Albo przespałam ten film, albo nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia, które zapowiadały dość pozytywne recenzje.
Na pewno bardzo dobrze oglądało mi się początek, gdy osierocone rodzeństwo trafia do Laury, matki zastępczej. W domu przebywa już jeden dzieciak, dziwny chłopiec Ollie. Laura bardzo cieszy się na widok niedowidzącej dziewczynki (jak się okazuje sama niedawno straciła niewidomą córkę), jej prawie 18-letniego brata Laura nie uznaje tak jak jego siostry. Andy nie raz odczuje, że jest dystansowany i wykorzystywany przez Laurę by lepiej dotrzeć do dziewczynki.
Dość niepokojący obraz - o nieprzetrawionej żałobie i związanych z ową żałobą mrocznych rytuałach, nie wiem jak ocenić resztę, niby oglądałam, ale jakby wypadły mi z głowy rozwiązania z końcówki - niby pamiętam co i jak, ale jakoś mnie to nie obchodzi. Będę musiała powtórzyć ten seans, na spokojniej jakoś, więc sorki za krótki i nieskładny opis dziś.
Po "Świętej Górze" i "Krecie" poczułam, że w końcu mogę obejrzeć ten słynny dokument o tym jak miała powstać Diuna zanim powstały nawet Gwiezdne Wojny.
Powiem tak - niezłą ekipę do tego filmu zmajstrował Jodorowski i cel miał dość przejrzysty. Wątpię jednak by ta ekranizacja była lepiej udana niż adaptacja Lyncha, już nie porównując nawet do najnowszych Diun.
Gdyby Jodorowski zrobił ten film w swoim stylu (a na pewno by zrobił w swoim stylu), to nie byłby to hit na miarę blokbasterów, raczej niezrozumiałe kino, zbyt pokurwione dla zwykłych widzów, a tym bardziej fanów książki Franka Herberta. Sam Jodorowski w filmie mówi, że jego ekranizacja to byłby gwałt na książkowej Diunie. Z miłością, ale jednak gwałt.
Mimo to obejrzałabym taki film dziś - po jednej nieudanej Diunie i dwóch bardzo udanych - byłby to ciekawy eksperyment filmowy - zobaczyć Diunie na kwasie bez brania kwasu.
Z takich ciekawostek z filmu:
- muzykę do filmu miał przygotować Pink Floyd, ale lekceważące zachowanie członków zespołu tak wkurzyło Jodorowskiego, że zrezygnował - woleli wpierniczać hamburgery niż porozmawiać z oświeconym "mistrzem",
- Jodorowsky zatrudnił do projektów scenografii Gigera, który zaprojektował pałać Harkonnena - parę lat później te grafiki zrobiły niezłe wrażenie na twórcach "Obcego" i w ten sposób zatrudniono Gigera do tego tytułu,
- Jodo chciał by cesarza zagrał Salvador Dali. Dali zgodził się, ale chciał być przy okazji najlepiej opłacanym aktorem w historii.
Jest tego zresztą cała masa, wszystko okraszone pobrzękiwaniem średnim angielskim przez Jodorowskiego, który bardzo przeżył odrzucenie realizacji filmu i nie chciał iść kilka lat później na wersję Lyncha, ale namówiony przez syna poszedł do kina i bardzo się ucieszył, bo... film był beznadziejny!
Kilka dni temu widziałem wpis z tym filmem i tak się złożyło, był on moim jedynym zalegającym od ponad roku na komputerze.
Czy seans był udany? Bardzo. Poor Things jest co prawda dosyć długi i na swój sposób ciężki, ale bardzo szybko mi zleciał przy nim czas. O produkcji wcześniej nic nie czytałem, zero opisów, nie chciałem spoilerów.
A propos spoilerów: może wiele nie zdradzę pisząc, że nie jest to na pewno film rodzinny Pojawia się trochę golizny i ruchów posuwisto-zwrotnych.
Czy Emma Stone zasłużyła na Oscara za swoją rolę? Trudno jest mi to ocenić, bo za nią po prostu nie przepadam (a La La Land mnie bardziej irytował niż zachwycał). Główne role bardzo poprawne, najbardziej podobała mi się postać Williema Dafoe. Ogólnie jest to trochę zabawne, że w pełni amerykańska obsada wciela się w Brytyjczyków (co delikatnie można wyczuć, ale nie jest to minus). Pojawia się też na chwilę Margaret Qualley i szkoda, że to nie ona dostała głównej roli (mało obiektywne, j.w. nie trawię Emmy).
Natrafiłem niedawno na film krytykujący rządy imperatora z powodu nadmiernego przywiązania do militaryzacji imperium co było marnowaniem zasobów bo i tak nie prowadzono przeciwko nikomu jakieś wielkiej wojny i taka armia nie była przystosowana do konfrontacji z rebelią która od otwartej walki wolała walkę partyzancką. W legendach te działania miały sens ponieważ imperator wiedział o nadchodzącej inwazji Yuuzhan Vongów_._ Disney jednak usunął ich z kanonu przez co Palpatine faktycznie wyszedł na kretyna. Dlatego tak bardzo nie lubię nowego kanonu gwiezdnych wojen. Disney odrzucił wszystko co fajne na rzecz jakiś idiotyzmów jak ostatnie filmy.
Zauważyłem, że im bardziej poważnie traktuje świat takich wielkich struktur w SciFi, tym wychodzą większe absurdy :P wychodzę z założenia, że trzeba zostawić te konwencje samymi sobie, bo nagle z fajnej historii o walce z Wielkim Złem robi sie nudne doktoryzowania się z politologii i socjologii, a ludzie tylko się chcą pozabijać na konwentach.
SciFi zawsze było głupiutkie na pewnym poziomie, i imho lepiej działa upraszczanie i niedopowiedzenia, niż tłumaczenie wszystkiego racjonalnie. Też wtedy ułatwia to opowiadanie nowych historii, bo nie ma bagażu "kanonu".
@AureliaNova Walka z wielkim złem to tylko ułamek fantastyki. Fantastyka, szczególnie naukowa, nie musi być baśnią. Jest piękna angielska fraza "speculative fiction" - określająca gatunek w którym świat przedstawiony to piaskownicę myśli. Intelektualizm nie jest przeciwny pięknu, ba, nie ma nic nudniejszego niż oglądanie pustych landszaftów. Okruszek filozoficzny tak często owocuje niekończącymi się dyskusjami, a może nawet spekulacjami :3
Odebranie sobie tego piękna, traktowanie fikcji jako ciąg zdarzeń, to jest takie kurewsko smutne zjawisko. Taki delikwent się nie angażuje - rzeczy się dzieją na ekranie - i jeszcze gardzi ludźmi którzy się świetnie bawią, brak mi słów.
Moc w gwiezdnych wojnach działa świetnie jako amalgamat ziemskich religii, niejasnych mocy wszechświata. Otwiera pole do historii skupionej na podmiotowości, angażujących personalnie. Natomiast w diunie, precyzyjnie opisana przyprawa daje pole do poruszania tematu ekologii, teorii polityki, państwowości. Moc jako dziedziczna cecha powoduje dysonans, bo sednem opowieści jest ścieranie się eugenicznych rodów, wbrew całej narracji. Z drugiej strony odebranie precyzji diunie, oznacza że rzeczy się dzieją, niewiadomo po co i jak. Budowanie mechanizmów czy niedopowiedzeń to narzędzie narracyjne.
Tytuł: Sokół Maltański
Rok produkcji: 1941
Kategoria: Kryminał
Reżyseria: John Huston
Czas trwania: 1h 41 min
Ocena: 5/10
Tym filmem chcę rozpocząć oglądanie filmów noir z lat '40 - '70.
Fabuła jest zakręcona i miejscami niespójna. Być może wynika to z początków kina kryminalnego w tamtych latach. Humphrey Bogart jako detektyw Sam Spade zdaje się czekać w swoim biurze lub mieszkaniu na przybycie kolejnych gości, którzy podają mu na tacy kolejne niuanse sprawy. Raz po raz a to rozbraja przeciwników żeby za chwilę dać się im pojmać lub wystawić na muszkę. Ogólnie pasuje on do roli detektywa ale zobaczymy jak wypadnie w innych produkcjach.
@Mahjong jeszcze go nie znam ale pewnie poznam. Zacząłem oglądać ten gatunek chronologicznie a Sokół Maltański jest tak sklasyfikowany więc wpadł jako pierwszy 🙂
Kilku amerykańskich przemysłowców, a zarazem członków grupy sabotażystów, chce udaremnić wysiłki wojenne. Zostają jednak metodycznie zamordowani przez ...
Nadprodukcja to jest. Tam po prostu wszystko gra. Fabuła, casting, zdjęcia, muzyka. Jedyne co mnie drażni to ten wstęp że to tak się wydarzyło naprawdę niby i z szacunku bla bla
@Michumi Kolejny raz widzę, że ktoś czy to poleca czy wraca do tego dzieła. Chyba czas się zainteresować i obejrzeć bo nie widziałem nawet jednego odcinka
@RastaaMastaa hmmm... nie wiem czy to zrobić czy nie ale chyba zrobię - muszę Cię ostrzec. To nie jest spoiler stricte ALE może dać pewne "premonition" (bardziej pasuje mi tu niż polskie "przeczucie") co do całości sezonu pierwszego - zatem spoiler alert a jak chcesz to czytaj:
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Jeśli 1 sezon Ci podejdzie, to.. nie wkurwiaj się tym, że drugi i kolejne są praktycznie (nie całkiem ale prawie) zupełnie innymi historiami. Tak samo miażdżą jakością ale ja np jak zbingowałem 1 sezon to włączyłem od razu drugi i tak się wkurwiłem, że to co innego, że się obraziłem i przerwałem na miesiąc chyba potem jak już ochłonąłem i pozostałe sezony poszły jak woda. Co za przekrój postaci, indywiduów, historii i niesamowitych pomysłów, degeneracji i głupoty. Wspaniałe to jest
Jak widać miałam wczoraj wieczór z horrorami. Z czego jeden film okazał się być tylko dramatem w szatach horroru, a drugi? No cóż, jest to pełnoprawny slasher, więc tutaj gatunkowo wszystko się zgadza. Ale czy był dobrym horrorem?
Może w 2003 roku taki film zrobiłby na mnie wrażenie, ale dziś, gdy takich slasherów jest już cała masa, to jest ledwie "meh".
Zapowiadało się nawet ciekawie. Dwie kumpele jadą do rodziny jednej z nich. Już pierwszej nocy na chatę włazi jakiś psychol i morduje rodziców i zaczyna się polowanie i gra na czas by uratować życie. Jednak jak z czasem się dowiemy psychol nie do końca jest zwykłym psycholem, tylko pewnego rodzaju psychologiczną zagrywką. Co nie zmienia klimatu filmu - czyli brutalność, przemoc i mnóstwo krwi.
Żeby to jeszcze spłodził jakiś nieznany nawiedzony umysł, a to Alexandre Ajo - jednak widać, że ten film wtedy robił wrażenie, bo potem już Ajo kręcił horrory w USA.
Niestety, worek doświadczenia na plecach mam w związku z horrorami, i nie udał mi się przez to ten spóźniony seans.
Uważam jednak, że tutaj mogę się mylić w tym sensie, żem zblazowana nieco, podejrzewam, że wielu z was mógłby się spodobać ten slasher, jest tam wszystko czego ten gatunek potrzebuje + owa rozgrywka psycho. Więc nie odradzam jak coś, kto ciekawy - niech zerknie. Chętnie sama bym poczytała opinie innych i zweryfikowała je ze swoją, niezbyt przychylną jak widać.
@TyGrySSek przyjedzie wiosna/lato to zamiast wykorzystywać wolny czas na oglądanie filmów to będę chodzić na rowerek, - to moja druga pasja- więc nie poddawaj się jeszcze!
Co to jest? Wygląda jak horror, pachnie jak horror, smakuje jak horror a horrorem nie jest? Tak, proszę hejtowskiego państwa - to "Good Boy".
Nie wiedziałam czego się spodziewać, gdzieś tam wyczytałam, że to taka filmowa historyjka o Chojraku, tchórzliwym psie. I w sumie się zgadza - nasz główny bohater, pies imieniem Indy, przeprowadza się ze swoim panem do domku po dziadku na odludziu. Tam piesek zacznie widzieć dziwne rzeczy i postacie, i naprawdę będzie się bał.
I tu UWAGA spoilery - to co widzi Indy, to nie duchy, to nie demony, to żadne nienaturalne zło, nie ma też opętania pana, jak przez chwilę podejrzewałam. Kiedy wreszcie skumałam o co chodzi rozryczałam się jak głupia - pokazanie śmierci bliskiego z perspektywy ukochanego psa - tego jeszcze chyba nie grali.
Powinny być chyba jakieś oscary dla zwierząt (oczywiście żartuję, chociaż trenerzy pewnie by polubili) - wtedy piesek grający "good boya" na pewno by wygrał. Świetna robota, pies reaguje jak pies, ale zbliżenia kamery nadają mu lekki ludzki rys, by każdy widz mógł się łatwiej wczuć.
Całe wieki nie oglądałem polskich filmów. Mam jakiś taki uraz, niechęć, tudzież awersję. Niemniej już parę razy słyszałem o Wielkim Szu, chyba też na Hejto się przewinęło. Tak leżał i leżał w zakładkach, że zdecydowałem się obejrzeć.
Opowiada on niezbyt uczciwym pokerowym graczu - szulerze, który wyszedł z więzienia i chciał wyjść na prostą, ale szybko wrócił do grania w karty. Poznaje on pewnego taksówkarza, dzięki któremu wraca do świata hazardu i któremu pokazuje parę sztuczek w jaki sposób osiągnąć fortunę. Poza magicznymi sztuczkami widać, że jest jakimś stoickim fanem filozofowania. Czegoś z pogranicza stoicyzmu oraz realizmu i stoicyzmu (w filmie pojawia się książka Kanta) @splash545 - może dalsza rodzina :D?
Ogólnie ciekawe kino lat 80, choć trochę "kisłem" z bogactwa jak wylewające się dolary, niezłe fury i bogate domy. Przeszkadzało mi też tam trochę golizny. Szczerze dałoby radę obejść się bez tego. Film trochę daje do myślenia, ale też zostawia mały niedosyt. Interesujące kino.
Śmiechłem z prztyczka w nos komunizmowi, kiedy była pokazana scena jak dwie panie czekają aż faceci przestaną grać w innym pokoju, oglądają jakieś przemówienie w telewizji, które mówi o dobrobycie w kraju i jedna stwierdza, że się zasiedzieli, a druga zadaje pytanie retoryczne, że nie wiadomo kiedy skończą. Było to niby do grających, ale równocześnie taki perfidny easter egg w stronę władzy xD.
Ogólnie polecam. Film łatwo dostępny... na YouTube.
Jeden z moich ulubionych filmów. Najbardziej utkwiły mi w pamięci sceny z hoteli, w których grali. To był standard top of the top, a oglądamy wystrój 110% PRL
@MuojemuKotu tak, choć nad hotele bardziej mi się podobał widok miasta, typowych budynków itp. rodem z PRL. Aczkolwiek te "bogate i nowoczesne" rozwiązania także fajnie wyglądają z perspektywy lat
@Atexor W polskim filmie z tamtych lat musiałby być co najmniej gołe cycki. Ja się często zastanawiam po co? O ile jest to niezbędne dla fabuły, pokazania charakteru bohatera, jego relacji z jakąś kobietą itp. to super, ale ot tak?
A co do samego filmu, to oglądałem go jako nastolatek i bardzo mi się podobał. Później już do niego nie wróciłem.
@WatluszPierwszy Jako nastolatek I cycki? I see what you did there ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Kinematografia za PRL była rozwinięta, sporo szkół filmowych I filmów więc może czymś musiały się wyróżniać, tym bardziej że tutaj mamy cycki w pierwszych minutach.
@Atexor No niby tak. Chociaż przyznam, że jak byłem nastolatkiem, to ta golizna w polskich filmach jakoś mi nie pasowała. Była taka szaro-bura i smutna. Pamiętam, że mając może 13-14 lat trafiłem na jakiejś satelitarnej stacji na bodajże włoski czy francuski film. Nie pamiętam fabuły, ale była tam scena w której para zakochanych uprawia seks w kajucie na statku czy jachcie. Nic szczególnego ale... oni byli przy tym bardzo radośni, uśmiechnięci. Pamiętam, że sobie pomyślałem, że ten seks to super musi być, skoro ludzie się tak dobrze bawią. A w polskich filmach zawsze jakoś na smutno i ta szarzyzna.
Film oceniam tak samo jak oglądając go 20 lat temu. Doskonale wiem, że jest on przeciętniakiem pod wieloma względami. Według mnie główny aktor i aktorka nie mają charyzmy, a efekty specjalne miejscami są dziwaczne. Do tego te parcie na tematy seksu i żarty typu "kupa" i "bąk". Na moją ocenę wpływa właśnie.. ta przeciętność (podkreślana w filmie).
W ostatnich latach można obserwować jak głupota przybiera na sile. Dobre wychowanie jest często wyśmiewane a buractwo coraz bardziej popularne. Organizowana w czerwcu gala MMA na terenie Białego Domu to taka wisienka na torcie przepowiedni z filmu.
Rok 1943. Profesor Uchida oświadcza swoim studentom, że rezygnuje z nauczania i od tej pory będzie pracował jako pisarz. Każdego roku, studenci odwiedzają go i urządzają urodzinowe przyjęcie, na którym dziękują mu za całą wiedzę, którą im przekazał. Zgodnie z tradycją, zadają mu pytanie: Mada kai? (Czy jesteś gotowy?), na co profesor odpowiada Mada da yo! (Jeszcze nie!).
Ostatni film mistrza Akira Kurosawy i Ishirô Hondy
@Piechur szukałem czegoś od Kuro co nie oglądałem. akurat ten był na CDA a nie chciało mi sie szukać po dyskach na którym mam pozostałe nieobejrzane (musze kiedys opisać dyski )
Postać Annie zagrana fenomenalnie - już od pierwszej sceny odczuwałem niepokój i ponawiał się za każdym razem, kiedy tylko pojawiła się na ekranie. Nie dziwię się, że Kathy Bathes dostała Oscara za tę rolę, w pełni zasłużona nagroda.
I kolejny Jodorowsky nadrobiony. I zapewne nie ostatni. Znów rewelacja!
Film przypomina spaghetti western. Bezimienny rewolwerowiec (którego będziemy nazywać Kretem, druga część wyjaśnia czemu) przemierza pustynię ze swoim synem-uczniem. Poznaje pewną kobietę i za jej namową porzuca syna i zacznie się polowanie na czterech najlepszych rewolwerowców - kobieta oferuje swoją miłość jeśli nasz bohater pokona ową czwórkę. Każdy z rewolwerowców przedstawia swoją filozofię życia i nasz Kret z czasem przestanie czuć w sercu swoją misję a bardziej przejmować ich wizję świata, w końcu jednak cała czwórka ginie, a zła kobieta i tak odchodzi z inną rewolwerowczynią.
Nasz bohater zostaje ranny i sam. Mija wiele lat, Kret budzi się jako wyzwoliciel ludzi mieszkających w jaskini - ludzi kalekich, skazanych na ubogą egzystencję. Kret postanawia wykopać tunel, który połączy jaskinię z pobliskim miasteczkiem. Wraz z kobietą-karłem wyruszają do miasteczka by zarobić występami komediowymi i żebraniem środki na wykopanie tunelu. Miasteczko jednak jest zdegenerowane w swoim bogactwie. Przemoc, zabijanie, gwałty i niewola - to ulubiona rozrywka mieszkańców. Tymczasem nasz bohater przechodzi przemianę i nie jest już tym samym człowiekiem z pierwszej części filmu - ale jego już dorosły syn, nadal trzyma urazę. Pozwala skończyć ojcu kopanie tunelu, ale potem ma zamiar go zabić.
Typowy film o odkupieniu, prawda? Tylko, że podany w tym jorodowskim sosie niekoniecznie może być strawny dla każdego. Odniesienia religijne są tu bardzo mocne - każdy rozdział ma tytuł związany z Biblią, jak np. Psalmy, Prorocy czy Apokalipsa. Sama religia też występuje w filmie w postaci takiej jak na przykład - Kret-wyzwoliciel, który niby umarł na pustyni po pojedynkach z rewolwerowcami, a jedna wyszedł zmartwychstały z jaskini. Albo sam Kret przedstawiony niczym oświecony buddyjski mnich.
Znowu - podobnie jak "Święta góra" to film, w których odniesień filozoficznych, religijnych, albo ogólnie - duchowych - jest cała masa. Przy tym Jorodowsky bawi się stylistyką gatunku, jakim jest western i bardzo dobrze się w tym odnajduje. Niektórych scen pozazdrościłby sam Sergio Leone.
Cudo! Poczułam ten rytm, poczułam przygody, poczułam zabawę - a to najważniejsze jest czasem w oglądaniu filmów. Dalej nie wiem czemu tak unikałam filmów meksykańskiego surrealisty-myśliciela. Dla mnie totalnie zrozumiałe, są wciągające, i są poryte na swój bajkowo-brutalny sposób.
Możliwe, że te tytuły nie będą strawne dla początkującego lub niedzielnego kinomana, ale średniozaawansowany oglądacz powinien poczuć klimat i bez problemu spróbować się z takim kinem. Dla mnie o wiele trudniejszy jest inny surrealista - Bunuel, ale on z kolei szuka porytych odmian realizmu w nieco innych sferach niż Jodorowsky.
W każdym razie polecam spróbować się z takim kinem. Niezwykła przygoda!
Dla mnie to bardziej film na 0,5/10 niż 9,5. Mi się wydał kompletnie słaby a wracać do niego nie zamierzam. Nie lubię filmów tego twórcy podobnie jak chociażby Larsa von Triera. Mają coś odpychającego.
Porównanie do spaghetti westernu to dla mnie zniewaga dla tego ciekawego, szczególnie w wykonaniu Sergio Leone gatunku filmowego.
Kapitan Arseniew wyrusza na badania w tajgę. Tam poznaje kirgiskiego myśliwego Dersu Uzałę. Dersu całe życie spędził w tajdze, miał kiedyś żonę i dziecko, ale umarli na ospę. Starszy mężczyzna żyje więc samotnie. Przypadkowe spotkanie z badaczem zapoczątkuje wielką przyjaźń. Dersu pomaga żołnierzom w tajdze, przeżywają wiele przeróżnych przygód, często na granicy śmierci, które tylko wzmacniają przyjaźń dwóch mężczyzn.
Sprawa się komplikuje, gdy Dersu odkrywa, że zdrowie nie pomaga mu już być dobrym myśliwym i korzysta z oferty przyjaciela i opuszcza tajgę, by zamieszkać z mieście. Oczywiście miasto jest kompletnie niezrozumiałe dla starego Dersu i myśliwy powoli traci duszę.
Piękny film o wielkiej przyjaźni, którą skuła przyroda i natura, czasami piękna, czasami brutalna. Tutaj kapitan uczy się szacunku do świata, do zwierząt i roślin, przy boku doświadczonego Dersu.
Chyba najbardziej wzruszający film Kurosawy w jego dorobku.
Nie podszedł mi ten przypadkowy seans na Mubi - kiedyś w sumie lubiłam takie nowojorskie komedyjki dla intelektualistów 20+. Może stąd ten seans.
Shirin to właśnie taka bohaterka, szukająca swojego miejsca w życiu. Właśnie rozstała się z dziewczyną, przez to, że nie potrafi wyjść z szafy przed swoimi pochodzącymi z Iranu rodzicami. Do tego nie może znaleźć pracy, a jak znajduje, to nie okazuje się to, co myślała. W poszukiwaniu nowych romansów (ale głównie po to by wzbudzić zazdrość ex), relacje z rodziną i w końcu upragniony coming-out, nic nie kończy się tak jak zazwyczaj kończy się w amerykańskich filmach.
Typowe, niezależne, amerykańskie kino dla młodych dorosłych, który szukają własnego miejsca w życiu i lubią oglądać podobne rozterki na ekranie. Niestety, poza obszar gatunku, ten film nigdzie nie wybiega, stąd taka a nie inna ocena.
Ceny usługi Amazon Prime w Polsce rosną o ponad 40%. Dotyczy to zarówno abonamentu miesięcznego, jak i rocznego. W pierwszym przypadku opłata wzrośnie z dotychczasowych 10,99 zł do 15,50 zł. Z kolei za 12 miesięcy korzystania z usługi zamiast 49 zł użytkownicy zapłacą 69 zł.
Zmiany weszły w życie 13 stycznia. Aktualni subskrybenci Prime zapłacą więcej już od najbliższego okresu rozliczeniowego.