Windows95Man to propozycja Finlandii, która na pierwszy rzut oka robi nadzieję, ale potem entuzjazm trochę opada. Ale hej, sentyment zawsze mile widziany. Kocham Was, Fińskie pojeby. Nigdy nie puszczajcie mniej freakowych rzeczy na ten konkurs.
Słowenia reprezentuje tegoroczną sekcję "południowoeuropejskie panie eksponujące wdzięki". Nuta taka zbliżona do tego, co zwykle prezentują Malta albo Bałkany, całkiem niezła. Plus za choreografię, widać tu postaranko.
Niemcy, jak UK, automatycznie kwalifikują się do finału jako państwo założycielskie.
Isaak zaczął z przytupem od grzania się w melinie beczką. Głos naprawdę dobry, czuć technikę, z potencjałem. Piosenka na poziomie, jak na Niemcy, choć nie porywa jakoś mocno.
Zdrowa kobita z Islandii daje nam generikową pop-disco piosenkę jakich setki. Jakby poprosić AI o wygenerowanie pop-piosenki na lato to Radia ZET. Jakoś w tym roku się nie postarali, niestety. Ale nie ma co się dziwić, mało ich tam jest.
W propozycji Polski bolą mnie dwie rzeczy: brak wytrzymałości Luny (której choreografia i śpiewanie naraz odbierają moc głosu), i - jak zwykle - efekty specjalne, które w społeczności Eurowizji stały się już okrzepłym memem. Może kiedyś doczekamy się czegoś lepszego, zarówno wokalnie, jak i scenograficzno-efektowo.
Poprawna propozycja reprezentacji Ukrainy. Tekst religijno-wojenny, ale melodyjnie jest naprawdę spoko. Ewidentnie widać tu inspirację czwartym tomem Diuny. Mamy pustynię, odpowiednie strony i trochę wody.
No ale niestety, rap wstawka dla ziomali psuje odbiór.
Wielka Brytania ma to do siebie, że zawsze się kwalifikuje do finału z automatu jako jedno z państw założycielskich, i jednocześnie zawsze wypuszcza totalny chłam na Eurowizję.
Nie inaczej jest w tym roku. I nie mówię tu o oprawie i choreografii. Sama piosenka jest po prostu kiepska.
Powrót mody na gotyckość widać w propozycji Irlandii. A jednak trochę znowu Billie Eilish połączona z Sabriną nastoletnią czarownicą i Rage Against The Machine. Ni to śmieszno, ni to straszno, ale w głowie nie zostaje.
Litwa również postawiła na tekst w swoim języku, co jest zawsze mile widziane. Przyjemny bicik, taki do machania głową. I ciekawa oprawa muzyczna. Całkiem mocna propozycja, żeby wbiło na moją listę tegorocznych piosenek z Eurowizji na Spotifaju.
Niektóre książki powstają chyba tylko po to, żeby docenić to, co czytało się przed nimi. Ojej, Kroniki Diuny to przy tym relaksująca lektura.
Ale zacznijmy od początku, może od powierzchowności książki. Dostajemy do rąk spory format, z grubą, twardą okładką, dość tłusty. A tu pierwsza zaskoczka: pomijając bibliografię i źródła, książki zostaje 230 stron. Co więcej, mamy w treści trochę obrazów, ale przede wszystkim ogromne plansze z wycinkami z tekstu (wiecie, takie zapychacze), a marginesy bywają na pół szerokości strony. Tak między bogiem a prawdą, tekst nadawałby się na 9 nieco dłuższych artykułów z "Wysokich Obcasów".
Sięgnęłam po tę książkę trochę bezwiednie, jako że lubię współczesne opracowania dotyczące sztuki. Spodziewałam się względnie obiektywnego omówienia sztuki kobiet na przestrzeni lat, dodatkowo z nieco memicznym podejściem. Oj, srogo się zdziwiłam już po pierwszych kilku stronach.
Książka ta napisana jest w nurcie pop-feministycznym, i silnie pod tezę. Autorka nie próbuje zachować obiektywizmu czy spokoju w narracji. A szkoda, bo gdyby trochę skręcić głośność wspominania o patriarchacie czy kontrolowaniu seksualności kobiet, dałoby się wydobyć stąd trochę treści. Zamiast tego mamy naprawdę, ale to naprawdę wątpliwe wnioski dotyczące sztuki, zdominowane jednak przez pop-feministyczny krzyk, jacy to samcy są źli.
Piszę to z perspektywy kogoś, kto miał do czynienia z literaturą feministyczną i dyskursem feministycznym na poziomie. Niestety, ta pozycja jest szkodliwym utrwaleniem stereotypów o wojujących feministkach. Ale być może autorce o to chodziło - o napisanie książki dla odbiorcy, z którym już rezonuje w swoim podejściu do tematu.
Na plus: przyjemny papier, względnie dobra jakość druku, przybliżenie 2-3 wcześniej nieznanych mi nazwisk z dziedziny malarstwa. Ale nie, nie. To była trudna lektura do dokończenia (a, niestety, jestem z tych, którzy rozpoczęte książki kończą).
- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.
- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.
- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.
- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów. W nagrodę wymyśla nowe zadanie czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis.
Niewielu zna ten autentyczny fakt historyczny, że kiedyś, dawno temu, zanim konflikt między Związkiem a Wielką Słoniową Mongolią rozpoczął się na dobre, Stalin spotkał się ze słoniem Wieśkiem pod przykrywką dyplomaty. Spotkanie to miało miejsce w Poroninie, gdzie Lenin pojawiał się jawnie, a Stalin tajnie, i miało dotyczyć przyszłej współpracy między narodami. Tak po latach, kiedy już został dziadkiem, Wiesiek rozpoczął opowieść o tym wydarzeniu:
Wychodzi na to, że piąty tom Kronik Diuny szedł mi najwolniej. Nałożyło się na to parę zewnętrznych czynników, ale wreszcie udało mi się go skończyć. I to w sam raz na ostatni dzień majówki.
Poniżej spoilery, ale kogo ja próbuję oszukać - po prostu nie sięgniecie po tę książkę, zrezygnujecie na którymś z poprzednich tomów. Gdybym miała trochę rigczu, pewnie też bym to zrobiła. No ale, skoro już się podjęłam wyzwania przeczytania wszystkich 6 tomów napisanych ręką Franka Herberta, to przeboleję to.
Minęło około półtora tysiąca lat od śmierci gigaczłowiekorobala... to jest Leto II, który zmorfował w czerwia. Imperium przestało być imperium, władza się rozproszyła, za to Diuna (teraz zwana Rakis) znowu stała się domeną czerwi, pustynną planetą.
W kosmosie walkę o dominację toczy teraz wiele "ugrupowań": są Tleilaxanie, którzy ze swoimi kadziami axolotlowymi posiedli możliwość tworzenia melanżu; są Ixanie, dostarczyciele technologii; są naturalnie Bene Gesserit, które wciąż realizują swój plan eugeniczny; są Rozproszeni, czyli potomkowie Tleilaxan, którzy powracają z wygania... a wraz z nimi Dostojne Matrony, będące mało uduchowioną, a bardzo rozseksualizowaną konkurencją dla Bene Gesserit.
Wieść niesie, że na Rakis żyje dziewczynka, która potrafi rozkazywać czerwiom - i siły walczące o władzę są nią żywo zainteresowane. Jest jeszcze do tego kolejny ghola Duncana Idaho (który wydaje się być leitmotifem całej sagi, i zastanawiam się, czy Herbert w końcu da mu spokojnie umrzeć), tym razem dość młody, ale ewidentnie coś jest z nim nie halo.
No i walki-walki, podróże-podróże, filozofia-filozofia. A, i jeden rozdział rodem z "50 twarzy Grey'a". Aj, Franku, Ty stary zwyrolu, nie wytrzymałeś.
5/10 to z mojej strony dość hojna ocena, z uwagi na ciekawe zaskoczki i wyjawienie w końcu tajemnic kadzi aksolotlowych.
...Jak ja się cieszę, że został mi już tylko jeden tom.
...Jak ja się cieszę, że został mi już tylko jeden tom.
@Wrzoo Najlepsze przed Tobą. 5/10 to słaba ocena, z którą się nie do końca bym zgodził, ale rozumiem czemu. Domyślam się, że Chapterhouse Dune nie dostanie od Ciebie dużo wyższej noty.
P.S. Polskie tłumaczenia Dune są naprawdę przeciętne. Każdemu, kto może polecam czytanie w oryginale.
@LondoMollari W sumie nie rozważałam czytania tej serii w oryginale (zazwyczaj sięgam po oryginały wtedy, gdy polskie tłumaczenie jeszcze nie wyszło). Wierzę na słowo Moja ocena wynika, niestety, z tego kontrastu między pierwszymi dwoma tomami a kolejnymi. Wciąż porównuję kolejne części do początku serii. Ale domyślam się tylko, że trudno jest każdemu autorowi serii dociągnąć poziom w kolejnych częściach; tak samo pewnie działa tu na mnie pewne zmęczenie czytelnicze i brak świeżości, z którą zaczynałam czytać Kroniki Diuny.
@Adonix Oj, Dzieci były baaaaardzo słabe. W zasadzie najsłabszy z tomów, ale jak już ktoś zauważył pod wpisem o Dzieciach Diuny - trzeba je przeczytać, żeby w pełni docenić kolejny tom i go zrozumieć. Niestety
W zasadzie nigdy nie robiłam rogalików (pieczenie, tak nawiasem, nie należy do moich ulubionych zajęć), ale kiedyś wypadało spróbować.
Rogaliki drożdżowe, dobre takie nie za słodkie. Po lewej z nadzieniem jarzębinowo-jabłkowym, a po prawej bez nadzienia, lecz nie beznadziejne - takie zwyklaki jak lubię. Jak na pierwszą próbę wyszło całkiem nieźle.
Bardzo ladny! Moze to wlasnie spiewaja swierszczyki do siebie? Albo wlasnie to jest pajecza nicia wypisane, raczej nigdy sie nie dowiemy, ale to chyba lepiej.