Lękliwy jedenastoletni narrator powieści Friedricha Christiana Deliusa „Der Sonntag, an dem ich Weltmeister wurde" boi się ojca, Boga i właściwie wszystkiego innego. W niedzielę 4 lipca 1954 roku przesiedział nabożeństwo prowadzone przez ojca-pastora w gorączkowym napięciu, czekając na moment, gdy będzie mógł włączyć radio i usłyszeć transmisję z finału mistrzostw świata. Gdy RFN wyrównuje po przegrywaniu 0:2, chłopca ogarnia ekstaza – nawet jego jąkanie ustaje na moment. Ten obraz stał się literacką metaforą całych Niemiec Zachodnich: kraju chorego, spętanego winą, niezdolnego się wypowiedzieć, który w niespodziewanym triumfie odnajduje odrobinę poczucia własnej wartości. „Pokazaliśmy światu, ile jesteśmy warci, wróciliśmy, nie jesteśmy już przegranymi," pisał Günter Grass. Popularne powiedzenie ujmowało to krócej: „Wir sind wieder wer!" – Jesteśmy znowu kimś!
Mit „cudu Berna" stał się jednak od początku ambiwalentny. Nawet wtedy „Süddeutsche Zeitung" ostrzegała przed nacjonalistyczną euforią: „Świętujmy zawodników. Ale otrzeźwiejmy: gra się skończyła, to było tylko gra."
Piłka węgierska w okresie międzywojennym była najbardziej wpływową siłą futbolu na świecie. Ten dorobek zniszczyły dwa ciosy: faszyzujący reżim Miklósa Horthyego, który rozwiązał siłą MTK, klub zasymilowanej żydowskiej klasy średniej, oraz powojenna nacjonalizacja klubów przez komunistów, którzy zdegradowali Ferencváros za jego nacjonalistycznych kibiców.
Mimo to nacjonalizacja przyniosła krótkoterminowy zysk. Selekcjoner Gusztáv Sebes – zaangażowany komunista, dawny działacz związkowy w fabryce Renault w Paryżu – razem z taktycznym mózgiem Gyulą Mándim (Żydem, który przetrwał Holokaust dzięki sprytowi szwagra) zbudowali Aranycsapat, Złotą Jedenastkę. Drużyna z Ferencem Puskásem i Józsefem Bozsikiem zdobyła złoto olimpijskie w 1952 roku, a w listopadzie 1953 roku rozbiła Anglię 6:3 na Wembley – pierwsza wygrana zagranicznej drużyny na tym stadionie w historii. Przed mundialem Węgrzy byli niepokonani od ponad czterech lat, w ostatnim sparingu rozbijając Anglię 7:1 w Budapeszcie.
RFN dopiero w 1950 roku została przyjęta do FIFA. Selekcjoner Sepp Herberger, sklasyfikowany po wojnie jako Mitläufer – bierny człowiek reżimu, nie ideologiczny nazista – spędził pierwsze miesiące po wojnie, pisząc setki listów w poszukiwaniu swoich graczy. Przed mundialem RFN przegrała eliminacyjny mecz z Saarlandem, co „Kicker" nazwał „przeraźliwym SOS". Trzy tygodnie przed turniejem kibice szyderczo skandowali nazwisko Herbergera po porażce Kaiserslautern 1:5.
Gospodarzem turnieju wybrano Szwajcarię na tym samym kongresie FIFA z 1946 roku, który przyznał mundial 1950 Brazylii – neutralność wojenna dawała jej infrastrukturę, jakiej nie miał żaden inny europejski kraj. Format okazał się wadliwy: począwszy od kwalifikacji, gdzie niektóre drużyny walczyły w grupach złożonych z 4 ekip, zaś na przykład Węgry awansowały do Mistrzostw Świata bez gry, jako że ich jedyny oponent czyli Polska wycofała się tuż po rozlosowaniu grup. Z kolei Hiszpania niespodziewanie wypadła z eliminacji po kontrowersyjnym barażu w Rzymie, gdzie rzekomy pracownik FIFA oznajmił, że Lászlo Kubala jest niezdolny do gry dla Hiszpanii - następnego dnia okazało się, że FIFA nie wysłała żadnego wysłannika do Rzymu, a tożsamość mężczyzny została tajemnicą. Z kolei w grupach już podczas samych mistrzostw drużyny rozstawione grały tylko z nierozstawionymi, ale w ćwierćfinałach nie obowiązywało już rozstawienie. RFN miało szczęście - cała czwórka zwycięzców grup trafiła do górnej części drabinki co oznaczało, że z najtrudniejszymi rywalami mogło się spotkać dopiero w finale.
Świadomie godząc się z rolą faworyta turnieju w drugim meczu grupowym, Herberger dał odpocząć ośmiu kluczowych zawodnikom na mecz z Węgrami – przegrany 3:8 – wiedząc, że i tak czeka go baraż z Turcją. Niemiecka prasa nie wybaczyła mu tej decyzji: „Der Spiegel" pisał, że nadszedł czas, by „zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni". W tym meczu Puskás doznał urazu kostki za sprawą Wernera Liebricha – do dziś nie wiadomo, czy aby nie celowo.
Ćwierćfinał Węgry–Brazylia, starcie dwóch zespołów na czele rozwoju taktycznego, przeszedł do historii jako „Bitwa w Bernie" – seria bójek, czerwonych kartek, rzuconej butelki i walk w tunelu prowadzącym do szatni, gdzie selekcjoner Sebes doznał rozcięcia wymagającego czterech szwów. Brazylijska federacja oficjalnie złożyła do FIFA absurdalną skargę, że sędzia Arthur Ellis był agentem Kremla.
Półfinał Węgry–Urugwaj uznawany jest za jeden z najwspanialszych meczów w historii mundiali aż do finału 1982 roku. Mimo nieobecności kontuzjowanego Puskása Węgrzy prowadzili 2:0, ale obrońcy tytułu wyrównali w ostatnich minutach regulaminowego czasu. W dogrywce Sándor Kocsis strzelił dwie głowy, w tym decydującą cztery minuty przed końcem – swój trzynasty gol turnieju.
Poranek 4 lipca był mokry i z każdą godziną robił się mokrzejszy – mecz finałowy rozpoczął się po trzydziestu sześciu godzinach deszczu. Dla Węgrów to był problem, dla Fritza Waltera – który od czasu malarii cierpiał w upale, ale ożywał w deszczu – idealna pogoda. Puskás i Czibor dali Węgrom prowadzenie 2:0 po ośmiu minutach. Po dwóch minutach Max Morlock zdobył kontaktowego gola czubkiem buta. Niemcy zdominowali kolejne minuty i Helmut Rahn wyrównał na 2:2 jeszcze przed osiemnastą minutą.
Węgrzy uderzali w słupek, niemiecki bramkarz Toni Turek bronił kapitalnie, a sześć minut przed końcem Rahn przechwycił piłkę od Mihály'ego Lantosa, przełożył piłkę na lewą nogę i strzelił w dolny róg bramki. Komentator Herbert Zimmermann wykrzyczał słowa, które stały się częścią niemieckiej tożsamości narodowej: „Rahn strzela... Gol! Gol! Gol! Gol! Bramka dla Niemiec! Trzy do dwóch prowadzą Niemcy! Nazwijcie mnie szaleńcem, nazwijcie mnie wariatem!" Cztery minuty przed końcem Puskás trafił do siatki, lecz walijski sędzia liniowy Mervyn Griffiths po długim wahaniu ostatecznie uznał, że strzelec był na spalonym. RFN triumfowała 3:2.
Pytania o przyczyny klęski Węgrów mnożyły się od razu: deszcz i błoto, zmęczenie po brutalnych meczach z Brazylią i Urugwajem, hałas orkiestry dętej zakłócający sen przed finałem, kontuzja Puskása. Gdy dwa miesiące po finale Rahn, bracia Walter, Morlock i Mai zachorowali na żółtaczkę, na Węgrzech odczytano to jako dowód dopingu – badanie opublikowane w 2013 roku przez Humboldt University wskazuje na poszlaki dotyczące pervitiny, metamfetaminy stosowanej przez wojska niemieckie w czasie wojny.
Reakcja w Budapeszcie na porażkę w finale była gwałtowna: setki tysięcy ludzi wylały się na ulice w gniewie, drużynę trzeba było skierować na objazd do górniczego miasteczka Tata, a mieszkania niektórych zawodników zaatakowano. Bramkarz Gyula Grosics nazwał te wydarzenia zarodkiem powstania węgierskiego z 1956 roku. Gdy ono nadeszło, Puskás, Kocsis, Czibor i cała młodzieżowa kadra wyemigrowali na Zachód – złota era węgierskiej piłki dogorywała.
W Niemczech Zachodnich radość pozostała niejednoznaczna. Część kibiców na stadionie, wbrew oficjalnym wytycznym, odśpiewała pierwszą, nacjonalistyczną zwrotkę hymnu – szwajcarskie i wschodnioniemieckie radio natychmiast przerwały transmisję. Prezes DFB Peco Bauwens na bankiecie wygłosił przemówienie przywołujące Wotana (najwyższe germańskie bóstwo) i Führerprinzip (zasadzie wodzostwa w III Rzeszy), co zmusiło bawarskie radio do zaprzestania nadawania. Mimo to dla powojennej Republiki Federalnej, dopiero co powstałej w 1949 roku, futbol pozostawał jedynym obszarem, w którym wypadało otwarcie cieszyć się z bycia Niemcem.
Tekst został skompilowany przy użyciu AI oraz książki "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" Jonathana Wilsona. Zdjęcia zaczerpnięte ztejstrony.
Dzień dobry po małej przerwie, z tej strony @bojowonastawionaowca, mamy poniedziałek 15 czerwca 2026 roku, minęła 20:00, to 85. wydanie #hejtonews w tym roku, zapraszam!
Świat:
Trump ogłosił, że USA i Iran podpiszą w piątek 19 czerwca w Szwajcarii porozumienie pokojowe/rozejmowe po ponad 100 dniach wojny Link + Donald Trump zagroził Iranowi kolejnymi atakami. "Wrócimy do scenariusza militarnego" Link
Gala MMA przed Białym Domem na 80 urodziny Trumpa. Wśród gości Nawrocki i Zuckerberg Link
Wielka Brytania zakaże od przyszłego roku osobom w wieku poniżej 16 lat dostępu do mediów społecznościowych Link
Syn norweskiej księżnej skazany. Sąd uznał go za winnego m.in . dwóch gwałtów Link
Państwa G7 spotkają się na szczycie w Evian. Tematami Bliski Wschód i Ukraina. Link + Szwajcaria: starcia w Genewie, 20 tys. osób przeciwko szczytowi G7 i globalnej polityce Link
Skok na bungee ... bez liny w Brazylii. Obsługa zapomniała jej przypiąć. Link
Oliver Tree nie żyje. 32-letni artysta zginął w katastrofie śmigłowca w Brazylii Link
Polska:
Strzelanina w Białej Podlaskiej. Nie żyje mężczyzna, trwa obława za sprawcą Link
Rząd zapowiedział wygaszanie programu CPN Link
PKOl przegłosował wniosek o zwołanie Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Wyborczego, co może doprowadzić do odwołania Piesiewicza Link
Cezary Tomczyk: Polska nie przekazała MiG-29 Ukrainie bo ta nie wywiązała się z umowy dotyczącej korzystania z technologii dronowej Link
Rządowe odprawy dla górników pod kontrolą. Po raz pierwszy będzie kontrola czy nie skorzystali wcześniej z podobnych osłon dla zwalnianych Link
Hejto:
@Ragnarokk ma parę słów przekazu do każdego, kto chcą żyć tak jak ludzie kiedyś żyli i się żywili
@Jakly przyszła do pracy, widząc obok budynku gości z koparką - po czym po kilkunastu minutach przestał działać internet
@razALgul zaprasza na hejtolineanyway: Co można powiedzieć podczas oględzin używanego samochodu, ale już niekoniecznie do swojej drugiej połówki?
@SzubiDubiDU podziwia jak piękny jest świat bez narkotyków
@zomers wychował małych dziadków bolońskich
@redve ma za złe sobie brak samodyscypliny
@Shivaa zachęca do udziału we wrocławskim hejtopiwie - już za 2 tygodnie!
@pawel-mikulski uruchamia nostalgię wspominając o NFS Most Wanted
@g0r0madska robi bardzo profesjonalną wykończeniówkę z dbałością o szczegóły - a nawet nie robi dla siebie
@lukmar z pierwszym w życiu półmaratonem, gratulacje!
Reklama ze znakiem Quality Content:
Zwiedzanie nieistniejącego Centralnego Portu Komunikacyjnego by @SzubiDubiDU
Małe podsumowanie po 2 latach stanu oczek wodnych by @StepujacyBudowlaniec
Co Wy na to: Czy kultura, którą konsumuję, staje się coraz bardziej lokalna?
Dziękuję za uwagę, to było dzisiejsze wydanie #hejtonews , do zobaczenia jutro!
Wraz z nadejściem globalizacji i portali streamingowych, nasz dostęp do kultury z całego świata stał się zdecydowanie większy niż kiedykolwiek. Tyle że po okresie zachłyśnięcia się wytworami kultury światowej, mieszkańcy wielu państw coraz bardziej zaczynają doceniać swoją własną kulturę i kierują swoją uwagę na dzieła krajowe. Nieważne czy spojrzymy na najbardziej popularne filmy, piosenki, książki czy gry, to lokalne dzieła zaczynają dominować listy przebojów, zarówno w Polsce, jak i wielu innych krajach europejskich, azjatyckich czy latynoamerykańskich. Niewątpliwie pomaga temu zwiększenie ilości pieniędzy inwestowanych w kulturę, również przez międzynarodowe koncerny.
Pytanie na dziś: Czy kultura, którą konsumuję, staje się coraz bardziej lokalna?
Zapraszam do oddawania głosów w ankiecie oraz kulturalnej dyskusji w komentarzach. Zastrzegam, że treści niezgodne z polskim prawem i obraźliwe wobec innych użytkowników będę usuwał niezależnie od poglądów.
@Opornik nienawidzę polskiej kultury w mediach, muzyka jest koszmarna i bez smaku, filmy to gnioty z aktorami z kiepską dykcją i koszmarnym udźwiękowieniem, koncerty to skok na kasę z marnym nagłośnieniem i zapleczem.
Jedynie niektóre gry są znośne bo nawet książki autorów typu Grochola czy Tokarczuk to syf jakiś wiele.
„Wy, gracze," powiedział burmistrz Rio de Janeiro przed decydującym meczem do brazylijskich piłkarzy, „za kilka godzin zostaniecie okrzyknięci mistrzami przez miliony rodaków… Już teraz was witam jako zwycięzców!" Pycha była wszechobecna. „Świat piłki nożnej ma nowego mistrza," pisał „Diário Carioca". Jeden z dzienników wydrukował rano fotografię drużyny z nagłówkiem: OTO MISTRZOWIE ŚWIATA. Tylko trener Flávio Costa miał wątpliwości: „Boję się, że moi zawodnicy wyjdą na boisko w niedzielę z naszywką mistrzów już przypiętą do koszulki."
Turniej w 1950 roku był dla Brazylii czymś więcej niż zawodami sportowymi – miał być wejściem kraju na salony nowoczesności. Futbol stał się narzędziem budowania tożsamości narodowej, zwanej brasilidade. Wybudowano Maracanã – z oficjalną pojemnością 160 tysięcy widzów, ogłoszony przez prasę „największym i najdoskonalszym stadionem świata". Dziennikarz Mário Filho, który wywalczył jego budowę swoimi tekstami, pisał, że Brazylia zyskuje nową duszę.
Po stronie Urugwaju pojawił się tymczasem człowiek, o którego roli nikt głośno nie mówił: Imre Hirschl, Węgier urodzony w 1900 roku w żydowskiej osadzie na południe od Budapesztu. W wieku szesnastu lat okłamał rekrutów co do swojego wieku i wstąpił do syjonistycznego pułku pod brytyjskim dowództwem w Palestynie – dostał kulę w nadgarstek i odłamki granatu w pierś. Po powrocie do Europy pracował jako handlarz salami. W 1929 roku wyemigrował do Brazylii. Bez grosza, gdy napotkał żydowski klub Hakoah New York, poprosił przyszłą legendę trenerską Bélę Guttmanna o pomoc. W zamian za masaż Guttmann polecił go drużynie, a Hirschl rozpoczął karierę trenerską niemal przypadkowo. Dostał pracę w argentyńskiej Gimnasii y Esgrima, stawiał na młodych i taktyczną nowość. Wygrał. Potem wygrał podwójną koronę z River Plate. Potem trafił na zakaz działalności w Argentynie wskutek afery ustawiania meczów i musiał przenieść się dalej.
W 1949 roku objął Peñarol w Montevideo. Jednym z jego pierwszych posunięć był awans dwudziestodwuletniego Alcidesa Ghiggii do pierwszego składu – ku powszechnemu zdumieniu. Ghiggia stał się kluczowym ogniwem escuadrilla de la muerta, linii ataku, która przyniosła Peñarolowi trzy ligowe tytuły. Gdy selekcjoner reprezentacji Urugwaju podał się do dymisji, federacja chciała Hirschla – ale sympatycy rywala Peñarolu, klubu Nacional, nie mogli zaakceptować kogoś o tak bliskich związkach z wrogiem. Nominację zatwierdzono w tajemnicy, po czym nigdy oficjalnie nie ogłoszono. Pięć tygodni przed mundialem Urugwaj wybrał Jana Lópeza. Hirschl jednak trwał w cieniu: kapitan drużyny Obdulio Varela utrzymywał z nim regularny kontakt i czerpał taktyczne wskazówki przez cały turniej. Sześciu z jedenastki, która zagrała w decydującym meczu – w tym obaj strzelcy – było zawodnikami Peñarolu.
Do turnieju zgłosiło się zaledwie trzydzieści jeden z siedemdziesięciu trzech członków FIFA, a i tak fala wycofań przed startem doprowadziła do organizacyjnego chaosu. Japonia była zawieszona za niepłacenie składek, Niemcy wciąż pozostawały poza FIFA po rozwiązaniu tamtejszej federacji po wojnie. Szkocja zakwalifikowała się jako wicemistrz Home Championship – brytyjskie federacje po raz pierwszy zdecydowały się wziąć udział w mundialu – lecz odmówiła przyjazdu, bo nie wygrała tej rywalizacji. Turcja wyeliminowała Syrię, a potem sama się wycofała. Francja przyjęła zaproszenie do obsadzenia wolnego miejsca, by następnie zrezygnować, gdy zorientowała się, jak wiele podróży czeka ją po dotarciu do Brazylii. Indie miały wejść bez gry eliminacyjnej po wycofaniu się Birmy, Indonezji i Filipin, lecz i one w końcu zrezygnowały – rzekomo dlatego, że nie pozwolono im grać boso, choć to mit. Ostatecznie na starcie stanęło trzynaście drużyn.
Format nie przewidywał finału. Trzynaście zespołów podzielono na cztery grupy o nierównej liczbie uczestników: dwie czterozespołowe, jedną trzyzespołową i – po rezygnacji Francji – jedną dwuzespołową. Zwycięzcy grup awansowali do finałowej rundy grupowej, w której cztery drużyny grały systemem każdy z każdym, a mistrz świata wyłaniany był bez żadnego meczu finałowego. Urugwaj, Brazylia, Szwecja i Hiszpania trafiły do tej rundy. Brazylia rozgromiła Szwecję 7:1 i Hiszpanię 6:1 – Urugwaj ledwo utrzymał się w grze, remisując z Hiszpanią i pokonując Szwecję dopiero w końcówce. O wszystkim miał więc rozstrzygnąć ostatnie spotkanie, gdzie Brazylia mierzyła się z Urugwajem.
16 lipca 1950 roku przed ponad 170-tysięczną widownią Brazylii wystarczał remis. Varela mówił do kolegów: patrzcie na przeciwników, nie na trybuny. Do przerwy był remis 0:0. W przerwie Varela uderzył brazylijskiego obrońcę Bigode – ponoć z ostrzeżeniem, że jeśli jeszcze raz sfauluje Ghiggię, będzie żałował. Obaj gracze bagatelizowali incydent, ale w mitologii Maracanazo ten gest urósł do rangi psychologicznego przełomu.
Dwie minuty po przerwie Friaça dał Brazylii prowadzenie. Varela natychmiast zaprotestował, że gol padł z ofsajdu, żądał tłumacza – i zanim wznowiono grę, minęło siedem minut. W 66. minucie Varela obsłużył Ghiggię, ten wyminął Bigode i dał piłkę Juanowi Schiafino, który trafił do siatki. Stadion zamarł. Chwilę później Ghiggia znowu ruszył prawym skrzydłem. Brazylijski bramkarz Barbosa spodziewał się podania – zamiast tego Ghiggia uderzył w bliższy słupek. Brazylijski komentator Luiz Mendes sześć razy powtórzył „gol Urugwaju" w różnych intonacjach – jakby przechodził przez kolejne stadia żałoby. Brazylia miała jedenaście minut. Nie strzeliła.
Jules Rimet znalazł Varelę na murawie po końcowym gwizdku i wręczył mu trofeum bez ceremonii, wśród paraliżującej ciszy. Urugwajczycy zostali ostrzeżeni, by nie wychodzić wieczorem z hotelu. Wyszli – i nikt ich nie tknął, bo Brazylijczycy byli zbyt oszołomieni, by myśleć o zemście.
Reakcja obnażyła głębsze pęknięcia w brazylijskim społeczeństwie. Za porażkę obwiniono bramkarza Barbosę i obrońcę Bigode – obaj byli czarnoskórzy. Rasistowska narracja głosiła, że czarni zawodnicy nie mają charakteru. Fakt, że sam Varela, bohater Urugwaju, był czarny, nie robił na nikim wrażenia. Barbosa cierpiał przez resztę życia. W sklepie w 1970 roku usłyszał, jak jakaś kobieta mówi synkowi, wskazując na niego: „To ten człowiek, który sprawił, że cała Brazylia płakała." „W Brazylii najwyższy wyrok wynosi trzydzieści lat," powiedział przed śmiercią w 2000 roku. „Ja odsiedziałem pięćdziesiąt."
Jedynym wymiernym owocem klęski był nowy strój. Federacja ogłosiła konkurs na koszulkę w narodowych barwach zamiast pechowej białej. Wygrał dziewiętnastoletni ilustrator Aldyr Garcia Schlee – który sam kibicował Urugwajowi i w dniu feralnego meczu siedział w kinie po drugiej stronie granicy. To on dał Brazylii kultowe żółte koszulki.
Tekst został skompilowany przy użyciu AI oraz książki "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" Jonathana Wilsona. Zdjęcia zaczerpnięte ztejstrony.
Niesamowita historia, Brazylia to ma w ogóle jakieś takie dziwne "szczęście" do zapisywania się w historii piłki nożnej Aż mi się przpomniało jak Niemcy ich rozgromili w 2014 roku 7 do 1 - wydaje mi się, że ta piłkarska trauma do dzisaj odbija się czkawką w Brazyli
W lutym 1937 roku Hugo Meisl, twórca austriackiego Wunderteam, dostał zawału serca w trakcie rozmowy w biurze federacji. Zanim lekarz zdążył przybyć, był już martwy. Miał pięćdziesiąt pięć lat. Razem z nim umarła złota era wiedeńskiej piłki nożnej.
Rok później, w marcu 1938, Niemcy wkroczyły do Austrii. Austriacka federacja wysłała do FIFA telegraf: „Przepraszamy, odwołujemy zgłoszenie do mundialu. Austriacka federacja przestała istnieć." Nie tylko federacja przestała istnieć. Turniej we Francji w czerwcu 1938 roku odbywał się już w cieniu nadchodzącej katastrofy.
Przyłączenie Austrii do Rzeszy postawiło przed selekcjonerem Niemiec Seppem Herbergerem nierozwiązywalne zadanie: zlepić w jedną drużynę dwie kadry o odmiennych filozofiach gry i wzajemnej niechęci. Niemcy grali bezpośrednio i fizycznie, Austriacy – kombinacyjnie, w stylu wiedeńskich kawiarni. Spięcia na treningach były na porządku dziennym. W szatni Fritz Szepan, idol Niemców, po popisowym żonglowaniu przez Austriaka Strohla sam wykonał podobną ewolucję, po czym uderzył piłką tuż nad głowami kolegów, mamrocząc obelgi pod nosem. To nie była drużyna zdolna zagrać razem.
Gwiazda Wunderteam Matthias Sindelar – „Papierowy Człowiek", najelegantszy piłkarz epoki – niedługo przed mistrzostwami świata ogłosił koniec kariery i nie pojawił się w składzie. Herberger nie miał narzędzi, by go zatrzymać. Sindelar zginął na początku 1939 roku w swoim mieszkaniu z powodu wycieku gazu. Wiedeńscy emigranci chcieli widzieć w nim antyniemiecką ikonę, artystę, który nie mógł przeżyć śmierci swojego miasta. Prawda była bardziej prozaiczna: w czasie meczu "zgody" który odbył się pomiędzy reprezentacją Niemiec a drużyną "Ostmark" wkrótce po Anschlussie, całość 22 piłkarzy wykonało nazistowski salut w czasie hymnu, zaś m.in. Sindelar publicznie zachęcał do zagłosowania na tak by potwierdzić przyłączenie Austrii do Niemiec.
Niemcy, złożone z dziewięciu Austriaków i kilku Niemców, przegrały z Szwajcarią już w pierwszej rundzie: po remisie 1:1 poległi w powtórce 2:4. Szwajcarzy, zagrzewani przez wrogie faszystom paryskie trybuny, zagrali ponad swoje możliwości. Rok wcześniej Niemcy rozgromili Danię 8:0 w słynnym meczu pokazującym moc Breslau-Elf. Teraz odpadli w pierwszej rundzie. „Niemcy i Austriacy wolą grać przeciwko sobie nawet wtedy, gdy są w jednej drużynie" – skwitował dziennikarz Christian Eichler.
Mistrz – Włochy – rozpoczynał w Marsylii. Gdy zawodnicy wykonali faszystowski salut przed meczem z Norwegią, zalały ich gwizdy. Pozzo powiedział graczom, że reprezentują Ojczyznę, nie system polityczny, i kazał powtórzyć gest. Włosi wygrali 2:1. W ćwierćfinale z Francją Rzym nakazał zawodnikom wystąpić w czarnych koszulkach zamiast zwykłych białych – symbolika była celowo prowokacyjna. Włochy grały wśród gwizdów przez całe spotkanie, lecz wygrały 3:1.
Przed półfinałem z Brazylią Pozzo wysłał swojego bramkarza z 1934 roku, Giampiera Combiego, na mecz Brazylijczyków. Combi wrócił z oceną, że rywale są technicznie utalentowani, lecz taktycznie „zerem", i radził grać z kontry. Leônidasa da Silvę, brazylijskiego asa, który wcześniej strzelił hat tricka w zwycięstwie 6:5 z Polską i próbował grać boso na rozmokłym boisku w Strasburgu, przed tym meczem odstawiono na ławkę. Włochy wygrały 2:0, wynik w końcówce ustalił Meaza, któremu urwała się gumka od spodenek. Kapitan włoskiej drużyny przytrzymał je jedną ręką, a drugą spokojnie ustawił piłkę na 11 metrze, po czym posłał ją do siatki.
Drużyna Pozzo była w dużej mierze odmieniona w porównaniu z 1934 rokiem – tylko dwóch zawodników wystąpiło w obu finałach: pomocnik Ferrari i wielki Meazza. Bramkarzem był Aldo Olivieri, zwany il Gatto Magico, który przeżył wypadek skutkujący pęknięciem czaszki; jego zwinność miała być efektem lekcji baletu narzuconych przez trenera.
W finale Włochy zmierzyły się z Węgrami, którzy w półfinale rozbili Szwecję 5:1. Przed meczem selekcjoner Dietz podjął zdumiewającą decyzję: z jedenastki wypadł Toldi, najgroźniejszy fizycznie napastnik Węgrów, a za nim podobno dwóch kolejnych zawodników odpadło w proteście. Na Węgrzech przez dekady szeptano, że mecz był ustawiony – Budapeszt potrzebował włoskiej przychylności wobec rewizji traktatu z Trianon. Historyk Péter Szegedi odrzuca tę tezę: gdyby Włochy miały wygrać za wszelką cenę, logiczniej byłoby odsunąć Sárosiego lub Zsengellera, który strzelił pięć goli w turnieju. Bardziej prawdopodobne, że Dietz chciał po prostu błysnąć nieoczekiwanymi decyzjami.
Wynik nie pozostawiał wątpliwości: 4:2 dla Włoch, dwa gole Colaussiego i dwa Pioli. Pozzo siedział na trybunach – formalnie nie posiadał kwalifikacji trenerskich i nie wolno mu było prowadzić drużyny z ławki. Polecenia przekazywał asystentom, mieszając dialekty piemoncki i genueński, by nie dało się go rozgryźć.
Trofeum Rimeta złożono w banku we Włoszech. Gdy w 1943 roku Niemcy zajęły kraj, działacz Ottorino Barassi wyniósł puchar z banku i ukrył go w pudle po butach pod łóżkiem. Dzięki temu mundial 1950 roku mógł w ogóle dojść do skutku.
Tekst został skompilowany przy użyciu AI oraz książki "Potęga i chwała. Nieznana historia mistrzostw świata" Jonathana Wilsona. Zdjęcia zaczerpnięte ztejstrony.
@bojowonastawionaowca z tekstu wynika, że Maeza strzelił z ręki? Czy to nie byłby skandal? W typie tego z Maradoną? Bo chyba wtedy też nie było można rękami grać