Nie mogę dojść do jakiejś tam regularności znów. W Wielkanoc udało się dwa bliźniacze biegi zrobić, raz z kandydatem na szwagra i raz z kuzynką i kumplem. Piękna pogoda, brzuszek pełen serniczka, super wyszło. W minionym tygodniu zacząłem sobie klasycznie kolejnego Grega, dupnąłem w środę benchmark i... tyle xD. W piątek wnosiliśmy z kumplem nową maszynę do szycia dla nibyżony, przemysłówkę razem ze stołem, która była zarówno strasznie ciężka, jak i niewygodna do wnoszenia. No i w sobotę już nie wstałem, trzeba mnie było ściągać z łóżka. Coś strzeliło pod łopatką i do teraz jestem w stanie obserwować jedynie lewą część świata xD. Także pobiegane. W tym tygodniu może coś ruszę, jak się da bez stękania przy każdym kroku.
Uszanowanie, chwilę mnie nie było. Po długim weekendzie, w którym głównym paliwem dla organizmu był Guinness, nie przepracowywałem się. Jeden easy, a potem sobotni bieg wytrzymałościowy, ale ledwie godzinny i w ubiegłym tygodniu też tylko dwa easy, żeby się nie połamać przed wczorajszym biegiem w Poznaniu.
Na linii startu stawiliśmy się z @CapraCrepa trochę za późno i zdawało się, że nie było już opcji dobicia się do naszej sekcji. Ogólnie udałoby się spokojnie, ale skoro już wbiliśmy się na trasę przeskakując przez barierkę, nie cudowaliśmy ponownie i wybiegliśmy z nieco wolniejszymi truchtaczami. No i oczywiście Garmin mi się wysypał dosłownie 20 sekund przed przekroczeniem linii startu. Był reboot i wstawał ponad 5 minut xD. Stąd ten skrócony wynik. No i przez tłum ludzi, zamiast od początku lecieć na 5 min/km, było momentami 5:40.
Sam bieg dość trudny, bo się robiło momentami wręcz upalnie, a przynajmniej dla mnie zawsze pierwszy bieg w roku, w takich okolicznościach, to już walka. Ponadto końcówka ze stałym podbiegiem też dała popalić. Bardzo dużo osób nie wytrzymało, leżeli biedni po bokach trasy, mam nadzieję, ze mają się już dobrze. Organizacyjnie bieg z topki, w jakich brałem udział.
Podsumowując jest życiówka z oficjalnego pomiaru, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie problematyczny start. Jest apetyt na kolejne występy.
W rodzinno-powiatowym mieście, gdy uczęszczałem do liceum, była afera, w której bohaterem był tamtejszy nauczyciel. Wysyłał ponoć podobizny czikibansiorów do nieletnich. Prawdopodobnie zupełnym przypadkiem niedługo później inny z nauczycieli, ekspert od strzelania z wiatrówek na zajęciach PO, musiał pilnie zmieniać branżę, bo też lubił gościć w swoim kantorku pierwszoklasistki. Teraz wyszło to. Ładne zagłębie tam mamy. A wrzucam w ramach ciekawostki, bo mają niezbite dowody xD
Okres fascynacji bluesem już za mną. Mam ładną kolekcję wykonawców w bibliotece, ale wracam do nich raczej rzadziej i przy konkretnych okazjach tylko. A zespoły takie, jak na przykład All Them Witches, które mają wspaniałe wstawki bluesowe, jednak mi tu nie pasują. Choć prywatnie wygrywają. Mam na szczęście jedną płytkę, do której lubię sobie wrócić.
Trafiłem na nią będąc już poza bluesowym wianuszkiem koncertowym, nie nurkując często w tych klimatach. Ktoś tam na r/blues polecał. No i siadło od razu i to na paru frontach. Przede wszystkim kompozycje są przystępne (ale nie proste). Czy to autorskie utwory, czy covery, dla ucha odzwyczajonego od bardziej pogłębionych bluesowych plumkań, są idealne. Z drugiej też strony nie ma tu maniery, przez którą poniekąd odszedłem od kolejnych odsłuchów innych wykonawców, których tam miałem - nie dzieje się tu aż tyle. Czasem przy innych albumach aż pieni się z tych słuchawek, tyle muzycy chcą upchnąć na każdą sekundę. A tutaj klasa. No i chyba najważniejsze, aspekt "live" działa tu pięknie. Momentalnie przypominają mi się najlepsze koncerty pod gołym niebem, ciepłe piwo, wspaniałe chwile.
Z zeszłego tygodnia mamy bieg wytrzymałościowy z wtorku, interwałki z środy i progres z soboty. Wszystko bardzo ładnie i miło. W poniedziałek, przedwczoraj, wyszedłem na zwyklaka spokojniaka i jak mi coś nie strzeliło w łydce xD. No dokulałem się do domu (i wciąż miałem lepsze tempo niż rok temu jako zdrowy chłop xD), ale wtorkowy progres odpadł. Dziś, mimo lekkiego bólu podjąłem rękawicę i było zdecydowanie lepiej, ale wciąż nie jest ok. Kolejny bieg dopiero w kolejny wtorek, bo szykuje się mały urlop za granicą, a biedaprzelot nie pozwoli mi wziąć szpeju do biegania. Noga zdąży dojść do siebie.
No i trzeba kupic pizdolet, bo rolowanie nomen omen rolką już nie wystarcza na takie atrakcje.
Bardzo długo zastanawiałem się, co zaproponować w tej edycji (bo w końcu nie muszę się uczyć danego gatunku, żeby sensownie go zrozumieć), ale ostatecznie chyba nie mam innego wyjścia. Znajdę teraz albumy, które podobają mi się bardziej, jeśli chodzi o brzmienie (niewiele, ale wciąż), ale absolutnie nic nie odbierze "Songs for the Deaf" statusu najlepszej płyty rockowej, jaką znam. Dodatkowo jest to też chyba najważniejszy krążek w moim świadomym słuchaniu muzyki.
Przełom polegał na tym, że to pierwsza płyta, która zaczęła w moim małym rozumku puchnąć i rozpychać się. Wcześniej ewidentnie słuchałem rodzajów muzyki, którą gdzieś usłyszałem i mi się podobała albo ktoś mi polecił. A tu się zaczął ferment absolutny. Zacząłem pochłaniać wszystko, czego dotknął Josh Homme. Nawet najdłużej katowanym przeze albumem Małp Arktycznych okazał się Humbug, który produkował, a o czym dowiedziałem się dopiero po czasie największej jego (albumu) świetności na moich słuchawkach. Albo debiut Royal Blood, który uwielbiam - gdy Mike Kerr wystąpił we wspaniałym Crucifire w Desert Sessions Vol. 12, dowiedziałem się, że twórczość QotSA była jego inspiracją. A skończył w projekcie Josha nagrywając moim zdaniem jedną z lepszych piosenek w ich historii.
Z drugiej strony mam wrażenie, że ogromna ilość muzyki, którą teraz uważam za swoją, wzięła się właśnie z tego fermentu spowodowanego "Songs for the Deaf". Zarówno mocno pogłębione stonerowe klimaty, które potem przeszły w doomy, a później różnej maści posty, jak i po przywiązanie do prostu rocka z szalenie charyzmatycznym frontmanem, wspaniałymi riffami i melodiami. Zacząłem przez to bardzo utożsamiać to, co słyszę, z wykonawcą i jego wizerunkiem, co rozrosło się później do słuchania nawet nie tyle płytami, co często całymi dyskografiami, przez co dziś na Spotify mam jakieś 5 playlist, a ponad 1000 wykonawców i tak już pewnie z tego bagienka nie wyjdę.
Ostatecznie, a przecież tutaj to najważniejsze, a nie powyższe prywatne wycieczki - płyta nie ma gorszych momentów. Nie ma ani jednego zapychacza, każdy utwór mógł być singlem. Za każdym razem słucha się tych riffów tak samo dobrze, nie starzeją się zupełnie. Absolutny klasyk i moim zdaniem najlepsze wydawnictwo QotSA.
Queensów znałem przelotnie ale jakoś dwa lata temu ten album wpadł w moje ręce na dłuższej trasie autem - cudowna była to podróż, płyta została ze mną do teraz w sercu i często wracam.
Czołem, biegacze. Ciężki tydzień miałem. Poniedziałek - easy, więc tu faktycznie jeszcze nic nie sugerowało jakiegoś dramatu. Wtorek, bieg z tempem docelowym, wyszło jakieś 450min/km przez 45 minut. I tu już zaczęło coś podpowiadać, że niedoregenowałem się jednak. Środa to tylko przybicie sobie gwoździa, bo niby najkrótszy bieg, z progresem, ale jeszcze zanim przyśpieszyłem na ostatnich 10 minutach do 4:30min/km, czułem, że nogi są zdecydowanie za ciężkie. A po wszystkim już się nadawałem jedynie na śmietnik xD.
Cała nadzieja pozostała w czwartkowym zdrowym kręgosłupie, który zawsze, przez swoją bardzo dużą jogowość, pięknie rozluźniał i rozciągał. No i co, przychodzimy z nibyżoną, a tam kompletnie inna kobitka czeka i luba już mówi, że nie będę zadowolony. Wbijamy na salę, a prowadząca wypala, że ona to jednak jest fitnesiara i se walniemy fitnesik. Bez sensownej rozgrzewki przez 40 minut miałem nogi w górze, co mnie jeszcze bardziej spompowało, a oczywiście duma nie pozwoliła mieć tego w duppie i iść wyjść xD. Ciekawe czy koleżanka mając przepis na szarlotkę, zamiast jabłek dorzuca selera, bo akurat ma xD.
Nie bez skutku zostało również trzymanie przez dobre 15 minut głowy podniesionej, podczas machania tymi girami w pozycji leżącej, bo podczas wstawania rano w sobotę na longinusa, coś mi strzeliło pod tym głupim łbem i oczywiście do teraz chodzę usztywniony, a podczas samego biegu promieniowało mi na cały bark. No ale pogoda była fajna, bieg na 2h, więc padł pomysł papatonu.
I jak padł, tak ponownie upadł, gdy magiczne 21:38km (trzeba pamiętać o ofierze dla bogów Garmina) trafiło mnie na środku przejścia dla pieszych i w momencie, gdy zegarek powiedział, że mam się wziąć za stygnięcie. Zatrzymałem, gdy było już 21:39... xD. Szybki crop na Stravie, ale okazało, się, że 1px na skali obcinania zjechało mnie do 21:36. Po takim tygodniu mogłem się spodziewać, że nawet mem nie wyjdzie. A teraz czuję, że się przeziębiłem.
@HerrJacuch Oj no, byle byś się nam nie przeciążył. Mi akurat dziś wyszł był 2gi najlepszy czas w półmaratonie, tylko w tętnie "konwersacyjnym", ale mimo to jutro będę grzecznym Leniwcem, bo jak sobie zafunduję 2 mocne wyrypy bez rozsądnego regenu + rozciągania to się zacznie złom.
Można wręcz powiedzieć, że jak mam 2 lub 3 mocniejsze biegowe sesje w tygodniu to dokładam rozciągania i pilatesu, trochę szkoda, że "fitnessiarze" nie powiedziałeś "nara", nawet rollowanie rozcięgna piłeczką by pomogło lepiej coś podejrzewam.
Trzymam kciuki, regeneruj, jak coś pobolewa to odpuść, może tak jak mi polecał ortopeda voltaren + masowanko i zejście z objętości, żeby się był mięsień rozluźnił i nie "zapalił" na dobre! Zobacz, czy tam nie masz nic pospinanego.
@pluszowy_zergling No widziałem właśnie, piękny wynik, gratki. Ostatnio mata akupresyjna robi mi małe cuda na pospinane cielsko również, ale zwykły odpoczynek najważniejszy. Zresztą to, co widziałem rano za oknem (jak i pół Hejto pewnie), skutecznie mnie do regeneracji nakłoniło xD
Moja klasyczna triada z początku tygodnia. Poniedziałek i środa - lustrzane spokojne biegi (spokojne, a i tak biegam prawie o minutę na kilometr szybciej, niż sugeruje zegarek, nie mogę się powstrzymać, za dobrze się tupta, żeby sztucznie zwalniać). Wtorek to serie po 4 minuty w niby 4:30 min/km, ale siadało spokojnie poniżej 4 minut, przez co udało się wkroczyć na polanę sub45 na 10 km. I to ze sporym zapasem, bo Strava pokazuje 44:12. Gdybym dla odmiany nie cofał się w rozwoju i umiał porządnie zawiązać buty, zbliżyłbym się do 43:35, które okazuje Garmin, ale nie można mieć wszystkiego. No zadowolony jestem, tym bardziej, że dużej krzywdy mi ten bieg nie zrobił. Do tego wpadł rekord na 5km (21:07).
No i na koniec progres z soboty, gdzie znów siadł PR na 15km (140). Kurde, może coś nawet pobiegam jeszcze w tym roku xD
Tydzień skrócony przez koniec miesiąca za rogiem i poniedziałkowe lenistwo aka. regeneracja. Ale za to we wtorek wpadły zupełnie na spontanie PR na 5 i 10 km (olewając miary imperialne) oraz legenda na bieżni przy szkole obok (ósmoklasiści go nienawidzą). Na spontanie i bezwiednie, bo czułem się jak gówno po równo w poniedziałek, jak i we wtorek. Dopiero po 15-minutowej rozgrzewce i kilku okrążeniach na bieżni poczułem, że wypłukałem się z tego poczucia. I nawet mimo to, prawie mi 45min/10km siadło. Gdybym od razu wziął się do roboty, zrobione by było od razu. Bardzo fajna motywacja, mimo braku chęci ani nawet świadomości, udaje się prawie osiągnąć kolejny kamyczek milowy. A wczoraj jakieś tam starczosprinterskie zrywy po 20 sekund, żeby się wkurzyć tylko xD.
Miłego biegania w marcu, w końcu nas wiosna przywita.
Kolejny tydzień tej nierównej walki. Poniedziałkowy easy po zeszłotygodniowych górkach zaskakująco lekko wszedł, ale dwa pozostałe biegi w planie na wtorek i środę, musiałem przenieść, żeby regeneracja wjechała, bo by było blisko połamania się. A były to bieg z tempem docelowym i serie z prawie sprintem. Z racji bardzo zajętego weekendu, sobotni long (i to taki progresywny) wjechał w niedzielę. A że @CapraCrepa był nieopodal, trzeba było razem się wybrać. A dziś pierwszy raz od początku planu odwołuję trening (proste easy), bo jestem w tak słabym stanie, że absolutnie muszę odpocząć, a nie dobijać się.
I mądrze, ja mimo, iż czasem "mnie nosi" by zrobić to trzymam zasady, by po jakimś mocnym akcencie z 2 lub nawet 3 dni dać organizmowi dojść do jakiejś-tam równowagi... oj ten odpoczynek to sztuka.
Baza z poniedziałku. Potem bieg progresywny w aurze -8°C (odczuwalne ponoć -13) i było to faktycznie bardzo odczuwalne, gdy trzeba było przyśpieszyć z tak zimnym wmordewindem. Czwartkowe interwały i dzisiejszy bieg walentynkowy pod Toruniem na 10km. Przyznam, że podczas niektórych wycieczek w góry nie musiałem pod tak strome wzniesienia włazić, ale udało się zejść poniżej 50 minut, co było bardzo nieoczywiste. Na ostatniej górce był stał miły pan, który mi powiedział, że jestem dziewiętnasty, ale do teraz nie ma nawet nieoficjalnych wyników, więc nadal w strefie marzeń taki wynik xD
@pluszowy_zergling Dziękuję bardzo, chociaż patrząc sucho na czas, chciałbym trochę więcej urwać jednak, bo i lepsze wyniki udawało się robić przy okazji szeregowych treningów na płaskim.
Ale to nie był bieg na takie harce, niektóre podbiegi wymagały sosenki, bo biegnąc "zwyczajnie" po prostu się zjeżdżało xD. Do tego początek biegu to głównie zamarznięte leśne koleiny, więc wielki potencjał na skręcenia. W drugiej połowie dokładnie te same koleiny zmieniły się w piach, czyli w sumie hamulec. A ja w butach z praktycznie płaskimi bieżnikiem xD. Ostatecznie w ogólnej tabeli byłem 22, co mnie mega zaskoczyło, bo jechałem z zerowymi oczekiwaniami.
Drogie i drodzy, nie zastanawiał się może ktoś z Was nad półmaratonem w Białymstoku? Odbędzie się 11 maja.
Mam wykupioną miejscówkę, ale oczywiście kalendarz jest bezwzględny i niestety nie będę mógł wtedy wziąć udziału w imprezie. Chętnie przepiszę swoją opłatę, żeby nie przepadła.
Long z poprzedniej soboty, poniedziałkowy easy, wtorkowe interwały, środowy easy i wczorajszy progres. Modły i stękania do bogów Garmina po powrocie z interwałów zostały wysłuchane i na wczoraj wpadł krótszy bieg, który mimo 10 minut dość szybkiego, jak na mnie, tempa, na pewno mi trochę uspokoi nogi. Przyznaję, że ładnie się spompowałem pierwszą częścią tygodnia.
O proszę, dobrze, że trafiłem na tag #kacikmelomana, chętnie dołączę się do zabawy.
Wykonawca: asthma/Młody
Tytuł: manifest
Gatunek: Rap
Rok wydania: 2021
Wydawnictwo: Universal Music Polska
Jako, że ukochany Łona jest już dobrze w tym wyścigu obstawiony, inni lubiani nieco spoza dzisiejszego głównego nurtu albo coś przestali wydawać, albo ich wydawnictwa wcześniejsze już tak nie siedzą. Albo po prostu już od dawna rap/hip hop to nie moja domena.
Ale trafiłem chwilę przed premierą tostowanego tu wydawnictwa na asthmę, chłopaka, który nawija bardzo uświadomione społecznie teksty, ma świetne flow i bije od niego klimat płyt, których zasłuchiwałem się, gdy trueschool był jeszcze w mainstreamie, a ja mogłem powiedzieć, że się znam na rapie xD.
asthmatic, ostatnia mila i manifest to moi faworyci, ale całość jest naprawdę świetnie zrealizowanym krążkiem zarówno merytorycznie w tekstach, bitowo, jak i jeśli chodzi o teledyski.
Styczeń się tak ciągnie, że nie spodziewałem się, że chce się już skończyć, więc jutrzejszy biegus longinus będzie musiał wpaść do kolejnego zestawienia spoconości Jacy. A tutaj easy run, bieg z tempem docelowym i interwałki, które chyba otworzyły drzwi do fioletowej nie tylko mojej mordy po skończeniu treningu, ale i strefy w pułapie tlenowym xD
@pluszowy_zergling Gdybym w sumie trzymał równe tempo, byłby jeszcze lepiej, a tak zegarek każe się zrywać jak dzik w szyszki, człowiek się szybko spompuje i później zamula.
@HerrJacuch To akurat zdrowe pobudzenia są, fajnie, właśnie dzięki temu nie "zamula" Ci bieganie, regularnie dajesz impuls "ale przecież możemy szybciej drogi mózgu :D"
Poniedziałek - krótka baza. Wtorek - interwały, przed którymi Garmin ewidentnie był na bombie i mimo oznaczenia fixa GPS, trochę dryfował przy rozgrzewce. Środa - bieg progresywny. Czwartek - zdrowy kręgosłup, który jest wspaniałym odkryciem, bo nic mnie tak nie rozluźnia po tych trzech dniach z rzędu, jak to. No i dzisiejszy long. Czuć wiosnę chyba. Przekroczone 300 aktywności na Hejto. Dzięki za możliwość uczestnictwa w tej społeczności, jest w pytę.
@HerrJacuch Pięknie biegasz ! Pełna zgoda, ja obowiązkowo raz w tygodniu chodzę na rozciąganko, czasem też wpada pilates i przyznaję, doskonała rehabilitacja do biegania
Biegi z mijającego tygodnia. Dwie bazy z poniedziałku i wtorku. Zwłaszcza ta druga była z tych zabawniejszych, bo coś mnie podkusiło, żeby wypełznąć z jaskini może i przy temperaturze na zewnątrz wahającej się między 0 a -1 stopnia Celsjusza, ale za to z opadami deszczu ze śniegiem i taką wilgotną mgłą otulającą to wszystko. I tak oglądałem przez cały ten trening głównie tylko i wyłącznie słup światła z czołówki, szarpany trochę tym syfem lecącym z nieba i podsycany wyziewami z japy. Przyznaję, że mamy tu tylko jednego Jacę, który potrafi się w takich sytuacjach pięknie uśmiechać do zdjęć ( ͡° ͜ʖ ͡°).
Przez to środowe interwały odbyły się na bieżni. Pan Garmin powiedział, że mam się zrywać do pseudospritnów po 20 sekund, chyba tylko, żeby rozdupcyć se ścięgna, ale jako, że całe życie biegam na quick starcie, ręczne zmiany tempa na taki krótki okresik nie wchodziły zupełnie w grę, więc biegłem cały segment dokładnie tak, jak podczas tego planowanego przerywanego stosunku.
No a w sobotę na longu spotkałem kawalera potrzebującego pomocy (pic rel). Kocisko siedziało na skraju wiaduktu przed mostem na Wiśle. Droga na dół dość długa, a z drugiej strony niekończący się rząd aut. Nie dziwię się, że trochę zrezygnowany był. Na początku uciekał, ale podczas oczekiwania na zamówiony transport do schroniska zaczął się do mnie przekonywać. Pogadaliśmy trochę, nie rozumiejąc się wcale, ale zyskując zaufanie. Przyjechał schroniskowy chłop i zamiast wziąć cokolwiek z zapchanego po brzegi szpejem do łapania zwierząt busika, założył rękawice i zaczął spokojnie podchodzić do biedaka. Mimo, że dosłownie 10 sekund wcześniej powiedziałem mu, że on spieprza, jak się do niego podchodzi, nieważne jak. Zrobił tak i tym razem, mijając mnie bez żadnego problemu. I w tym momencie chłop do mnie spruł, że jak ja pilnuję drogi ucieczki kota na chodniku o szerokości ponad dwóch metrów ze śmiertelnymi pułapkami dla pchlarza po wszystkich obu stronach. Jako domorosły kociarz wiedziałem, że w najlepszym wypadku nieważne, co bym zrobił, kocur by mnie ominął, ale również dość długo siedzę w necie, żeby wiedzieć, że w nieco gorszym, byłoby po zwierzaku. Po syknięciu jadem, koleś bez żadnego komentarza obrócił się, wsiadł do samochodu i pojechał za kotem, który solidnie w długą poleciał. Przez chwilę chciałem mu pomóc, ale cosplay pana z TV Marketu machającego ręką na to wszystko okazał się być bardziej kuszący. Wróciłem kompletnie przemarznięty do domu i miałem raczej średni humor mimo bardzo miłego biegu. Mam nadzieję, że kitku całe chociaż.