, przez logikę, bo główny bohater jest przedstawiany jako wybitny żużlowiec, a z drugiej strony nie ma kasy na silniki i próbuje ją pożyczać od "gorszych" kolegów. Koledzy z drużyny w zawodach drużynowych rywalizują między sobą na smierć i życie, przez co nie do końca wiadomo, czy w sumie oglądamy zawody drużynowe, czy indywidualne, właściwie o co jadą i z kim. Realia są jakieś zamazane, bo stadion, kombinezony, otoczka zawodów sugerują lata 2010-obecnie, tymczasem styl życia zawodników - mieszkanie po suterenach, dojeżdżanie na zawody rowerem, dostawanie punktówki do kieszeni po zawodach, posiadanie garażu gdzieś w jakiejś spelunie, chodzenie na piwo po zawodach i unikanie oklepu od kibiców za słaby wynik, to takie w sumie lata 70. Da się tu odnaleźć odniesienia do rzeczywistych zdarzeń. Kibice mogą rozpoznać wątek śmierci Lee Richardssona i wydarzeń z meczu Gorzów-Zielona Góra z 2012 roku, ale oczekiwałbym nieco więcej, biorąc pod uwagę produkcję, przy której pracowali żużlowcy, a ekipa regularnie odwiedzała różne stadiony.
W sumie, biorąc pod uwagę, że przy produkcji dużo do powiedzenia miał Jacek Hugo-Bader, autor najbardziej nierzetelnego reportażu-artykułu o żużlu, który w 2006 opisał całą dyscyplinę jako tę, gdzie dzieci z rodzin z marginesu społecznego, degenerackich domów próbują wyrwać się z nędzy ryzykując życie na torach, i albo giną na torze ku uciesze gawiedzi, albo popełniają samobójstwa, to można zrozumieć, czemu ona wygląda jak wygląda.
Trzy rzeczy podciągają ocenę z 0 do 1: Gra Ziętka – według mnie to jeden z lepszych polskich aktorów, robił, co mógł (trochę jak Linda w "Powidokach"), gra Tadeusza Kostro – jak na amatora, to według mnie on ratował ten film w scenach, w których był, oraz zdjęcia – Artur Reinhart zrobił z Przemyśla Florencję.
Żużlowy laik nie wyniesie z tego filmu nic, żużlowy kibic wyniesie zawód i poczucie zmarnowanego czasu.
To chyba jeden z najbardziej piekielnych horrorów ever - dosłownie. Bowiem opowiada o ucieczce z piekła i tego, co z tego wynika.
Frank to zły człowiek pod przykrywką hedonisty. Uwielbia korzystać z uciech życia, ale i to dla niego za mało. Zdobywa tajemniczą kostkę, która ma otworzyć przed nim drzwi do nowych, kompletnie niepoznanych doznań. To są drzwi do piekła tak naprawdę, ale strażnicy kostki, czyli Cenobici nawet gdy odrywają kolejne kawałki ciała z ofiary tajemniczej kostki, dalej zachwalają swoją działalność - bo czyż ból nie jest przez niektórych pożądanym doznaniem? A w wymierzaniu bólu kto może być lepszy niż mieszkańcy piekieł?
Tak się składa, że dom, w którym bawił Frank, przejmuje jego brat wraz z żoną i swoją córką, Kirsty (która jednak bywa tam tylko gościem, nie przepadają ze sobą z Julie, i młoda woli mieszkać sama). Larry nie wie, że lata temu, jeszcze przed ich ślubem, Julia wpadła w romans z przystojnym i pewnym siebie Frankiem. Wtedy też przeżyła ruchańsko życia, i stary dom przywołuje te wspomnienia.
Przypadkowo przelana krew Larry'ego na strychu (rani się wystającym gwoździem) przywraca części Franka z piekieł. Ale wciąż jest niepełny i słaby, więc prosi Julie by mu pomogła - w końcu lata temu powiedziała mu, że zrobi dla niego WSZYSTKO. Tak też Julie wyrusza na łowy, przyprowadza randomowych facetów na strych, Frank ich pożera i zbiera więcej ciała i sił.
Jednak ich sekret odrywa pasierbica Julie - młoda Kirsty, która na pewno urody i sprytu nie odziedziczyła po swoim ojcu. Niby młoda dziewczyna, ale udaje jej się uciec z łap Franka. Mając w rękach kostkę, postanawia poszukać w niej tropu, który wyjaśni jej czego doświadczyła w domu ojca. Przywołani Cenobici za nic jednak mają jej tłumaczenia, ale sprytna Kirsty układa się z nimi, że w zamian za siebie wystawi im uciekiniera z piekieł.
Dalej już nie opowiadam, bo to i tak prawie połowa filmu. Filmu mocnego, krwawego, pełnego ludzkich niegodziwości (vide Frank i Julie), piekła od środka, do którego zaglądamy dzięki kostce, wypełnionego zdeformowanymi poczwarami i strażnikami kostki, którzy "świadczą" usługi pleasure+pain.
Na pewno był to i w pewnym sensie wciąż jest nietypowy horror - chyba niewiele rzeczy potrafi tak przerazić jak przekonująco pokazane piekło od wewnątrz, rzadko wygląda krindżowo (poza poczwarką goniącą Kirsty, ale można to zrzucić na bakier efektów z tamtych czasów). Sami Cenobici wyglądają silnie niepokojąco, a flaki i krew to rzeczywistość piekła i ludzi, którzy z nim igrają.
Na mnie ten film wpłynął bardzo mocno - widziałam go za dzieciaka, i potem kilka razy także i za każdym razem zaskakuje mnie, jak świetny to horror, który daje widzowi oberwać obrzydliwościami, gore i narastającą grozą, za którą w sumie stoi nadal ludzka psychika.
PS I: W tłumaczeniu (oglądaliśmy w odnowionej kopii ale z lektorem vhsowskim - czytał Marek Gajewski) ostatnia legendarna już fraza "Jesus wept" została przetłumaczona jako... "Chrystusa nie było".
PS. Za tydzień mamy seans drugiej części Hellraisera, którą już tu opisywałam, więc nie wiem jeszcze czy będzie sens dodawać kolejny opis w ciągu pół roku - ale umówmy się, że jeśli odkryję coś nowego lub współdzielony seans przyniesie nowe doznania - to opiszę to tutaj
Tytuł: Cesarzowa (ang. The Curse of the Golden Flower)
Rok produkcji: 2006
Kategoria: Dramat historyczny
Reżyseria: Yimou Zhang
Czas trwania: 1h 51m
Ocena: 8/10
Chiny, X w. Stary cesarz postanawia po cichu pozbyć się małżonki. Nie wie, że ta knuje spisek mający na celu jego detronizację.
Zachwycające zdjęcia, scenografia i kostiumy + świetnie zagrana (zwłaszcza przez piękną Gong Li) historia w stylu szekspirowskim. Gdyby nie nierealistyczne walki w stylu wuxii, byłby to właściwie film wybitny, w lidze Żegnaj moja konkubino i Zawieście czerwone latarnie (oba ze świetnymi rolami Gong Li), a przez latających wojowników niepotrzebnie stracił na realizmie.
Kapitan Jim Gordon (John Wayne) dowodzi słynną formacją zwaną "Latającymi Tygrysami". Jest to grupa amerykańskich pilotów, którzy zgłosili się na ochotnika do walki z Japończykami, podczas konfliktu chińsko-japońskiego, jeszcze zanim Ameryka sama przystąpiła do II wojny światowej. Lecz dla Gordona problemem nie będą przeważające siły wroga, tylko porywczy i stwarzający masę kłopotów, pilot Woody Jason (John Carroll), któremu na dodatek wpadła w oko dziewczyna kapitana Gordona, Brooke (Anna Lee).