Wydawnictwo Literackie zapowiada nową książkę historyczną. "Monte Cassino. Pięć miesięcy piekła we Włoszech" Jamesa Hollanda ma ustaloną premierę na 19 sierpnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 744 strony, w cenie detalicznej 139,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Ponad 75 tysięcy ofiar
Pięć miesięcy walk
Jedna z najbardziej krwawych i legendarnych bitew II wojny światowej
W 1944 roku Hitler wydał rozkaz, by bronić każdego skrawka włoskiej ziemi. Alianci, przekonani, że droga do Rzymu stoi przed nimi otworem, utknęli na potężnych umocnieniach Linii Gustawa. To właśnie tutaj, podczas wyniszczającej bitwy o Monte Cassino, żołnierze 2. Korpusu gen. Władysława Andersa zapisali jedną z najchwalebniejszych kart polskiej historii.
James Holland, uznany historyk II wojny światowej i autorytet w dziedzinie kampanii włoskiej, opierając się na latach badań oraz dziesiątkach pamiętników, listów i relacji świadków, kreśli wielowymiarowy obraz jednej z najkrwawszych kampanii wojny. Ukazuje wydarzenia z perspektywy alianckich i niemieckich żołnierzy, dowódców, pielęgniarek, włoskich cywilów i partyzantów, odsłaniając ludzkie losy skryte za wielką historią.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Tytuł: Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami
Autor: Philip Gourevitch
Kategoria: reportaż
Wydawnictwo: Filia
Format: ebook
Liczba stron: 432
Ocena: 8/10
Nie polecam - to jest ciężka książka o zabijaniu dla zabijania. O zabijaniu, bo ktoś nam kazał. O zabijaniu, bo ktoś nam powiedział, że ci inni są niegodni żyć obok nas. I wreszcie o zabijaniu, na które świat przymknął oko.
To jedna z tych książek, które bardzo trudno oceniać wyłącznie pod kątem tego, czy dobrze się je czytało. Philip Gourevitch opisuje ludobójstwo w Rwandzie, podczas którego w ciągu około stu dni zamordowano setki tysięcy ludzi, głównie przedstawicieli społeczności Tutsi. Nie jest to jednak zwykłe historyczne opracowanie pełne dat, nazwisk i statystyk (no dobra, trochę jest). Autor przede wszystkim oddaje głos ludziom, którzy przeżyli, któzy uciekli, któzy stracili całe rodziny albo musieli później mieszkać obok swoich oprawców.
Książka zaczyna się bardzo mocno, od wizyty w Nyarubuye, gdzie Gourevitch ogląda pozostawione w budynkach kościelnych szczątki zamordowanych. Później stopniowo cofa się na linii czasowej do źródeł konfliktu, opisując kolonialne tworzenie podziału na społeczności Hutu i Tutsi, propagandę Hutu Power, działalność radia nawołującego do mordowania oraz wieloletnie przygotowania do zbrodni. Dzięki temu dobrze widać, że ludobójstwo nie było nagłym wybuchem „plemiennego szaleństwa”. Zostało zaplanowane, zorganizowane i przeprowadzone przy udziale wojska, polityków, urzędników, duchownych oraz zwykłych mieszkańców.
Najbardziej przerażające jest właśnie to ostatnie. Ludzie często nie byli mordowani przez anonimowych żołnierzy, ale przez sąsiadów, współpracowników, znajomych, a czasami nawet krewnych. Zabijanie zostało przedstawione jako obowiązek wobec państwa i własnej społeczności. Kto nie chciał brać w nim udziału, sam mógł zostać uznany za zdrajcę. Kolejne relacje ocalałych zaczynają się przez to zlewać w jeden niekończący się ciąg przemocy:
„...Tymczasem w Rwandzie - zabijanie, zabijanie, zabijanie...”
I chyba właśnie ten cytat najlepiej oddaje charakter tej książki. Zmieniają się miejscowości, nazwiska i okoliczności, ale niemal wszędzie historia wygląda podobnie: ludzie szukają schronienia w kościele, szkole albo szpitalu, wierząc, że ktoś ich ochroni, po czym zostają wydani napastnikom. Szczególnie mocno zapada w pamięć historia pastorów z Mugonero, którzy poinformowali swojego przełożonego, że następnego dnia zostaną zabici wraz z rodzinami (cytat tytułowy). Odpowiedź człowieka Kościoła była w zasadzie potwierdzeniem, że ich śmierć została już zaakceptowana.
"...Zginąć jako kto?..."
Dużym atutem reportażu jest to, że Gourevitch nie zatrzymuje się na samym ludobójstwie. Pokazuje także to, co wydarzyło się później: przepełnione więzienia, powroty uchodźców, procesy zbrodniarzy, problemy z wymierzeniem sprawiedliwości oraz próby pojednania ludzi, którzy nadal musieli mieszkać w tych samych wsiach. Trudno mówić o wybaczeniu, kiedy morderca wraca do domu obok i tłumaczy, że jedynie wykonywał rozkazy. Jeszcze trudniej, kiedy ofiara nie ma już rodziny, domu ani żadnej możliwości odzyskania dawnego życia.
Książka jest również bardzo mocnym oskarżeniem wobec ONZ, Stanów Zjednoczonych, Francji i całej społeczności międzynarodowej. Informacje o przygotowywanym ludobójstwie były znane wcześniej, ale nikt nie chciał podjąć ryzyka. Gdy rozpoczęły się masakry, zagraniczne państwa koncentrowały się głównie na ewakuacji własnych obywateli. Dyskutowano nawet, czy oficjalnie używać określenia „ludobójstwo”, ponieważ mogłoby ono oznaczać obowiązek podjęcia działania. To jeden z najbardziej irytujących, ale również najważniejszych fragmentów książki.
Nie jest to jednak łatwa lektura. Autor często przeskakuje między osobistymi historiami, polityką, historią kolonialną i własnymi refleksjami. Momentami liczba nazwisk, miejscowości i organizacji może przytłoczyć. Zdarzało mi się również tracić orientację, zwłaszcza w drugiej części, kiedy wydarzenia przenoszą się do obozów uchodźców w Zairze i wojny prowadzącej do obalenia Mobutu. Nie jest to więc reportaż, który czyta się szybko albo dla samej przyjemności poznawania kolejnych wydarzeń.
Najważniejsze pozostają historie ludzi. Ocalałych, którzy nie wiedzą, dlaczego przeżyli. Rodziców, którzy stracili dzieci. Osób, które ukrywały się wśród ciał swoich bliskich. Ale także tych, którzy odmawiali podziału na Hutu i Tutsi, próbując zachować zwykłą ludzką przyzwoitość.
"Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami" to bardzo mocny, trudny i potrzebny reportaż. Nie daje prostych odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie zaczynają mordować swoich sąsiadów, ale pokazuje, jak propaganda, strach, podporządkowanie władzy i obojętność świata mogą małymi kroczkami doprowadzić do katastrofy. Po tej książce najbardziej zostaje świadomość, że ludobójstwo nie wydarzyło się nagle ani w całkowitym chaosie. Wielu wiedziało, co nadchodzi. Wielu mogło zareagować. Niewielu zareagowało.
@TwojStaryJeSuchary z Rwandy świetne o tej samej tematyce są książki Hatzfelda czy książka naszego rodzimego Tochmana. Wszystkie ciężkie, chociaż jedna z nich kończy się opowieścią o tym, w jaki sposób ta trudna przeszłość jest pokojowo rozwiązywana za pomocą lokalnych "sądów"
@TwojStaryJeSuchary czytałem o belgijskim ludobojstwie w Kongo, tam było jeszcze bardziej dosadnie widać, jak świat potrafi zamknąć oczy i odwrócić się plecami na widok masowej śmierci.
To już trzecia książka Jakuba Rutki, po którą sięgnąłem, i po raz trzeci autor zabiera mnie w okolice, które dobrze znam - moje rodzinne strony. Jest coś wyjątkowego w czytaniu thrillera osadzonego w miejscach, które nie wydają się odległą, fikcyjną krainą, ale przestrzenią niemal na wyciągnięcie ręki. Dzięki temu atmosfera niepokoju działa jeszcze mocniej, bo łatwo wyobrazić sobie, że podobna historia mogłaby wydarzyć się gdzieś tuż obok.
Tym razem akcja rozgrywa się w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. Do placówki trafia rodzeństwo, które po tragicznej śmierci rodziców nie potrafi odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Oboje postanawiają dołączyć do swoich rodziców i wspólnie odebrać sobie życie. W ostatniej chwili chłopak zmienia jednak zdanie i ucieka w otaczający sierociniec las, podczas gdy jego siostra realizuje tragiczny plan. Po tych wydarzeniach do ośrodka przyjeżdża psycholożka, której zadaniem jest pomóc dzieciom zrozumieć śmierć koleżanki i wesprzeć zarówno podopiecznych, jak i pracowników sierocińca. Szybko okazuje się jednak, że tragedia jest dopiero początkiem wydarzeń, których nie da się wyjaśnić wyłącznie psychologią.
Najbardziej podobała mi się atmosfera tej książki. Rutka bardzo dobrze buduje poczucie smutku i niepokoju. To nie jest horror, to bardziej thriller oparty na dziecinnym strachu i braku oparcia najbliższych. Znacznie mocniej działa wszechobecne poczucie tragedii i lęku, które unosi się nad sierocińcem od pierwszych stron. Dzieci żyją w strachu przed tajemniczym widmem - Siostrą Ciszy, które podobno przychodzi po kolejne ofiary, a granica między dziecięcą wyobraźnią, a czymś rzeczywiście nadprzyrodzonym staje się coraz bardziej niewyraźna.
Bardzo dobrze wypada również sama psycholożka. Cieszy mnie, że autor nie zrobił z niej jedynie osoby prowadzącej śledztwo czy obserwatorki wydarzeń. To pełnoprawna bohaterka z własną historią, własnymi problemami i powodami, dla których angażuje się w los dzieci. Jej osobisty wątek dodaje całej opowieści emocjonalnej głębi i sprawia, że książka nie ogranicza się wyłącznie do kolejnych tragicznych i tajemniczych elementów.
Mam też wrażenie, że Rutka coraz lepiej odnajduje się w pisaniu historii, w których groza wynika bardziej z atmosfery niż z samych wydarzeń. Nie wszystko musi być pokazane wprost. Czasami wystarczy cień między drzewami, szept zasłyszany nocą czy przestraszone spojrzenie dziecka, żeby wywołać większy niepokój niż najbardziej krwawa scena.
Czy książka jest idealna? Nie. Momentami miałem wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać bardziej rozwinięte, a sam finał odrobinę mocniej wybrzmieć. Nie zmienia to jednak faktu, że "Sierociniec" czytało mi się bardzo dobrze, głównie dzięki klimatowi i emocjom, jakie autorowi udało się zbudować.
To kolejna udana książka Jakuba Rutki i jednocześnie kolejny dowód na to, że bardzo dobrze odnajduje się w małomiasteczkowej rzeczywstości osadzonej w północno-wschodnim mazowszu.
Powieść kupiła mnie już w momencie wspomnienia o rywalizacji dwóch naukowców, którą spowodowała chęć utarcia nosa temu drugiemu. A to doprowadziło do zbadania, co to za dziwna substancja zastąpiła wolfram w zamkniętej butelce. Cały ten splot przypadkowych wydarzeń przerodził się w wynalezienie najlepszej rzeczy, jaką mogła spotkać ludzkość - źródła darmowej, czystej energii. Ale czy rzeczywiście to taki cud?
Lamont nie jest o tym przekonany i dążenie do poznania prawdy przyniosło mu zgubę. Najpierw zasugerował, że to Obcy z para-Wszechświata zbudowali Pompę Elektronową, a nie Hallam, określany jej ojcem. Potem zaś sformułował teorię, jakoby Pompa miała w przyszłości doprowadzić do wybuchu Słońca. Nie przysporzyło mu to zwolenników, za to zyskał wielu przeciwników, w tym najpoważniejszego, czyli Hallama, który zniszczył karierę Lamonta.
Druga część przenosi historię do para-Wszechświata, w którym możemy poznać cywilizację Obcych, skrajnie odbiegającą od Ziemian. Podoba mi się antropologiczne podejście do badań, więc z przyjemnością czytałem o społeczności Obcych. Podziwiam wizję autora o świecie, w którym odmienne zasady fizyki mają przełożenie na formy życia. Autor kontynuował to w trzeciej i ostatniej części, pokazując przedstawicieli społeczności od urodzenia żyjących na Księżycu. Nie dość, że to ciekawy pomysł, to jeszcze został wiarygodnie napisany.
Zaskoczyło mnie też to, jak proste było rozwiązanie problemu, przed którym stanął Lamont. Zamiast walczyć z czymś, czego ludzkość w życiu nie chciałaby się pozbyć, wystarczyło stworzyć coś, co zwalczy negatywne skutki Pompy Elektronowej.
wiadomo co z tymi 2 horrorami (i innymi tytułami których nie oglosili z tej serii, bo niby cos mówili ze nie tylko te 2 planują na 2027) które zapowiedzieli?
Chyba ze nie wiedzą jeszcze gdzie je umieścić
@spinacz-1 Nawet nie będę próbował zgadywać co wróci do serii, bo jednak jej nie kończą. Barrona miało nie być, potem miał być w UW, teraz wraca do grozy. Z MAGiem nie ma nudy ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Gość stworzył system, którego głównym założeniem jest "jak się nie narobić, a formę zrobić", czyli coś dla biegaczy-hobbystów, którzy chcą pocisnąć ze swoimi czasami, a nie mają 10+ godzin treningu w tygodniu. Sam autor pragnął mieć coś, co można robić regularnie, nie żyłować systemu, a jednocześnie osiągać nowe horyzonty. Fajnie to wszystko rozpisał no i od jakiegoś czasu słyszałem o tym całym NSM, że to raczej nudny system ale daje wyniki. A jak widać po zapierdalaniu po tym samym parku - "nuda" mi nie straszna
Druga część drogi Archeona do Czasu Końca w #warhammer
No cóż, można się spodziewać wizyt w ogrodach Papy Nurgla, oddawać się głaskaniu murom Roskoszy, kopnąć się w krwi championów Boga krwi i być wystrychniętym na Dudka
Bardzo dobra, ciężka, niezwykle brutalna i obrzydliwa książka
Wydawnictwo Media Rodzina przygotowuje polską edycję piątego tomu o najsłynniejszym czarodzieju. "Harry Potter i Zakon Feniksa" J.K. Rowling zaplanowano na 9 września 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 960 stron, w cenie detalicznej 109,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Na końcu labiryntu długich korytarzy znajdują się drzwi. I to właśnie one wracają do Harry’ego w koszmarnych snach. Czy to z ich powodu chłopak budzi się w nocy z krzykiem? A może chodzi o zbliżające się sumy? Nową nauczycielkę o słodkim głosie ociekającym jadem? Zgorzkniałego i wiecznie niezadowolonego domowego skrzata? Czy w końcu o rosnące zagrożenie ze strony Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?
W obliczu braku pomocy ze strony Ministerstwa Magii i bezsilności władz Hogwartu, Harry może liczyć jedynie na przyjaciół – ich siłę, lojalność i bezgraniczne poświęcenie.
Piąty tom kultowej serii z wyczekiwaną polską okładką, w twardej oprawie i z barwionymi brzegami! Wróć do Hogwartu i poznaj na nowo Harry’ego, Rona i Hermionę narysowanych kreską utalentowanej ilustratorki, Kai Bajowskiej.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
“I am a man, raised by wolves and warriors in a world of ice and fire.”
XLIX część cyklu Herezja Horusa
Leman Russ - prymarcha VI Legionu i kat Imperatora postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i samemu wymierzyć karę Horusowi, licząc, że tym sposobem uda mu się zapobiec inwazji na Terrę. Świadom, że ma niewielkie szanse w bezpośrednim starciu, udaje się na Fenrisa, aby tam z pomocą szamanów znaleźć sposób na pokonanie zbuntowanego Mistrza Wojny.
Zarys fabuły może się wydać naiwny, tym bardziej im lepiej znamy realia uniwersum i zmiany jakie w nim zaszły od początku Herezji. Jednakże Guy Haley po raz wtóry udowodnił, że potrafi napisać powieść, którą po prostu dobrze się czyta. Bardzo przyjemnie poprowadził narrację, bez przynudzania, ale też bez przesadnego komplikowania. Jego opowieść ponownie przybiera charakter mniej melodramatyczny, czy katastroficzny, a bardziej przygodowy niż u pozostałych autorów Black Library.
Przede wszystkim autor namalował znakomity portret Lemana Russa. Pokazał go jako dumnego przywódcę skrywającego bystry umysł pod pozorem nieustraszonego barbarzyńcy, jako postać niedoskonałą i bardzo ludzką. Drugą istotną postacią tej książki jest akolita Mechanicum Belisarius Cawl, którego początki mamy przyjemność poznać przy okazji wydarzeń w systemie Trisolian.
Oczywiście skoro Vlka Fenryka, to i nawiązania do mitologii nordyckiej musiały się pojawić. Russ niczym mityczny Thor u Utgarda-Lokiego staje przed niemożliwymi wyzwaniami. Co ciekawe znów udało się autorowi przemycić kilka elementów humorystycznych.
“Unfamiliar machines demanded to know who he was. He bullied them into submission.”
Istotna fabularnie i bardzo dobrze napisana część Herezji Horusa.
Pierwszy tom z serii. Po przeczytaniu/przesłuchaniu całości chyba najlepszy. Tutaj napiszę więcej a do innych tylko dodam wpisy. Cała seria charakteryzuje się masą ciekawostek z różnych dziedzin. Z wielu, naprawdę wielu dziedzin. Nie wiem czy autorzy siedzieli większość czasu nad googlem, spotykali się z ekspertami czy też sami jakąś wiedzę posiadają, ale zróżnicowanie robi wrażenie. Research zrobili przedni.
Sama historia okey, choć w serii czym dalej tym na moje gorzej. W kolejnych tomach „nieprawdopodobne” zbiegi okoliczności i inne takie.
Tak czy inaczej ta książka na 7, cała seria oceniona na 6, czyli dobrze.
Z cyklu nie bierz czytelniku ze sklepowego koszyku
Mleczna krowa medialna pod patronatem rzecz jasna niezawodnego wink New York Timesa, jeszcze raz udowadniająca bezwartościowość kolejnego masowego chłamstwa w literaturze, trzymanego ręką przychylnej statystyki. I nawet niczego nie spodziewałem się, kompletnie niczego, bom dostałem od drugiej osoby w przykrytej okładce, a że jakiś czas temu czytałem książkę o ISIS znacznie lepszą, to miałem przychylny stosunek do kolejnej rozprawiającej o Bliskim Wschodzie rzeczy. Zawiodłem się strasznie, ale przynajmniej nie była tak wielka. Aczkolwiek przedzierałem się przez nią jak podczas monsunu w dżungli.
Autor jest synem niejakiego szajchra Hasana Jusufa, imana z Ramallah i jednego z przywódców znanego chyba każdemu Hamasu, który pomimo bycia najczęściej aresztowanym człowiekiem spośród nich, to nie ma żadnej poświęconej mu strony na wikipedii. Nie dowiadujemy także, czym zajmował się ściśle w organizacji i w jakim stopniu był odpowiedzialny za akty terrorystyczne. Ot dobry religijny tatko szacowany przez wszystkich, tylko niestety akceptujący ludzi stosujących brzydkie metody walki. Jego syn, a nasz bohater zostaje aresztowany w brutalny sposób z powodu wybryku z zakupem broni. Nie przeszkadzało mu tego wpierw tego odmalować jako niesłusznego zdarzenia dla efektu. Metodą złego i dobrego gliny agenci izraelskiej służby bezpieczeństwa Szin Bet werbują go i odtąd nasz Musab rozpoczyna swój nowy rozdział życia jako Kunrado Al-Wallenrodi
Już nie pastwiąc się na stylem niczym z fanfików o Harrym Potterze z Wattpada i dialogami napisami pisanymi pod intencję niż rzeczywistość, książka jest zdecydowanie.. nie.. jest za przeproszeniem k⁎⁎wa GIGANTYCZNIE stronnicza. Sporo nawtłoczono mu do głowy i niestety nasz pan autor nigdy nie próbował zachować umiarkowanej podejrzliwości. Skutkiem takim są kwiatki typu Jaser Arafat to manipulacyjna kanalia łasa na atencję i międzynarodową kasę, współpracująca z terrorystami, bossowie OWP są skorumpowani i jeżdzą drogimi autkami, a ludność została podpuszczona przez palestyńskie władze i biedni żołnierze muszą strzelać do dzieci rzucających w nich kamieniami. Bachory powinny być w szkole, zero odpowiedzialności rodzicielskiej. Hamas prócz znanej radykalności, religijności i wybuchowości są debilami. Autor nie musi nic robić - wystarczy powiedzenie "jestem synem Hasana Jusufa" i już myk sekretne informacje, zapasy trotylowe i położenie niebezpiecznych terrorystów na półmisku Szin Betu. Kij z tym, że on LITERALNIE przyznał się wierchuszce Hamasu w więzieniu i ojcu o zmuszeniu do współpracy ze służbami oraz jeszcze dwoje osób wręcz chętnie by rozpowiedziało o tym. Sam ojciec nie musiał nawet autoryzować jego działań, bo pewnie też uwierzył, że syn Hasana Jusufa nigdy nie poszedłby na większy układ z Żydami.
Do tego wchodzi wyjebane ego ponad standard. Za sprawą "przypadkiem" spotkanego amerykańskiego turysty nawrócił się na chrześcijaństwo i sam pan Bóg z Jezuskiem czuwa nad jego misją zaprowadzenia pokoju w Palestynie. Chodzi sobie na spotkania biblijne, pracuję w amerykańskim USAID, lansuje się M16 i nikt nie wpadł na pomysł o jego podwójnej roli. Złapał stu terrorystów, agencja jak nie chcę by ktoś zginął, to przyzwala na to, gdyż jest najważniejszym agentem rozpracowującym Hamas. A tymczasem mam wrażenie moim niepełnie dobrym zdaniem, że pomimo pozytywnej roli w zniszczeniu zbrodniczej działalności muzułmańskich terrorystów jest najzwyczajniejszym w świecie kolaborantem, który po drodze sprzedał dusze, jeżeli taka w ogóle istnieje
W wiezieniach dla najgrożniejszych terrorystów osadzeni mogą liczyć na darmowe cukierki!
Wydawnictwo Vesper zapowiada dodruk. "Moja przyjaciółka opętana" Grady'ego Hendrixa ponownie w księgarniach od 14 sierpnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie liczy 432 strony, w cenie detalicznej 64,90 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Jest rok 1988. Abby i Gretchen są najlepszymi przyjaciółkami już od czwartej klasy szkoły podstawowej. Pewien wieczór, wypełniony beztroską zabawą i nocnymi nagimi kąpielami w oceanie, nie kończy się jednak tak, jak by sobie tego życzyło rozbawione towarzystwo. Gretchen ginie w ciemności nocy, gdzieś w lesie, a gdy się odnajduje – nie jest już tą samą dziewczyną, co kilka godzin wcześniej. Abby wyraźnie widzi, jak w kolejnych dniach Gretchen zamienia się w zaniedbaną, wulgarną, obcą jej osobę. Zaczynają się też dziać dziwne rzeczy za każdym razem, gdy Gretchen jest w pobliżu. Śledztwo podjęte przez Abby doprowadzi ją do zaskakujących odkryć. Zanim jednak ich historia dotrze do przerażającej kulminacji, o losie Abby i Gretchen zadecyduje jedno pytanie: Czy ich przyjaźń jest wystarczająco silna, by pokonać diabła?
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Brnięcia w krainę bezcelowości i pustosłowości ciąg dalszy, choć ostatni rozdział aż kipi od akcji i punktów widzenia, i tak jak ciągłe mnożenie się tych drugich na przestrzeni ostatnich tysięcy stron trochę mi przeszkadza, tak tutaj idealnie ukazuje to ilość osób i stronnictw zaangażowanych w konflikt.
Autentycznie nie mam nad czym się rozwodzić, co najwyżej nad jakimiś szczególikami; wszystkie postacie i ich charaktery są już właściwie ugruntowane, a eskapady albo następują natychmiastowo za pomocą Podróżowania, albo wloką się przez kilka tomów, że aż zapomina się, skąd i dokąd one wiodły. Tak więc dalej takie tam obserwacje, nic głębokiego.
Scena wzajemnej adopcji Elayne i Aviendhy została przedstawiona w dosyć sensowny sposób: cała ceremonia polegała na rytuałach, które ukazywały poszczególne cechy obu dziewczyn - dobre, złe, irytujące, uwłaczające - a jeżeli chce się kogoś wziąć za członka rodziny z własnej woli, to trzeba być z nim szczerym i go zaakceptować.
Cadsuane nie zwraca właściwie na nikogo uwagi, natrętne petentki z jakiejkolwiek przenoszącej Moc grupy traktuje jak namolne muchy i co najwyżej Sorileę darzy jako takim respektem. Tka jakieś swoje wielowarstwowe intrygi, los uważa ją za istotne ogniwo cyklu, a sama zainteresowana nie zamierza odpuszczać. Bardzo dobrze.
Mat, o zgrozo, nabawił się wobec Tylin Syndromu Sztokholmskiego, jednakże na szczęście owy epizod się tutaj skończył i mam nadzieję, że ta małpa nigdy już na karty serii nie wróci.
@Fulleks nie wiem, jak zajebiste by one musiały być, żebym stwierdził, że warto przebijać się przez kilka ostatnich. Gdyby były tylko nudne - ok, ale to są przecież grube książki.
@WujekAlien nie ma co. Tomy napisane przez Sandersona musiałyby stać na poziomie "Cienia w ukryciu" Cooka, żebym stwierdził, że warto dla nich przemęczyć się przez to badziewie. A wiem, że nie będą.
Wydawnictwo Zysk i S-ka ogłasza dodruk z Westeros. "Panowanie smoka. Ilustrowana historia dynastii Targaryenów. Tom 1" George'a R.R. Martina, Elio M. Garcii i Lindy Antonsson wróci do sprzedaży 4 sierpnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie zawiera 352 strony, w cenie detalicznej 99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
W CZASACH KIEDY KRÓLOWAŁY SMOKI…
Ten piękny wizualnie przewodnik – zawierający ponad sto pięćdziesiąt kolorowych ilustracji – stanowi znakomite wprowadzenie do historii dynastii Targaryenów, sławnej rodziny stojącej w centrum nowego serialu HBO Ród smoka, prequela Gry o tron.
Członkowie tej dynastii przez stulecia zasiadali na Żelaznym Tronie Westeros, podczas gdy ich smoki władały niebem. Historia jedynej rodziny smoczych lordów, która przetrwała Zagładę Valyrii, jest pełna politycznych intryg, zdrad oraz czynów zarówno szlachetnych, jak i podłych. Panowanie smoka opowiada pierwszą część ich dziejów, od podboju Westeros przez Aegona Targaryena aż po osławiony Taniec Smoków, krwawą wojnę domową, która omal nie położyła na dobre kresu rządom Targaryenów.
Ta wyjątkowa publikacjazawiera bardzo wiele zupełnie nowych ilustracji przedstawiających Targaryenów oraz ich smoki i może zainteresować zarówno fanów wiedzących bardzo dużo o Westeros, jak i tych, którzy po raz pierwszy spotkali się z nimi w nowym serialu HBO Ród smoka. Panowanie smoka jest najlepszym przewodnikiem dla wszystkich, którzy pragną dowiedzieć się więcej o najpotężniejszej rodzinie Siedmiu Królestw.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Bardzo spoko historia, taka książka do czytania na luzie (ten autor tak ma) - szybka, łatwa i przyjemna. Jakby jakiś streaming kiedyś chciał z tego zrobić film, to by pewnie się udało. Dla fanów intryg i szpiegowstwa, ale nie tylko. Niektóre sceny mocno z jajem. Dostałaby więcej, gdyby to jakoś się bardziej rozciągnęło na większą ilość stron.
I tak, koty stanowią ważny element opowieści. Nie są jakoś mocno eksponowane, ale coś tam jest