311 024,99 - 2,02 - 5,23 - 1,65 = 311 016,09
Spacerek przed pracą + pracodomy
#ksiezycowyspacer
---
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin


Spacerowicz, czytelnik, książkozbieracz
311 024,99 - 2,02 - 5,23 - 1,65 = 311 016,09
Spacerek przed pracą + pracodomy
#ksiezycowyspacer
---
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Niestety po zaliczeniu wyzwania, nie da się od klikać nowego. Przycisk ‘Odkryj wyzwanie’ nie reaguje, restart aplikacji nie pomaga.
Wersja: 1.0.14 iOS: 26.5.1 #hejtowyzwania #hejtobugi

@WujekAlien sprawdź teraz
Zaloguj się aby komentować
Można już dzwonić po śmieciarkę, druga połowa życia w pełni xD #urodziny #urodzinyzhejto

Zaloguj się aby komentować
311 079,32 - 1,39 - 5,70 = 311 072,23
Spacerek przed pracą i do pracy
#ksiezycowyspacer
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
@Nemrod Nasz wuefista kochał to co robił. 9 lekcja a on nam sędziował. Każdą naszą zwadę rozwiązywał indywidualnie. Karał w sposób że sam wiedziałeś co zrobiłeś. Był tak dobry że mu dali dyrektora szkoły podstawowej. Byłem u niego na dywaniku dwa razy. Zapytał dowiedział się. A potem pytał kiedy mu górala rower przyniosę. To było jego hobby.
Zaloguj się aby komentować
959 + 1 = 960
Tytuł: Gliff
Autor: Ali Smith
Kategoria: literatura piękna
Wydawnictwo: W.A.B.
Format: ebook
Liczba stron: 272
Ocena: 8/10
Po lekturze Kwartetu Pór Roku (Jesień, Zima, Wiosna, Lato) można było odnieść wrażenie, że Ali Smith wyrobiła sobie już dość mocno swój unikalny styl. Jej książki zawsze były mniej zainteresowane samą fabułą, a bardziej językiem, skojarzeniami, znaczeniami i tym, jak opowieści wpływają na nasze postrzeganie świata. „Gliff” idzie dokładnie tą samą utartą ścieżką, ale robi to w znacznie bardziej dystopijnym wydaniu.
Fabuła skupia się na rodzeństwie o Bri i Rose o żyjących w niedalekiej przyszłości, w rzeczywistości przypominającej świat, który skręcił o kilka stopni za daleko w stronę kontroli, kategoryzowania ludzi i technologicznego nadzoru. Pewnego dnia wokół ich domu pojawia się tajemnicze oznaczenie (czerwona linia), które sprawia, że stają się wyrzutkami. Zmuszeni do ucieczki próbują odnaleźć się w świecie, który coraz częściej traktuje ludzi nie jak jednostki, ale jak dane do przetworzenia. Towarzyszy im koń o imieniu Gliff, który staje się jednym z najważniejszych symboli całej historii.
Najbardziej podobało mi się to, że Smith nie pisze klasycznej dystopii. Nie interesuje jej tworzenie szczegółowego świata przyszłości, ani tłumaczenie mechanizmów działania systemu. Tak jak w swoich wcześniejszych książkach bardziej skupia się na ludziach, języku i emocjach. Świat poznajemy fragmentarycznie, czasem wręcz przez przypadek, a wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych i niewyjaśnionych. Dzięki temu książka ma bardzo specyficzny klimat niepewności, jakby wszystko znajdowało się lekko poza naszym zasięgiem.
To również kolejna książka Smith o znaczeniu słów. Autorka od lat pokazuje, że język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale wręcz ją tworzy. W „Gliffie” ten motyw jest szczególnie mocny. Bohaterowie funkcjonują w świecie, gdzie odpowiednie nazwanie człowieka może decydować o jego losie. To książka o etykietach, definicjach i próbach zachowania własnej tożsamości w rzeczywistości, która chce wszystko uporządkować i skatalogować.
Jednocześnie mam wrażenie, że „Gliff” jest bardziej pomysłem niż historią. Podobnie jak w części wcześniejszych książek Smith, bardziej podziwiałem jej inteligencję i konstrukcję niż przeżywałem losy bohaterów. Niektóre fragmenty są świetne, inne celowo chaotyczne i wymagające dużej cierpliwości. To jedna z tych książek, które czasami bardziej się analizuje niż czyta.
Mimo tego bawiłem się bardzo dobrze. Smith nadal potrafi pisać w sposób, który zmusza do myślenia, a jednocześnie nie zamienia powieści w filozoficzny wykład. „Gliff” jest pełne ciekawych pomysłów, niepokojących wizji przyszłości i pytań o to, co właściwie czyni nas ludźmi. To może nie jest najlepsza książka Ali Smith, ale bardzo udana kontynuacja tematów, które rozwija od lat. Dystopia bardziej literacka niż fabularna, bardziej oparta na ideach niż akcji, ale zdecydowanie warta poznania.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz\ #bookmeter #Ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

Zaloguj się aby komentować
311 120,21 - 1,94 - 6,07 - 1,34 - 1,32 - 1,55 = 311 107,99
Dzień pod znakiem drobnicy i garminowej odznaki: Aktywny czerwiec 😎
#ksiezycowyspacer
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin

Zaloguj się aby komentować
- Jaki jest sekretny składnik nutelli? - Cierpienie (dzieci i orangutanów) #heheszki #nutella
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
Khao soi, najlepsza zupka na drobne przeziębienie 😎 #jedzzhejto #zupka #kuchniatajska

Zaloguj się aby komentować
956 + 1 = 957
Tytuł: Wyspa bijących serc
Autor: Laura Imai Messina
Kategoria: literatura piękna
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Relacja
Format: ebook
Liczba stron: 320
Ocena: 8/10
Niektóre książki mają tak nietypowy punkt wyjścia, że trudno uwierzyć, iż powstały na bazie prawdziwego miejsca. Wyspa bijących serc jest właśnie taką historią. Inspiracją dla powieści stała się istniejąca w Japonii wyspa Teshima, na której znajduje się archiwum ludzkich głosów - miejsce, gdzie ludzie zostawiają wiadomości dla tych, których już nie ma. Brzmi niezwykle, a jednocześnie trochę nierealnie. I właśnie wokół tego pomysłu Laura Imai Messina buduje swoją opowieść.
Główni bohaterowie to ludzie naznaczeni stratą. Każde z nich próbuje poradzić sobie z pustką pozostawioną przez bliskich, choć robią to na zupełnie różne sposoby. Spotkanie ich losów prowadzi do historii bardziej o żałobie i pamięci niż o samych wydarzeniach. To książka bardzo spokojna, momentami wręcz kontemplacyjna, która nie próbuje szokować czytelnika ani przyspieszać tempa tam, gdzie nie jest to potrzebne.
Najbardziej podobało mi się to, że autorka nie traktuje straty wyłącznie jako źródła cierpienia. Owszem, jest tu dużo smutku, ale równie dużo miejsca poświęcono pamięci, wspomnieniom i temu, jak obecność zmarłych potrafi nadal wpływać na życie tych, którzy zostali. Telefon, do którego nie można się dodzwonić, a mimo to ludzie zostawiają w nim wiadomości, jest jednym z najpiękniejszych literackich symboli, jakie spotkałem w ostatnim czasie.
Książka bardzo mocno korzysta też z japońskiej wrażliwości. Nie ma tu wielkich dramatycznych scen ani emocjonalnych eksplozji. Zamiast tego dostajemy ciszę, niedopowiedzenia i małe gesty, które znaczą więcej niż długie monologi. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych wada, ale mnie ten sposób opowiadania historii bardzo odpowiadał.
Co ciekawe, mimo że centralny motyw jest tak niezwykły, książka ani przez chwilę nie wydaje się sztuczna. Wręcz przeciwnie - im dłużej ją czytałem, tym bardziej myślałem o tym, że każdy człowiek nosi w sobie rozmowy, których nigdy nie odbył albo nie zdążył dokończyć. Autorka wykorzystuje niezwykły pomysł, by opowiedzieć o czymś bardzo uniwersalnym.
To jedna z tych powieści, które nie opierają się na zwrotach akcji ani tajemnicach. Jej siłą są emocje, atmosfera i refleksja nad tym, jak radzimy sobie z nieobecnością tych, których kochaliśmy. Może nie jest to książka dla każdego, ale jeśli ktoś lubi spokojne, melancholijne historie o ludziach i uczuciach, to trudno przejść obok niej obojętnie.
Nietypowy pomysł, piękne wykonanie i dużo więcej ciepła, niż sugerowałby temat żałoby.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz
#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

Zaloguj się aby komentować
Po 2 słabszych tygodniach wracam na pułap 100 tygodniowo 😎 #chudnijzhejto #strava #spacer

Zaloguj się aby komentować
Zaloguj się aby komentować
@TwojStaryJeSuchary na moim osiedlu było ostatnie wolne mieszkanie. 100m2 ale podzielone na 5 pokoi, deweloper dojebał piękną wizualizację na stronie, dorzucił 2 miejsca postojowe gratis, ale czar pryskał, jak się wchodziło do środka a tam ogromny korytarz i małe 10m2 klitki, gdzie bez zburzenia ścian działowych trudno sobie wyobrazić jakikolwiek potencjał aranżacji.
Zaloguj się aby komentować
Kwadraty z ostatniego tygodnia: +14 #squadratinhos +1 #squadrats +8km +3.7p #wandrer
Zaloguj się aby komentować
311 213,44 - 5,72 = 311 207,72
Pałac w Wilanowie na koniec weekendu
#ksiezycowyspacer
---
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl . @Marvin certified! #statsbymarvin





Zaloguj się aby komentować
954 + 1 = 955
Tytuł: Deszcz
Autor: Michael McDowell
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Albatros
Format: audiobook
Liczba stron: 268
Ocena: 7/10
Po pięciu tomach trudno już traktować Blackwater jak zwykłą serię książek. To bardziej wielopokoleniowa kronika rodziny Caskeyów, która przy okazji okazuje się jedną z najbardziej nietypowych mieszanek sagi rodzinnej, southern gothic i horroru, jakie miałem okazję przeczytać. "Deszcz" jest finałem tej historii i w moim odczuciu bardzo dobrze pokazuje, czym tak naprawdę Blackwater było od samego początku.
Przede wszystkim nie jest to horror w klasycznym rozumieniu. Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych. Sam miałem podobne odczucia przy pierwszych tomach. Najwięcej grozy dostałem w "Domu", gdzie nadprzyrodzona warstwa wreszcie wysunęła się na pierwszy plan. Później seria ponownie skupiła się bardziej na rodzinie niż "potworach". "Deszcz" kontynuuje ten kierunek, ale robi to już ze świadomością, że wszystkie najważniejsze pytania zostały zadane i trzeba zacząć na nie odpowiadać.
Najbardziej podobało mi się to, że McDowell nie próbuje na siłę zaskakiwać czytelnika. Nie dostajemy nagłego zwrotu akcji wywracającego cały świat do góry nogami ani finału, który miałby szokować. Zamiast tego autor konsekwentnie domyka wątki, które budował przez ponad dwa tysiące stron. Wiele tajemnic związanych z Elinor, jej naturą i wpływem na rodzinę znajduje swoje wyjaśnienie. Nie wszystkie odpowiedzi są podane wprost, ale po raz pierwszy od początku serii miałem poczucie, że puzzle zaczynają pokazywać pełny obraz.
Bardzo dobrze wypada też sam motyw przemijania. W poprzednich tomach obserwowaliśmy kolejne pokolenia Caskeyów walczące o władzę, majątek i wpływy. W "Deszczu" coraz mocniej czuć, że czas jest przeciwnikiem, którego nie da się pokonać. Bohaterowie starzeją się, umierają, a rodzinne konflikty, które kiedyś wydawały się najważniejsze na świecie, zaczynają tracić znaczenie. To chyba najbardziej melancholijny tom całej serii. Właśnie dlatego tak dobrze działa finał. Nie dlatego, że jest spektakularny, ale dlatego, że wydaje się nieunikniony. Od pierwszego tomu miałem wrażenie, że rzeka Blackwater i związane z nią tajemnice są czymś większym od wszystkich bohaterów. W ostatnim tomie autor wreszcie pozwala temu motywowi wybrzmieć do końca. Jest w tym coś bardzo eleganckiego i jednocześnie smutnego.
Co ciekawe, po lekturze całego cyklu mam wrażenie, że Blackwater jest odwrotnością wielu współczesnych serii. Zwykle autorzy zaczynają od mocnego pomysłu i stopniowo tracą kontrolę nad historią. McDowell zrobił coś odwrotnego. Pierwsze tomy były dla mnie bardziej obyczajowe niż horrorowe i momentami zastanawiałem się, dokąd to wszystko zmierza. Dopiero końcówka pokazuje, że autor od początku wiedział, jaką historię chce opowiedzieć. To też jest ogromnym plusem serii, czuć, że tu nie ma przypadków i niezrozumiałych decyzji.
Jeśli miałbym wskazać najlepszy tom, nadal byłby to dla mnie "Dom". Jeśli miałbym wskazać najważniejszy, byłby to właśnie "Deszcz". To książka, która sprawia, że cała saga nabiera właściwego sensu. Nie jest najbardziej widowiskowa, nie jest najbardziej przerażająca, ale jest dokładnie takim zakończeniem, jakiego ta historia potrzebowała.
Blackwater zaczęło się od powodzi i kobiety wychodzącej z zalanego hotelu. Kończy się deszczem i poczuciem, że przez sześć tomów obserwowaliśmy nie tylko losy rodziny, ale również nieuchronny cykl życia, śmierci i przemijania. Bardzo satysfakcjonujące zakończenie jednej z najbardziej nietypowych sag rodzinnych, jakie czytałem.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz
#bookmeter #ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto

@WujekAlien
Wiele osób sięga po tę serię z takim nastawieniem i może poczuć się rozczarowanych.
Trochę trudno inaczej patrzeć na tę sagę, skoro Albatros reklamuje ją jako arcydzieło horroru, nawet ostatnio na LC wrzucili artykuł sponsorowany który był jedną wielką masturbacją do tego, jakim ta książka nie jest świetnym horrorem. Gdyby opisywali to uczciwie jak Ty, jako obyczajówkę z nurtu realizmu magicznego, może średnia ocen całej serii byłaby wyższa, bo grupa docelowa czytelników byłaby inna, bo wykruszona o czytelników szukających klasycznych horrorów.
@Telezajaczek ja dostałem bana za pisanie uczciwie na Lubimy czytać i miałem sporą spinę z jedną z autorek na portalu, dlatego nie traktuje już ich poważnie ;) kradnę im tylko okładki xD
Ja sięgałem po serię po recenzji na TikToku, która mówiła, że to świetnie domknięta saga rodzinna, a ja tego właśnie potrzebowałem. Dodatkowym plusem jest długość tomów, bo można je wciągnąć w 1-2 wieczory.
@WujekAlien oo, to co się odjebało? Chyba coś więcej, niż zwykła niepochlebna recenzja (jakby za to banowali, mnie już dawno by wywalili xD). Wiesz, ja mam w znajomych typa, który swoje recenzje lubi zaczynać od "autor, Żyd i komunista", bajki recenzuje w stylu "wolne od LEWACKICH zboczeń" i mu nie zdejmują recek, a konto działa bez zakłóceń, to musiała być naprawdę potężna inba, że bana masz.
No i taki opis tej serii jest zgodny z prawdą, a marketingowcy Albatrosa robią z całej sagi współczesnego Lovecrafta, no to taki typowy bait i w sumie nie wiadomo po co, zastosowany, bo fani horrorów czy to w stylu klasycznym, czy Kinga, odbiją się od Blackwater.
Zaloguj się aby komentować