Dom Wydawniczy REBIS zapowiada nowy Wehikuł Czasu. "Milenium" Johna Varleya w sprzedaży od 19 maja 2026 roku. Wydanie w oprawie zintegrowanej, imitującej twardą, zawiera 336 stron, w cenie detalicznej 54,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Nad Oakland dochodzi do zderzenia dwóch samolotów, a w odległej przyszłości speckomando podróżników w czasie przygotowuje się do przerażającej misji. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem...
Na miejscu największej katastrofy w dziejach amerykańskiego lotnictwa śledczy Bill Smith dochodzi do coraz bardziej zdumiewających wniosków, zwłaszcza gdy w szczątkach jednej z maszyn znajduje przedmiot, którego pochodzenia nikt nie potrafi wyjaśnić. Mimo wszystko nie spodziewa się, że seria niewytłumaczalnych incydentów wywróci jego życie do góry nogami i zakończy historię świata, jaką znamy.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Upadek nie zachwycił mnie tak jak Hyperion. Pierwszy tom był wyjątkowy w swojej formie, drugi to już bardziej typowe sci-fi. Nadal Simmons robi ogromne wrażenie swoim światotwórstwem oraz rozmachem i na tyle, na ile zrozumiałem wszystko, to wydaje się, że mniej więcej domyka bardzo zgrabnie historię i wszystkie skomplikowane wątki, a i udało mu się wpleść w to ciekawe zwroty akcji.
@JapyczStasiek mnie w Danie najbardziej fascynuje swoboda i totalny brak ograniczeń wyobraźni w tworzeniu fabuły i łączeniu motywów literackich. Mam na myśli to, że gość jako wykształcony i oczytany człowiek potrafi z warsztatowym mistrzostwem pomieszać totalnie rozbieżne wątki. Teraz czytam "Iliona" w którym sci- fi jest zblendowane z postaciami Prousta, Szekspira, Iliadą i Odyseją Homera, po prostu wtf, to nie powinno się kleić ale jemu to wychodzi. Jeśli chodzi o zarzut "spadku jakości" innych książek to się nie do końca zgadzam, Hyperion i później Upadek to jest jego "powieść życia", pozostała twórczość jest również na wysokim poziomie (research który przeprowadzał przed rozpoczęciem każdej nowej książki jest obłędnie precyzyjny), ale chyba najgorszą rzeczą jaką można zrobić przy zapoznawaniu się z jego literaturą jest właśnie zaczęcie od Hyperiona i później czytanie innych książek- powinno być dokładnie na odwrót bo zaczynając od Dzierzby przy innych książkach pozostaje faktycznie pewien niedosyt.
Nie wiem, czy będę w stanie napisać coś odkrywczego, bo @WujekAlien , który zachęcił mnie swoją recenzją o TUTAJ, w sumie napisał wszystko to, co ja sam mógłbym powiedzieć o tej książce pozytywnego. Przyznam, że niektóre opisy, widziane przez pryzmat obecnego poziomu wiedzy o bombach atomowych, wprowadzały w lekki niepokój. Lekki, bo w momencie słuchania siedziałem wygodnie w samochodzie, a nie na krzesełku z innymi żołnierzami, czekając na wybuch i robiąc za królika doświadczalnego.
W zasadzie jedynym grubszym minusem tej książki była jej powierzchowność. Im dalej w las, tym robi się gęściej, ale zwłaszcza na początku miałem wrażenie, że temat jest tylko zarysowany, bez większej chęci, żeby wejść głębiej. Takie Wyspy Marshalla i tamtejsza rdzenna ludność dostały ekspozycję równą może dwóm średniej długości artykułom, tylko chyba rozciągniętym na więcej słów. Kiedy kilka lat temu sam zagłębiałem się w ten temat, chcąc napisać coś na hejto, chyba wiedziałem więcej, niż wynika z tej książki. Na szczęście to najpewniej efekt tego, że jej celem było skupienie się na żołnierzach, a nie na cywilach. Ci drudzy oczywiście się pojawiają, ale wyraźnie schodzą na drugi plan wobec tych, którym wydawano rozkazy, by maszerować w stronę grzyba atomowego.
Pewnie trochę się czepiam, ale zabrakło mi też głębszego wejścia w doświadczenia tych, którzy obserwowali wybuchy z bardzo bliskiej odległości. Kilka razy przewija się opis, jakoby byli w stanie widzieć kości - swoje i swoich kolegów - podczas eksplozji, i jest to raczej traktowane jako fakt. Oczywiście nie jestem fizykiem i nie siedziałem na krzesełku na jakiejś pacyficznej wyspie, ale brzmi to, co najmniej wątpliwie. Oczy tak nie działają. To, co widzieli, było najprawdopodobniej reakcją na ekstremalnie intensywne światło, które oślepiało nawet przez gogle ochronne i zamknięte powieki. Bo powieka to w gruncie rzeczy tylko cienka warstwa skóry - ma swoje ograniczenia.
Jak wspomniałem - to raczej czepialstwo z mojej strony. Cała reszta jest naprawdę „fajna” - o ile w ogóle można użyć tego słowa w tym kontekście. Dostajemy sporo bardzo trudnych historii związanych ze śmiercią, deformacjami u dzieci i tuszowaniem wszystkiego przez różne rządy USA. Bo prawda jest taka, że nie tylko ci, którzy byli zmuszani do roli królików doświadczalnych, zapłacili za to najwyższą cenę, ale i ich potomkowie. No, nie wszyscy byli zmuszani. Chyba kilku zgłosiło się na ochotnika. Nie wiem, czy to dobrze pamiętam.
Tak jak wspomniał @WujekAlien w swojej recenzji, książka sprawdza się raczej jako wstęp do dalszego zgłębiania tematu. Punkt wyjścia, ale całkiem solidny i godny polecenia.
Skupiłem się bardziej na minusach, bo @WujekAlien przedstawił głównie pozytywy. Uznałem, że ich przepisywanie byłoby bezcelowe, zwłaszcza że z większością się zgadzam. Zresztą, kto by czytał takie recenzje-kobyły na kilka stron A4. Mam wątpliwości, czy ktokolwiek to czyta. xD
@Dziwen fakt, ten motyw widzenia kości przewija się kilka razy, ale autorowi nie chciało się go wyjaśnić, w sumie, jak żadnych innych zjawisk, które opisuje
Taki średniaczek. Książka w której przez pierwszą połowę się nic nie dzieje i jest o niczym. Później coś tam się wyjaśnia i rozkręca, ale bez szału. Do serii z szeptuchą i Jagą nie ma podjazdu. To teraz pora na drugi tom ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
Wpis zrobiony po reprymendzie od @Hilalum i @Cerber108 , że #bookmeter to nie tylko licznik, ale liczy się każde zdanie. To macie choć krótką recke.
„Jak pisać” to pierwszy w moim życiu poradnik co do pisania. z którym miałam styczność. Przyznam, że spodziewałam się jakiegoś wykładu i opinii na zasadzie: „jak nie zacząłeś pisać w wieku 3 lat, to już nic z ciebie nie będzie”. Jako dziecko zawsze marzyłam o tym, żeby zostać reżyserem. Czytając książki zawsze wyobrażałam sobie, jakby wyglądał film, który bym zrobiła na jej podstawie. Marzenia oczywiście się nie spełniły, jednak przyjemność z tworzenia sztuki dalej jest dla mnie bardzo ważna. Od jakiegoś czasu próbuję pisać. Sprawia mi to wiele przyjemności, choć wiem, że wiele mi brakuje do tego, by być na jakimkolwiek poziomie, który jest akceptowalny. Z jednej strony sprawia mi to radochę jakich mało, z drugiej jest chęć bycia docenionym - a do tego brakuje mi umiejętności.
King w swoje książce podnosi na duchu. Nie mówi niczego odkrywczego, ale są to słowa, które chce się usłyszeć, jak dobrą radę od serdecznego wujka. Co by nie mówić o oczywistych oczywistościach, książka ta spełnia swoją rolę - zachęca i motywuje do pisania, o ile sprawia ci to przyjemność.
Jest też parę rad, które sobie szczególnie zapisałam w pamięci, m. in.:
- moja ulubiona: „nie ma nic lepszego jak dobre porównywanie" - cytat w tytule wpisu właśnie do tego nawiązuje, gdyż jest to ulubione porównanie autora
- „Pisz najpierw dla siebie, a potem dla odbiorcy” - chodzi w tym o to, żeby pisząc pierwotną wersję, nie przejmować się tym, co inny mogą o tym dziele pomyśleć, a dopiero później, gdy się je poprawia, pisać to z myślą o odbiorcy. King mówił, że pisze dla swojej żony. Wiedział, co jej się podoba, dlatego też wiedział, że to co pisze, spodoba się choć jednej osobie.
- „Nie opisuj każdego dialogu” - przyznam, że nigdy nie zwracam za bardzo uwagi na to czytając książki, ale rzeczywiście jest to zabawne, jak każde wypowiedziane zdanie jest komentowane przez autora, nie dając się domyślić odbiorcy, jaki jest jego wydźwięk.
- „Usuwaj min. 10 procent z tego, co napisałeś pierwotnie” - jest to cenna rada, bo łatwo ulec laniu wody 😃
Poza wskazówkami co do pisania, można też poznać trochę autora. Nie rozwleka się o sobie, ale widać w nim dużo pokory i autorefleksji, co sprawia, że nabiera się do niego sympatii i pewnego wspólnego zrozumienia rzeczywistości.
Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić jedną rzecz: nie istnieje jedna ustalona metoda jak tworzyć. Jasne, trzeba poznać podstawowe zasady, żeby móc je ewentualnie złamać - jak jedna powieść wydana przez ArtRage, w której nie ma znaków interpunkcyjnych. Jednakże cała reszta to już dowolna interpretacja.
King pisze zwięźle, jego opisy często odnoszą się do ludzkiej wyobraźni. Na przykład, chyba nawet w tej książce, użył sformułowania „postać weszła do obskurnego baru”. Nie opisuje go wprost, ino pozwala czytelnikowi samemu go sobie wyobrazić. Mój obskurny bar będzie się różnił od Twojego, jednakże dla nas oboje będzie to obskurny bar.
Z drugiej strony barykady mamy takiego G. R. R. Martina, który lubuje się w dokładnych opisach. Pamiętam, jak mnie zmęczył opis proporców i innych takich podczas bitwy.
Któremu mamy uwierzyć, że tak powinno się pisać, skoro obaj odnieśli sukces? ; )
Dlatego warto wypracować swoją własną metodę i przede wszystkim cieszyć się z samego aktu pisania. Bez martwienia się, czy znajdzie to odbiorców. Jasne, można tworzyć stricte pod nich, ale czy miałoby to wtedy sens?
Lata temu co prawda, pamiętam dwie rzeczy: właśnie o tym by finalną wersję pisać dla kogoś (zresztą pan Vonnegut twierdził to samo, więc może coś w tym jest?). Później przeczytałem jeszcze podręcznik Maszyna do pisania pani Bondy, a ostatnio wpadło mi w oko to - polecają, ale czytać już nie zamierzam.
Wydaje mi się, że do mnie najbardziej przemawia manifest pana Andrzeja Stasiuka , który brzmi: pisać, skreślać, myśleć, patrzeć, słuchać, pisać i skreślać, skreślać, skreślać…
Jako niespełniony autor który zupełnie niczego nie osiągnął, acz autor taki, któremu pisanie od czasu do czasu do czasu sprawia jeszcze przyjemność, mogę Ci zaproponować dołączenie do naszej kawiarni #zafirewallem (zresztą już tam byłaś, wygrałaś jedną edycję #naopowiesci, jeśli dobrze pamiętam). Co prawda mamy tam klub klepania się po siurka... no, po plecach, bo i panie czasami z nami piszą, ale jeśli jasno poprosisz o krytykę, to myślę, że ją dostaniesz. Nawet rzeczową. A krytyka jest ważna, bo samemu się wielu rzeczy nie zauważa. Nie mówiąc już o tym, że, zgodnie z bardzo mądrą metodą learning by doing, sam widzę, jak przez te ponad dwa lata rozwinęły się nasze umiejętności pisania wierszy (bo to głównie piszemy, pewnie dlatego, że szybciej idzie). Widzę to tak po sobie, jak i po innych. A ci, którzy piszą i publikują częściej, moim zdaniem naprawdę piszą coraz lepiej.
To tyle. Powodzenia! - głównie w znajdywaniu przyjemności, bo jakbyś nie była dobra, na wiele więcej bym nie liczył. Choć życzę Ci, żebym się w tym ostatnim mylił.
@Cori01 o ile dobrze pamiętam to Pan King przez ponad dekadę by uzależniony od białego proszku... Także wiesz, nie zawsze warto iść ścieżką (dwuznaczność zamierzona) wielkiego pisarza.
@Mila nikt tu nie mówi, o pójściu w jego ścieżkę, tylko o radach które daje. O uzależnieniach też wspomina w tej książce więc nie jest to coś czego się wstydzi
Wczoraj przyszła "Planeta śmierci" i dzięki temu, że "Cień olbrzyma" został opóźniony udało się ułożyć taki schludny prostokąt, wychodzą idealnie 33 Wymiary i 11 Eonów.
Na uznanie zasługuje fakt, że Vesper to wszystko wydał w niecałe 3 lata, a gdyby pominąć pierwsze 3 książki, to równo 2 lata. "Conan 1" wyszedł dokładnie tego samego dnia co "Planeta śmierci", tyle że 2 lata wcześniej.
Wydawnictwo Zysk i S-ka zapowiada zbiór opowiadań grozy. "Dławiący horror" Roberta E. Howarda wyląduje na sklepowych półkach 5 maja 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 600 stron, w cenie detalicznej 69,99 zł . Poniżej okładka i krótko o treści.
Antologia przerażającyh opowieści pióra Roberta E. Howarda
Robert E. Howard znany jest przede wszystkim jako twórca postaci Conana Barbarzyńcy. Jego dorobek literacki obejmuje jednak znacznie więcej — liczne utwory z gatunku fantastyki, horroru i literatury przygodowej. W tej antologii zebrano nowele i opowiadania pochodzące z różnych cykli, zapoczątkowanych przez Howarda, w tym teksty inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta i mitologią Ctulhu.
Tom zawiera również uznawane przez wielu za wybitne opowiadania grozy, takie jak Glizdy Ziemi (Worms of the Earth) oraz Gołębie z piekła rodem (Pigeons from the Hell) – to ostatnie Stephen King określił mianem jednego z najlepszych opowiadań grozy XX wieku.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Recenzja: Poniedziałkowy imperator. 52 tygodnie z Markiem Aureliuszem
Książka „Poniedziałkowy imperator. 52 tygodnie z Markiem Aureliuszem” autorstwa Marcina Choińskiego to praktyczny przewodnik po filozofii stoickiej, który w 52 krótkich rozdziałach pomaga krok po kroku wdrażać nauki Marek Aureliusz do codziennego życia. Książka wydana została przez wydawnictwo Helion.
Marcin Choiński to autor, który w bardzo przystępny, a jednocześnie refleksyjny sposób potrafi łączyć klasyczną filozofię z codziennym życiem. W swojej książce „Poniedziałkowy imperator. 52 tygodnie z Markiem Aureliuszem” sięga do myśli Marka Aureliusza i przekłada je na współczesny język oraz realne wyzwania, z którymi mierzymy się na co dzień.
Książka ma około 250 stron treści i została podzielona na 52 rozdziały – po jednym na każdy tydzień roku. To bardzo ciekawa koncepcja, która sprawia, że nie jest to pozycja do „połknięcia” na raz, lecz raczej przewodnik na dłuższą drogę. Każdy rozdział zawiera inspirującą refleksję, komentarz autora oraz praktyczne ćwiczenie, które można wdrożyć w życie. Dzięki temu czytelnik nie tylko czyta, ale też realnie pracuje nad swoim sposobem myślenia i podejściem do codziennych spraw.
Ogromną wartością książki jest jej autentyczność i brak banalnych, motywacyjnych sloganów. To nie jest kolejny poradnik obiecujący szybkie efekty, ale raczej spokojna, mądra propozycja budowania „stoickiego mindsetu” krok po kroku – tydzień po tygodniu.
Na duży plus zasługuje również samo wydanie – książka została bardzo estetycznie przygotowana przez Helion. Miękka, solidna oprawa i czytelny układ treści sprawiają, że jest to nie tylko wartościowa lektura, ale też pozycja, którą po prostu dobrze się trzyma w ręku i do której chce się wracać.
Podsumowując – „Poniedziałkowy imperator” to świetna książka dla osób, które chcą wprowadzić więcej spokoju, refleksji i świadomego działania do swojego życia. To nie tylko inspiracja, ale przede wszystkim praktyczne narzędzie pracy nad sobą – idealne na cały rok.
Kiedyś czytałem masę książek. Potrafiłem pół dnia leżeć i czytać. Teraz oczywiście mam mniej czasu, nadal lubię czytać (a przynajmniej tak mi się wydaje), mam masę książek na półce/Kindlu, które chciałbym przeczytać, ale jakoś szybko mija mi ochota na czytanie.
Na początku roku zacząłem z postanowieniem, żeby poczytać minimum 30 minut dziennie. Przez jakiś czas szło dobrze, z początkowego lekkiego przymusu przeszło w przyjemny nawyk, aż nie zacząłem książki która mnie znudziła i klops. Zostawiłem ją, nie chciało mi się jej kontynuować, a z drugiej strony nie chciałem zaczynać nic innego i porzucać tego co zacząłem.
Dodam że nie uznaję słuchania audiobooków za równoważne czytaniu książek - słucham dużo, ale mniej się na tym skupiam niż na czytaniu, dlatego często słucham np. czegoś co już czytałem a chcę sobie przypomnieć albo jakichś lżejszych, mniej ważnych dla mnie rzeczy.
@Vakarian jak mi się nie podoba jakaś książka, to nie czytam do końca. Staram się dać czasem drugą szansę jak widziałem w niej jakiś potencjał, ale ogólnie się nie zmuszam. A no i czytam równolegle 2-3 książki, o różnej tematyce i gęstości, bo może być dobra książka, ale zawsze można poczuć przesyt i fajnie sobie skoczyć w coś innego.
Kiedyś również czytałem książki, może nie masę, ale cokolwiek. Od 10 lat może z jedną rocznie lub na kilka lat, miałem wyrzuty sumienia, że się zapuszczam. Później uświadomiłem sobie, że w sumie nie mogę mieć siły na czytanie książek gdy cały dzień czytam kod i dokumentację, a w wolnych chwilach chłonę wiedzę dla siebie z internetu. Po prostu zastąpiłem książki fabularne czym innym, choć równie rozwijającym i męczącym mózg.
@Vakarian nie musisz kończyć książek, które Ci się nie podobają. Możesz czytać kilka książek na raz i jak Cię jedna zmęczy to przerzucić się na inną :)
Wyszłam z domu, bo nie miałam co czytać i w sklepie z używanymi rzeczami trafiłam na tę książeczkę. Okładka i tytuł zwiastowały fascynującą lekturę, więc nie wahałam się zbytnio.
I tak, to było fascynujące, takie fascynujące jak rozmowa z dawno niewidzianą ciotką na imieninach babci, kiedy wszyscy znaleźli innych rozmówców i popatrują na ciebie ze współczuciem, bo wiedzą co przeżywasz.
A ty siedzisz przy stole i dowiadujesz się od cioci, że Jan Paweł II był wielkim człowiekiem, że ciotka w dzieciństwie widywała anioły, a jako dorosła miała wizję Urbana w piekle, że Kościół jest wspaniałą instytucją, ale rozwody to powinny być wydawane od ręki, że kobiety głupie poświęcają dzieciom mało czasu (wtedy dzieci zostają narkomanami), a te mądre śpiewają dzieciom kołysanki, że najlepszą polską piosenką jest Pamiętasz była jesień, a największą gwiazdą piosenki Janusz Gniatkowski i że seks w peerelu był beznadziejny, ale niektóre koleżanki dawały swoim mężom do czytania Wisłocką i tylko te były zadowolone z życia - tu ciotka zaczyna chichotać, bo koniaczek zaczyna działać, a ty z jednej strony chcesz uciec, a z drugiej strony nie możesz się oderwać.
Ja zaufam Koleżance i o książce pewnie zaraz zapomnę, ale opis naprawdę jest kapitalny. Może i miał rację @CzosnkowySmok, kiedy twierdził, że warto czytać tylko opisy książek z niską oceną?
Swoją drogą, to zastanawiam się czy Koleżanka nie dostanie po tym wpisie kolejnego maila od jakiegoś rzecznika autorki? @KatieWee tamta poprzednia historia miała jakiś dalszy ciąg?
"Złodziej" to historia Lockena - samotnego złodzieja z Dolnej Dzielnicy, funkcjonującego w mieście kontrolowanym przez Kuźnicowców i ich wszechobecną Gildię. To świat, w którym władza, religia i technologia mieszają się w duszną, opresyjną całość, a każdy, kto próbuje działać poza systemem, szybko staje się celem. Locken gra na własnych zasadach, nie należy do gildii złodziei, przyjmuje zlecenia po swojemu i okrada tych bogatych, których chce. Jest samotnikiem, choć w pewnym momencie dołącza do niego chłopiec, któremu wcześniej pomógł uniknąć kary za kradzież jedzenia. Jest pojętnym uczniem, a do tego potrafi odwracać uwagę i prowadzić rozeznanie, co w fachu złodzieja jest niezwykle ważne.
To, co w tej książce działa najlepiej, to klimat. Miasto jest brudne, ciężkie, opresyjne - czuć tu inspirację estetyką Thiefa i to od pierwszych stron. Skradanie się, cień, napięcie, poczucie bycia obserwowanym - wszystko to buduje bardzo fajną "złodziejską" atmosferę.
Locken jako bohater też się broni - jest samotnikiem i to czuć, nawet gdy do jego paczki dołączają kolejne osoby. Działa instynktownie, ale nie jest pozbawiony zasad. Inni bohaterowie też są fajnie napisani, od chłopaka, przez kurtyzany i praczki, po czynszownika, który szantażuje Lockena ujawnieniem jego profesji straży miejskiej.
To co nie gra, to moim zdaniem paranormalne zjawiska i stwory. Domyślam się, że musiały zostać tu wplecione dla uniknięcia plagiatu, ale są bardzo źle napisane. Instynkt Garetha, tzn. Lockena średnio mu pomaga, bo ujawnia się w oczywistych sprawach, a w tych, w któych serio może pomóc - milczy. Dziecioszczury w kanałach wydłużają książkę o 2 akapity, może pół strony i nic więcej. Nie odgrywają żadnej roli, nawet nie walczą z Lockenem, po prostu go spowalniają w trakcie akcji, która nie jest na czas. Nie podoba mi się tez upływ czasu - liczony oddechami Lockena, żadnych zegarków, żadnych oznaczeń dni. Tu autor mógł się bardziej postarać. Na plus jedynie amulety, ale to dość nieistotny wątek w całej książce, może w kolejnych tomach zyskają na sile.
Nie da się jednak uciec od kontrowersji wokół tej książki. Inspiracja światem gry Thief jest bardzo bardzo bardzo wyraźna - na tyle, że momentami trudno nie odnieść wrażenia, że to coś więcej niż tylko luźne nawiązanie. Nawet jeśli ostatecznie zmieniono imię bohatera i pewne elementy świata, a fabuła jest niezwiązana, to niesmak trochę zostaje. To jedna z tych sytuacji, gdzie czytelnik sam musi zdecydować, czy traktuje to jako hołd, inspirację czy coś więcej.
Fabularnie to solidna przygodowa historia, choć raczej bez większych zaskoczeń. Wątek artefaktu i ucieczki przed konsekwencjami działa, ale nie wychodzi poza dobrze znane schematy. Największą siłą pozostają klimat, świat - miasto, bohaterowie, a mniej sama intryga. Fabularnie pierwsza połowa książki urywa tyłek. Czytałem ją, jakbym grał w grę, tak potrafiła mnie porwać. Ostatniego Thiefa zrobiłem na 100% zaglądając w każdy zaułek i do każdej szuflady i tak się czułem czytając pierwsze rozdziały "Złodzieja". A później fabuła siada i to wyraźnie, a szkoda, bo potencjał był ogromny.
To dobra książka fantasy z bardzo wyraźną tożsamością - choć nie do końca własną. Jestem ciekaw, jak wypadną kolejne tomy.
Książka opowiada o radzieckich polarnikach transportujących paliwo do stacji badawczych na Antarktydę. Bardzo ciekawie są tu opisane warunki z jakimi się zmagają, niewyobrażalne mrozy, zimno aż czuć z kartek książki! Czytając można zdać sobie sprawę ile radości może dać człowiekowi ciepła herbata, czy kilka godzin w śpiworze. Wiele rozdziałów to opis teraźniejszości lub przeszłości z życia każdego bohatera z osobna, niektóre są weselsze, drugie smutniejsze i każda chwyta za serce, czyta się to bardzo przyjemnie i można się zżyc z bohaterami.