Dziś Cock Sparrer "Guilty as Charged" na ładnym niebieskim winylu. Wznowione wydanie wypuszczone przez amerykański Pirate Press. Kawał dobrej muzyki tych klasyków z UK.
Ta płyta zawsze wywołuje u mnie sporo nostalgii. Pierwszy raz poznałem ją w wersji kasetowej w latach 90. wydanej u nas w Polsce na licencji przez Carry on Oi! Katowałem to wtedy niemiłosiernie. Jako, że kapela to już dziadki, które zaczynały grać w 1972, to jakiś czas temu zapowiedzieli, że koniec z nagrywaniem nowych płyt. Koncertują jednak co jakiś czas a ja miałem szczęście widzieć ich na żywo w 2013.
@SaucissonBorderline i chcesz to bezpośrednio do gramofonu podłączyć? Jakoś wątpię, że to będzie dobrze grało bez wzmacniacza..
rock bardzo dobrze brzmi, elektroniki nie słuchałem ale cięższe gitarowe brzmienia niestety bardzo płasko. obstawiałbym, ze z elektroniką, która też potrzebuje dużo dołu, będzie podobnie
A tu Peter Gabriel, którego spotkałem na ... berlińskim śmietniku, dosłownie. Jak można Petera na śmietnik wywalić. Biedny pomyślałem. Okładka lekko namokla, była zniszczona, ale w środku... nienaruszony wosk. Sladgehammer czy Red Rain grają czyściutko. Tym bardziej cieszy membrany. Jak mówią za darmo to i Zenek cieszy . (No może z tym Zenkiem troszkę przesadziłem ) #muzyka #petergabriel #winyle #hifi
Niedziela ... pod igłę trafia jeden z moich ulubionych albumów Marillion "Misplaced Childhood". Często spotykam się z opinią, że po odejściu Fisha zespół już nie grał tak dobrze. Co wy na to? Dla mnie albumy takie jak "Brave" czy "Marbles" to kawał fajnej muzyki. Zespół zmienił brzmienie na ... inne ,a nie gorsze. Ale to tylko moja opinia. A jak wy to ocenianie? #muzyka #winyle #rock
Mała, popołudniowa dawka "cocaine" jeszcze nikogo nie zabiła. Pod igłę trafia slowhand od Erica Clapton'a, a w kolejce Santana, Grammatik, Gorillaz. A co tam u was membranami potrząsa? #muzyka #winyle #rock #rap #gramofon
Dziś kręci się coś co takie stare dziady jak ja lubią najbardziej. Absolutna staroć. Hiszpańskie wydawnictwo Liquidator robi kawał dobrej roboty. Wyszukują jamajskie rarytasy ska, rocksteady i reggae i przywracają je do życia w postaci takich oto miłych dla oka krążków. Rzecz z gatunku muzycznych wykopalisk. Nagrania z lat 1961-1970. Przyznam, że szczególnie lata 60. są mi bliskie jeśli chodzi o muzykę jamajską. Fajne, oldschoolowe brzmienie, przykurzone i zdecydowanie nie na dzisiejsze czasy ale dla miłośników gatunku ta płyta to perełka. Roy Panton i Yvonne Harrison byli jednym z pierwszych duetów jamajskiej sceny ska i rocksteady. Może nie byli gwiazdami największej wielkości i zachowały się po nich jedynie single ale nie zmienia to faktu, że słucha się tej płyty niezwykle przyjemnie.
No dobra, skoro zostałem wywołany, a właściwie to sam się wywołałem, to się pochwalę, co kupiłem. Dire Straits: Live at Hammersmith, za⁎⁎⁎⁎sty wykon z Londynu, który moim zdaniem w całości urywa d⁎⁎ę, ale jeśli chcecie coś posłuchać z tego albumu to absolutnie trzeba interpretacji live Sułtanów swingu, bo jest k⁎⁎wa genialna. Fajne wydanie, płytki bez uszkodzeń, używka.
Dziś taki placuszek z UK chociaż tym razem to niemieckie wznowienie. Hotknives to, jak ktoś kiedyś gdzieś napisał, zespół który spóźnił się na erę 2-Tone a powstał za wcześnie na trzecią falę ska. Nie zyskali nigdy szerszej popularności w swoim kraju i dziś grają głównie na festiwalach ska i imprezach skuterowych, gdzie udaje im się zgromadzić grupę wiernej publiczności. Niemniej nie jest to kapela zapychająca sale koncertowe. W Polsce stali się popularni wśród fanów ska w latach 90, kiedy to wydawnictwo Rock and Roller wypuściło na kasetach bodaj dwa ich albumy.
Dziś na talerzu Red Alert - "We've Got the Power".
Lata 80. w Wielkiej Brytanii, to był burzliwy czas. Przemysł targany problemami, wojna na Falklandach, rozrost korporacji kosztem życia tzw. szarych mas. Na czele rządu stoi Margaret Thatcher, zwana Żelazną Damą. To wszystko jest pożywką dla frustracji młodego pokolenia a jednocześnie dużym kopniakiem dla ich twórczych zapędów. Pod koniec lat 70. rodzi się muzyka oi! Na przekór coraz większym artystyczno-odlotowym zapędom zespołów post-punkowych oferuje młodym ludziom proste brzmienie i równie proste teksty odnoszące się do otaczającej ich rzeczywistości.
W 1983 roku zespół Red Alert z robotniczego Sunderland wydaje swój debiutancki album "We've Got the Power". Dla mnie to najlepsza płyta z tego gatunku. Proste acz nie prostackie teksty, muzycy, którzy grają prosto ale niesamowicie sprawnie. W zasadzie ten krążek to hit za hitem. Świetnie oddaje klimat Wielkiej Brytanii w tamtym okresie, jest swego rodzaju dokumentem muzycznym ery Thatcheryzmu.
Fanem #deathmetal to ja nie jestem. A zwłaszcza takiego klasycznego. Uważam go za muzykę pozbawioną duszy i na dłuższą metę, tak po prostu nudną.
Za to lubię te defy, w których słychać choć odrobinę szaleństwa. Gigan, Altarage, Impetuous Ritual czy król ich wszystkich - australijski Portal.
To zdecydowanie taka myzyka, że jak ją odpalisz przy kimś, kto słucha "normalnego rocka i metalu", to on zacznie się zastanawiać, czy ty sobie jaja robisz, czy serio jesteś tak po⁎⁎⁎⁎ny, by słuchać tego z przyjemnością. A ty jeszcze masz całą dyskografię na plackach...
Portal rzadko koncertuje, a już tym bardziej poza Australią. W 2013 byłem jeszcze na tyle młody, że jak widziałem gdzieś w Europie koncert zespołu, na którym jeszcze nie byłem, to kupowałem bilet i później zastanawiałem się, co dalej. Tym sposobem załapałem się na Portal w Sztokholmie, gdzie piwo w barze kosztowało więcej niż CD na merchu, a kanapka na lotnisku chyba nadal jest w top 10 najdroższych posiłków, jakie jadłem. Ale było warto, absolutnie niezapomniany koncert spędzony przy samej scenie
No i jak już pisałem, Portal będzie w tym roku na defowym festiwalu w Kopenhadze. Nie jadę, bo poza Portalem to bym się tam wynudził, ale liczę na jakieś inne koncerty, skoro już przylatują.
A tu próbka z ich najlżejszej płyty, najniższy próg wejścia. Nawet teledysk nakręcili.
Dziś The Stone Roses. Dla mnie kapela wręcz pomnikowa. Niestety odkryłem ich dość późno i nie dzięki samej muzyce a poprzez zainteresowanie się brytyjską kulturą kibicowską i całą jej otoczką. Mam wrażenie, że w Polsce jest to zespół mocno niedoceniany ale w Wielkiej Brytanii ma status kultowego. Obok Buzzcocks i Joy Division to chyba moja ulubiona kapela z Manchesteru.
Dziś kręci się Sick Of It All. Kapela pomnikowa dla nowojorskiego HC i moi ulubieni klasycy tego gatunku. Ta płyta to chyba jeden z jaśniejszych punktów w ich dyskografii. Limitowane wydanie włoskiego Radiation Records. Tutaj fajne jest wszystko muzyka, okładka, proste ale trafiające do serca teksty. Sick Of It All w najlepszej odsłonie dorównującej czasom gdy nagrywali takie przebojowe płyty jak "Call to Arms" czy "Life on the Ropes".
Dawno nie pisałem. Dziś podczas pracy zdalnej towarzyszy mi doskonała składanka nagrać z rocksteady i wczesnym reggae z legendarnego Studio One należącego do niemniej legendarnego Coxsona Dodda. To dzięki niemu jamajka usłyszała Roberta Nestę Marleya i jego Wailersów. To w studiu One nagrywali The Skatalites a swoje magiczne muzyczne rytuały odprawiał Lee Scratch Perry (do czasu aż się wk...wił i założył własne studio). To właśnie w murach dusznego Studio One pierwsze szlify zdobywał Dennis Brown, to tam rozbrzmiewał głos Marcii Griffits członkini niezapomnianego, towarzyszącego samemu Marleyowi tria I Threes , to tam usłyszeć można było legendarnego puzonistę Dona Drummonda, a swoim aksamitnym głsoem czarował Ken Boothe. Składanka "Studio One Rocksteady" składa się z dwóch LP na których zebrano świetne, bo nieco mniej znane hity rocksteady, reggae z kapką jamajskiego soulu. Słucha się tego wyśmienicie, wszak brzmienie Studia One było niepowtarzalne. Uwielbiam te stare jamajskie nagrania i chociaż bardzo cenię sobie współczesnych kontynuatorów grania tego typu muzyki, jak chociażby fenomenalnych amerykańskich The Aggrolites czy nie gorszych od nich Hiszpanów z Mago Wood czy Soweto, to nikt tak nie grał jak Jamajczycy w latach 60. i wczesnych 70.
Miałem ostatnio okazję ponownie przeczytać Alfabet Urbana i autor tam dość krytycznie wyraził się o bohaterce dzisiejszej płyty.
RINN Danuta – reklama nowego reżimu
Była symbolem dostatku epoki Gierka. Wspierała propagandę sukcesu śpiewaniem szlagierów
optymizmu: „Wszystkiego najlepszego”. Pleplała! „Na deptaku w Ciechocinku”. Po upadku Gierka
doznała politycznej iluminacji. Uprawiała już wyłącznie pienia kościelne, przeważnie w Muzeum
Archidiecezji Warszawskiej, gdzie jej jednak nie złożono na zawsze. Śpiewała tam m.in. Brylla, który jest
tym w polskiej poezji, czym kryl w jadłospisie.
W związku z odzyskaniem przez Polskę suwerenności, arystokracji, akcji, orła z koroną,
bezrobocia, Jeziorańskiego, kultu marszałka i ciała Ordonki, Rinn zrzuciła z siebie żałobę narodową i
wróciła do twórczości lekkiej. W telewizji robi widowisko oparte na kokietowaniu nadwagą.
Pokazywanie na ekranie TVP Danuty Rinn, artystki oryginalnej wyłącznie otyłością, wraz z Zającówną –
artystką, której indywidualizm twórczy sprowadza się do chudości – nie daje niestety wymarzonej
średniej jakości występów.
Generalnie ja dopiero odkryłem Danutę Rinn bardzo późno, jazz to raczej nie moja bajeczka ale w tym wykonaniu to jest miodzio. Faktycznie jest w tym jakiś splendor tych festiwali z lat 70, muzyka typowo estradowa, dzisiaj się już takiej nie wykonuje i nie nagrywa, jedyna do dzisiaj aktywna artystka która mi przychodzi do głowy z tego takiego estrardowego gatunku muzyki to Alicja Majewska, ona jako jedyna jeszcze ma jakiekolwiek wokalne pierdolnięcie, reszta równie dobrze mogłaby być wygenerowana przez AI...