Planuję na przełomie czerwca i lipca pojechać na tydzień do Serbii. Ktoś był? Jakieś rady? Czytam na forach o przejściach granicznych, bo to jednak przekroczenie granicy UE, i trochę boję się oczekiwania w kolejkach. Druga sprawa, jakieś polecane mapy offline do nawigacji w telefonie, żeby mi nie nabijało rachunków za internet?
@t0mek ja korzystam z OsmAnd ale nawigacja samochodowa od nich jest średnia.
Na granicy HU-SRB stałam ostatnio godzinę wjeżdżając i 40 min na wyjeździe, bo Węgrzy ładnie ogarnęli kolejkę dla Unijnych. Wjeżdżając do Schengen Węgrzy sprawdzają bagażnik i jeśli wyglądasz podejrzanie to bagaże, niemniej Polacy są traktowani ulgowo.
Kontrolują głównie Albańczyków i te ich baby w turbanach bo przemycają sporo i papierosów i alkoholu. Na granicy jest też dużo cygańskich żebraków.
Ogólnie IMO Macedonia Północna jest dużo ładniejsza niż Serbia, zwłaszcza góry. No i ludzie bardzo sympatyczni.
@t0mek jak lądową granicą to pewnie na węgierskiej będziesz kwitnął, jak lotniczą to szybko i sprawnie. Serbowie sa spoko, dobre jedzenie, Niś mi się podobao, tak samo fajnie jest pójść sobie z Babin Zub na ich najwyzszy szczyt, jak lubisz ferraty jest fajna B/C w Lipowac koło Nisiu, sa tez wyznaczone trasy do wspinaczkiwa i całkiem fajne trasy trekingowe. Jak bys szukal noclegu w Lipowac dam Ci namiar na fajna miejscówkę. Kikinda siwatowa stolica sów jeszcze Dużo znajdziek jak sie zapuścisz poza szlak, opuszczone wioski i takie tam.
Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, odgrzebałem mechanizm 2809 pochodzący z Wołny, który od kilku lat moczę w nafcie. Kupiłem go za jakieś nieduże pieniądze z przeznaczeniem na dawcę, ew. doprowadzenie do ładu, jeśli się da. Był skorodowany po zalaniu, miejscami tylko zacieki, ale gdzieniegdzie jest grubo. Zdjęcia z pierwszego mycia. Na drugim ujęciu kilka części "zrośniętych" przez rdzę - kawałek tulejki wskazówki i tzw. ćwiertnik, czyli rodzaj sprzęgła złożonego z dwu kół zębatych. Panie, to się jeszcze wyklepie, będziesz pan zadowolony.
W nawiązaniu do wcześniejszego wpisu prezentującego tą panią, informuję, że udało mi się przemówić jej do rozsądku. Pokazuję zdjęcie przed i po ingerencji.
Zegarek z końca lat 50-tych XX w., był to prosty, a przez to niezawodny mechanizm produkcji zakładów w Czystopolu (późniejszy "Wostok"). W ten sposób, po 1. i 2. Moskiewskiej Fabryce Zegarków, niepostrzeżenie przechodzimy do kolejnej, ale zasadniczy wpis o zakładzie produkcyjnym będzie kiedy indziej. Dziś krótko o tej konkretnej sztuce.
Zegarek po zamoczeniu, na elementach mechanizmu widać było lekką rdzę, którą wyszczotkowałem szczoteczką z włókna szklanego. Mechanizm rozłożony, umyty i złożony z oliwieniem przy użyciu nowej oliwy zegarmistrzowskiej. A właściwie to wcale nie nowej, tylko New Old Stock, oliwka francuska z lat 60-tych ze starych zapasów. Bardzo dobra w użyciu, tak przy okazji.
Z widocznych mankamentów najbardziej rzucał się w oczy stan tarczy, podmieniłem ją na inną, nieco lepszą. Też nie jest idealna, lekko poodbarwiana i część indeksów minutowych szlag trafił. Poza tym brak sekundnika, złamana jest oś, na której powinien być osadzony. Tej części szukam po znajomych, może uda się jeszcze uzupełnić. Wskazówki lekko przepolerowane, szkło nowe, koperta przepolerowana. Koronka zużyta, ale zostawiam ją, bo to oryginał, poprawiłem tylko wytarte nacięcia na obwodzie, żeby lepiej było nakręcać. Pasek używka ze stroćków.
Pomimo kilku prób, mechanizm startował i przerywał pracę. Wyglądało na to, że ma duże opory podczas działania, więc najpierw dla testu zamieniłem balans z inną, działającą jednostką - tutaj wszystko OK. W oględzinach widać było coś dziwnego w przekładni chodu na osi jednego z kół zębatych, tak jakby była ona za długa i nie mieściła się pod kamieniem nakrywkowym. Praca jak dla detektywa: co tu zaszło poprzednim razem? Przy starych zegarkach trzeba mieć na uwadze, że wielokrotnie były poddawane ingerencjom, czasem z dobrym skutkiem, a czasem - np. przez brak części czy nielitościwą ekonomię - w niepoprawny sposób. Najpierw określiłem, które koło źle działa, a potem były próby. Domyśliłem się, że ktoś wcześniej poskładał go z użyciem jednej części od innego, pokrewnego mechanizmu, różniącej się wymiarem. No to heja, na szczęście mam trochę złomków, szukamy i podmieniamy.
No nie ma tak łatwo. Podmiana koła nic nie dała, podmiana trzymającego je mostka również nie. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zbyt długa oś koła zębatego wypchnęła na zewnątrz kamień, czyli łożysko rubinowe, w którym była osadzona. Problem jest pokazany na ostatnim zdjęciu - małe różowe kółeczko tkwiące w płycie górnej mechanizmu mniej więcej na godz. 5.30 powinno być osadzone głębiej, niż było. Różnica jakieś ćwierć milimetra.
Po skorygowaniu łożyska i poskładaniu mechanizmu (chyba 5 czy 6 raz) wszystko pracuje, ale potrafi jeszcze stanąć, czyli to nie koniec naszej przygody. Przypuszczalnie należy jeszcze poprawić kamienie na tej osi. Mogę też, i pewnie od razu należało tak zrobić, zmienić całą górną płytę mechanizmu, przekładając do niej inne części.
Z takich plusów to znalazłem zachomikowaną drugą Wołnę w gorszym stanie wizualnym ale z o wiele lepszym mechanizmem. Oraz przypomniałem sobie o trupku zardzewiałego mechanizmu, od kilku lat moczącego się w nafcie - chyba i na nie przyszła pora.
W rezonansie kręgosłupa lędźwiowego wyszły mi zwyrodnienia stawów, dyskopatia degeneracyjna, uwypuklenia tarczy międzykręgowej i uszkodzenia pierścienia włóknistego z naciskiem na nerwy, ale za to na nerce widoczna jest cysta.
Nosz k@rwa mać.
W tej sytuacji ryzykowne jest pytanie "jak rzyć?".
Rozkminiam to sobie i myślę, że powinienem zacząć od wzmocnienia brzucha i potem mięśni kręgosłupa, ale tak, żeby go nie obciążać. Może np. unoszenie zgiętych kolan w zwisie? Poleci ktoś ćwiczenia w takiej przypadłości?
No ja to bym już zaczął zbijać deski na drewnianą jesionkę😄...a tak na poważnie to jak ci już tu pisali idź do fizjoterapeuty.On cię pokieruje co masz robic,jakie zabiegi i ćwiczenia.
Jestem właśnie po rehabilitacji, w planach mam kontrolną wizytę u ortopedy, przydałaby się wizyta u neurologa z wynikami rezonansu i jeszcze wyszła ta cysta jako nowa rzecz. Chociaż potencjalnie to można zadzwonić po śmieciarę, to wiele uprości.
@t0mek mam podobne problemy, choć może nie aż tak nasilone. Tylko jakiś porządny fizjo może ci pomóc. Nie radzę atakować problemu na własną rękę, bo możesz sobie zaszkodzić. A jak nie masz kasy albo dostępu do fizjo, to wszelkie na YouTube znajdziesz ćwiczenia wzmacniające i rozciągające na kręgosłup lędźwiowy. Ważne, żeby nie robić na siłę jak boli
Niedzielne staroćki. Idę sobie alejką między stoiskami i skanuję teren. Jest pani z salaterką (!) zegarków, przystępuję zatem do szybkiego przeglądu. 4 - 5 szt. cienizny, którą nie zajmuję się, ale hej! Jest i ona! Złocona Sekonda, czyli Sława eksportowa na zachodni rynek! Brudna, ale mało zniszczona, szkiełko trzaśnięte, nie startuje. Ile pani ceni?
10 złotych.
To poproszę.
W tej cenie głupi by nie brał, obojętnie, co jest w środku. Złoto na kopercie jest więcej warte, niż cena wywoławcza.
W sumie szkoda, że nie pochyliłem się nad resztą tych zegarków, ot, z czystej ciekawości....
W domu okazuje się, że brak wahnika modułu automatu, i to jest największy i zarazem najmniejszy mankament. Raz, że odpowiednio posmyrany, zegarek rusza i póki co chodzi drugą dobę. Brudny jest, ale to dobrze, bo widać nikt nie pchał się w naprawy. Dwa, wahnika brak więc nie działa automat, ale ten mechanizm można normalnie nakręcić koronką (brudny i zardzewiały wałek niestety to utrudnia). Może ta część gdzieś mi się tam poniewiera, albo będę w stanie ją dokupić (a była, cholera, w salaterce, dopiero po fakcie to skojarzyłem, wystarczyło odkręcić dekiel i sprawdzić stan w środku!). No i trzy, poza tym jest absolutnie sprawny.
Na oko produkcja z lat 80-tych, 27 kamieni, napęd automatyczny. Promienisty szlif koperty, ozdobne indeksy, rozbudowany datownik z dniem tygodnia (i jego szybką zmianą). Złocenie nawet mało wytarte, zegarek do ogólnego mycia i smarowania, no ale za dychę to jest niezły strzał. Doprowadzić do ładu, dać ładny pasek i będzie sztos.
Wiem, wiem, ruskość aż z niego bije, on ładny nigdy nie będzie....
Jakiś czas temu, konkretnie - ponad miesiąc temu, zauważyłem przy drzwiach damskiej toalety leżącego zdechłego szczura. Hmmmm.
Do głosu doszło moje poczucie humoru. Nietypowe, można powiedzieć. Miałem zamiar przykryć go czymś i zrobić zdjęcie, jakby spał, no ale bez jaj, pomyślą ludzie, że jakiś pi@rdolnięty czy co. Więc tylko przywiesiłem kartkę dla dekoracji.
Z dnia na dzień podnosiło mi się ciśnienie, bo - było nie było - ludzie tamtędy chodzą, jeśli ja widziałem padlinę, to inni też nie są ślepi. Szczur jak leżał, tak leży. Nosz k...wa mać. Rozumiem, kołchoz, ale wszystko ma granice.
Miałem złapać go na szuflę i sprzątnąć, ale nie. Nie to, że jestem leniwą bułą, ale jeśli nikomu nie przeszkadza, to poobserwujmy, co będzie. Wybuchnie? Wyjdzie o własnych siłach na tysiącu małych nóżek? Pani szczurowa upomni się o niego? Tyle pytań bez odpowiedzi.
W korytarzu jest zimno, więc trzymam kciuki.
Stan na dzień wczorajszy - szczur leży.
Dorzucam #heheszki i może nawet #sztukasprawiedliwa , oraz #okazjonalnyszczur
Poljot tzw. "wartowniczy", albo "LWP". Połowa lat 60-tych.
Skąd taka nazwa? Legenda głosi, że były to służbowe zegarki żołnierzy pełniących wartę w wojsku, ale jest to nieprawda. Gdyby którykolwiek z nich był na stanie armii, posiadałby oznakowania kwatermistrzowskie - jak dotąd jeszcze się taki nie znalazł, więc takie opowieści należy między bajki włożyć. Pewnie do ich powstania przyczynił się styl, zbliżony do militarnego - ciemna tarcza, kontrastowe fosforowane indeksy, rozszerzone wskazówki i specyficznie opisane godziny faktycznie jakby nawiązywały do polowego zegarka służącego Amerykanom w Wietnamie, Hamiltona MIL-W.
Zegarek kupiony w zestawie z innymi za 20 - 30 zł/szt., bodajże całość nabyłem właśnie ze względu na niego. Brak koronki, koperta z uszkodzeniami chromu, wskazówki zardzewiałe, mechanizm niby na chodzie, ale nie idzie. O dziwo, w środku nawet czysto i są ślady przeprowadzonego bardzo uczciwego serwisu.
Podmieniłem kopertę, bo miałem taką w lepszym stanie. Koronka nowa, zbliżona do oryginału, wygląda na ogromną - nieprawda, to koperta jest niewielka. Wskazówki przepolerowane, grot sekundnika pomalowany na czerwono. Szkło i koperta przepolerowane.
Mechanizm....tu wyszło kilka rzeczy. Po pierwsze, pęknięta sprężyna naciągu, czyli nie daje się nakręcić - przełożyłem z dawcy narządów. Reszta niby OK, ale coś jakby opór na łożysku balansu...Zabezpieczenie przeciwwstrząsowe składa się z kilku części, okazało się, że ktoś odwrotnie zamontował kamień nakrywkowy, wystarczyło rozebrać, obrócić i złożyć. Po naoliwieniu chodzi poprawnie, do lekkiej regulacji. Pasek 16 mm tzw. NATO z imitacji skóry.
Zegarek ok. 60-letni, z początków marki "Poljot", w wersji eksportowej (tarcza i dekiel opisane łaciną). Były wypuszczane identyczne na rynek angielski pod nazwą "Sekonda".
Oznaczenia 24H wyglądają typowo jak na rynek brytyjski lub amerykański. Anglosasi nie używają na co dzień 24 godzin, tylko 12 AM/PM, więc te oznaczenia dla żołnierzy i służb są tam bardziej przydatne niż u nas. Bardzo ładny krój cyferek, zgrabne wskazówki, czerwona końcówka sekundowej i wypukłe szkiełko też robią robotę. To akryl, prawda?
Fajnisty sikor, szkoda że taki mały (na oko widzę 31 mm bez koronki), dla małego nadgarstka OK, taki w stylu retro, ale na moim łapsku to by już był zbyt silny fashion statement.
Tak, szkło akryl. A kiedyś dawno dawno, im mniejszy zegarek, tym bardziej był szykowny - bo różnił się od dużych kieszonkowych, no i miniaturyzacja była trudna. BTW, porównaj sobie do Hamiltona, chyba ktoś tu kogoś kopiował
Z okazji kolejnych urodzin kupiłem sobie Husqvarnę, ale to nie jest chałkoń ze wsi, więc nikt się ze mną nie przywita
W założeniu ma być do łatania roboczych portek i takich tam, ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Na razie powoli odkrywam ze zdziwieniem, że ten mały potwór jest lepszy, niż się spodziewałem.
Mój dziadek był mechanikiem maszyn do szycia i do pisania. Jedno z silniejszych wspomnień z dzieciństwa to to, jak przesiadywałem przy dziadku jak je naprawiał. Grzebał przy nich i opowiadała różne historie i opowiastki. Jak zmarł i rodzina dzieliła między sobą rzeczy po dziadku, ja wiedziałem, że chcę jedno i nie cofnę się przed niczym - jego skrzynkę z narzędziami. Mam ją do dziś, a zapach tej skrzynki odnawia wspomnienia. Miałem "prawdziwego" dziadka i bardzo jestem za to wdzięczny.
@Olmec moje, jedno z silniejszych wspomnień z dzieciństwa: stolikowy Singer, maszyna do szycia z napędem na pedał, kupiony "jeszcze za carskie ruble". Stał ten klamot w pokoju i był okazyjnie uruchamiany, a przez nas, dzieci, używany do zabawy. W latach 80-tych jeszcze normalnie działał. Ciągle go mam i myślę, że jakby tak odkurzyć, przeczyścić i nasmarować, to jeszcze nadałby się do szycia, a nie tylko do zbierania kurzu.
@zmaroo słuchaj, ja nie wiem co można uszyć, bo to się rozbija jakby o posiadane skille i pewną determinację. Ja na razie wziąłem swoje stare portki podarte na kolanach i naszyłem łatę, żeby rozgryźć, o co w tym kaman. Powiem tak: zrobić coś jest łatwo. Ale zrobić to dobrze, to jest cholernie trudno. Kurcze, założę tag i będę wrzucał atencyjne łaty, to będzie uniwersum na miarę Stepującego Już wyobrażam sobie te komentarze
@moll no właśnie odwrotnie. Szkło jest nowe, a tarcza z uszkodzeniami. Tu od strony mechanizmu widać rdzę, zegarek musiał być zamoczony i pewnie to przyspieszyło powstanie defektów. Powszechną wadą tej marki po pewnym czasie użytkowania były odbarwienia powierzchni cyferblatu, w wyniku zniszczenia jednej z kilku warstw dekoracyjnych. Nie da się tego naprawić. W innym przypadku próbowałem podmalowywać, niby jest odrobinę lepiej, ale to nie to. Mam tarczę w lepszym stanie, będzie na zamianę. Aczkolwiek te plamy i patyny mają swój urok.
Wjechała dziś na stół Rakieta niewidka. O fabryce, założonej w Petrodworcu przez cara Piotra I , już było. Początkowo cięcie i szlifowanie kamieni, zarówno jubilerskich, jak i okładzin oraz dekoracji pałaców czy katedr. Potem w 1932 r. przemianowanie na zakład produkcji kamieni precyzyjnych, TTK-1. Produkowano tam łożyska rubinowe, ale też agatowe i korundowe, dla radzieckich fabryk zegarków, m. in. dla 1. Moskiewskiej (późniejszy "Poljot"). Podczas wojny zniszczona, potem odbudowana i jako Petrodworecka Fabryka Zegarków (PCzZ) włączona w przemysł zegarkowy. Po wojnie produkowano tam m. in. takie marki jak Baltika, Petrodworec, Leningrad, Majak, Newa, Rossija, Start i Swiet, oraz Rakieta. W początkach lat 60-tych wszystkie te marki zunifikowano w jeden brand, właśnie "Rakieta".
Tutaj mamy właśnie Rakietę, tylko w wersji dla niewidomych, taka ciekawostka kupiona ze 4 lata temu za 30 zł. W ogóle, ruskie zegarki dla niewidomych zaczęto tłuc właśnie w Petrodworeckiej Fabryce (a były też inne). Koperta ma lunetę otwieraną przyciskiem w koronce, aby dotykiem można było sprawdzić położenie wskazówek. Na obrzeżu tarczy wytłoczone są kropki dla głównych indeksów. Początkowo była ona metalowa emaliowana, potem plastikowa. Właśnie taka była odporniejsza na dotyk, bo nie musiała być dodatkowo zabezpieczona lakierem. Niestety, na mojej widać zażółcenie, którego nie da się zmyć.
Koperta ze względu na specyficzną konstrukcję była zanieczyszczona syfkiem i kłakami, poszła do mycia. Szkło stłuczone, do wymiany, muszę dopiero kupić drugie.
Mechanizm 2601 został pozbawiony sekundnika, przez co jest bardziej zwarty i odporny. Ma 2 zabezpieczenia antywstrząsowe, czyli bardzo dobrze (panie, kto tyle doł?). Poza tym to ten sam, jeden z najdzielniejszych, "wół roboczy" , który wkładano do kopert od lat 70-tych do....no właśnie. Do wojny z Ukrainą, bo "Rakieta" jako fabryka przetrwała upadek ZSRR, produkowała czasomierze bez przerwy i jeszcze kilka lat temu można je było kupić. Jak jest teraz - nie wiem. Był to w każdym razie jeden z najstarszych na świecie, nieustannie działający, zakład z branży zegarkowej (no tylko że te zniszczenia w II WŚ). Ba, specyfiką tego producenta było to, że wszystko, od śrubki i kamieni po tarczę i kopertę, wszystko produkowano w jednej fabryce (poza paskami). Niewiele marek szwajcarskich tak robiło, i to tylko te największe, pozostałe korzystały z outsourcingu.
Sam mechanizm jest prosty i idiotoodporny, łatwo się go serwisuje. Dziś rozbieram i myję, może zdążę poskładać, ale i tak przyjdzie poczekać na szkło.
Na obrzeżu tarczy wytłoczone są kropki dla głównych indeksów
Ja bym jeszcze wytłoczył jakiś trójkącik (albo coś takiego) na dwunastce.
specyfiką tego producenta było to, że wszystko, od śrubki i kamieni po tarczę i kopertę, wszystko produkowano w jednej fabryce (poza paskami). Niewiele marek szwajcarskich tak robiło, i to tylko te największe
To by się mogło sprzedawać i to nie tylko w dawnym bloku wschodnim. W tej Rosji to gdzie nie spojrzysz, to coś ukradli, spaprali albo zmarnowali. Mieli, chamy, złoty róg – to woleli iść na wojnę. C⁎⁎j im w d⁎⁎ę.
Ja bym jeszcze wytłoczył jakiś trójkącik (albo coś takiego) na dwunastce.
12-3-6-9 są podwójne kropki, a dwunastkę łatwo zlokalizować.
Mieli, chamy, złoty róg – to woleli iść na wojnę
Ruska gospodarka jest rzekomo przestawiona w reżim wojenny, a podczas IIWŚ wszystkie zakłady zegarkowe produkowały dla wojska - i to nie tylko czasomierze, ale np. dalmierze, celowniki, optykę do dział i czołgów, łożyskowanie wrażliwych i dokładnych elementów itd. Nie zdziwiłbym się, gdyby obecnie, obłożeni cłami i barierami na wielu granicach, wrócili do tego i tłukli produkcję dla armii.
Oraz jako się rzekło, jestem w trakcie remontu męskiego Łucza.
O Łuczu, czyli Promieniu, już gdzieś kiedyś wspominałem, dziś nie mam czasu rozwijać historii, bo jestem w ogniu walk.
Zegarek kupiony od dziadka na staroćkach. Potencjalnie sprawny tylko zdezelowany. Tarcza z urwanym mocowaniem obróciła się, szkło pęknięte i niedopasowane, tarcza brudna, ale hej! Koperta przecież całkiem niezła, a mechanizm, chociaż niechodzący, wygląda na kompletny i nieuszkodzony.
Czekał blisko rok.
Dziś rozebrany, umyta koperta i tarcza, pierwsze mycie w nafcie, zaraz pójdzie drugie w benzynie, zwykle jest jeszcze trzecie w wodzie destylowanej, potem składanie z oliwieniem. Wrzucam postępy prac.
@Iknifeburncat pierwsze narzędzia - śrubokręty - sam zrobiłem, do tego doszedł z czasem szpej z Allegro i Aliexpress: okulary, kilka pęset, śrubokręty, demagnetyzer itd. Teraz jak siadam do napraw wygląda to tak:
Dobra, myślałem, że pójdzie szybciej, ale wpadli goście i robota w kąt poszła. Skończyłem wczoraj przed 23.00, efekt prac poniżej #tikutak i trochę #ksiazki Trochę mi się śmierdoliło, bo nocna robota - zła robota, a tego typu mechanizm robiłem dopiero drugi raz, więc musiałem poprawiać po majstrze
Pasek oryginalny z lat 60-tych wyszperany w lokalnej graciarni, sprowadzającej klamoty z Holandii. Do pełni szczęścia brakuje szkła, niestety, nie mam takiego w domu, dopiero jutro będę dysponował.
Całość umyta, naoliwiona, ma chęć chodzić. Tarcza doczyściła się bardzo ładnie. Urwane mocowanie zwykle naprawiam inaczej, tym razem podkleiłem taśmą dwustronną. Brak sekundnika, może jakiś znajdę. Należałoby zmienić wytartą koronkę, bo psuje efekt.
Zegarek ma bardzo proste wzornictwo i płaską, dobrze leżącą kopertę. Nie wyróżnia się, brak tu fajerwerków, ale nie na darmo moje dzieci śmieją się ze mnie, że "tata ma dziadkowy gust". Klasyczny, poprawiam wtedy, klasyczny.
Zrobiłem go już jakiś czas temu, dziś, korzystając z chwili wolnego podczas naprawy Łucza (o czym w kolejnych wpisach) wrzucam zdjęcia przed i po moim serwisie.
Zegarek z lat 70-tych, ostatni serwis 1987 r. (jest sygnatura zakładu zegarmistrzowskiego), zapyziały od leżenia, z wykwitami soli miedzi (koperta jest mosiężna złocona, na przetarciach widocznie korodowało), niechodzący. Uwalona oś koła balansu, trochę trwało, zanim znalazłem odpowiedniego dawcę.
Dostał przeszczep i chodzi, udało się usunąć większość zielonego z koperty, najgorzej jest z tarczą.
Fabrycznie ma ona promienisty....nie wiem: relief? Powierzchnia nie jest gładka, tylko z prążkami, słabo to widać, ale jest. Dodatkowo na powierzchni ma warstwę werniksu. Niestety, tutaj również pojawiły się zielone przebarwienia od strony wałka i koronki; pojawiło się pytanie, czy zostawić, czy ruszać? Sęk w tym, że:
a) mam taką tarczę w lepszym stanie, wystarczy przełożyć i będzie cacy - no ale to już nie będzie całkiem babciny sikor. Tzw. paradoks łodzi Tezeusza
b) jak umyję, to popłynie malowanie tarczy - werniks i indeksy, a to zielone paskudztwo pewnie zostanie
c) *uj, zostaw tak jak jest
d) drugi *uj, jak będzie źle, to mam na co zamienić
No i umyłem. Tarcza oczywiście spłynęła i zgodnie z przypuszczeniami zielone zostało. Uszkodzenia najbardziej widać w okolicach indeksów godz. 2 i 3, logo i kilka kresek minutowych też poleciało. Trudno.
Pasek NOS z epoki, regulacja w granicach rozsądku, lekka polerka. Nie jest najgorzej, a mogę jeszcze zrobić lepiej. Szkiełko pęknięte po prawej stronie, nie mam innego.
W bloku (właściwie to taka kamienica z lat 50-tych) wszystkiego 12 mieszkań, z czego połowa zamieszkane, a połowa stoi pusta. Niektóre stoją niezamieszkane od lat, w jednym właściciel przyjeżdża mieszkać na miesiąc wakacji, w jednym mieszka stuletni dziadek. Pozostali mieszkańcy to osoby starsze, emeryci, poza naszym lokalem i sąsiadami z parteru, o czym dalej. Każde mieszkanie ma swój licznik prądu i gazu, do tego są tzw. części wspólne, czyli: latarnia przed blokiem (z czujnikiem ruchu, włącza się na 20 sek. każdorazowo), klatka schodowa (oświetlenie też z czujnikami ruchu), strych i piwnice. Strych jest niemal nieużywany, okazjonalnie raz na ileś tam ktoś zagląda, bo literalnie nie ma po co tam bywać. Piwnice - rzadko, ale czasem są odwiedzane. Żeby dojść do piwnicy, trzeba włączyć po kolei trzy żarówki, a potem za sobą wyłączyć, kiedy się wychodzi. Owszem, zdarzyło się kiedyś wejść i zastać światło niewyłączone, ale ile takie 3 żarówki mogą zużyć prądu?
Tymczasem na dorocznym zebraniu członków spółdzielni okazało się, że zużycie prądu w częściach wspólnych jest dwukrotnie większe, niż w porównywalnym poprzednim roku. Czyli, po polsku, przez rok licznik nabił drugie tyle zużycia, niż dotychczas bywało. Nie chodzi o cenę prądu i wartość rachunku, tylko o zużycie. Nie było jakichś tam prac, na które można byłoby to zwalić. Wśród mieszkańców są ludzie mieszkający ze sobą od lat i takich historii nie było. Poprosiłem zarządcę o zlecenie przeprowadzenia specjalistycznego badania, ale czy to zrobi - nie wiem.
No i teraz zagwozdka, bo cudów nie ma. Kto i gdzie wpiął się nielegalnie? Zastanowiłem się na spokojnie i wyszło mi, że gdybym miał to zrobić, to w piwnicy wpiąłbym się do rozetki (a może właśnie na strychu?), nawet nie musiałbym niczego kuć ani wiercić, tylko wykorzystałbym szacht kominowy i puścił tamtędy kabel do swojego mieszkania. Przed laty w każdym lokalu były piece, pozostały po nich przewody kominowe z wyczystką na najniższym poziomie, przeciągnąć tamtędy kawałek kabla byłoby w miarę prosto. Po co? No mi po nic, ale ktoś inny mógłby np. dogrzewać mieszkanie elektrycznie (każdy lokal ma własny piecyk gazowy i ogrzewanie + CWU w swoim zakresie, płaci za zużycie gazu indywidualnie, więc w ten sposób oszczędziłby kosztem innych mieszkańców). Mam silne podejrzenie co do sąsiadów na parterze (małżeństwo), którzy dali się poznać jako niezłe cwaniaczki i kombinatorzy, poza tym z piwnicy mieliby najbliżej. I teraz wołam @myoniwy prosząc o opinię - jest szansa namierzyć coś takiego, jakby mając na uwadze w którą stronę prądu "ubywa"? Utrudnieniem jest fakt, że ta sąsiadka pełni funkcję po trosze ciecia, sprząta klatkę, ma klucze do nieużywanych lokali, pewnie też do nieużywanych piwnic. Gdyby pojawiła się kontrola, to ona wiedziałaby o niej jako pierwsza. Co o tym sądzicie?
No w c⁎⁎j mogą zjadać jeśli to są stare żarówy. U siebie odczułem solidnie w rachunkach wymianę starych żarów na ledy, a co dopiero zakładając że tam się świecą 24/7 trzy stare żarówki
@ZohanTSW no, wymiana wszystkiego na energooszczędne na starym mieszkaniu z Mamą nam oszczędziła od groma, sam na nowym nie mam żadnych starych i też rachunki niskie. Szybko się to zwróciło.
@t0mek a ktoś wam robi przeglądy instalacji elektrycznej? To obowiązkowe, tylko zwykle jest na odpierdol (gniazdko w kuchni, gniazdko w łazience, fajrant). Jak chcecie, żeby faktycznie sprawdzić, to trzeba rzetelnie każdy punkt.
o wuj, nie sądziłem, że będzie takie zainteresowanie wpisem - jeszcze żaden z moich postów o zegarkach nie dostał tyla pierunów W styczniu - lutym będzie zebranie wspólnoty i zarządu, postaram się dopytać, czy coś z tym zrobili i ew. zasugerować upływ prądu na zewnętrznej lampie. Dziękuję wszystkim za wkład i zainteresowanie.
Pokazywałem już ten zegarek przed "zrobieniem", tutaj zamieszczam foty przed i po ingerencji.
Sława mechaniczna z małym, damskim mechanizmem 1601, 17 kamieni, 21600 BPH. Widać, że to już schyłek Sojuza, lata 90-te, oszczędność na wszystkim i jednocześnie poszukiwanie atrakcyjnej formy, przeznaczenie na rynek wewnętrzny. Zegarek ciekawy o tyle, że koperta to plastikowy monolit, dodatkowo inny kształtem niż pozostałe, a wielkością coś między dużą damką a małym męskim.
Koperta jest jednocześnie jego przekleństwem.
Może w oryginale wychodził inaczej, może były jakieś zabezpieczenia przeciw wilgoci, ale tutaj niet. Kupiłem go razem z innymi w pakiecie (nie wiem, może jednostkowo to była inwestycja rzędu 10 zł), jako niesprawny. Po oględzinach widać było wewnątrz ślady rdzy, tzn. wilgoć wtargnęła do środka i narobiła spustoszeń. Przy koronce i pod wałkiem brak jakichkolwiek uszczelnień, więc nic dziwnego, że ruda chrupała z tej strony. Okruchy podczas np. nakręcania oddzielały się i szły w mechanizm, blokując obrót kół zębatych. Od strony szkła również brak zabezpieczeń, jest po prostu wciśnięte w kopertę. Ech.
Mechanizm rozebrany, umyty i nasmarowany, wyregulowany w granicach rozsądku (tu niezbyt zależało mi na szczególnej dokładności wskazań). Wałek oczyszczony z rdzy papierem ściernym, nasmarowany, dorobione szczątkowe uszczelnienie - ot, tak, żeby było lepiej, niż jest. Szkło było kiedyś lekko pęknięte, chyba przy wyjmowaniu nie wytrzymało naprężeń, widać to na godz. 3. Zegarek był dość mocno uderzony, wgniecenie widać w okolicach koronki, mimo polerowania nie udało się usunąć śladu. Ktoś przede mną wklejał je jakimś klejem, pozostały ślady na obrzeżach, prawdę mówiąc dopiero na zdjęciu zaczęło mnie to razić, nie wiem dlaczego nie zwróciłem na ten szczegół więcej uwagi i nie usunąłem tego. Na żywo nie jest to tak widoczne.
Szkło wypolerowane, również zamocowałem i uszczelniłem elastycznym klejem. Odpryski na tarczy podmalowane, wskazówki lekko przepolerowane z rdzawych zacieków. Pasek nowy, parciany Chińczyk. Gotowy do noszenia.
BTW, fotografowanie ciemnych, błyszczących paprochów to mordęga, każdy paproch jest widoczny. Normalnie wygląda lepiej, niż na zdjęciu.
Tutaj mamy automat na 27 kamieniach w wersji eksportowej, lata 80-te, w tej samej stylistyce była też wersja kwarcowa.
Spory zegarek, ciężki, masywny, kształt niby "kostka" ale lekko zaokrąglony, czyli "tonneau" (beczka). Zintegrowana bransoleta. Koperta chromowana w dwu rodzajach wykończenia, w większości połysk a płaszczyzny sąsiadujące z bransoletą - szczotkowanie. Znów mamy tarczę w kontrastowych kolorach czerni, srebra i bieli, krępe wskazówki, do tego sekundnik - chorągiewkę. W poprzek tarczy moletowany pas, w którego obrębie symetrycznie znajduje się logo producenta i rozbudowany kalendarz z dniami tygodnia i datą. Szybka zmiana daty odbywa się przez specjalny przycisk z boku koperty a szybka zmiana dni tygodnia - przez wyciągnięcie koronki. Niestety, komplikuje to budowę kalendarza, jego serwis to istna mordęga - jest najbardziej złożony ze wszystkich sowieckich rozwiązań.
Kupiony jako sprawny, nieserwisowany, szkiełko i koperta lekko przepolerowane. Widoczne zadrapania i przetarcia chromu na narożnikach koperty, nie da się ich usunąć. Mam na podmianę kopertę w lepszym stanie z pękniętym szkłem, a na razie noszę tak.
Znowu Sława, tym razem heksagon, czyli moja "heksa".
Początki poszukiwań na targu staroci, wtedy można jeszcze było coś znaleźć i za grosze kupić. Ta kosztowała 20 zł, była niesprawna i ze szkłem silnie podrapanym, ale na szczęście całym. Na szczęście, bo takie szkła fasonowe są do kupienia tylko z "dawcą narządów", czyli popsutym zegarkiem, robiącym za bank części zamiennych.
Oczywiście padnięty balans, wytarte czopy osi koła balansowego - taka już uroda tych mechanizmów. Cały balans miałem NOS, podmieniłem. Mechanizm umyty i naoliwiony, wyregulowany, koperta domyta i przepolerowana, najwięcej pracy włożyłem w doprowadzenie szkła do porządku. Wielokrotne polerowanie wodnym papierem ściernym gradacji 1500 i 2500, a potem pastą polerską, efekt dało całkiem niezły. Pasek nowy, chiński, z kontrastowym przeszyciem, w kolorystyce tarczy.
Wersja eksportowa z lat 80-tych, mechanizm manualny 2414 z kalendarzem, 21 kamieni. Mimo nietypowego kształtu, cała forma, zarówno koperty jak tarczy i wskazówek, jest bardzo prosta i czytelna. Rozmiar w sam raz na mniejszy męski, większy damski (ale katalogowo przeznaczony był dla panów).
Drugi taki, w innej wersji kolorystycznej, pomału dłubię w wolnych chwilach.
Kończymy dziś serię wpisów o historii istnienia 2. Moskiewskiej Fabryki Zegarków, czyli "Sławy". Następnie będą publikowane wpisy o kolejnych uratowanych zegarkach tej (i nie tylko tej) marki.
Jest rok 1966.
W Polsce świętuje się 1000-lecie chrztu przez akcję „Tysiąc szkół na tysiąclecie Polski”. Każda z powstałych placówek jest przystosowana do pełnienia funkcji szpitala w przypadku wojny oraz posiada schron. Francuzi na Saharze przeprowadzają ostatni z siedemnastu testów atomowych – z próbami przenoszą się na atol Mururoa. LaVey zakłada Kościół Szatana. Watykan znosi „Indeks ksiąg zakazanych”. W USA rozpoczęto budowę World Trade Center (tak, tego WTC). Z Bajkonuru wystrzelono sondę księżycową Łuna 9, która z powodzeniem ląduje w Oceanie Burz (pierwsze w historii udane lądowanie na innym ciele niebieskim, pierwsze połączenie radiowe i zdjęcia z innego ciała niebieskiego). Wystrzelono biosatelitę z 2 psami, Wietierokiem i Ugołokiem, które wróciły na Ziemię po 23 dniach, ustanawiając rekord długości lotu dla psów (w jakim stanie wróciły – tego już nie wiem). Wystrzelono sondy Wenera 2 i Wenera 3, a Łuna 10 stała się pierwszym sztucznym satelitą Księżyca. Ciekawostka: wielokrotnie przesyłano z niej na Ziemię melodię „Międzynarodówki”, po raz pierwszy – podczas zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.
„Sława” od początku istnienia wypuściła już blisko 100 milionów sztuk, eksportuje ponad 50% swoich produktów do 36 krajów; w 1979 r. odbiorcami będą już 72 kraje na wszystkich kontynentach. W ciągu roku wychodzi z niej ok. 2 mln zegarków damskich i 3 mln budzików, nie licząc innych czasomierzy. Inżynierowie 2. Moskiewskiej Fabryki Zegarków, we współpracy z instytutem badawczym, konstruują mechanizm męskiego zegarka 24xx, który następnie jest rozwijany – dochodzi kalendarz, automat (lichy, bo z łożyskiem ślizgowym), wskazanie dni tygodnia. W zależności od wersji, 19 do 27 kamieni, z czego kilka służy jako łożyska ślizgowe kalendarza (!). Dokładność -20/+40 sekund na dobę, czyli przeciętnie (aczkolwiek daje się wyregulować do kilkunastu sekund). Będzie on produkowany do samego rozpadu Związku Radzieckiego. Ogólnie jest udany i nawet wyjątkowy: jak żaden ze znanych mi mechanizmów, posiada dwie sprężyny napędowe w oddzielnych bębnach, co pozwala wygospodarować miejsce na duże koło balansowe. Niestety, Ruscy przedobrzyli. Aby zmniejszyć tarcie osi, ich końce są bardzo cienkie. Oś koła balansu, pomimo zabezpieczenia antywstrząsowego, jest przez to podatna na uszkodzenia w wyniku wstrząsu, a źle serwisowana – ulega szybkiemu zużyciu. Jeśli dziś kupisz męską „Sławę” i nie jest sprawna, to na 99% ma uwalone czopy balansu, niestety. Ten kaliber jest uznawany za mniej odporny i mniej niezawodny, niż inne ruskie, a szkoda, bo fabryka opracowała szerokie wzornictwo, zapewniając bardzo duży wybór paniom, panom, dzieciom i młodzieży. Choć nie miała większych pretensji do uczestnictwa w podboju Kosmosu, a głównym dostawcą zegarów dla misji kosmicznych był „Poljot”, to w 1970 r. dostarczała na potrzeby lotów załogowych zewnętrzne zespoły zegarowe do przełączania obwodów elektrycznych wg zadanego programu awaryjnego.
W 1976 r. wypuszczono pierwszą partię zegarków kwarcowych z mechanizmem 3056 na 10 kamieniach, o dokładności 2 s/d. Nie wiem, czy zachodnie zegarki porównywalnej klasy były lepsze, trwalsze, dokładniejsze, nie podejmuję się takiej oceny. Zwracam tylko uwagę, że w latach 70-tych te właśnie „Sławy” eksportowano do państw zachodnioeuropejskich, głównie do Szwajcarii. Natomiast łożyskowanie rubinami mechanizmów w dobie „rewolucji kwarcowej” i systematycznego cięcia kosztów produkcji, praktykowano tylko w drogich i luksusowych czasomierzach. Inni producenci używali ich jak najmniej (3 – 7); tak duża liczba kamieni była ewenementem. Pewnie przy opracowaniu „kwarców” pomocne było to, że w początkach fabryki produkowano tam zegary i inne urządzenia elektryczne, w latach powojennych zaś współpracowano z inżynierami francuskiego LIP-a.
W Sojuzie namiętnie wdrażano pomysły racjonalizatorskie, czasem lepsze, czasem gorsze. W tym przypadku podzielono wytwórstwo podzespołów mechanizmów między różne fabryki, a każda miała natrzaskać dosyć dla siebie i pozostałych zakładów zegarkowych. W Mińsku (Łucz) produkowano układy scalone, w Ugliczu (Czajka) – rezonatory kwarcowe, a w Kusinie – magnesy do silników krokowych. Tylko weź tu człowieku ogarnij to i zapewnij logistykę między zakładami, żeby finalnie takie puzzle poskładać w jedną funkcjonalną całość. Na tej samej zasadzie podzielonego wytwórstwa pojawiły się werki nowszego typu, 2356. Dobrą stroną takiego dywersyfikowania procesów była unifikacja podzespołów, ich powtarzalność w partiach i na dalszych etapach - między montowniami. Zasadniczo te same mechanizmy widać w „Łuczu” z Mińska, „Rakiecie” z Petrodworca, „Sławie” z Moskwy oraz niektórych „Czajkach” z Uglicza. Mówią, że szybkie przejście z zegarków mechanicznych na kwarcowe było podyktowane usterkowością tych pierwszych, ale to nieprawda. Tradycyjne werki w złoconej kopercie były produkowane równolegle do nowoczesnych i schodziły z produkcji jeszcze w latach 80 – 90, kiedy cała zachodnia produkcja pruła sobie flaki w walce o zegarek jak najtańszy.
W ciągu całej swojej historii „Sławę” opuściło 330 milionów czasomierzy, zatrudnienie znalazło tam ponad 10 tys. pracowników.
Po 1990 r., rozpadzie ZSRR i stopniowym upadku fabryki, mechanizmy sprzedawano jeszcze do Chin i Hongkongu, a spółka dysponująca prawami handlowymi funkcjonowała w dawnej fabryce „Czajki” w Ugliczu. W 2011 r. budynki 2. Moskiewskiej Fabryki Zegarków zostały wyburzone.
Taki był koniec „Sławy”.
Poniżej:
Sława kwarc z lat 80-tych, model eksportowy z późniejszym mechanizmem 2356, kupiona jako niesprawna. Fajny projekt, bezel bardziej dla dekoracji niż w celach użytkowych, ale jest. Koronka schowana w podcięciu na kopercie, prawie jak Seiko. Wskazówki z pijanego snu krasnoarmiejca i dominujące symbole Związku Radzieckiego na tarczy. Mam pomysł, jak ją ożywić, ale na razie leży sobie.
Czarna Sława plastikowa, taka ni to damka, ni to młodzieżowa. To już lata 80/90 i cięcie kosztów produkcji. Zegarek posiadający wszelkie wady projektowe i niewiele zalet. Koperta z jednego kawałka, wewnątrz mały damski mechanizm, do którego trudno się dostać - trzeba od spodu wyjąć zaślepkę, poluzować (broń Boże odkręcić!) śrubkę, potem wyjąć wałek z koronką, potem wydłubać szkło albo wypchnąć je sprężonym powietrzem....Zero zabezpieczenia przed wodą, żadnego uszczelnienia - masakra. Kupiona za grosze w zestawie z innymi, niesprawna, wewnątrz lekko zalana i pordzewiała. Obecnie po serwisie i już chodząca, polerowane wskazówki, jeszcze tylko doprowadzić do jakiego takiego wyglądu samą kopertę i szkło.
Jak zwykle, kilka linków do wartościowych źródełek, szczególnie polecam kolekcję Mroatmana i jego cudeńka, np. Sławę naręczną z budzikiem oraz dwutarczową "sowę".
@klawo nie zdążyłem zauważyć, co tam napisałeś, ale mogę się domyśleć (zwłaszcza, że wpis został zmoderowany). Jak sądzę, przejawiłeś uzasadnioną niechęć do sowieckich symboli, a może zarzuciłeś mi rusofilię czy coś tam. Może dla ciebie moje wpisy zaleciały onucą, ale powtórzę to, co wyjaśniałem na początku serii: piszę o zegarkach. Nie propaguję żadnej polityki czy ideologii. Ruskich jebać równo i zawsze. Zegarki są takie albo inne, nie ich zasługa czy wina, że powstały tu czy tam. Większość tych, do których mam dostęp, to zegarki sowieckie, bo są dostępne i na takie mnie stać (i nie tylko dlatego). Pisząc o nich, nie da się nie zahaczyć o historię - zegarki to czas, czas to historia, tak jest i już. Jeśli ktoś ma problem, że w moich wpisach pojawia się historia Związku Radzieckiego, czy wojny, czy Polski za PRL-u, to uprzejmie informuję, że żadnego z powyższych NIE MA od dobrych kilkudziesięciu lat. Nie jestem nieomylny, pewnie popełniam błędy, zawsze można mi o tym powiedzieć w sposób w miarę kulturalny albo napisać PW. Jeśli ktoś ma nadal z tym problem, to niech mnie daje na czarną listę, po co sobie psuć nerwy. Pozdrawiam.