Choć pewna siebie aż do przesady Fujino i stroniąca od ludzi Kyomoto to zupełne przeciwieństwa, wspólna pasja do tworzenia mangi zbliża te dwie dziewczyny z małego miasteczka.
Jednak nie dla mnie te współczesne anime. Kreska średnio mi się podoba, fabuła słaba.
Nie podobało mi się. Wole obejrzeć tysięczny raz Akire albo inne Ghibli
To był mój drugi Argento i na razie sobie raduję. Co prawda lepiej mi się oglądało Tenebre niż Suspirię - to głównie zasługa lepszego aktorstwa i dobrych dialogów. No i akcja w pewnym momencie rusza z kopyta i już się nie zatrzymujemy. Ot, włoski slasher i do tego klasyczne giallo. Bardzo fajna muzyczka, to na pewno na plus.
Peter Neal to twórca popularnych powieści kryminalnych. W czasie pobytu w Rzymie okazuje się, że w mieście grasuje morderca, który inspiruje się jego twórczością. Zaczyna się wyścig z czasem i próba pomocy policji w tej sprawie. Dużo zabijania, krwi, i plot twistów. Jak coś jest na Netlix.
Marcello pracuje dla tajnych służb, Włochy są faszystowskie akurat, a mężczyzna chce być "normalny", być jak inni, więc przyjmuje łatkę faszysty ze swobodą, do tego żeni się z drobnomieszczanką, zwyczajną, głupiutką, ładną - taka pod żonę, jak sam podkreśla - wszystko by wkroczyć na ścieżkę życia zwykłego człowieka. W głowie i sercu ciągnie za nim się zbrodnia, której dokonał jako dziecko, albo przynajmniej tak mu się wydaje.
Ale nie może być zwykłym człowiekiem, ktoś kto dostaje zadanie unieszkodliwienia profesora filozofii, który akurat był też wykładowcą głównego bohatera, gdy ten studiował. Marcello wykorzystuje swoją podróż poślubną jako rzut na zrobienie misji. W Paryżu zyskuje kontakt z profesorem, ale jego piękna młoda żona zawraca naszemu bohaterowi w głowie i zaczyna się lekki wachlarz zwątpienia i pojawia się rysa indywidualizmu przeszkadzająca w wykonaniu zadania.
W sensie realizacyjnym jest bardzo dobrze, w sensie rozliczania kraju z faszyzmu też. Na pewno warto obejrzeć ten by lepiej zrozumieć czemu masy poszły w ramiona faszyzmu. Do tego sporo filozofii, jest naprawdę to świetny film dla głowy, w doskonałym realizacyjnym sosie.
Nie znam zbyt dobrze postaci Simony Kossak - jedynie z paru opowieści z drugiej ręki oraz z rozmów z osobą, która interesuje się biolożką. I nie uważam, żeby film wykorzystujący jej imię i nazwisko pomógł mi ją lepiej poznać.
Jest trochę o jej relacji z toksyczną matką, jest trochę o jej relacjach z nie do końca odpowiednimi mężczyznami, jest trochę o jej relacji z naturą, trochę o dziedzictwie Kossaków - dużo tych „trochę” i odniosłem wrażenie, że żaden z wątków nie został należycie rozwinięty, przedstawiony.
Tak to całkiem w porządku film. Niektóre ujęcia były ładne, ale wszystko jakieś takie bez szału. To na pewno nie jest film, który zapadnie w moją pamięć.
czytałem jej ksiązki i widziałem zwiastun filmu. W moim odczuciu patrząc na trailer to wyszło słabo i nie mam ochoty oglądać, wręcz coś mnie od filmu odrzuciło po obejrzeniu zwiastuna, a ksiązki łykałem jak młody pelikan. wydaje mi się, ze za dużo w filmie maczało palców ekooszołomów, którzy chcieli z Simony zrobić cos na swoje podobieństwo. No nic może kiedyś obejrzę i bede miał pełniejszy obraz, choc po tym wpisie nie czuje sie zachecony do obejrzenia filmu, w przeciwieństwie do jej książek, które bardzo lubię.
Obsada: Frank Sinatra, Rita Hayworth, Kim Novak, Hank Henry
Czas trwania: 1h 51min
Ocena: 7/10
Joey Evans jest przystojnym, uroczym, zabawnym i utalentowanym tancerzem. Wdaje się w romans ze starszą od siebie, bogatą wdową, Verą Simpson. Chce wykorzystać jej fundusze do utworzenia własnego nocnego klubu i zorganizowania powalającej na kolana rewii. Ale sprawy komplikują się, gdy na jego drodze pojawia się piękna, młoda chórzystka, Linda English.
Nie jestem obsesyjnym fanem Gwiezdnych Wojen i nie wiem czy temat Mace'a Windu będącego nieogarem to jest kanon i powszechny odbiór tej postaci? Film oglądałem jak byłem dzieciakiem no to na te rzeczy się nie zwracało uwagi, natomiast przy głębszej analizie poczynań tej postaci aż się człowiek zastanawia czy to tak przypadkowo wyszło czy postać Mace'a miała być przedstawiana jako geniusz i mistrz będący faktycznie pozerem dokonującym najbardziej głupich wyborów.
Podsumujmy. Anakina, czyli narcystycznego złotego chłopca jedi potraktował jak troll ragebaitujący za reakcją kiedy przechodzący okres buntu Anakin otrzymał miejsce w radzie ale jako precedens bez nadania tytułu mistrza. Nawet największy debil by oczekiwał w takim przypadku ostrej reakcji i niezrozumienia, natomiast wybrany jako lider zakonu to powinien się wykazać przewidywaniem, rozsądkiem i próbą dyplomacji. Zamiast tego pokazał festiwal bucowania, wyniosłości i pasywnej agresji wyraźniej podbijając swoje ego pokazując Anakinowi jego miejsce w najbardziej arogancki i prowokujący sposób jaki się dało.
Czy Mace Windu to był nepo baby czy cóś w ten deseń? Gość kompletnie nie nadawał się na stanowisko lidera zakonu a przecież tam byli mędrcy jak Joda. Odnośnie sceny poniżej, to do konfrontacji z mistrzem Sithów wybrał czopków żeby się przed nimi popisać swoim skillem. Nie ma innej opcji (no chyba, że to luka w scenariuszu i niezamierzone) bo skoro pojmanie Palpatina miało być kluczowym zadaniem to z jakiej beczki zajął się nim w tak amatorski sposób?
To mój pierwszy film Jodorowskiego. Tak wyszło, że zawsze schodziliśmy sobie z drogi, choć miałam kilka razy możliwość zobaczenia jego filmów. Ale jakoś odpychało mnie, że są one po⁎⁎⁎⁎ne. Teraz, po tylu latach oglądania filmów - jestem praktycznie gotowa na każdy tytuł, więc pomyślałam - czemu nie? Przecież to nie może być jakieś ciężkie czy coś.
I nie było wcale! Oglądane na tzw. spiętej dupie od samego początku - w sumie historia jest typowo fantasy i tak się czułam wrzucona w ten poryty świat tego filmu. Do tego w trakcie fabuły jeszcze pojawia się "trzeba skompletować drużynę" i ruszyć w stronę Mordoru, tfu, znaczy Świętej Góry.
Historię obserwujemy na początku ze strony Złodzieja, który podobny do Chrystusa, dorabia się przypadkiem nawet odlewu takiego "jezuska". W świecie, w którym żyje Złodziej duchowość to pieśń przeszłości, a religia to kolorowe zabawki, zaś śmierć i przemoc to okazja do pośmiania się i robienia sobie fotek. Albo inscenizacja historyczna z żabami w roli głównej. No popierdolone ogólnie obrazki oglądam na początku, zresztą dalej jest tak samo.
Ostatecznie Złodziej trafia do pewnego guru, który kompletuje drużynę i dziewiątka śmiałków ma ruszyć na Świętą Górę by wykraść bogom tajemnicę nieśmiertelności.
Świetne są zdjęcia do tego filmu - szczególnie zapada w pamięć droga do guru na szczycie wieży półnagiego Złodzieja. Odwołania do świata, ludzi, religii... Jest tego cała masa, pole do interpretacji szerokie, ale wcale nie takie trudne jak by mogło się wydawać, bowiem może wystraszyć zwykłego widza wrzucanie Jodorowskiego do szufladki z napisem "awangarda".
Moim zdaniem film jest absolutnie oglądalny, ma zwartą fabułę, epizody trzymają się kupy - w sumie wszystko jest na swoim miejscu - tylko świat popierdolony!
Ludziska piszą, że najlepiej oglądać ten film na kwasie, bo wygląda jakby był zrobiony na kwasie. IMO na trzeźwo jak najbardziej do obejrzenia i uznania. Dla lekko wyrobionego widza to nie powinien być ciężki seans. Ja tam miałam za⁎⁎⁎⁎sty fun oglądając to, już w połowie seansu wiedziałam, że ocena będzie wymaksowana, film wżarł się w mój gust idealnie, chociaż ja po tylu filmach już sama nie wiem jaki mam gust.
I ten plot twist na samym końcu! Miodzio! Aż mi się "Drugi akt" Dupieuxa przypomniał.
Polecam gorącom wszystkim kinomanom, którzy jak ja, omijali Jodorowskiego - zobaczcie koniecznie. "Święta góra" to świetna przygoda i j⁎⁎⁎ny SZTOS!
Nie były zawyżone oceny o tym filmie - przynajmniej z mojego punktu widzenia.
Bardzo ładnie zrealizowana całość, cudowne ujęcia, które są bardzo magiczne, choć przecież nic magicznego nie pokazują.
Historia ckliwa, lecz ludzka - w sumie taka historia o naprawdę zwyczajnym człowieku, który sobie żyje z dnia na dzień bez określonego celu dopóki nie założy rodziny i to ona stanie się sensem jego życia.
Niesamowite są sceny na trakcie - w czasie prac wyrębowych, i te rozmowy z innymi pracownikami - o tym czym jest natura i człowiek. Takie w sumie jest też życie Roberta Grainera - naturalne i ludzkie. Jednak gdy rodzina znika z obrazka co można zrobić? Pogrążyć się w rozpaczy, a potem podnosić się lekko, powoli, ale z uporem. Rozpacz jednak nigdy nie zginie - o tym nie pozwala nam zapomnieć smutna mina głównego bohatera.
Bardzo podobał mi się ten film - w sumie opis wcale nie zachęca, a jednak podanie historii jest tak świetnie utkane, że bierzemy i jemy to jak najęci.
Film całościowo trzyma się bardzo mocno - więc naprawdę, ciężko w jakimkolwiek względzie przyczepić się do tego tytułu - aktorstwo, realizacja, muzyka - wszystko jest TOP. A najważniejsze jest to, że film porusza serce widza.
Chyba za późno zabrałam się za filmy Argento. Pewnie tak o 10 lat. Fabularnie jest klasycznie dość, aktorsko - drewniano.
Ale za to jaka piękna czerwona krew się leje! To na pewno jest piękne w tym filmie - że włoski reżyser nie pi⁎⁎⁎⁎lił się z realizmem, nie poczernił tej krwi - najbardziej czerwony kolor ever!
W sensie wizualnym jest bardzo dobrze. Natomiast fabuła nie zrobiła na mnie wrażenia. Młoda amerykanka dostaje się do wiedeńskiej szkoły tańca. Od samego początku podejrzewa, że dzieje się tam coś niedobrego, bo już tej samej nocy, w której młoda panna dobija się do drzwi szkoły, ginie w brutalny sposób inna uczennica tej szkoły. I tak ginąć będą dziewuszki, przynajmniej dopóki amerykanka nie odkryje, że szkoła to siedlisko starych wiedźm - ach, te wyszukane metafory na nielubiane nauczycielki!
W każdym razie dam jeszcze szansę Argento - koledzy mi podpowiedzieli parę tytułów i choćby dla tej najczerwieńszej z krwi - myślę, że warto będzie sprawdzić kilka tytułów.
@Mahjong film to złoto jeśli chodzi o klimat i kwestie audiowizualne i za to mu dałem 9/10. A fabuła - odpalając horror mam zerowe oczekiwania w tym względzie, ciężko mi sobie wyobrazić film z tego gatunku, który nie będzie fabularnym gównem. xD
To film Dreyera, wiec musik dać punkt więcej, ale moim zdaniem nie był to wyjątkowy film, na pewno nie o takiej sile rażenia jak Męczeństwo Joanny d'Arc.
Jest rok 1623. Anna wyszła za mąż za o wiele starszego od siebie Absalona, szefa inkwizytorów. Mniej więcej w tym samym czasie wraca do domu dorosły syn Absalona - Martin. Anna udziela schronienia kobiecie, która została oskarżona o czary - i dzięki temu dowiaduje się szczegółów zawarcia swojego małżeństwa - matka Anny też była oskarżana o czary, ale Absalon uniewinnił ją za rękę córki. Wyżej wspomniana kobieta zostaje złapana jednak, torturowana przyznaje się i zostaje spalona na stosie.
Anna wpada w romans z synem męża i coraz częściej nie kryje się z tym, że chciałaby by ten stary dziad zdechł. Watch what you thinking. Pewnego razu Anna nie wytrzymuje i wyjawia prawdę Absolonowi o romansie z jego synem, co zabija starego inkwizytora.
Najgorzej czuję się z samą sobą, że nie poczułam "dzieła". Ale wątpię bym chciała kiedyś powtórzyć ten seans, jak coś do wolę kolejny raz popatrzeć na męki Joanny d'Arc.
@Vampiress w sumie więc z góry przepraszam za spoilery, nie uznaję takowych skoro oceniam film, może powinnam dawać jakąś notkę? Ale na filmwebie jest nawet zakończenie opisane, więc chyba nie ma tragedii. Myślę, że zresztą przy takim filmie nie ogląda się dla tego "co będzie dalej" i tak. To raczej kontemplacja zachowań i obserwacja.
Jennifer Lawrence wciela się w Grace, kobietę która przechodzi ciężką depresję poporodową. Akompaniuje jej Robert Pattinson w roli jej zagubionego przez chorobę żony partnera.
Chciałbym opisać jakoś fabułę, ale ten film jej nie ma. Nie ma tu rozwoju depresji, nie ma pokazanego jej wpływu na główną bohaterkę, na jej bliskich, nie ma jakiegoś rozwiązania. Tu już nie chodzi o to że film jest niechronologiczy, to częsty zabieg przy filmach pokazujących historie z problemami psychicznymi, ale nawet kiedy sceny, miejsca, wydarzenia się mieszkają da się świetnie zachować fabułę co wielokrotnie udowodnił Tarantino, Richie, czy ostatnio Smarzowski w "Domu dobrym". Tu się to nie udało, a może nie miało się udać.
Poszedłem na ten film, bo temat depresji poporodowej jest mi bliski, uważam go za turbo ważny i nadal zbyt mało poruszany. Ale ten film w niczym nie pomoże. Jest na siłę wypchany symboliką, praktycznie wylewa się ona z każdego wątku. Gdyby ją usunąć to film nic by nie stracił, ale zamknąłby się w sześćdziesięciu minutach. Według Lynne Ramsay depresja poporodowa to losowe uderzanie głową w ściany, bycie bez przerwy napalonym i chodzenie na spacery i w sumie nie wiemy skąd, czemu, jak. Lawrence starała się jakoś pokazać rozpad osobowości, który często towarzyszy kobietom wpadającym w depresję poporodową, serio po niej to widać że starała się jak mogła, ale scenariusz i reżyseria skutecznie jej w tym przeszkodziły. Oprócz przeintelektualizowanych symboli w filmie mamy jeszcze stereotypy, a jakże. Pattinson gra tu swoją pierwszą rolę gdzie można nie zauważyć że po Jude Law jest drugim najprzystojniejszym mężczyzną na świecie (nie zapraszam do dyskusji, bo nie ma o czym). Pattinson zagrał człowieka absolutnie żałosnego. Kogoś kto nie widzi problemów i potrzeb żony, kto przestaje widzieć w niej kobietę a zaczyna jedynie matkę swojego dziecka, kto stawia tylko na siebie i swój punkt widzenia, a przy tym wszystkim jest chorobliwie nieporadny. W większości scen wygląda jakby miał wybuchnąć z zagubienia, usiąść i się rozpłakać czekając aż przyjdzie mama i przytuli.
Film ma dwa plusy. Pierwszym jest pokazanie że w depresji poporodowej często nie chodzi o dziecko. Tu dziecko było postacią nawet nie czwartoplanową, było dużo dalej. Czasem można było nawet zapomnieć że ono jest. Bałem się trochę że film będzie straszeniem płaczem, karmieniem, przewijaniem itp., ale tego tu nie ma. Drugim plusem jest budowanie nastroju dźwiękiem. Ten film jest głośny, momenty kulminacyjne są bardzo głośne i jest to drażniące, wywołuje dyskomfort. Tu szczekanie psa, tu kapanie wody, tu skrzypienie huśtawki, tu głośne jedzenie - to się kumuluje i świetnie współgra z tym jak czuje się główna bohaterka. Z drugiej strony, kiedy jest cisza, to widać też równowagę u głównej bohaterki. To wyszło świetnie.
Także podsumowując - świetna rola Lawrence, dobra gra dźwiękiem. Taki film do puszczenia na jakimś festiwalu aby widownia mogła w przerwie między jednym a drugim filmem poudawać że pochyla się nad ważnym problemem i wejść na kolejny film, a potem zapomnieć że go w ogóle widziała.
Nareszcie coś perfekcyjne byle jakiego w #piechuroglada
----------
Tytuł: Before and After
Rok produkcji: 1996
Reżyseria: Barbet Schroeder
Kategoria: #dramat #thriller
Czas trwania: 108 min
Moja ocena: 5/10
W małym miasteczku odnalezione zostają zwłoki młodej dziewczyny. Dostępne poszlaki wskazują, że związek z jej śmiercią może mieć syn miejscowego artysty i jego żony.
Film, który na początku zapowiada się ciekawie ostatecznie zawodzi i jest mało interesujący. Rodzice, których grają Meryl Streep i Liam Neeson, zachowują się po prostu kretyńsko i egoistycznie, a każda ich chęć pomocy powoduje kolejne problemy. Dialogi są jakieś sztuczne i nieprzekonywujące, a dziewczynka grająca córkę bohaterów jest potwornie drewniana. Edward Furlong grający syna również nie zachwyca. Całość jest nakręcona jakoś bez polotu, nie czuć napięcia. Polecam chyba tylko jako coś, co leci w tle przy innych zajęciach.
Film, który wtłacza w fotel. W taki sposób można go opisać i aż byłem zaskoczony, że nikt go tu nie opisywał. Może dlatego, że ciężko go znaleźć w necie (jakby co - pw). Opowiada nam o tytułowej drodze na południe, tj. tułaczce nienazwanego ojca i syna. Łączy ich bardzo mocna więź przetrwania szaro-burym, post-apokaliptycznym świecie przypominającym Bytom przez 8 miesięcy w roku. I mimo iż można odnieść takie wrażenie patrząc na skalę zrujnowanych budynków i wszędobylską biedę oraz patologię, rzecz się dzieje w USA.
Film skupia się przede wszystkich na ich relacji, trudach, daje szczyptę uśmieszku, ale przede wszystkim zadaje pytania o człowieczeństwo w kryzysowych sytuacjach. Ukazuje ich przygody w owej tułaczce, gdzie liczą że na południu dotrą do miejsca, w którym jest bezpiecznie i będą mieli jedzenia pod dostatkiem. Nie ma fajerwerków, nie ma zombie ani nic takiego. Po prostu walka o przetrwanie z interesującym zakończeniem.
Film charakteryzuje bardzo mroczny, ciężki klimat i naprawdę skłania do wielu rozmyślań. Jedyne do czego mogę się przyczepić to 3 rzeczy:
Chłopak drze pi... ryjca. Nawet jak powinien być cicho, to ciągle gada i wydaje odgłosy. Nie jest to małe dziecko i powinien już to rozumieć.
Brakuje mi wyjaśnienia takiego stanu rzeczy post-apokaliptycznego świata. Co to spowodowało, od jak dawna trwa?
Te szare kolory to aż miejscami do przesady, rozumiem że jest to efekt tak jak pomarańcz w Meksyku, ale jednak miejscami było to aż prześwietlone.
Niemniej mimo to bardzo, bardzo polecam. Dawno żaden film mnie tak nie zaskoczył. Gdyby nie te 3 rzeczy, a nawet dwie (bez dwójki) to film miałby dziesiątkę. A jak dotąd na kilkaset filmów tylko Zielonej Mili, Ojcu Chrzestnemu, Przełęczy Ocalonych oraz Królestwo Niebieskiemu takie dałem.
No nie wiem, tam było więcej takich rzeczy, z tego co pamiętam to była scena z jakimiś ludźmi zombie trzymanymi w piwnicy i kilka podobnych ukłonów w stronę amerykańskiego widza. Dla mnie w filmach postapo najbardziej przerażający jest realizm, pokazanie jak świat może faktycznie wyglądać. Natomiast tutaj momentami ten ciężki mroczny klimat przypomina horror klasy B.
A szkoda, bo takimi zagrywkami wycelowanymi w przyciągnięcie amerykańskich fanów zombie zepsuli naprawdę fajny film. Przynajmniej tak to pamiętam, może obejrzę ponownie...
@voy.Wu Spojler: w książce i w filmie to nie byli zombie a ludzie. McCarthy chciał pokazać "Żywą spiżarnie". Tak jak krety obgryzają dżdżownicom końcówki by nie uciekały tak nawet w książce był opis człowieka z obciętymi nogami aż do bioder i przypalonymi kikutami.
@Atexor parę razy ten film był tutaj przytaczany. Idea szarości wzięła się z tego że zatrzymała się cała wegetacja, stąd młody przy scenie pod wodospadem krzyczy "Kolory!".
Właśnie sobie uświadamiam jak bardzo mnie ten film i książka wgniotły mimo tego że widziałem to z 15 lat temu.
Edit:
W książce jest jeszcze scena z noworodkiem, jedyne co mogę powiedzieć że "Ludzkość zjada własną przyszłość". Podobno nawet nagrali ten fragment ale reżyser uznał to za zbyt drastyczne.
@m_h Tak, też mnie zaskoczyła ta scena. Razem z małym bunkrem to była miła odskocznia. A z noworodkiem nie znałem, ale domyślam się... Z tą wegetacją też mialem rozminę, bo było widać zimę, a wiele drzew czy krzewów miało jakieś stare liście itp. Ta apokalipsa trwała parę lat, więc powinny się one rozłożyć :P. No i dziwne, że wszystko przestało rosnąć a powietrze jest zdatne do oddychania. Dlatego brakuje mi jakiegoś wyjaśnienia.
Co do przytaczania filmu to ostatnio ktoś go wspomniał na jakimś tagu VHS cos tam, ale #filmmeter go nie pokazał. Sam uzupełniłem parametry.
@voy.Wu - kolega wyżej wyjaśnił. To ludzie, jeden pamiętam w ogóle bez kończyny. Żywy inwentarza trzymany w ciemnicy dla kanibali, a w łazience były resztki z ich oporządzania. Przecież nikt by zombie nie jadł.
Mam na liście do obejrzenia. Książka bardzo utkwiła mi w pamięci.
Ciekawostka: jest fanowska teoria, mówiąca, że przyczyną apokalipsy był wybuch superwulkanu. Ma to sens a jak ja uslyszałem to nawet jeszcze bardziej "poczułem" ten świat. I jeszcze bardziej uderzył mnie opis świata z martwymi roślinami.
@dyskretna_transformata_fuhrera to w sumie miałoby sens, już takie wywołały male epoki lodowcowe i mniej światła. No i te trzęsienia ziemi (wtórne?). Po takim Yellowstone pewnie byłoby ich sporo. Tylko opadu tego syfu z nieba brakuje.
@Czokowoko dzisiaj jeszcze ten film mi siedzi w głowie. Ta nutka się przydaje na "od-reagowanie" tego, pozytywna :3
Taki dziwny styl nito dance nito reggae
Był już dzisiaj oryginał, więc czas na remake. Styl - czysty Burton, nie da się pomylić tego z niczym innym. Wizualnie i fabularnie jest lepszy od oryginału (oczywiście inne czasy i możliwości). Choć mam mieszane uczucia, czy to wciąż jest film familijny. Z pewnością nie jest za to tak nachalnie moralizatorski.
Do seansu zachęciła mnie informacja, że główną rolę gra Johnny Deep. I nie wiem, czy nie jest on czasem jedną z największych wad tego filmu. Wykreował postać, która mi się kojarzy z... Michaelem Jacksonem? A nie wiem, czy o to chodziło. Zdecydowanie wolę tego psychopatę z oryginału. I umpalumpów również, z tą ich powtarzającą się piosenką i ciekawymi układami. Choć ten również ma swoje, nieliczne, momenty (zwłaszcza koncert w telewizji - mistrzostwo). Gdyby wrzucić te elementy z oryginału do tej wersji, to mogłaby być petarda.
[w tej wersji przynajmniej zobaczyliśmy pozostałe dzieci, jak opuszczają fabrykę - ciekawe, ale w sumie w tamtej wersji nie zobaczyliśmy ich później wcale - jeszcze ciekawsze]
Oprócz mema do filmu jest sporo nawiązań, zwłaszcza w kulturze amerykańskiej, więc postanowiłem w końcu obejrzeć. Pierwszy raz się zastanawiałem jaki rodzaj tripa by pasował do tego filmu. Bo narkotyki na pewno by pomogły. Wonka to niezły psychol - szkoda, że zrobili z tego film z morałem.
Chciałam obejrzeć sobie film o tym ruskim tenisiście co jak przegrywa to uderza się rakietą w udo, ale to nie było o nim. Uważajcie co włączacie!
A teraz na poważnie: zawsze gdy włączam Tarkowskiego mam ten sam problem - film mi się podoba MEGA, ale nie wiem czy wszystko rozumiem.
W tym przypadku jest trochę łatwiej, bo to historia średniowiecznego mnicha i twórcy ikon - Andrieja Rublowa. Przez pryzmat lat obserwujemy jego losy, ale przede wszystkim obserwujemy jego rozterki, falę cierpienia i przemocy i średniowieczną Ruś, którą przemierza tytułowy bohater.
Rublow jest niczym Chrystus - widać od samego początku po jego umęczonej twarzy, że zmierza ten człowiek ku jakiemuś niewyobrażalnemu cierpieniu. Na początku drogi towarzyszą mu dwaj mnisi, niczym jezusowe łotry w drodze na Golgotę. Potem ich drogi się rozejdą, ale będą się czasem pojawiać znowu. To bardzo ważne i symboliczne postacie w życiu samego ikonotwórcy.
Akcja zaczyna się w roku 1408, gdy Rublow wędruje z towarzyszami. Potem dostaje propozycję stworzenia ikon w jakieś katedrze (wybaczcie brak szczegółów, nie robiłam notatek ;), co sprawia, że jeden z jego towarzyszy, nie mogąc znieść zawiści wobec kolegi, sam odchodzi z zakonu.
Rublow pracuje nad ikoną, obserwujemy jego poczynania. Jednak najazd Tatarów burzy jego dotychczasowe życie. Jest świadkiem przemocy i mordów - sam w akcie obrony pewnej kobiety zabija człowieka. To sprawia, że Andriej porzuca tworzenie ikon i zamilczy (dosłownie) na wiele lat.
Lata mijają, a świat niby się nie zmienia, a jednak zmienia. Artysta jest świadkiem wielu wydarzeń - jednym z najlepszych i najbardziej zapadających w pamięć fragmentów filmu jest odlewanie wielkiego dzwonu dla księcia Rusi oraz jego pierwsze uruchomienie - tutaj obserwujemy postęp twórczy syna ludwisarza, Borysa. To wielkie oddanie chłopaka przebudzi dawnego Andrieja - Andrieja twórcę.
Co tu dalej opowiadać. Kto lubi Tarkowskiego nie będzie się nudził. To są filmy ciężkie, powolne, nie dają łatwych odpowiedzi. I znowu film o religii, co dla mnie, ateistki, jest zawsze trudne w filmach Tarkowskiego. Ale mistrzowska narracja i realizacja nie pomaga mi się bawić w ocenę takich poglądów. Mogę tylko ocenić skalę odczuć - ta jest wymaksowana, ten film daje tak wiele do myślenia.
Na przykład czym jest pokuta? Pod koniec jeden z dwójki towarzyszy Andrieja narzeka, że za swoje grzechy musi przepisać Biblię kilkanaście razy - straszna sprawa, bo lat zostało mało a to taka żmudna robota. Tymczasem Rublow bez zastanowienia sam na siebie narzuca pokutę - pozbawia siebie możliwości tworzenia i mówienia.
To tylko jeden z przykładów. Ten film można rozkładać na tak wiele czynników. Wszystko ma mocny związek z religią, ale czyż religia nie była i nie jest czasem lustrem ludzkich rozterek?
Nie wiem jak to wszystko ocenić całościowo, czy 9/10 czy 10/10, a może przesadzam i wystarczy 8/10?. Dla mnie jak na razie każdy film Tarkowskiego to arcydzieło. Nie inaczej jest z tym tytułem.
Grupa emerytów mieszkają w domu spokojnej starości co czwartek spotyka się, by rozwiązywać zagadki kryminalne. Wskutek chciwości lokalnego biznesmena sami lądują w środku kryminalnej intrygi, którą próbują rozwiązać zanim zrobi to policja.
Strasznie sztuczny dla mnie to był film. Świat jak z żurnala, mało brudu i "elementu" społecznego. Do tego sama intryga kryminalna też średnia. Filmu nie ratuje plejada wybitnych aktorów.
Ma kunia? Ni ma. To nie jest klasa kawalerii kosmicznej tylko jakiś kuźwa zwykły piechotowy wycieruch. To z jakiej racji na to mówią "jedi knight" czyli rycerz jedi?
Jak sobie myślisz "rycerz" to co przychodzi na myśl? Szlachcic w zbroi na koniu, no nie? Ten na zdjęciu to szlachcic? Jakiś łachmyta w szmatach sekty kosmicznej, szkolony w użyciu Mocy tylko dlatego bo się okazało, że ją posiada. Taki Darth Vader to chociaż zbroję miał to można jeszcze jakoś uznać ale Obi Wan czy Qui Gon? Szmaty jakieś filcowe co to byś w tym się wstydził do obory iść bo siara przed świniami.
I co? Czemu rycerz? Bo miecz ma? Akat rycerze walczyli toporami czy włóczniami i wcale nie musieli korzystać z miecza jeśli nie chcieli. A z czego musieli korzystać? Z kunia, no właśnie. Rycerz bez kunia to nie rycerz. A czego nie ma Obi Wan? Kunia nie ma. To nie jest rycerzem jedi tylko jakąś piechotą pospolitą jedi.
Musiałem to z siebie wyrzucić. Dziękuję za uwagę, mordeczki. Trzymajcie się tam cieplutko tego chłodnego wieczoru.