Ponieważ moja (no, chyba nie tylko moja, ale tymczasowo sobie ją przywłaszczyłem) Inspiracja zdecydowała się skomentować jeden z moich wcześniejszych wytworów – czym mnie ubodła! – również pozwoliłem sobie rzecz skomentować, a może nawet lekko się w tym moim komentarzu do jej komentarza wyzłośliwić. I może za pomocą tego lekkiego wyzłośliwienia się uda mi się rozpętać tutaj jakąś poetycką awanturę – jak u Słowackiego i Mickiewicza – i w ten właśnie sposób oboje trafimy kiedyś do podręczników. Bo czegóż najbardziej pragnie tłum (w tym także i tłum polonistów oraz innych filologów), jeżeli nie rozlewu krwi?
Możecie wierzyć, albo i nie, ale obudziłem się dziś z tym wytworem poniższym w głowie. No, tak naprawdę to tylko z jego połową – może za krótko spałem? Tak czy tak, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wstać i go dokończyć. Malarze wszak dzielą los podobny do losu poetów.
Nie mam pojęcia, czy kolega-organizator @adamszuba zrobił to celowo (chyba raczej nie) i wybrał wiersz, który kończy się takim słowem, jakim się kończy, no ale przecież nie mogłem z tego nie skorzystać! A że nie miałem za bardzo pomysłu, a obowiązek to obowiązek – zwłaszcza obowiązek poetycki! – no to postanowiłem wykorzystać metodę kolegi @fonfi i odwołać się samemu do siebie:
@George_Stark To nawiązywanie mnie do mnie, mnie do Ciebie, Ciebie do mnie, Ciebie do Ciebie w opowiadaniach to taka gra wstępna do powieści co mi ją obiecałeś. Ani się obejrzysz, a zaraz uzbieramy ze trzy rozdziały...
Ze względu na wyjątkowość tego dnia, na moje nasycenie się błyskotliwością, piękną polszczyzną i nienachalnym optymizmem tudzież równie nienachalną dynamiką, pozwolę sobie złamać tradycję i wytwór w ramach Cyklu Grudziądzkiego w tej, LXIX (zaznaczam dla porządku) edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem opublikować jako drugi. Zacznę czymś innym. Ale najpierw wstęp, bo te kilka zdań, które przed chwilą mieliście okazję przeczytać to było dopiero przedwstępie.
***
Wraz z upływem lat nieubłaganie przychodzi na człowieka taki wiek, kiedy to szaleństwa piątkowego wieczoru ograniczają się do spraw w rodzaju wystawienia lewej stopy spod kołdry. Młodość jednak, ta młodość utracona tak dawno, że zdarza się coraz częściej, że również i zapomniana, czasami się jednak do człowieka odzywa. Krzyczy gdzieś tam pomiędzy strzykaniem w kolanach a wypadniętym dyskiem. I czasami ta młodość krzyczy tak głośno, że człowiekowi – mimo przytępionego już słuchu – udaje się ją nawet usłyszeć.
Tak właśnie przydarzyło mi się dzisiaj. Wyszedłem więc z domu i, udając się do Wojewódzkiego Centrum Kultury w Kielcach spacerem, bo pogoda była piękna, a i u mnie sił jakby nagle się pojawiło więcej, zastanawiałem się kiedy to ostatnio zdarzyło mi się tę placówkę swoją obecnością zaszczycić. Wyszło mi, że na pewno było to przed rokiem 2007, bo w tym roku pisałem maturę, ale nie udało mi się ustalić, czy było to z okazji organizowanego tam przeglądu produkcji ZF Skurcz, w którym to brałem udział jako widz, czy też może z okazji jakiegoś przeglądu szkolnych grup teatralnych, w którym to brałem udział jako aktor. Bo brałem kiedyś w takim przeglądzie udział. Z naszą szkolną grupą teatralno-kabaretową występowaliśmy często. Głównie w szkole, ale rzeczywiście, raz udało nam się na taki międzyszolny przegląd zakwalifikować. Nie pamiętam jednak ani z czym na nim występowaliśmy, ani jak się ten nasz występ zakończył, choć usilnie próbowałem to sobie przypomnieć.
A więc przed rokiem 2007, to na pewno. Czyli, kierując się logiką, na scenie Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach wystąpiłem na długo przed panem Andrzejem Poniedzielskim, bo pan Andrzej Poniedzielski wystąpił na tej scenie właśnie dzisiaj. Piękny, wspaniały był to występ i to dlatego, wciąż jeszcze będąc pod wpływem emocji, jakie ten występ we mnie wywołał, napisałem wytwór poniższy:
***
Remis
czyliAmerykanie mieli, II RP miała, ale i my, współcześni, na szczęście również mamy, a więc nie mamy się czego wstydzić ani nad czym ubolewać
O zgrabne słowa coraz to trudniej:
słowotok bez treści i kulawe rymy –
bo językowo też w przód kroczymy
a nowoczesność krzyczy nam: Równiej!
Równo piszemy, równo mówimy
– a w nowomowie to wszystko głównie –
pustymi słowami owijamy próżnię;
jakby pod SEO to wszystko tworzymy.
Jak mi się tęskni za mową frywolną!
Za błyskotliwością, za składnią dowolną
– byle z logiki nie zrobić kaleki.
Pan Cohen już dawno w grobie za morzem,
u pana Tuwima znicz tylko złożę –
dobrze, że jest pan Poniedzielski!
***
Jeszcze kilka uwag na koniec:
Bardzo mnie cieszy, że pan Poniedzielski zdecydował się zadedykować mi ostatni utwór (ten przed bisem). Co prawda słowa o tej dedykacji nie padły ze sceny, ale Artysta na pewno domyślił się, że ja się domyślę, no bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że koncert zakończyło wykonanie Jerzego ?
I słowo do koleżanki @UmytaPacha: pani gruppie pana Poniedzielskiego, o której kiedyś opowiadałaś, mało zdaje się być wytrwała i zdeterminowana, bo nikt żadnych ciasteczek nie przyniósł. A szkoda – trochę na tym koncercie zgłodniałem.
Dzięki wyjątkowemu talentowi żony przypadł mi dziś honor wybrania sonetu - dawcy rymów. Żona, która na poezji się zna, wskazała na Staffa. Poszedłem więc tym tropem. Najbardziej spodobała mi się Syrena, ale ona już na tutejszym tapecie była. Biorę więc to (mam nadzieję, że tego sonetu nie przerabialiście):
**Leopold Staff **
**Smutek miasta **
Z sercem ściśniętem w piersi, jak śródmieście brudne,
Gdzie się w uliczkach wąskich, a gwarnych, jak młyny,
Brakiem tchu duszą domy: w wieczornej godziny
Smętek patrzę przez okno, jak podwórze, nudne.
Widzę czerwone dachy i szare kominy,
Które zachodnie słońce stroi w złoto złudne
Pod niebem szarem z dymu... A gdzieś, hen, są cudne
Blękity, szumne drzewa i wolne równiny.
Jak trudno wierzyć choćby w rośną trawę polną
Tu, gdzie jedynie wróbel przypomina wolną
Przyrodę, skrzydłem tłukąc się o rynien ścieki.
A tak mało do szczęścia teraz starczyć może:
Iść w zmierzch z głową odkrytą pod zachodnią zorzę
Zielonym brzegiem cichej, przedwieczornej rzeki.
Wygrywa sonet z największą ilością piorunów. Chyba, że zadecyduję inaczej, wtedy nie. Połamania piór!
Sonet o infantce i karle zrobił robotę! Sonetów w tej edycji Ci u nas pod dostatkiem. W debiuty obrodziło takoż!
Ponieważ @George_Stark napisał tylko 9 (słownie: DZIEWIĘĆ) sonetów, edycji tej nie wygrywa @bojowonastawionaowca . W związku z tym wygrywa żona @adamszuba swoim bardzo ładnym debiutem. A ponieważ nie ma tutaj konta, za to w myśl zasady "mąż i żona jedno ciało" to może i jedno konto na hejto. W związku z tym kolejną edycję ogarniają wspólnie lub sam @adamszuba.
Gratulacje, Robaczku! - zwycięstwo poza laurem sławy i szacunkiem w kawiarence to także obowiązki. Także teraz szukasz sonetu, wstawiasz z tagiem #diproposta, otwierając kolejną edycję. A w kolejny piątek wybierasz zwycięzcę (za piorunki lub inaczej) i robisz podsumowanie.
Z kronikarskiego obowiązku, wymieniam wszystkie sonety, którymi uraczyli nas poezji pisarze - dziękuję Wam za wspólną zabawę:
@George_Stark - Wycieczka (1)
@adamszuba - Uśmiech dla karła (debiut nr 1)
@George_Stark - Jak sobota to tylko… (2)
@adamszuba - utwór bez tytułu (debiut nr 2 - "Moja żona też napisała")
@splash545 - Nim polecę
@George_Stark - Uroki podróży z PKP (3)
@George_Stark - O przyjaźni (4)
@George_Stark - Nawet bez kota. wersja optymistyczna (5)
@George_Stark - Wierszyk całkowicie bez sensu, ale brzmi dobrze i jest dość zabawny (przynajmniej według autora), dlatego też autor zdecydował się go opublikować (6)
@moll Nie no, bo to musi być jeden na edycję, takie zasady. Nie można topić nikogo na kredyt, nie można przesadzać, bo kandydatów zabraknie. Stąd czekam na otwarcie kolejnej.
Pod koniec poprzedniej edycji #nasonety obiecałem ( o tutaj ) Pani @moll , że w kolejnej, którą poprowadzi napiszę coś smętnego. Danego słowa lubię dotrzymywać. Wprowadziwszy się zatem w nastrój ponury i mroczny, ryzykując całkowite się w nim zatracenie, dotarłem do wersów, których nie spodziewałem się w sobie znaleźć. Ale skoro dotarłem i znalazłem to się nimi teraz z Państwem podzielę.
Koleżanko-organizatorko @moll ! Ja Cię ogromnie przepraszam za ten wysyp wytworów i związane z nim utrudnianie napisania podsumowania, no ale po poezji fekalnej nie mogłem sobie odmówić poezji erosomańskiej przecież! Tym bardziej, że – wiadomo – mnie się najlepiej myśli pod prysznicem i właśnie dzisiaj tak mi się pod prysznicem zachciało…
… myśleć, że aż sięgnąłem do literatury antycznej, odkurzyłem te toposy z początków działalności naszej kawiarni #zafirewallem i w taki oto sposób powstał kolejny wytwór w konkursie #nasonety :
Jednak do trzech razy sztuka. Bo kiedy uświadomiłem sobie, że nastąpiła w całej naszej kawiarenkowej zabawie #nasonety jakaś ciężka obstrukcja związana z tradycyjną poezją fekalną to postanowiłem, niczym Xenna, wojownicza księżniczka, przybyć tej wspaniałej tradycji z odsieczą:
Być może jakiś młody człowiek będzie miał kiedyś nieszczęście trafić w arkuszu maturalnym czy w innym podręczniku na wytwór poniższy, więc z góry go za to przepraszam. Jeżeli jednak doszłoby do takiej sytuacji, wcześniej wystąpi potrzeba zinterpretowania go przez jakąś światłą nauczycielką bądź nauczyciela celem stworzenia klucza odpowiedzi. I może to właśnie wtedy dowiem się co też miałem na myśli kiedy go pisałem, bo póki co to nie mam bladego pojęcia.
***
Wierszyk całkowicie bez sensu, ale brzmi dobrze i jest dość zabawny (przynajmniej według autora), dlatego też autor zdecydował się go opublikować
Sam jestem temu winien, sam sobie to zrobiłem. Przy okazji poprzedniego wytworu wspomniałem piękną piosenkę pana Piotra Bukartyka Kup sobie psa, no i tak tego pana Bukartyka zacząłem sobie słuchać, i mi się jeszcze później włączyło jego Leje, wieje, i po raz kolejny zachwyciłem się sposobem w jaki podmiot liryczny wypowiada się w obu tych utworach. I pozazdrościłem panu Bukartykowi, i sam postanowiłem czegoś takiego spróbować. A że utwory te na swój piękny narracyjnie sposób opowiadają o rzeczach mniej pięknych, to mi się ten mniej piękny przedmiot narracji obu tych utworów udzielił i nawet kilka zaczerpniętych z tych dwóch utworów motywów zdecydowałem się u siebie wykorzystać. Nie umiałem się jednakoż zdecydować (nawet po przetarciu okularów), czy widzę jakąś nadzieję, czy też jej nie widzę, zamieszczam więc poniżej dwa różne warianty tego samego:
Cóż może być dla poety (mężczyzny, w przeciwieństwie do kobiety, którą to nazwalibyśmy raczej poetką) bardziej inspirującego niż kobieta (być może nawet poetka?), a osobliwie tejże kobiety ciało? No na przykład może być to ta nieuchwytna materia czasami mocno skomplikowanych damsko-męskich relacji. Całe szczęście, że poeta (poetka również) może wiele: może na przykład oba te tematy połączyć.
Bardzo lubię tę skomplikowaną romantyczno-obyczajową tematykę, którą najlepiej chyba ze wszystkich znanych mi autorów tekstów podejmuje (w mojej ocenie!) pan Piotr Bukartyk (on też zresztą napisał piękny tekst pod tytułem O przyjaźni , choć w kategorii, o której tutaj mowa lepszymi przykładami zdają się być takie utwory jak Piosenka spóźnionego na kolację albo Kup sobie psa ). Nie znaczy to oczywiście, że inni autorzy takiej tematyki nie podejmują, czy że nie wychodzi im to równie fantastycznie. Wytwór poniższy inspirowany jest tekstem do utworu nagranego przez zespół Harlem, utworu pod tytułem Bezsenne noce , z którego to utworu sformułowania takie jak „czasem lepiej zwlec niż zwlekać” czy następujące zaraz później „w drzwiach minąłem zdumiony rozsądek, dureń wytrzeźwiał i przyjechał” zdają się mnie prześladować. Zadomowiły się gdzieś w mojej głowie, za nic nie chcą jej opuścić, a czasami – tak jak właśnie dziś – pozwalają sobie z wnętrza tej mojej głowy do mnie krzyczeć.
W ogóle ten tekst do Bezsennych nocy jest napisany takim sposobem, jakim najbardziej lubię żeby były napisane wszelkiego rodzaju wiersze: nie ma w nim nic wprost, nie ma pokazanego samego zdarzenia, a tylko jego przyczyny i konsekwencje: chwilę przed i chwilę po, nie ma w nim zdarzeń, są związane z tymi zdarzeniami emocje. Reszta pozostaje niedopowiedziana. No i chyba czegoś takiego właśnie chciałem spróbować, co zaowocowało wytworem poniższym:
***
O przyjaźni
Pamiętam ten wieczór i Ewelinę,
pamiętam smak wina w stołecznej Languście,
pamiętam jej włosy, figlarną jej minę
i bluzkę opiętą na jej kształtnym biuście.
Pamiętam: tak nagle się wtedy to stało,
pamiętam: taksówkarz spod baru wyruszył,
pamiętam mój upór, pamiętam jej śmiałość,
i ranek pamiętam, ten ranek co skruszył
spoiwo przyjaźni: leżało rozbite
w miękkiej pościeli, ciemnobłękitnej;
pierwszy nam promień słońca objawił
tę prawdę – stanęliśmy wobec niej nadzy;
więc się ubrałem, kupiłem bilet
– dokąd? – nie przywiązywałem wagi,
bo naszej przyjaźni to było na tyle.
Rozsądek trochę za późno się zjawił.
***
#nasonety
#zafirewallem
***
Dwie uwagi jeszcze:
we stolicy (przynajmniej we naszej) nie ma takiej restauracji jak Langusta, sprawdziłem to. Jest taki sklep rybny, ale wątpię, żeby podawano w tym sklepie wino, choć nic nie wiadomo mi o imionach tego sklepu klientek ani ekspedientek. Proszę więc traktować tę Langustę jako przejaw kreacji lirycznej, nikt mi bowiem za reklamowanie żadnej Langusty nie zapłacił.
A, no i nie zmieściłem się w czternastu wersach, liczę więc, że wytwór powyższy nie będzie potraktowany jako konkursowy, co – mam nadzieję! – zmniejszy moje szanse na zwycięstwo, narzekam zawczasu.
Pamiętacie może edycję syrenią naszej zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem ? O ile nie przepadam za sytuacją, kiedy ktoś narzuca (albo proponuje) temat edycji (choć tego narzucania bądź proponowania organizatorowi absolutnie nie zabraniam, zawsze mogę przecież ten narzucony bądź zaproponowany temat po prostu olać), tak bardzo lubię, kiedy temat edycji wyłania się sam. Tak jak to było w edycji syreniej, albo być może jak to będzie w tej edycji bieżącej.
Odrobinę zainspirowany przez @splash545 przedstawiam kolejny swój sonet do najnowszej bitwy #nasonety :
Ponieważ powoli zaczynam myśleć o znalezieniu jakiegoś zatrudnienia, to tak pomyślałem sobie żeby może spróbować złapać jakąś fuchę w reklamie? Oto moje pierwsze – treningowe jeszcze – kroki w rzeczonym obszarze:
To mój debiut, wybaczcie więc pewne braki formalne - wykorzystałem kilka słów z oryginału, ale stało się to spontanicznie i działałem pod wpływem natchnienia. Mam nadzieję, że kradzież słów z oryginału nie jest zakazana?
Opisany w oryginale motyw karła i dziewczyny bardzo mi się spodobał, postsnowiłem go więc wykorzystać.
@adamszuba Szacun! - debiut z pier....ęciem. Ależ to piękne.
Aż się prosi żeby to zilustrować czarnobiałym zdjęciem przedstawiającym przyłapanego, zaskoczonego karła stojącego z brzytwą w lesie nad ciałem martwej dziewczyny. Coś jak na tym na szybko wygenerowanym obrazku, tylko AI uparcie mi twarz dziecka wrzuca... (╯°□°)╯︵ ┻━┻
@adamszuba bo tu się tak łatwo jak w czterech rymach nie wykpisz. Jak wygrasz to organizujesz kolejną edycję (wybierając dla nas jakiś sonet dawcę), określasz zasady, gdzie niekoniecznie liczba piorunów musi decydować o zwycięstwie a na koniec musisz zrobić podsumowanie 😉
@UmytaPacha No nieźle. Czego to ludzie nie wymyślą. Dzięki. Chyba zabawa jest jednak fajniejsza, kiedy samemu szukasz rymu. Z drugiej strony czasem człowiek może się na jakimś słowie zaciąć i koniec.