Cóż może być dla poety (mężczyzny, w przeciwieństwie do kobiety, którą to nazwalibyśmy raczej poetką) bardziej inspirującego niż kobieta (być może nawet poetka?), a osobliwie tejże kobiety ciało? No na przykład może być to ta nieuchwytna materia czasami mocno skomplikowanych damsko-męskich relacji. Całe szczęście, że poeta (poetka również) może wiele: może na przykład oba te tematy połączyć.
Bardzo lubię tę skomplikowaną romantyczno-obyczajową tematykę, którą najlepiej chyba ze wszystkich znanych mi autorów tekstów podejmuje (w mojej ocenie!) pan Piotr Bukartyk (on też zresztą napisał piękny tekst pod tytułem O przyjaźni , choć w kategorii, o której tutaj mowa lepszymi przykładami zdają się być takie utwory jak Piosenka spóźnionego na kolację albo Kup sobie psa ). Nie znaczy to oczywiście, że inni autorzy takiej tematyki nie podejmują, czy że nie wychodzi im to równie fantastycznie. Wytwór poniższy inspirowany jest tekstem do utworu nagranego przez zespół Harlem, utworu pod tytułem Bezsenne noce , z którego to utworu sformułowania takie jak „czasem lepiej zwlec niż zwlekać” czy następujące zaraz później „w drzwiach minąłem zdumiony rozsądek, dureń wytrzeźwiał i przyjechał” zdają się mnie prześladować. Zadomowiły się gdzieś w mojej głowie, za nic nie chcą jej opuścić, a czasami – tak jak właśnie dziś – pozwalają sobie z wnętrza tej mojej głowy do mnie krzyczeć.
W ogóle ten tekst do Bezsennych nocy jest napisany takim sposobem, jakim najbardziej lubię żeby były napisane wszelkiego rodzaju wiersze: nie ma w nim nic wprost, nie ma pokazanego samego zdarzenia, a tylko jego przyczyny i konsekwencje: chwilę przed i chwilę po, nie ma w nim zdarzeń, są związane z tymi zdarzeniami emocje. Reszta pozostaje niedopowiedziana. No i chyba czegoś takiego właśnie chciałem spróbować, co zaowocowało wytworem poniższym:
***
O przyjaźni
Pamiętam ten wieczór i Ewelinę,
pamiętam smak wina w stołecznej Languście,
pamiętam jej włosy, figlarną jej minę
i bluzkę opiętą na jej kształtnym biuście.
Pamiętam: tak nagle się wtedy to stało,
pamiętam: taksówkarz spod baru wyruszył,
pamiętam mój upór, pamiętam jej śmiałość,
i ranek pamiętam, ten ranek co skruszył
spoiwo przyjaźni: leżało rozbite
w miękkiej pościeli, ciemnobłękitnej;
pierwszy nam promień słońca objawił
tę prawdę – stanęliśmy wobec niej nadzy;
więc się ubrałem, kupiłem bilet
– dokąd? – nie przywiązywałem wagi,
bo naszej przyjaźni to było na tyle.
Rozsądek trochę za późno się zjawił.
***
#nasonety
#zafirewallem
***
Dwie uwagi jeszcze:
we stolicy (przynajmniej we naszej) nie ma takiej restauracji jak Langusta, sprawdziłem to. Jest taki sklep rybny, ale wątpię, żeby podawano w tym sklepie wino, choć nic nie wiadomo mi o imionach tego sklepu klientek ani ekspedientek. Proszę więc traktować tę Langustę jako przejaw kreacji lirycznej, nikt mi bowiem za reklamowanie żadnej Langusty nie zapłacił.
A, no i nie zmieściłem się w czternastu wersach, liczę więc, że wytwór powyższy nie będzie potraktowany jako konkursowy, co – mam nadzieję! – zmniejszy moje szanse na zwycięstwo, narzekam zawczasu.