Zapraszam na #piechuroglada, w którym przedstawię film, który na jakiś czas mnie potłukł.
----------
Tytuł: Synecdoche, New York
Reżyseria: Charlie Kaufman
Moja ocena: 4.5/5
Reżyser teatralny w ramach nowej sztuki tworzy replikę otaczającej go rzeczywistości w ogromnym magazynie. Praca nad dziełem staje się jego całym życiem, a życie - dziełem.
Są takie filmy, które po obejrzeniu prześladują przez długi czas, po których trzeba poskładać się na nowo. Dla mnie tym filmem jest właśnie Synecdoche, New York. Jest to obraz niełatwy, depresyjny, ciężki, fatalistyczny, oprószony cynicznym poczuciem humoru. Przepełniony jest metaforami i alegoriami, małymi smaczkami, z których prawdopodobnie wyłapałem i zrozumiałem może 30%, ale wystarczyło, abym został nimi przygnieciony. PSH jest fenomenalny, nastrój głównego bohatera wprost wylewa się z ekranu i mimo, że się bronimy, powoli zaczyna nas oblepiać, stawać się częścią widza. Wyniosłem z tego filmu bardzo dużo; nie jestem pewien czy tego, czym planował obdarować mnie reżyser. Polecam wszystkim, którzy nie boją się wyzwań.
W dzisiejszym wpisie o wyprawie w Beskid Żywiecki. Zachęcam do czytania i obserwowania tagu #piechurwedruje
---------
Szczyty: Westka, Pilsko (Beskid Żywiecki)
Data: 23 października 2021 (sobota)
Staty: 21.5km, 7h15, 1.170m przewyżyszeń
Październik roku 2021 okazał się być dla mnie bardzo łaskawym - oto po trzech wycieczkach w góry, które miałem już za sobą w tym miesiącu, zaczęła się kroić czwarta. Byłem całkiem fajnie rozchodzony, więc postanowiłem poszukać jakiejś dłuższej trasy prowadzącej na szczyt, na którym jeszcze nie byłem. W ten sposób, krążąc palcem po mapie w okolicach Babiej Góry natknąłem się na Pilsko.
Na wyprawę chęć wyrazili również kuzynka z kuzynem, a dodatkowo udało mi się namówić koleżankę, dla której miał być to pierwszy wypad w góry w życiu. Miała pewne wątpliwości, czy da radę na tak długiej trasie, ale wiedziałem, że jeździ na rowerze nawet po 200km dziennie, więc ja tych wątpliwości nie miałem.
Około 7:30 dojechaliśmy do Korbielowa, z którego rozpoczynaliśmy wycieczkę. Pogoda była pochmurna, było zimno, ale bezdeszczowo, czyli w sam raz. Zgodnie z planem nie ruszyliśmy od razu na samo Pilsko, lecz żółtym szlakiem udaliśmy się w stronę przełęczy pod Beskidem Krzyżowskim - idea była taka, żeby trochę się rozruszać przed główną atrakcją. Część trasy prowadziła asfaltową drogą obok mniejszych i większych gospodarstw, ale gdy wreszcie skręciła w las zrobiło się bardzo przyjemnie. Jesień kokietowała nas cudną paletą barw, a spomiędzy drzew przebijały wesoło promienie słońca.
Z przełęczy, początkowo błotnistą drogą, poszliśmy niebieskimi szlakiem na Westkę zaliczyć nasz pierwszy szczyt. Widoki z niej były urokliwe, ale nie zatrzymywaliśmy się zbyt długo. Udaliśmy się dalej i po bardzo miłym spacerze trwającym prawie godzinę znaleźliśmy się na przełęczy Glinne przy przejściu granicznym. Zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek i toaletę, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.
Od tego momentu zaczęło się właściwe podejście na Pilsko. Początkowe dwa kilometry były w miarę ok, ale później zaczęło się już ostrzejsze podejście, które mocno dawało w kość. Prawie wszyscy sapaliśmy jak lokomotywy - prawie, bo koleżanka, dla której, jak wcześniej wspomniałem, był to pierwszy wypad w góry, wypruła do przodu jak gdyby nigdy nic i przez większą część wspinaczki jej nie widziałem. Tak czy inaczej, przeciętny turysta na tym odcinku na pewno nieźle się umorduje.
Ostatecznie miarowo zdobywaliśmy jednak wysokość. Las wyglądał przepięknie, wystrojony w żółte, czerwone i brązowe liście. Po drodze były też bardzo fajnie wyglądające krzaczki koloru rdzy o nieznanej mi nazwie. Dodatkową rzeczą, która umilała nam drogę, był widok na Babią Górę, której zachmurzony wierzchołek od pewnego momentu widzieliśmy prawie cały czas, gdy tylko się odwróciliśmy.
Wkrótce drzew zaczęło ubywać, a zamiast nich pojawiła się kosodrzewina, co bardzo nas ucieszyło, oznaczało bowiem koniec naszej męki. Na ziemi pojawił się lód, a zielone gałązki krzaków, które okalały ścieżkę, były pokryte warstwą szronu. W końcu wczłapaliśmy wszyscy na Górę Pięciu Kopców, gdzie skryci między roślinnością (trochę wiało) zrobiliśmy przerwę na posiłek.
Nadszedł czas na zdobycie właściwego wierzchołka. Wąska ścieżką prowadzącą między gęstą kosodrzewiną udaliśmy się na Pilsko i po krótkiej chwili już na nim byliśmy. Na szczycie znajduje się krzyż oraz ołtarz, ale przede wszystkim rozpościerają się z niego wspaniałe widoki na Małą Fatrę, Tatry i Babią Górę. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i uznaliśmy, że czas zacząć schodzić.
W drodze powrotnej do Korbielowa postanowiliśmy jeszcze wstąpić do schroniska na Hali Miziowej. Schodziliśmy do niego czarnym szlakiem - było stromo, kamieniście, a moje kolana zaczynały się powoli odzywać. Widoczki znowu były bajkowe, tym razem na północną, polską stronę. Doszliśmy do schroniska, w którym było dość tłoczno, ale jakoś udało znaleźć się wolny stolik. Przybiliśmy pieczątki, zamówiliśmy coś do jedzenia i po kilkudziesięciu minutach na regenerację poszliśmy w dalszą drogę.
Do samego już Korbielowa schodziliśmy żółtym szlakiem. Ponownie syciliśmy oczy jesiennymi barwami, którymi częstowała nas las. Trasa minęła całkiem szybko, jak to przy schodzeniu. W jednym tylko miejscu, przy mostku nad Buczynką, zrobiliśmy małą przerwę, aby z kuzynem pomoczyć w niej stopy. Moja odporność na tak dostarczone zimno jest zerowa, więc po kilku krótkich sekundach okupionych przeraźliwym wyciem wyskoczyłem z wody. Mimo wszystko lubię to robić po dłuższych wycieczkach, bo przynosi to stopom dużą ulgę i czuję, jakby się rozluźniły.
Od tamtego momentu reszta trasy prowadziła już asfaltem. Dotarliśmy do zaparkowanego auta, przebraliśmy się i udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Wyprawa była ekstra, szlak był bogaty w bardzo ładnie wyglądające miejsca, których urok został dodatkowo uwypuklony przez jesień. Postanowiłem, że wrócę na Pilsko, a możliwość ku temu nadarzyła się prawie 1.5 roku później - ale o tym w innym wpisie.
@Piechur To Ty widzę naprawdę niebezpieczny jesteś. Teraz wyszło szydło z worka z kim ja tu przebywam. Będę musiał przemyśleć to na spokojnie, żebyś mnie nie zdemoralizował przypadkiem.
W tym wpisie z serii #piechurwedruje o rodzinnym wypadzie na Lubomir.
---------
Szczyty: Kamiennik Północny i Południowy, Łysina, Trzy Kopce, Lubomir (Beskid Makowski)
Data: 6/7 lutego 2021 (sobota/niedziela)
Staty: 15.5km, 5h30, 730m przewyżyszeń
W styczniu 2021 udało mi się pojechać na Lackową i apetyt na zdobywanie następnych szczytów z #koronagorpolski rósł. Z początkiem lutego zacząłem dostrzegać szansę na kolejne wyjście i wiedziałem, że muszę wybrać się na inną górkę z Korony - w ten sposób wybór padł na leżący niedaleko Krakowa Lubomir.
Na wycieczkę udało mi się namówić sporą część rodziny i tak w składzie: tata, brat, kuzynka i kuzyn wieczorową porą dojechaliśmy do Poręby. Było dość mroźno, więc szybko ubraliśmy co trzeba i ruszyliśmy w drogę.
Zielonym szlakiem rozpoczęliśmy wspinaczkę na Kamiennik Północny. Łaty śniegu leżały na polach, a drogę pokrywała warstwa lodu - tutaj przydały mi się kijki, a kuzynostwu nakładki antypoślizgowe. Wkroczyliśmy do lasu i zaczęliśmy zdobywać wysokość. Zdążyliśmy się już fajnie rozgrzać, ale ostre, zimne powietrze w dalszym ciągu bezlitośnie waliło w płuca.
Im wyżej wychodziliśmy, tym więcej śniegu pojawiało się wokół nas, a zwłaszcza na gałęziach drzew, które w świetle latarek przybierały fantastyczne kształty i wyglądały, jakby się poruszały. Niedaleko Kamiennika Północnego zaczął delikatnie podać śnieg, dodając całej wyprawie uroku.
Przy Kamienniku Południowym śnieg już nie padał, tylko napierdzielał. Dodatkowo zerwał się srogi wiatr, także przez większość czasu musieliśmy iść w kapturach i ledwo się nawzajem słyszeliśmy. Zeszliśmy do przełęczy Suchej, która już całkowicie zasypana była białym puchem. Niedaleko tablicy informacyjnej zobaczyliśmy resztki żarzącego się jeszcze ogniska i zaparkowane obok auto. Myśląc, że ktoś miał kłopoty z odjechaniem, zapukaliśmy w zaparowaną szybę, ale okazało się, że była to tylko para szukająca miłosnych uniesień na odludziu - ups.
Zacząłem szukać na nawigacji żółtego szlaku, którym mieliśmy dostać się na Łysinę - nie wiem czy bez GPSu bym sobie poradził, bo śnieżna zawierucha skutecznie utrudniała jakąkolwiek orientację w terenie. Rozpoczęliśmy wspinaczkę i na tym etapie musiałem już założyć raczki, bo podłoże było skute lodem i nie dało się znaleźć miejsca, w którym noga by się nie ślizgała.
Po męczącym, stromym podejściu dołączyliśmy do czerwonego szlaku, którym skierowaliśmy się w stronę szczytu. Ta część trasy była już całkowicie spacerowa i przyjemna. Zawierucha jakby zelżała, a my szybko minęliśmy Trzy Kopce, by następnie znaleźć się na Lubomirze. Zrobiliśmy krótką przerwę na herbatę, przybicie pieczątek do książeczek i pamiątkowe zdjęcie, ale nie zabawiliśmy tam dłużej, gdyż zimno błyskawicznie zaczęło nas oblepiać.
Tym samym czerwonym szlakiem, którym przyszliśmy, udaliśmy się w stronę schroniska na Kudłaczach. Ciepło zaczęło znowu rozlewać się po naszych ciałach, gorącą krew przywracała czucie w palcach. Las wyglądał obłędnie, pokryty śniegiem jak pierzem z rozdartej poduchy.
Schronisko, do którego niebawem doszliśmy, okazało się być zamknięte, więc nie tracąc czasu ruszyliśmy dalej. Wkrótce wyszliśmy z lasu, a trasa zaczęła prowadzić głównie asfaltową drogą. Przy Działku odbiliśmy na zielony szlak i zeszliśmy do Poręby. Nasze auta były kompletnie przysypane i trochę zajęło, nim udało się je odśnieżyć.
Pożegnaliśmy się ze sobą i odjeżdżając zakończyliśmy bardzo fajną, malowniczą, ale też wymagającą wyprawę. Dodam tylko, że powrót autem do Krakowa to była jakaś masakra i mimo zimowych opon musiałem jechać max 30 km/h, bo świeża warstwa śniegu skutecznie utrudniała jakąkolwiek szybszą jazdę.
@Piechur Dzielna mysza, nie boi się po ciemku w lesie?
Chyba się pytałem ale nie pamiętam - nie bierzesz "plecaczka na szczeniaczka" na wszelki wypadek, gdyby nóżki się zmęczyły?
Moje dzielnie dreptało ale zawsze brałem backup, zresztą lubiłem je nosić, jestem przyzwyczajony do plecaka. Przestałem dopiero gdy dzieci innych zaczęły być zazdrosne i rodzice mieli mi za złe.
Witam w #piechuroglada Dziś o filmie, który ostatnio sobie odgrzałem. Jak smakował? O tym niżej.
----------
Tytuł: Moneyball
Reżyseria: Bennett Miller
Moja ocena: 3/5
Dyrektor generalny drużyny baseballowej, który sam nie odniósł sukcesu jako gracz, próbuje stworzyć zwycięską drużynę pomimo niekorzystnej sytuacji finansowej klubu. W tym celu wraz z asystentem stosują nowatorskie podejście oparte na statystyce, starając się tym samym zmienić dotychczasowe podejście do rekrutacji zawodników, jak i do samej dyscypliny sportowej.
Film jest nakręcony poprawnie, ma swoje momenty, ale mimo to czegoś mi w nim zabrakło, jakiejś iskry, czy też punktu zaczepienia. Oglądałem go po raz drugi i ponownie nie mogłem się w pełni zaangażować w opowiadaną historię. Baseball jest tu ewidentnie romantyzowany, czego film nie próbuje z resztą ukrywać, ja niestety jestem w obec niego zupełnie obojętny. Aktorsko w porządku - Pitt jest ok, albo nagle wybucha, albo musi coś jeść/pić (co po jakimś czasie kłuje w oczy); podobała mi się gra aktorów drugo i trzecioplanowych, w nich byłem w stanie uwierzyć bez problemu. Polecam tym, których interesuje jak wygląda działanie klubu sportowego od kuchni.
@erebeuzet-tezuebere Też niedawno ponownie obejrzałem, do tej pory nie wiem co sądzić. Pitt raczej bez szału, ale DiCaprio to się tam całkiem całkiem popisał.
Zapraszam na ósme już wyciąganie wniosków z tras opisanych w #piechurwedruje w ramach #poradnikpiechura
---------
43. Wpis: Czupel
Wnioski:
Idąc w góry trzeba zawsze sprawdzać prognozy pogody i nawet, jeśli pokazywane jest tylko zachmurzenie, to dobrze wziąć ze sobą na wszelki wypadek coś przeciwdeszczowego.
44. Wpis: Turbacz
Wnioski:
Jak to zwykle bywa, znalezienie szlaku na początku trasy bywa najtrudniejsze, dlatego dobrze mieć przy sobie nawigację.
Planując częstsze nocne eskapady dobrze pomyśleć o lepszej czołówce. Najtańsza oczywiście da radę, ale komfort chodzenia przy dobrym oświetleniu zwiększa się ogromnie.
Nie wszystkie schroniska są otwarte w nocy - jeśli planujemy postój warto sobie to wcześniej z nimi sprawdzić.
45. Wpis: Chełm, Uklejna
Wnioski:
Szlaki dość często prowadzą po asfaltowych drogach i jeśli nie lubi się takich klimatów albo chce się jak najbardziej zminimalizować długość takich odcinków, to jednak warto dobrze przestudiować wcześniej planowaną trasę.
46. Wpis: prawie Kamionna i Łopusze Zachodnie
Wnioski:
Czasami wyjście jest po prostu nieciekawe ¯\_(ツ)_/¯
47. Wpis: Czernic, Polica
Wnioski:
W poszukiwaniach śniegu zawsze warto celować w szczyty powyżej 1km.
Są różne rodzaje śniegu i w różny sposób mogą wpłynąć na szybkość z jaką przemierza się trasę - warto mieć to na uwadze na etapie planowania.
Zdarza się, że drogę spowije gęsta mgła, w której ciężko będzie odnaleźć szlak - po raz kolejny kłania się nawigacja, a więc sprawny telefon i powerbank na dłuższe wycieczki to raczej konieczność.
Nigdy nie wiadomo kiedy z lasu wyłonią się morsy.
48. Wpis: Ćwilin
Wnioski:
Warto mieć na wyposażeniu kijki, zwłaszcza niosąc dziecko w nosidle - środek ciężkości jest w zupełnie innym miejscu i łatwo o wywrotkę w przypadku potknięcia np. o wystające korzenie czy kamienie.
-------
W kolejnych wpisach m.in. kolejna wycieczka z Myszą i babcią, jakiś nocny wypad i Taterki. Zapraszam
@Piechur mnie najbardziej rozwala ogólna publiczna świadomość.
Jak nawet z niby super ekologicznymi Szwedami pisałem dlaczego eksportują śmieci za granicę żeby były spalone na śmietniskach albo wyrzucone do oceanów to tylko "ale na papierze jest idealnie".
Ogólnie to jest kuriuzom, wszyscy w Europie eksportują śmieci statkami przez pół globu żeby gdzieś indziej je inni wyrzucali. Wiadomo, i tak z tym jest problem to jeszcze swoje się dorzuca.
Mi to się kojarzy z sytuacją gdzie ktoś zamiast wywieźć śmieci do lasu to się trochę wstydzi ale zna kolesia który ma wywalone i on to robi za niego za drobną dopłatą. Jeszcze za każdym razem przy odbiorze śmieci z uśmiechem mówi, że będzie "ekologicznie" puszczając oczko także jakaś minimalna podkładka jest jakby ktoś się pytał.
@DiscoKhan Świetna analogia Tak na prawdę cały rozwój, o którym jest mowa, odbywa się kosztem natury. Z drugiej strony, jako ludzie jesteśmy jej częścią, ale czy można nazwać nasze działania naturalnymi?
W perspektywie czasu każda rana jaką zadamy planecie się zabliźni, a po nas nie zostanie nawet ślad, jednak ostatecznie liczy się tu i teraz. Zaciągamy dług, którego w efekcie nie będziemy w stanie spłacić.
Zapraszam na #piechurwedruje , w którym przedstawię krótką trasę na bardzo fajny szczyt, o którym było już w jednym z wcześniejszych wpisów. Zapraszam i zachęcam do obserwowania tagu
---------
Szczyt: Ćwilin (Beskid Wyspowy)
Data: 15 sierpnia 2021 (niedziela)
Staty: 4km, 2h50, 400m przewyżyszeń
2021 rok otworzył przede mną nowe możliwości jeśli chodzi o wycieczki górskie - po czerwcowych przymiarkach do chodzenia z Myszą w nosidle, które zakończyły się sukcesem, wiedziałem już, że otwiera się przede mną nowy rozdział. Od tamtej pory mieliśmy już za sobą kolejne dwie wyprawy, a ja właśnie przymierzałem się do czwartej.
W połowie sierpnia warunki pogodowe sprzyjały wycieczkom. Po krótkich pertraktacjach udało mi się namówić moją babcię, żeby do nas dołączyła - początkowo próbowała się wykręcić, bo myślała, że chodzi o zwykły spacer, ale gdy wspomniałem o górach, to poszło już szybko. Zacząłem szukać odpowiedniego szczytu, który byłby dopasowany i do młodej, i do babci, i w ten sposób stanęło na Ćwilinie.
Naszą wyprawę rozpoczęliśmy z przełęczy Gruszowiec, gdzie zostawiliśmy auto na małym parkingu. Niebieski szlak, którym mieliśmy iść, przez chwilę prowadził przy ulicy, jednak szybko skręcał w stronę pobliskiego gospodarstwa, prowadząc chwilę przy polu, a następnie dając nura w las.
Do pokonania mieliśmy 400 metrów przewyższeń i 2 kilometry, także nachylenie nie było wcale małe, ale dreptaliśmy bez pośpiechu. Babcia, która podczas tej wyprawy miała 87 lat, co chwila zapewniała, że wszystko jest ok, i z lubością oddawała się eksploracji rosnących przy ścieżce krzaczków w poszukiwaniu malin, którymi częstowała Myszora.
Im wyżej byliśmy, tym bardziej musieliśmy uważać pod nogi, ponieważ trasę pokrywały gęsto wystające korzenie drzew oraz luźne kamienie. Wyglądało to bardzo fajnie, ale stwarzało jednak dodatkowy element potencjalnego ryzyka.
Powoli zbliżaliśmy się do szczytu. Przez chwilę oznaczenia szlaku stały się nieco nieczytelne i jakiś czas szliśmy nieoznakowaną ścieżką między powalonymi drzewami, dzięki czemu szybciej dołączyliśmy do żółtego szlaku prowadzącego na Ćwilin. Mysz miała dobry nastrój i całą drogę nawijała makaron na uszy.
Po kilku krokach naszym oczom ukazała się rozległa polana Michurowa i piękny widok na Gorce oraz leżące za nimi Tatry. Było tam też dostępne miejsce na ognisko, niedaleko którego znajdowała się mała kapliczka, czy może tablica pamiątkowa (albo jedno i drugie). Poszliśmy dalej w kierunku szczytu, który leżał już rzut beretem od nas, a z którego widać było także sąsiadującą Mogielicę.
Zrobiliśmy sobie zdjęcie przy tabliczce, a następnie weszliśmy do leżącego za nią lasu. Jest on dość znany ze względu na kształt rosnących w nim drzew, powyginanych w fantastyczne kształty przez smagający je wiatr. Zrobiliśmy w nim dłuższą przerwę, a właściwie to mały piknik, z najróżniejszymi smakołykami. Wszyscy byliśmy w świetnych humorach, pobudzeni słońcem i przebytą drogą.
Nadeszła jednak pora na powrót. Tym samym niebieskim szlakiem udaliśmy się znów w stronę przełęczy. Nie sprawił trudności, ale schodziliśmy ostrożnie, a ja dodatkowo asekurowałem się kijkami. W mgnieniu oka byliśmy już przy samochodzie i w świetnych nastrojach udaliśmy się w drogę powrotną do domu.
Czas na chwilę odetchnąć od nocnych wędrówek, a jako, że znów zbliżają się mrozy, to w tym #piechurwedruje propozycja fajnej trasy na śnieżny dzień. Zapraszam!
---------
Szczyty: Czernic, Polica (Beskid Żywiecki)
Data: 27 lutego 2021 (sobota)
Staty: 19km, 7h15, 1.020m przewyżyszeń
Rok 2021 zapowiadał się obiecująco pod względem górskich wypadów i tym wyjściem chciałem kontynuować dobrą passę. Udało mi się wynegocjować dzień dla siebie i razem z tatą pojechaliśmy wczesnym rankiem poodkrywać Beskid Żywiecki.
Mimo, że był luty, śnieg w niższych partiach górskich zupełnie stopniał. Ja byłem jednak pewien, że znajdziemy go wyżej, czym przekonałem tatę do wyjazdu. I oto zbliżaliśmy się coraz bardziej do przełęczy Zubrzyckiej, skąd mieliśmy wyruszyć, a tu nie dość, że śniegu nie było, to jeszcze zaczynało padać. Na całe szczęście jakieś 10 minut przed celem białe zaspy zaczęły się pojawiać przy drodze, a w samym punkcie startowym śniegu było już na prawdę sporo.
Po opuszczeniu auta, które zaparkowaliśmy najwyżej, jak się dało, ruszyliśmy niebieskim szlakiem zdobyć szczyt. Już po kilkudziesięciu metrach wiedzieliśmy, że opłacało się przyjeżdżać - wysokie zwały białego puchu okalały trasę, którą wchodziliśmy, a gałęzie drzew iglastych oblepione ciężkim, zamarzniętym śniegiem, uginały się pod jego ciężarem. Sceneria była iście bajkowa.
Zmieniała się ona z resztą w miarę zdobywania wysokości, co szło nam raczej powolnie. Zaczęły otaczać nas gęsto zmarznięte świerki, następnie ścieżka zrobiła się nieco szersza i wkroczyliśmy w las sosnowy, dzięki czemu zrobiło się bardziej przestrzennie. Śniegu było dużo i zbaczając z głównej dróżki nogi zapadały się przebijając wierzchnią warstwę lodu. Utrudniało to marsz, więc w miarę możliwości szliśmy po dobrze ubitej, wydeptanej ścieżce.
Dotarliśmy w końcu do Czyrńca, co zwiastowało rychłe zdobycie Policy. Zaczęło się robić mgliście i gdy już na nią wyszliśmy stało się jasnym, że żadnych widoków nie zobaczymy. Mimo to klimacik był świetny i mgła niespecjalnie nam przeszkadzała, a nawet dodawała uroku. Na szczycie, oprócz połamanych drzew, znajdował się również krzyż oraz pomnik upamiętniający katastrofę lotniczą z 1969 roku. Niedaleko tego właśnie pomnika zrobiliśmy krótką przerwę na bułkę i gorącą herbatę.
Z Policy mogliśmy się udać do schroniska na Hali Krupowej szlakiem czerwonym, ale byłoby to zbyt proste, więc postanowiliśmy okrążyć szczyt. Udaliśmy się w przeciwną stronę na Cyl na Hali Śmietanowej. Trasa prowadziła przez piękny, gęsty i zamarznięty las. Byliśmy w dobrych humorach, całkiem zadowoleni z siebie, że oto w taki mroźny dzień poszliśmy w góry, zamiast siedzieć w domach jak niektórzy.
I wtedy z lasu wyszli oni - morsy. Odziani tylko w krótkie spodenki, buty, czapki i rękawiczki, nic nie robiący sobie z zimna. Nasze wcześniejsze przechwałki o tym, jacy to nie jesteśmy super, że chodzimy zimą na szlaku, właśnie zostały zgaszone jak pet. Grupa morsów akurat robiła sobie zdjęcie, a tata swoim zwyczajem zaczął ich zagadywać, i tak dowiedzieliśmy się od nich o spotkanym przez nich wcześniej goprowcu, który to wyklinał ich poczynania i krzyczał do nich, że później będzie ich musiał ratować. Byli bardzo tym rozsierdzeni, ale musieli ruszać dalej, żeby nie wytracić ciepła, także szybko zakończyliśmy tę wymianę zdań.
Z Cylu zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem i bardzo przydały się kijki, bo było dość stromo i ślisko. Doszliśmy na Halę Śmietanową, gdzie spotkaliśmy goprowca, na którego skarżyły się morsy, a który zajęty był przygotowywaniem trasy pod biegi narciarskie. On również był jeszcze zagotowany spotkaniem z nimi i trudno mu się dziwić - na pewno widział w swoim życiu już niejedno.
Odbiliśmy na niebieski szlak, a następnie dołączyliśmy do zielonego. Przez chwilę zaczęło robić się trochę mokro i z nieba padał kapuśniaczek, ale na szczęście szybko przestał. Trasa prowadzącą zielonym szlakiem w tej zimowej scenerii to było istne mistrzostwo - początkowo szliśmy w dość głębokim śniegu ciasno otoczeni ośnieżonymi gałęziami, by później dziarsko kroczyć szeroką ścieżką przecinającą wysoki las. Było wręcz idealnie i mój zmysł estetyczny został mile połechtany.
Gdzieś na wysokości Policy znowu minęliśmy tę samą grupę morsów, tym razem już trochę bardziej odzianych - najwidoczniej również postanowili zrobić kółko wokół szczytu. Kontynuowaliśmy marsz i wkrótce dotarliśmy na Halę Kucałową. W tamtym miejscu mgła była już jak mleko i musiałem częściej posiłkować się GPSem, żeby nie zgubić słabo widocznego szlaku.
Ostatecznie udało nam się dojść do schroniska, w którym wypiliśmy po kubku mocnej kawy i zjedliśmy małe co nieco. Po tej chwili odpoczynku rozpoczęliśmy powrót do samochodu czarnym szlakiem. W miarę jak schodziliśmy coraz niżej śniegu ubywało, aż w końcu znikł zupełnie i mimo lutego zrobiło się trochę jesiennie - drzewa i ścieżkę ozdabiały brązowe liście, a błoto towarzyszyło nam już do samej Wielkiej Polany w Sidzinie.
Tutaj niestety był najmniej przyjemny odcinek trasy, bo żeby wrócić do auta musieliśmy przez jakieś 30 minut wspinać się po asfaltowej drodze, ale w końcu zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Wypad udał się perfekcyjnie, zarówno pod względem przebytych kilometrów i zdobytych przewyższeń, jak i biorąc pod uwagę aspekty wizualne. Mogę śmiało polecić tę trasę na zimową wyprawę, i to nie tylko morsom.
@George_Stark Tak na prawdę nie było innych dzieci, tylko jedno Uber Dziecko, które posiadało te wszystkie zdolności, i to o nim każde z nas słyszało za młodu. Ale to tylko moja teoria.
@UmytaPacha Hehe zawsze się taki ideał znajdzie, choćby nie wiem co się robiło Ja byłem w sumie po jednej i po drugiej stronie, i koniec końców bycie stawianym jako wzór było wbrew pozorom o wiele gorsze - do takiej osoby zawsze się rodzi jakaś podświadoma antypatia, nawet jak bezpośrednio nic Ci nie zrobi
Was krakusy już do reszty z tymi regionalizmami porąbało, rynka? Się pokiełbasiło we łbach od germańskich zaborów, Ruscy to nie ogarniali w ogóle rusyfikacji po pijaku, jedna przewaga caratu xD
@DiscoKhan Ja się dzisiaj dowiedziałem, że takie słowo istnieje Młoda się uczy rymów dopiero i czasami rzuca byle czym - mówiłem jej, że takiego słowa nie ma, a tu wujek Google powiedział, że jednak jest, to zostawiłem
Wypad ten był podyktowany potrzebą chwili - w robocie był cięższy okres i miałem dużo ciśnienia, które musiałem w jakiś sposób rozładować. Nadchodziła 20, ledwo skończyłem pracę i zadzwoniłem do brata z pytaniem, czy nie chce się gdzieś przejść za pół godziny. O dziwo, zgodził się, mimo, że nie jest fanem nocnych eskapad.
Pojechaliśmy do Żegociny, z której mieliśmy startować. Po drodze prawie wjechałem w sarnę, która postanowiła urządzić sobie postój na jednym z zakrętów. Na szczęście nie jechałem szybko i wyhamowałem bez problemu. Zostałem zmierzony przez nią wzrokiem, po czym niespiesznie zeszła z drogi.
Dojechaliśmy w końcu na miejsce, zostawiliśmy samochód na parkingu kościelnym i ruszyliśmy w trasę. Na Kudłoń prowadził żółty szlak - praktycznie połowę tego odcinka szliśmy asfaltową drogą, będąc obszczekiwanymi przez okoliczne Burki, ku radości ich właścicieli. W końcu trafiliśmy do lasu. Mieliśmy szybkie tempo, które nadawał brat, ale jakoś za nim nadążałem.
Szybko dotarliśmy do skrzyżowania z niebieskim szlakiem. Do Kamionnej było dosłownie kilkaset metrów, ale tak się zagadaliśmy, że poszliśmy od razu w stronę przełęczy Widomej i na szczyt ostatecznie nie weszliśmy. Leśna droga bardzo szybko zmieniła się w asfaltową; było raczej średnio ciekawie.
Na przełęczy był dostępny punkt widokowy, do którego się udaliśmy, ale w ciemności niczego interesującego nie zobaczyliśmy. W dalszym ciągu schodząc niebieskim szlakiem udaliśmy się w stronę Łopusznego. Trasa była dziwna, bo częściowo prowadziła przez jakieś pole, później wyglądało jakbyśmy przechodzili przez czyjeś podwórko, duża część stanowiła asfaltowa droga - niezbyt mi się podobało.
Wkrótce zaczęliśmy ponownie zdobywać wysokość. Podejście było bardziej strome, można się było zasapać. Doszliśmy do miejsca, w którym zaczynał się zielony szlak i ponownie, mimo, że od Łopusznego dzieliło nas tylko kilkanaście minut, to nie weszliśmy na niego. Zamiast tego leśną drogą zeszliśmy do Żegociny, zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy do domu.
Trasę oceniam jako nieciekawą i drugi raz bym nią nie poszedł. Zamieszczone zdjęcia są jedynymi, jakie zrobiłem i były mocno na siłę, żeby po wyprawie został jakikolwiek ślad - bez nich pewnie bym o całej wycieczce zapomniał.
W dzisiejszym wpisie o filmie, który uwielbiałem oglądać w samotne wieczory. Zapraszam na #piechuroglada
----------
Tytuł: Master and Commander: The Far Side of the World
Reżyseria: Peter Weir
Moja ocena: 5/5
Kapitan Jack Aubrey jest osobą o żelaznym kodeksie moralnym i etosie zawodowym, który swoje życie podporządkował obowiązkowi służby dla imperium brytyjskiego. W czasach wojen napoleońskich otrzymuje rozkaz przechwycenia francuskiej fregaty nowego typu. Na rozległych i niebezpiecznych wodach oceanu atlantyckiego rozpoczyna się gra w kotka i myszkę, w której kapitanowi towarzyszyć będzie wierny przyjaciel, okrętowy chirurg, oraz reszta załogi.
Kocham ten film i jestem w stanie oglądać go nieskończoną ilość razy. Sceny batalii morskich, ale przede wszystkim odwzorowanie stojącego za nimi życia i pracy na okręcie, rozsadzają mi mózg. Niezwykle mało jest filmów, których głównymi bohaterami są osoby do reszty poświęcone sprawie, praktycznie rezygnujące z własnych wygód dla większego dobra, jednocześnie traktujące to jako coś oczywistego, bez wewnętrznych rozterek - uważam to za duży plus tego obrazu. Film ma kapitalne zdjęcia, wiele z kadrów wygląda wręcz malarsko. Poza trzymającymi w napięciu scenami daje też widzowi odetchnąć, jest bardzo dobrze zbalansowany i ma świetny rytm. Polecam absolutnie wszystkim zanurzyć się w tę opowieść i dać się ponieść okrętowi kapitana Aubreya.
@Helio09. Tak było, ale ciężko byłoby to sprzedać Jankesom W ogóle to miała być chyba cała seria filmów z tego uniwersum, niestety pierwszy obraz nie odniósł tak dużego sukcesu komercyjnego, jakiego się spodziewano.
Mocno zainspirowany TYM WPISEM kolegi @Moose , też postanowiłem zrobić własnoręcznie prostą planszówkę ze swoją Myszą.
Jestem całkiem zadowolony z efektu końcowego, stąd to bezczelne #chwalesie z takiej głupotki. Niestety, w klasycznym dla siebie stylu przekombinowałem i zamiast zrobić coś szybko i wspólnie z młodą, to robiłem to sam przez 3 godziny, a dziecko się nudziło Ostatecznie tylko hasła na karty wymyślaliśmy wspólnie.
Piszę o tym, bo gdy zaczęliśmy już grać, to mieliśmy na prawdę dużo frajdy, zwłaszcza, że zadania na kartach układaliśmy razem. Młodej mega się spodobało, ja też nie pamiętam kiedy ostatnim razem miałem tyle radochy z tak małej rzeczy. Gorąco polecam takie wspólne kreatywne spędzanie czasu z dziećmi i dziękuję po stokroć @Moose za natchnienie
@Opornik Tak, zasady są proste - stajesz na czerwonym polu, to podnosisz kartę (również wtedy, gdy się na takie cofniesz przez inną kartę) Po kilku rozgrywkach już wiem, że muszę dorobić 3 dodatkowe czerwone pola i więcej kart, bo to głównie dzięki nim jest zabawa
@Piechur Tak samo jest u @Moose ? Numery w kratkach to numery pól? Podobają mi się zasady, wyobrażam sobie jaka by była inba gdyby dzieciaki z mojej klasy razem grały i nagle jedno musi dać drugiemu całusa przy wszystkich.