Dziś w bezsennym #piechuroglada trochę z gatunku fantastyczno-naukowego.
----------
Tytuł: Arrival
Reżyseria: Denis Villeneuve
Moja ocena: 3.5/5
W różnych lokalizacjach na Ziemi niespodziewanie pojawiają się statki kosmiczne. Ceniona lingwistka staje na czele zespołu, którego głównym celem ma być kontakt z obcymi oraz dowiedzenie się, w jakim celu przybyli na naszą planetę.
Za pierwszym razem film zrobił na mnie całkiem spore wrażenie i pozostawił mnie z interesującymi rozważaniami nad dwoma głównymi tematami, które poruszał. Byłem ciekawy, czy za drugim razem też mnie porwie, i jednak to już nie było to - tego rodzaju sztuczki działają zwykle tylko raz. Mimo to w dalszym ciągu oglądało się go miło, ale już bez takiego zaangażowania. Muszę trochę pomarudzić nad zdjęciami - były poprawne, ale dużo kadrów sprawiało na mnie wrażenie sfabrykowanych, jakby stworzonych przez AI; niby ładne, ale trochę bezduszne, jak i w innych produkcjach Villeneuve'a. Uważam jednak w dalszym ciągu, że warto poświęcić czas na ten obraz, bo tematyka jest ciekawa i nie brak w nim momentów, które zwyczajnie chwytają za serce. Polecam tym, którzy po filmie lubią poświęcić kilka chwil na rozmyślania.
Oglądałem niedawno, mając w pamięci hype jaki był na ten film po premierze. I, cholera, mega mnie rozczarował. Fajny pomysł, ale za dużo głupotek, nielogiczności, no i temat "kontaktu" spuszczony w kiblu banalnych wniosków tak jakby komuś zabrakło w pewnym momencie motywacji, żeby całość historii sensownie dopracować
Żona dziś od rana biegunka i wymioty, a godzinę temu Mysz wymiotowała przez sen, ledwo posprzątaliśmy. Teraz poszła druga fala. Kawa zrobiona, będzie noc na czuwaniu. Taki klasyczny #weekend z #dzieci się szykuje.
W dzisiejszym #piechurwedruje będzie o tym, czemu warto dokładniej przyjrzeć się trasie, którą się planuje. Zapraszam!
---------
Szczyty: Luboń Wielki (Beskid Wyspowy)
Data: 24 lipca 2022 (niedziela)
Staty: 8.5km, 5h45, 600m przewyżyszeń
Kilka dni przed tą wyprawą byłem w Tatrach, więc czułem się w obowiązku dać trochę wytchnienia żonie, która w tym czasie zajmowała się Myszą. Rzecz jasna wymyśliłem, że wezmę Gryzonia w góry, dzięki czemu małżonka miałaby część dnia tylko dla siebie. Zacząłem szukać trasy, która nie byłaby przesadnie długa ani wymagająca - raz, że młoda spędzała jeszcze wtedy takie wycieczki w nosidle; dwa, że udało się namówić babcię do wspólnego wyjścia.
Robiąc różne pętlę prowadzące przez szczyty znajdujące się blisko Krakowa trafiłem na Luboń Wielki, na którym jak się okazało babcia jeszcze nie była, mimo że pochodzi z okolic Mszany. Zerknąłem tylko szybko na ilość kilometrów i przewyższeń, szacowany czas przejścia, i stwierdziłem, że damy radę.
Niedzielnym porankiem wyruszyliśmy w drogę do Rabki-Zdrój. Pogoda zapowiadała się pięknie, więc byliśmy nastawieni optymistycznie. Zostawiliśmy samochód na parkingu przeznaczonym dla turystów, który znajdował się pod Lewiatanem (płatny 10 zł), zapakowałem Myszora w nosidło i ruszyliśmy w trasę.
Wejście zaplanowałem niebieskim szlakiem. Krótki kawałek szliśmy asfaltem, który nagle się skończył, a zastąpiła go bardzo błotnista, rozjeżdżona traktorami droga. Staraliśmy się iść poboczem, ale i tak buty mieliśmy załatwione. W końcu weszliśmy do lasu, gdzie było trochę lepiej, i tam młodej coś strzeliło. Zaczęła się drzeć, płakać, wrzeszczeć, że chce do domu. Uspokajanie jej trwało dobre 15 minut, a może i więcej, ale w końcu udało się ją okiełznać - wróciła bez problemu do nosidła i rozpoczęliśmy wspinaczkę. Nie mam pojęcia o co jej chodziło, był to pierwszy i ostatni raz, gdy miała taki atak szału (w górach oczywiście, nie w ogóle).
Trasa nie była jakoś specjalnie ciekawa. Szliśmy dość kamienistą ścieżką otoczoną wysokimi drzewami, spomiędzy których nie było wydać żadnych widoków. Minęliśmy leśną kapliczkę i kontynuowaliśmy wchodzenie. Babcia tradycyjnie buszowała po krzakach w poszukiwaniu malin, które dawała Myszy. W taki sposób, dość spokojnym tempem, doszliśmy na szczyt.
Z Lubnia rozpościerał się ładny widok na północny-wschód: widać było z niego sąsiadujący Szczebel, a także Lubogoszcz Zachodni. Na górze zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, której głównym celem było to, aby młoda rozprostowała trochę nogi i pobrykała dookoła. Spędziliśmy tam dobre 40 minut, wykorzystując ten czas na posiłek i skorzystanie z drewnianego wychodka. W końcu uznaliśmy, że czas wracać, także wziąłem Mysz na plecy i skierowaliśmy się na żółty szlak.
Początkowo trasa była spokojna i spodziewałem się takiej samej nudy, jak przy wchodzeniu. Wkrótce miałem się przekonać, w jakim błędzie byłem. Zejście stało się nagle bardzo strome, poprzecinane wystającymi korzeniami drzew. Popatrzyłem na babcię i zapytałem, czy wracamy, ale hardo odpowiedziała, że idziemy dalej. Schodzenie wyglądało tak, że asekurując się kijkami robiłem kilka kroków, po czym podawałem babci rękę, żeby przypadkiem się nie potknęła. Młoda na szczęście się nie wierciła, a odcinek był stosunkowo krótki, więc operacja zakończyła się sukcesem.
Podczas naszego schodzenia minęło nas jednak kilka osób, które oprócz tego, że wyrażały wielki podziw dla babci (88 lat w dniu wycieczki) i gratulowały jej kondycji, to jednak ostrzegały nas przed kolejnym odcinkiem. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale zacząłem się mocno niepokoić. Szliśmy jednak dalej pięknym lasem, podziwiając wznoszące się obok skały. Musieliśmy dobrze patrzeć pod nogi, bo ścieżka była usiana głazami. Szlak skręcił nagle w lewo i doszliśmy do miejsca, o którym mówili mijani wcześniej turyści.
Naszym oczom ukazało się duże gołoborze, usiane ogromnymi głazami, a trasa prowadziła właśnie przez nie i to dość stromo w dół. Zacząłem namawiać babcię, żebyśmy jednak wrócili do schroniska, ale nie chciała o tym słyszeć. Oceniłem nasze możliwości i postanowiłem, że zaryzykujemy - czy było to mądre, nie muszę chyba pisać.
Znowu, krok po kroku, bardzo ostrożnie i uważając pod nogi, zaczęliśmy schodzenie po głazach. Całe szczęście, większość była solidnie osadzona, ale i tak sprawdzałem każdy zanim ostatecznie decydowałem się stanąć na nim całym ciężarem. Stawiałem kilka kroków, po czym asekurowałem babcię trzymając ją za rękę. Mysz na tym etapie chyba zasnęła, co ułatwiało sprawę, bo nie wierciła się w nosidle. Ostatecznie nie poszło nam to nawet najgorzej, ale nie wyobrażam sobie schodzenia tamtędy, gdyby było wilgotno. Podsumowując, przejście około 400 metrów - od schodzenia po zboczu usianym korzeniami po opuszczenie gołoborza - zajęło nam jakieś 50 minut.
Udało się jednak, więc odetchnąłem z ulgą. Nieco bardziej rozluźnieni kontynuowaliśmy marsz po w dalszym ciągu nachylonym terenie pełnym wystających z ziemi skał i głazów. I wtedy stało się to, czego obawiałem się najbardziej - babcia potknęła się i wywróciła na duży blok skalny. Trwało to dosłownie chwilę, ale czas jakby się zatrzymał. Szybko podbiegłem, bojąc się, że babci stało się coś złego. Na całe szczęście skończyło się tylko na otarciu dłoni i kolana - ale przecież mogło być o wiele, wiele gorzej.
Od tamtego momentu zwolniliśmy jeszcze bardziej tempo, a ja nie odstawiałem już babci na krok. Niebawem na ścieżce nie było już tylu kamieni, nachylenie zmniejszyło się i szło się bardziej komfortowo. Wyszliśmy z lasu i naszym oczom ukazał się ładny widoczek. Reszta trasy minęła już bez niespodzianek i przykrych sytuacji - było ładnie, znacznie ładniej niż na równoległym niebieskim szlaku.
Dotarliśmy do ulicy, poszliśmy do auta; daliśmy jeszcze Myszy chwilę na rozprostowanie nóżek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po ponownym, dokładniejszym obejrzeniu trasy w domu okazało się, że schodziliśmy Percią Borkowskiego - informacja na jej temat była podana na mapach, wystarczyło je przybliżyć...
Babcia przez jakiś czas po tej wyprawie miała ranę na kolanie, ale zapewniała, że jej nie boli - ile w tym było prawdy, nie wiem. Wiem natomiast, że gdybym lepiej sprawdził tę trasę, na pewno byśmy nią nie poszli. Zrobiłem tego dnia wiele głupich rzeczy: od źle dobranego miejsca, po brak wycofania się w momencie, gdy była ku temu możliwość. Wyprawa mogła skończyć się na prawdę tragicznie i do dziś ciąży mi na sumieniu.
Mimo wszystko samą trasę polecam, jednak nie w deszczową pogodę, nie z bardzo małymi dziećmi (na pewno nie w nosidle), i nie osobom z ograniczeniami ruchowymi. Dodatkowo według mnie zdecydowanie lepiej wchodzić żółtym, a schodzić niebieskim szlakiem - taki wariant wybrałem, gdy w zeszłym roku wchodziłem ponownie na Luboń Wielki z tatą i Myszą (tym razem nie w nosidle) i było znacznie przyjemniej. Zainteresowanych odsyłam do jednego moich poprzednich wpisów (link niżej).
Szedłem dokładnie tą trasą w październiku. Wszedłem w mniej niż dwie godziny a wracałem 4. Te gołoborza to była jakaś masakra. Schodziłem dosłownie na d⁎⁎ie. Ślisko i stromo jak cholera. Widoki słabe bo chmury ale za to kwaśnica w schronisku była ch⁎⁎⁎wa i stara.
Ech, bardzo ciężko było mi to napisać, bo wiedziałem od początku, jaka będzie puenta. Chętnych zapraszam do przeczytania mojej drugiej #diriposta na utwór di proposta w bitwie #nasonety.
----------
Do M.
Świergot małego strzyżyka ze snu znów mnie cuci,
Szczebiotając w mych ramionach gniazdko sobie mości,
Przytuli się na chwileczkę, później kołdrę zrzuci.
Ileż w takim małym ciałku mieści się miłości?
Sens istnienia, tuż obok na wyciągnięcie ręki...
Ile siły we mnie wlałaś, ma istotka krucho,
Jak zmieniłaś samym byciem, natchnęłaś otuchą,
Pokazałaś to, jak błahe były moje lęki.
Będę bronić Cię, Córeczko, w najgorszej zawiei,
Walczyć o blask ocząt Twych każdym dostępnym środkiem.
Po kres dni, gdy w końcu śmierć powieki moje sklei,
Chcę Cię wspierać; Ty, co szczęścia megoś jest początkiem.
I choć jest to naturalne, napawa mnie trwogą,
Że dłoń puścisz mą niebawem, pójdziesz własną drogą.
----------
Różna #tworczoscwlasna, choć głównie #poezja, w kawiarence #zafirewallem
Wiesz co, nie umniejszając nikomu, bo moja pamięć może być zawodna, to jest chyba najlepsza rzecz, jaką tutaj przeczytałem. przynajmniej w kategorii "na serio", bo to nie potrafię porównać rzeczy, które pochodzą z dwóch różnych światów. Dojrzała, poruszająca i jeszcze świetnie napisana. Emocjonalne to jest strasznie, a to przecież o emocje chodzi. Chylę czoła.
Zapraszam wszystkich na kolejny wpis z serii #piechurwedruje - dziś o wycieczce zmieniającej życie.
---------
Szczyty: Sokolica, Trzy Korony (Pieniny)
Data: 28 września 2014 (niedziela)
Staty: 14km, 7h30, 1.020m przewyżyszeń
Na kilkudniowy wypad do Szczawnicy wybrałem się ze swoją ówczesną dziewczyną - był to nasz pierwszy wspólny wyjazd od początku 3 miesięcznej znajomości. Do tamtej pory spędzaliśmy razem jedynie po kilka godzin dziennie, a więc traktowaliśmy to chyba obydwoje jako wstępny test naszej relacji. Oprócz nas pojechała także para znajomych mojej dziewczyny, z którymi wyjechaliśmy wspólnie z Katowic.
Szczawnica i jej okolice oferują bardzo wiele fajnych tras górskich. Przy sprzyjającej pogodzie nie sposób się tam nudzić i zawsze znajdzie się coś do roboty. W taki właśnie sposób spędzaliśmy tam wspólny czas: tu spacer do Czerwonego Klasztoru, tam Zamek w Czorsztynie, zapora i Zamek Dunajec, wyjazd kolejką na Palenicę i tak dalej. W menu nie mogło oczywiście zabraknąć zdobycia Trzech Koron, co zaplanowane mieliśmy na niedzielę.
Na wycieczkę zebraliśmy się dosyć późno, ale nie mieliśmy ciśnienia, żeby wstawać wcześniej - było już po sezonie, turystów było mniej, także nie martwiliśmy się o tłumy na szlaku. Z punktu zakwaterowania ruszyliśmy biegnącą nad Grajcarkiem promenadą w stronę Schroniska Orlica. Pogoda nie nastrajała optymistycznie: było pochmurno, chłodno, w powietrzu wisiała groźba deszczu.
Minęliśmy schronisko i udaliśmy się do miejsca, w którym dostępna była flisacka przeprawa na drugą stronę Dunajca - jest to fajna opcja na szlaku, należy jednak pamiętać, że zależy od pogody, a w sezonie zimowym jest zamykana. Po uiszczeniu drobnej opłaty wsiedliśmy do tratwy i zostaliśmy przetransportowani na przeciwległy brzeg. Pamiętam, że nad rzeką leciała wtedy ogromna czapla i przed wylądowaniem na upatrzonym przez siebie drzewie wydała głośny dźwięk, czym wypłoszyła z niego całe mniejsze ptactwo i ostatecznie miała go na wyłączność.
Rozpoczęliśmy wspinaczkę na Sokolicę niebieskim szlakiem, osobno w parach, ustalając, że spotkamy się na górze. Moja dziewczyna, która zapewniała wcześniej, że kocha góry, miała jednak kiepską kondycję i dość szybko zaczęła sapać na - bądź co bądź - dość stromym podejściu. Nie spieszyło nam się jednak, więc wchodziliśmy powoli nadanym przez nią tempem. Sprzyjało to zresztą podziwianiu przyrody - las był okryty rosą, spowity jeszcze delikatną mgiełką; co jakiś czas na gałęziach widać było piękne naszyjniki z sieci pajęczych pokrytych drobnymi kroplami wody. Trasa była fajnie przygotowana, co jakiś czas były zamontowane drewniane poręcze do trzymania się.
W końcu dowlekliśmy się na szczyt i dziewczyna mogła wreszcie dłużej odpocząć. W trakcie wchodzenia całkiem fajnie się wypogodziło i na górze przywitały nas promienie słońca, niebieskie niebo oraz fantastyczne widoki. Posiedzieliśmy tam dłużej, robiąc przerwę na zasłużony posiłek. Zrobiłem zdjęcie sławnej sośnie, którą kojarzyłem ze zdjęcia na okładce książki, chyba do geografii, którą miałem w gimnazjum. Niestety, sosna ta została uszkodzona w 2018 roku podczas akcji ratunkowej (podmuch wiatru ze śmigłowca złamał jej gałąź), więc był to ostatni raz, gdy widziałem ją w dobrym zdrowiu.
Rozpoczęliśmy dalszą wędrówkę niebieskim szlakiem, podczas której trzebiotaliśmy z dziewczyną jak dwa podrostki. Skupiliśmy się wtedy głównie na sobie, także z trasy pamiętam jedynie tyle, że w pewnym momencie był całkiem ładny punkt widokowy wyglądający jak okno w skale. Doszliśmy do polany Wyrobek. Tam (a może jednak wcześniej?) pewna starsza pani sprzedawała turystom przepyszny kompot - oczywiście kupiliśmy sobie po kubku.
Od tego momentu pamięć mnie zawodzi, ale wydaje mi się, że nie wchodziliśmy na Górę Zamkową, a zamiast tego poszliśmy na przełęcz Szopka, z której skierowaliśmy się już na szczyt. Ten odcinek był już dla mojej dziewczyny na prawdę wykańczający. Była zziajana, zasapana, nogi jej dygotały ze zmęczenia, przez co musieliśmy robić częste przerwy. Ale poruszaliśmy się cały czas do przodu, co było pozytywne. W końcu, w wielkich bólach, doszliśmy do kasy punktu widokowego, gdzie po dłuższej chwili na złapanie oddechu uiściliśmy stosowną opłatę (chyba, nie pamiętam czy kasa była otwarta) i po specjalnym rusztowaniu zaczęliśmy wychodzić na Trzy Korony.
Szczyt przywitał nas wspaniałym widokiem na Tatry, które wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Poranna aura w ogóle nie zapowiadała pięknych warunków pogodowych, których doświadczyliśmy będąc na samej górze. Nacieszyliśmy oczy krajobrazem, porobilośmy trochę zdjęć (żadne nie wyszło jednak ciekawie), po czym udaliśmy się w drogę powrotną do kasy. Powróciliśmy do przełęczy Szopka, z której żółtym szlakiem zeszliśmy do Krościenka, a tam albo złapaliśmy bus do Szczawnicy, albo poszliśmy do niej na piechotę - pozostanie to dla mnie zagadką.
Teraz przestroga: zarówno przed takimi wyprawami, jak i pierwszymi wyjazdami z nową partnerką czy nowym partnerem. Chodzisz sobie z kimś takim po górach, spędzacie miło czas, jest całkiem niezobowiązująco, a 10 lat później jesteście małżeństwem z dwójką cudownych dzieci. Nigdy nie wiadomo, co los ma dla nas w zanadrzu. Ja w każdym razie liczę, że w tym roku uda mi się z żoną uczcić ten pierwszy wspólnie spędzony urlop i powtórzyć tę samą trasę, by zaspokoić moją sentymentalną naturę - jeśli do tego dojdzie, na pewno dam Wam znać.
Zapraszam na #piechuroglada, w którym przedstawię film, który na jakiś czas mnie potłukł.
----------
Tytuł: Synecdoche, New York
Reżyseria: Charlie Kaufman
Moja ocena: 4.5/5
Reżyser teatralny w ramach nowej sztuki tworzy replikę otaczającej go rzeczywistości w ogromnym magazynie. Praca nad dziełem staje się jego całym życiem, a życie - dziełem.
Są takie filmy, które po obejrzeniu prześladują przez długi czas, po których trzeba poskładać się na nowo. Dla mnie tym filmem jest właśnie Synecdoche, New York. Jest to obraz niełatwy, depresyjny, ciężki, fatalistyczny, oprószony cynicznym poczuciem humoru. Przepełniony jest metaforami i alegoriami, małymi smaczkami, z których prawdopodobnie wyłapałem i zrozumiałem może 30%, ale wystarczyło, abym został nimi przygnieciony. PSH jest fenomenalny, nastrój głównego bohatera wprost wylewa się z ekranu i mimo, że się bronimy, powoli zaczyna nas oblepiać, stawać się częścią widza. Wyniosłem z tego filmu bardzo dużo; nie jestem pewien czy tego, czym planował obdarować mnie reżyser. Polecam wszystkim, którzy nie boją się wyzwań.
W dzisiejszym wpisie o wyprawie w Beskid Żywiecki. Zachęcam do czytania i obserwowania tagu #piechurwedruje
---------
Szczyty: Westka, Pilsko (Beskid Żywiecki)
Data: 23 października 2021 (sobota)
Staty: 21.5km, 7h15, 1.170m przewyżyszeń
Październik roku 2021 okazał się być dla mnie bardzo łaskawym - oto po trzech wycieczkach w góry, które miałem już za sobą w tym miesiącu, zaczęła się kroić czwarta. Byłem całkiem fajnie rozchodzony, więc postanowiłem poszukać jakiejś dłuższej trasy prowadzącej na szczyt, na którym jeszcze nie byłem. W ten sposób, krążąc palcem po mapie w okolicach Babiej Góry natknąłem się na Pilsko.
Na wyprawę chęć wyrazili również kuzynka z kuzynem, a dodatkowo udało mi się namówić koleżankę, dla której miał być to pierwszy wypad w góry w życiu. Miała pewne wątpliwości, czy da radę na tak długiej trasie, ale wiedziałem, że jeździ na rowerze nawet po 200km dziennie, więc ja tych wątpliwości nie miałem.
Około 7:30 dojechaliśmy do Korbielowa, z którego rozpoczynaliśmy wycieczkę. Pogoda była pochmurna, było zimno, ale bezdeszczowo, czyli w sam raz. Zgodnie z planem nie ruszyliśmy od razu na samo Pilsko, lecz żółtym szlakiem udaliśmy się w stronę przełęczy pod Beskidem Krzyżowskim - idea była taka, żeby trochę się rozruszać przed główną atrakcją. Część trasy prowadziła asfaltową drogą obok mniejszych i większych gospodarstw, ale gdy wreszcie skręciła w las zrobiło się bardzo przyjemnie. Jesień kokietowała nas cudną paletą barw, a spomiędzy drzew przebijały wesoło promienie słońca.
Z przełęczy, początkowo błotnistą drogą, poszliśmy niebieskimi szlakiem na Westkę zaliczyć nasz pierwszy szczyt. Widoki z niej były urokliwe, ale nie zatrzymywaliśmy się zbyt długo. Udaliśmy się dalej i po bardzo miłym spacerze trwającym prawie godzinę znaleźliśmy się na przełęczy Glinne przy przejściu granicznym. Zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek i toaletę, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.
Od tego momentu zaczęło się właściwe podejście na Pilsko. Początkowe dwa kilometry były w miarę ok, ale później zaczęło się już ostrzejsze podejście, które mocno dawało w kość. Prawie wszyscy sapaliśmy jak lokomotywy - prawie, bo koleżanka, dla której, jak wcześniej wspomniałem, był to pierwszy wypad w góry, wypruła do przodu jak gdyby nigdy nic i przez większą część wspinaczki jej nie widziałem. Tak czy inaczej, przeciętny turysta na tym odcinku na pewno nieźle się umorduje.
Ostatecznie miarowo zdobywaliśmy jednak wysokość. Las wyglądał przepięknie, wystrojony w żółte, czerwone i brązowe liście. Po drodze były też bardzo fajnie wyglądające krzaczki koloru rdzy o nieznanej mi nazwie. Dodatkową rzeczą, która umilała nam drogę, był widok na Babią Górę, której zachmurzony wierzchołek od pewnego momentu widzieliśmy prawie cały czas, gdy tylko się odwróciliśmy.
Wkrótce drzew zaczęło ubywać, a zamiast nich pojawiła się kosodrzewina, co bardzo nas ucieszyło, oznaczało bowiem koniec naszej męki. Na ziemi pojawił się lód, a zielone gałązki krzaków, które okalały ścieżkę, były pokryte warstwą szronu. W końcu wczłapaliśmy wszyscy na Górę Pięciu Kopców, gdzie skryci między roślinnością (trochę wiało) zrobiliśmy przerwę na posiłek.
Nadszedł czas na zdobycie właściwego wierzchołka. Wąska ścieżką prowadzącą między gęstą kosodrzewiną udaliśmy się na Pilsko i po krótkiej chwili już na nim byliśmy. Na szczycie znajduje się krzyż oraz ołtarz, ale przede wszystkim rozpościerają się z niego wspaniałe widoki na Małą Fatrę, Tatry i Babią Górę. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i uznaliśmy, że czas zacząć schodzić.
W drodze powrotnej do Korbielowa postanowiliśmy jeszcze wstąpić do schroniska na Hali Miziowej. Schodziliśmy do niego czarnym szlakiem - było stromo, kamieniście, a moje kolana zaczynały się powoli odzywać. Widoczki znowu były bajkowe, tym razem na północną, polską stronę. Doszliśmy do schroniska, w którym było dość tłoczno, ale jakoś udało znaleźć się wolny stolik. Przybiliśmy pieczątki, zamówiliśmy coś do jedzenia i po kilkudziesięciu minutach na regenerację poszliśmy w dalszą drogę.
Do samego już Korbielowa schodziliśmy żółtym szlakiem. Ponownie syciliśmy oczy jesiennymi barwami, którymi częstowała nas las. Trasa minęła całkiem szybko, jak to przy schodzeniu. W jednym tylko miejscu, przy mostku nad Buczynką, zrobiliśmy małą przerwę, aby z kuzynem pomoczyć w niej stopy. Moja odporność na tak dostarczone zimno jest zerowa, więc po kilku krótkich sekundach okupionych przeraźliwym wyciem wyskoczyłem z wody. Mimo wszystko lubię to robić po dłuższych wycieczkach, bo przynosi to stopom dużą ulgę i czuję, jakby się rozluźniły.
Od tamtego momentu reszta trasy prowadziła już asfaltem. Dotarliśmy do zaparkowanego auta, przebraliśmy się i udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Wyprawa była ekstra, szlak był bogaty w bardzo ładnie wyglądające miejsca, których urok został dodatkowo uwypuklony przez jesień. Postanowiłem, że wrócę na Pilsko, a możliwość ku temu nadarzyła się prawie 1.5 roku później - ale o tym w innym wpisie.
@Piechur To Ty widzę naprawdę niebezpieczny jesteś. Teraz wyszło szydło z worka z kim ja tu przebywam. Będę musiał przemyśleć to na spokojnie, żebyś mnie nie zdemoralizował przypadkiem.
W tym wpisie z serii #piechurwedruje o rodzinnym wypadzie na Lubomir.
---------
Szczyty: Kamiennik Północny i Południowy, Łysina, Trzy Kopce, Lubomir (Beskid Makowski)
Data: 6/7 lutego 2021 (sobota/niedziela)
Staty: 15.5km, 5h30, 730m przewyżyszeń
W styczniu 2021 udało mi się pojechać na Lackową i apetyt na zdobywanie następnych szczytów z #koronagorpolski rósł. Z początkiem lutego zacząłem dostrzegać szansę na kolejne wyjście i wiedziałem, że muszę wybrać się na inną górkę z Korony - w ten sposób wybór padł na leżący niedaleko Krakowa Lubomir.
Na wycieczkę udało mi się namówić sporą część rodziny i tak w składzie: tata, brat, kuzynka i kuzyn wieczorową porą dojechaliśmy do Poręby. Było dość mroźno, więc szybko ubraliśmy co trzeba i ruszyliśmy w drogę.
Zielonym szlakiem rozpoczęliśmy wspinaczkę na Kamiennik Północny. Łaty śniegu leżały na polach, a drogę pokrywała warstwa lodu - tutaj przydały mi się kijki, a kuzynostwu nakładki antypoślizgowe. Wkroczyliśmy do lasu i zaczęliśmy zdobywać wysokość. Zdążyliśmy się już fajnie rozgrzać, ale ostre, zimne powietrze w dalszym ciągu bezlitośnie waliło w płuca.
Im wyżej wychodziliśmy, tym więcej śniegu pojawiało się wokół nas, a zwłaszcza na gałęziach drzew, które w świetle latarek przybierały fantastyczne kształty i wyglądały, jakby się poruszały. Niedaleko Kamiennika Północnego zaczął delikatnie podać śnieg, dodając całej wyprawie uroku.
Przy Kamienniku Południowym śnieg już nie padał, tylko napierdzielał. Dodatkowo zerwał się srogi wiatr, także przez większość czasu musieliśmy iść w kapturach i ledwo się nawzajem słyszeliśmy. Zeszliśmy do przełęczy Suchej, która już całkowicie zasypana była białym puchem. Niedaleko tablicy informacyjnej zobaczyliśmy resztki żarzącego się jeszcze ogniska i zaparkowane obok auto. Myśląc, że ktoś miał kłopoty z odjechaniem, zapukaliśmy w zaparowaną szybę, ale okazało się, że była to tylko para szukająca miłosnych uniesień na odludziu - ups.
Zacząłem szukać na nawigacji żółtego szlaku, którym mieliśmy dostać się na Łysinę - nie wiem czy bez GPSu bym sobie poradził, bo śnieżna zawierucha skutecznie utrudniała jakąkolwiek orientację w terenie. Rozpoczęliśmy wspinaczkę i na tym etapie musiałem już założyć raczki, bo podłoże było skute lodem i nie dało się znaleźć miejsca, w którym noga by się nie ślizgała.
Po męczącym, stromym podejściu dołączyliśmy do czerwonego szlaku, którym skierowaliśmy się w stronę szczytu. Ta część trasy była już całkowicie spacerowa i przyjemna. Zawierucha jakby zelżała, a my szybko minęliśmy Trzy Kopce, by następnie znaleźć się na Lubomirze. Zrobiliśmy krótką przerwę na herbatę, przybicie pieczątek do książeczek i pamiątkowe zdjęcie, ale nie zabawiliśmy tam dłużej, gdyż zimno błyskawicznie zaczęło nas oblepiać.
Tym samym czerwonym szlakiem, którym przyszliśmy, udaliśmy się w stronę schroniska na Kudłaczach. Ciepło zaczęło znowu rozlewać się po naszych ciałach, gorącą krew przywracała czucie w palcach. Las wyglądał obłędnie, pokryty śniegiem jak pierzem z rozdartej poduchy.
Schronisko, do którego niebawem doszliśmy, okazało się być zamknięte, więc nie tracąc czasu ruszyliśmy dalej. Wkrótce wyszliśmy z lasu, a trasa zaczęła prowadzić głównie asfaltową drogą. Przy Działku odbiliśmy na zielony szlak i zeszliśmy do Poręby. Nasze auta były kompletnie przysypane i trochę zajęło, nim udało się je odśnieżyć.
Pożegnaliśmy się ze sobą i odjeżdżając zakończyliśmy bardzo fajną, malowniczą, ale też wymagającą wyprawę. Dodam tylko, że powrót autem do Krakowa to była jakaś masakra i mimo zimowych opon musiałem jechać max 30 km/h, bo świeża warstwa śniegu skutecznie utrudniała jakąkolwiek szybszą jazdę.
@Piechur Dzielna mysza, nie boi się po ciemku w lesie?
Chyba się pytałem ale nie pamiętam - nie bierzesz "plecaczka na szczeniaczka" na wszelki wypadek, gdyby nóżki się zmęczyły?
Moje dzielnie dreptało ale zawsze brałem backup, zresztą lubiłem je nosić, jestem przyzwyczajony do plecaka. Przestałem dopiero gdy dzieci innych zaczęły być zazdrosne i rodzice mieli mi za złe.
Witam w #piechuroglada Dziś o filmie, który ostatnio sobie odgrzałem. Jak smakował? O tym niżej.
----------
Tytuł: Moneyball
Reżyseria: Bennett Miller
Moja ocena: 3/5
Dyrektor generalny drużyny baseballowej, który sam nie odniósł sukcesu jako gracz, próbuje stworzyć zwycięską drużynę pomimo niekorzystnej sytuacji finansowej klubu. W tym celu wraz z asystentem stosują nowatorskie podejście oparte na statystyce, starając się tym samym zmienić dotychczasowe podejście do rekrutacji zawodników, jak i do samej dyscypliny sportowej.
Film jest nakręcony poprawnie, ma swoje momenty, ale mimo to czegoś mi w nim zabrakło, jakiejś iskry, czy też punktu zaczepienia. Oglądałem go po raz drugi i ponownie nie mogłem się w pełni zaangażować w opowiadaną historię. Baseball jest tu ewidentnie romantyzowany, czego film nie próbuje z resztą ukrywać, ja niestety jestem w obec niego zupełnie obojętny. Aktorsko w porządku - Pitt jest ok, albo nagle wybucha, albo musi coś jeść/pić (co po jakimś czasie kłuje w oczy); podobała mi się gra aktorów drugo i trzecioplanowych, w nich byłem w stanie uwierzyć bez problemu. Polecam tym, których interesuje jak wygląda działanie klubu sportowego od kuchni.
@erebeuzet-tezuebere Też niedawno ponownie obejrzałem, do tej pory nie wiem co sądzić. Pitt raczej bez szału, ale DiCaprio to się tam całkiem całkiem popisał.
Zapraszam na ósme już wyciąganie wniosków z tras opisanych w #piechurwedruje w ramach #poradnikpiechura
---------
43. Wpis: Czupel
Wnioski:
Idąc w góry trzeba zawsze sprawdzać prognozy pogody i nawet, jeśli pokazywane jest tylko zachmurzenie, to dobrze wziąć ze sobą na wszelki wypadek coś przeciwdeszczowego.
44. Wpis: Turbacz
Wnioski:
Jak to zwykle bywa, znalezienie szlaku na początku trasy bywa najtrudniejsze, dlatego dobrze mieć przy sobie nawigację.
Planując częstsze nocne eskapady dobrze pomyśleć o lepszej czołówce. Najtańsza oczywiście da radę, ale komfort chodzenia przy dobrym oświetleniu zwiększa się ogromnie.
Nie wszystkie schroniska są otwarte w nocy - jeśli planujemy postój warto sobie to wcześniej z nimi sprawdzić.
45. Wpis: Chełm, Uklejna
Wnioski:
Szlaki dość często prowadzą po asfaltowych drogach i jeśli nie lubi się takich klimatów albo chce się jak najbardziej zminimalizować długość takich odcinków, to jednak warto dobrze przestudiować wcześniej planowaną trasę.
46. Wpis: prawie Kamionna i Łopusze Zachodnie
Wnioski:
Czasami wyjście jest po prostu nieciekawe ¯\_(ツ)_/¯
47. Wpis: Czernic, Polica
Wnioski:
W poszukiwaniach śniegu zawsze warto celować w szczyty powyżej 1km.
Są różne rodzaje śniegu i w różny sposób mogą wpłynąć na szybkość z jaką przemierza się trasę - warto mieć to na uwadze na etapie planowania.
Zdarza się, że drogę spowije gęsta mgła, w której ciężko będzie odnaleźć szlak - po raz kolejny kłania się nawigacja, a więc sprawny telefon i powerbank na dłuższe wycieczki to raczej konieczność.
Nigdy nie wiadomo kiedy z lasu wyłonią się morsy.
48. Wpis: Ćwilin
Wnioski:
Warto mieć na wyposażeniu kijki, zwłaszcza niosąc dziecko w nosidle - środek ciężkości jest w zupełnie innym miejscu i łatwo o wywrotkę w przypadku potknięcia np. o wystające korzenie czy kamienie.
-------
W kolejnych wpisach m.in. kolejna wycieczka z Myszą i babcią, jakiś nocny wypad i Taterki. Zapraszam