Zanim zabrałem się za seans nietypowo dla siebie przejrzałem opinie bo Fincher mial juz konkretne wtopy i zostałem z nastawieniem nie warto. A jednak postanowiłem sprawdzić samemu.
I wiecie co? Po raz już nie wiadomo, który musiałem sam się przekonać, że opinie w Internecie są gówno warte.
Co jeszcze dziwniejsze w tym wypadku moja ocena jest podobna do ocen krytyków, których użytkownicy filmwebu jadą za to po całości.
Nie słusznie.
Ten film juz na poziomie czołówki (jak zawsze swietnej u Finchera) pokazuje jaki ma zamiar być i ani przez moment nie schodzi z obranego kursu.
Scenariusz nie jest zbyt odkrywczy, a mimo to jest w nim ta doza wyjątkowości tak znana z filmów finchera.
Aktorsko jest bardzo dobrze, a momentami wybitnie.
Myzyki Reznora nie trzeba reklamować.
Za to udźwiękowienie to czysta poezja. Bardzo polecam oglądać w słuchawkach.
Ktoś gdzieś tam ladnie zauważył, że to hołd dla gry Hitman, bez hitmana i tu pełna zgoda.
Ten film to relacja ze sposobu życia płatnego zabójcy i jeśli tak odbieramy film to rezyser w pełni nas satysfakcjonuje.
Największym zarzutem wobec tego obrazu jest wg odbiorców nuda.
Dla mnie ten film jest na poziomie świetnie przyjętego kiedys Azylu.
Widocznie przebodźcowanej tiktokiem widowni niespeszne stonowane kino juz nie dostarcza wystarczającej dawki dopaminy.
Ja tam siedziałem caly seans z bananem na ryju.
Warto zwrócić uwagę na zmianę pracy kamery po prologu. Takie drobnostki jak dla mnie świadczą o geniuszu rezysera.
Ja tam bardzk polecam, ale co ja tam wiem.
p.s. ocena z 7 na 8 wyskoczyła przez scene walki wręcz. J⁎⁎⁎na poezja kina.
p.s.2 tytuł na plakacie jak widać sam Biauek z wypoku cenzurował.
@Hjuman Fajny film, ale przez to, że dość często leci w tv, ojciec katował nim całą rodzinę, co sprawiło, że główny urząd kontroli prasy, publikacji i widowisk (w postaci matki) wpisał ,,na skaju jurta" na czarną listę i jest kategoryczny zakaz włączania go xd
Mam problem ze sprzedaniem tego filmu, bo nie jest on idealny i jest zrobiony pod młodszego widza, a jednak myślę, że to film, który powinien zobaczyć każdy. Akcja zaczyna się tam gdzie pierwsza część: Nezha i smoczy książę Ao Bing przetrwali niebiańską karę, ale zostały z nich same dusze. Mistrz Taiyi próbuje odbudować im ciała z lotosu, ale w wyniku niepowodzenia, muszą dzielić jedno ciało. Smoki, demony i bogowie, spiski i tak dalej. Reżyser Jiaozi sięga do swojej kultury, wybiera z niej to i owo, tworzy przesiąkniętą nostalgią bajkę dla następnego pokolenia. A po drugiej stronie ekranu jestem ja, osoba, która widzi ten proces i jest zachwycona. Chociaż jestem też lekko stronnicza, ale mniejsza.
Islamscy terroryści planują zamach podczas meczu futbolu amerykańskiego.
Całkiem dobry film trzymający w napięciu, choć Robertowi bardziej do twarzy w mundurze Wermachtu (Bitwa o Ardeny) . Co do zgodności z książka to profanacja po całości.
1017 + 1 = 1018
Tytuł: Absolwent
Rok produkcji: 1967
Kategoria: Dramat / Komedia
Reżyseria: Mike Nichols
Czas trwania: 1h 45 min
Ocena: 8/10
Pierwszy wpis na tagu, więc nie ukrywam lekki stresik jest
Zdziwiłem się przeglądając repertuar lokalnego kina jak zobaczyłem tam film z 67 roku.
Opis brzmiał bardzo zachęcająco, lubię takich bohaterów jakim jest Ben w tym filmie. Zagubiony, brak mu pewności siebie, nie wie czego chce od życia. Nękany przez rodziców co w końcu zamierza ze sobą zrobić wpada w ramiona pewnej atrakcyjnej mężatki i dalej to już idzie, wpadł chłop po szyję.
Film mi się bardzo podobał, gra aktorska (na ile umiem ocenić) była na bardzo wysokim poziomie, głowne postaci Bena i Mrs Robbinson #ladnapani ani bardzo przekonywujące.
Podobały mi się dialogi, zabawnie napisane i nie wywołujące efektu sztuczności, bohaterowie rozmawiali jak ludzie. IMO trochę na minus, bo nie rozwinęli wątku Pani Robbinson czemu w ogóle wciągnęła Bena w ten romans, była krótka scenka w łóżku, ale do końca nie zrozumiałem jej motywacji, przez co to w jaki sposób później traktowała Bena było trochę dziwne.
Zakończenie mnie zaskoczyło, nie spodziewałem się takiego obrotu spraw.
Cieszę się, że poszedłem na ten film do kina, to był fajnie spędzony wieczór.
@Solar muzyka z filmu bardzo tak, ale w zasadzie to tyle. Gra aktorska straszna. Dustin aktorem wielkim się stał ale nie w tym filmie. Wątek z panią Robinson strasznie kwadratowy. Sama historia miała być ważna i wzniosła a wyszła trochę parodia. Jak dla mnie 4/10 ale tylko z względu na muzykę
Kolejna przygoda z twórczością pani Ulrike Ottinger. To już czwarty film jej, który obejrzałam i dalej jest cudownie pojebanie.
Nie ma tu gatunku arthouse, zresztą nawet nie wiem jak określić ten film, więc wybrałam "przygodowy".
Na początku przygody trzeba zebrać drużynę. Tajemniczy komunikat dociera do wielu kobiet - o porzuceniu dotychczasowego życia i przyłączenia się do pirackiego statku kobiet, gdzie czeka złoto, miłość i przygoda. Tak więc obserwujemy szereg kobiet, które otrzymują ten komunikat i postanawiają przyłączyć się do Madame X.
Nie wszystko jednak jest zgodne z obietnicą, bowiem szefowa - tytułowa Madame X - jest autorytatywna, zapatrzona w siebie, zazdrosna i wymaga posłuszeństwa od załogi. Jednak kobietom to nie przeszkadza, przyzwyczajone do tego w poprzednim życiu wydają się bardziej skłonne podporządkować kobiecie rzucającej pustymi obietnicami, niż kolejnemu mężczyźnie.
Film jest campowy, arthousowy i jak to bywa w przypadku filmów fabularnych pani Ottinger niezmiernie śmieszny. No przynajmniej mnie śmieszyło tam bardzo wiele rzeczy - sama realizacja nie pomaga zachować powagi.
W roli Madame X Tabea Blumenschein - muza pani reżyser, zresztą pojawia się w wielu filmach reżyserki, grała też główną rolę w "Portrecie pijaczki" - też tam grała postać jakieś Madame, ale już bez "iksa".
Co ciekawe, sama Ottinger dostała po karku za ten film od ówczesnych feministek, bo owy obraz uwydatnia to, że patriarchalne zachowania są kopiowane przez kobiety. Reżyserka skwitowała ową krytykę tym, że to jakieś skrajne przedstawicieli, bo sama zawsze uważała się za feministkę i twórczynię feministyczną.
To ten film wybił niemiecką reżyserkę i dał jej uznanie na całym świecie - powiedzmy sobie szczerze, raczej pośród takich filmowych wariatów jak ja, a nie zwykły widzów.
Wątpię by zwykły widz dał radę obejrzeć takie filmy, które kręciła Ottiner. To czysta, feministyczna jazda, bawiąca się mitami i campowością niczym swego czasu Jarman (tylko oczywiście na swój sposób).
Absurdalne wątki, wklejone niechlujnie i niesynchronicznie dźwięki, dziwaczne stroje - to nie tylko znak tego filmu - jego realizacja przypomina zabawę studenciaka pierwszego roku, który chce się bawić konwencją.
Tyle, że Ottinger nie bawi się konwencją, tylko tworzy swój nowy, własny świat, gdzie reguły gatunków nie docierają. Dzięki temu dowolność realizacji i fabuły rozszerza się niczym kleks na kartce papieru.
Jestem fanką, kocham takie powalone kino, i na pewno duży wpływ na to ma niezwykłe poczucie humoru reżyserki - nie przypominam sobie kiedy ostatni raz poryczałam się ze śmiechu czy nie mogłam przestać się śmiać. Żadna klasyczna komedia nie wywołała we mnie takich salw śmiechu.
Na pewno obejrzę kolejne tytuły tej pani. Zabawo trwaj!
Jeśli dobrze pamiętam widziałam ten film raz wcześniej (jeśli był jakiś rewatch po drodze to pamięć mi to wypłukała), 10 lat temu na festiwalu.
Pamiętam, że bardzo mi się podobał, coś 8/10.
Dziś, po powtórnym seansie jestem zobligowana podwyższyć ocenę. Ten film oglądało mi się o niebo lepiej niż po raz pierwszy, może dlatego, że rozwiązania fabularne były znane, więc mogłam się skoncentrować na innych rzeczach.
To drugi taki melodramat Haynesa, który bezczelnie kopiuje styl Douglasa Sirka - stylowego twórcy melodramatów z lat 50. To znaczy bezczelnie kopiuje to na wyrost, ale chciałam podkręcić jak mocno "Carol" jest melodramatem.
Melodramat często kojarzy się z czymś przesadzonym, kinem emocjonalnym, gdzie miłość bardziej przypomina morderczy bieg przez płotki niż romantyczny spacer jesiennym parkiem.
Tu też mamy bieg przez płotki: to w sumie miłość od pierwszego spojrzenia - młodej ambitnej Therese i starszej Carol, która jest na granicy rozwodu. Akcja dzieje się w latach 50., więc niezbyt fajowe czasy by odkrywać uroki swojej orientacji. Obie wydają się mieć głęboko w poważaniu środowisko dookoła, problemy i inne rzeczy, jeśli mogą tylko z sobą przebywać.
Oczywiście życie pozostawione szybko zacznie się upominać o swoje, szczególnie w kontekście Carol, której mąż wciąż nie może przeboleć rozstania. Dramatyczne losy postawią przyszłość związku dwóch w kobiet w dużej niepewności.
Czym więc objawia się owy melodramatyzm? Na przykład powtórzoną gadką Carol, że Therese spadła jej z nieba, została zesłana, niczym nadzieja na pogrążonego w nienawistnej rzeczywistości człowieka.
Co do ujęć, to korzystano z wyświechtanych symboli melodramatycznych - przeciągłe spojrzenia, zbliżenia przez szybę (np. w podróży autem) lub lustro, dużo znaczących zbliżeń, które zostawiają dla widza tropy niczym w wykwintnym kryminale (np. rękawiczki zostawione w sklepie).
Najciekawsze jest to, że to wszystko działa i przywraca melodramatowi jako gatunkowi szacunek. Przynajmniej mi, bo dla mnie melodramaty zawsze wydawały się takie na wyrost. Tutaj jednak Haynes pięknie unika ckliwości, chociaż często w nią bezpośrednio celuje, a dzięki aktorskim wyżynom Blanchet i Mara możemy obserwować rodzącą się miłość zarówno ze skandynawską obojętnością, czekając na pierwszy upadek w tym biegu z przeszkodami, albo z drżeniem serca, czując ogromne uczucie, które przyciąga główne bohaterki i nie chce za nic odpuścić.
W "Daleko od nieba" Haynes dotarł w swoim kopiowaniu klisz melodramatycznych do samego końca, bo często regułą melodramatu jest także tragiczny koniec, no - tragiczny powiedzmy w takim sensie, że jest dosłownie "daleko od happy endu (nieba)".
W "Carol" jednak nieco nagina reguły i tutaj miłość wygra to nierówne starcie. A mimo to i tak końcówka dalej wpisuje się w reguły gatunku - reżyser przez cały film trzyma w ryzach gatunkowość.
Czasami się jednak zastanawiałam na ile to robota aktorek, które potrafiły tak zagrać, by spuścić naleciałości melodramatu a zostawić sam środek, wokół można zbudować na wpół nieszczęśliwą relację.
Kostiumy, muzyka, zdjęcia, montaż wtórują ręce reżysera we współudziale aktorów.
Trochę szkoda, że Haynes porzucił drogę "melodramatyzowania", jego kolejne filmy są zaledwie poprawne, ale nie bawią już tak realizacją i wczutką i jak się okazało w "December" tutaj akurat dwójka aktorek nie podołała podniesieniu jakości filmu (Natalie Portman i Julianne Moore - która przecież była znakomita w "Daleko od nieba").
Mimo wszystko nie jestem pewna, czy "Carol" kiedykolwiek zachęci mnie do nadrobienia filmografii Sirka - co innego jest jednak gdy twórca podpiera się specjalnie gatunkiem, a co innego gdy ktoś po prostu kręci w takim stylu.
@gwf-hegel-fangirl Nie każdemu musi się podobać, nie ma co mieć wyrzutów. Jeśli oglądałaś kilka lat temu, to możesz spróbować sobie odświeżyć i podejść ponownie - polecam szukać detali, skoro fabuła już znana - mi dzięki temu szukaniu detali chemia pomiędzy bohaterkami podskoczyła masakrycznie w stosunku do pierwszego seansu np. A wcale nie oglądałam ponownie pod względem emocjonalnym, tylko technicznym.
Nie jest to niestety poziom poprzedniego z serii "Martwe zło: Przebudzenie".
Podobnie jak w Przebudzeniu mamy tutaj rodzinkę, która po śmierci syna, brata i męża, próbuje ogarnąć się w żałobie. W tym przeszkodzą demony systematycznie opętujące po kolei każdego.
Gore się sprawdza, aktorsko też nie jest źle, ale te rodzinne konflikty wyostrzone przez ostry język demonów nie miał takiej siły rażenia co "Przebudzenie". Tam działała klaustrofobiczna atmosfera, no i jednak wszystkie postacie wpadające w łapy demonów były sympatyczne, znaczy do polubienia.
Tu jest ciężej, prawie każdy z rodziny ma jakąś niefajną przywarę, może tylko Alice (żona zmarłego) jest "likeable".
Ale i tak bawiłam się wyśmienicie - demony są wredne, krew się leje, sposoby zabijania odkrywamy przeróżne (nie dla wrażliwych widzów, ale chyba przy tej serii to wiadomo).
Ot, solidny horror. Ale niestety, nic poza tym, aż sprawdziłam i "Przebudzenie" dostało ode mnie 8/10. Tu spadek o dwa punkty.
@Mahjong Miałem podobne odczucia, szczególnie wątek sztyletu wypadł słabo. Natomiast wciąż jest to przyzwoita pozycja i jak każde Martwe Zło warta obejrzenia.
@Mahjong Akurat dopiero co obejrzałam. Zdecydowanie nie mój typ kina. Naprawdę nie jestem wybredna, ale lubię, jak horror ma jakąś fabułę. Tutaj mamy jakąś szczątkową historyjkę na początku, a później to już właściwie tylko bohaterowie uciekający i zabijani przez demony. Dużo lepiej by to wyszło, gdyby chociażby historia dziadka objaśniała się stopniowo w trakcie całego filmu, a nie, że dowiadujemy się wszystkiego dosłownie w pierwszej scenie.
Pamiętam, że film z 1973 zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale ta nowsza wersja umknęła mi i dopiero niedawno ją nadrobiłam.
Niestety, aktorsko to zaledwie poziom solidny, ale ciężko konkurować przecież z aktorskimi pokazami Steve'a McQueena i Dustina Hoffmana. Tutaj Papiego gra Charlie Hunnam, a Degę Rami Malek.
Mimo wszystko dobrze się oglądało, co prawda chyba moc rażenia była silniejsza w starszej adaptacji, ale ową nowsza ekranizację wspomnień Herniego "Papilona" ogląda się całkiem dobrze.
Sama historia? Ucieczka z kolonii karnej, gdzie życie to gehenna, lub raczej piekło, chociaż złapanie na ucieczce wrzuca więźniów w jeszcze gorsze koszmary. Henri, niesłusznie skazany za morderstwo, chce uciec stamtąd za wszelką cenę. Szansy upatruje w Loisie Dega, który ma forsę potrzebną na ucieczkę, ale warunki fizyczne i inne rzeczy raczej nie wróżą mu długiego życia w kolonii. Henri postanawia mu pomóc w przeżyciu, w zamian chce forsy.
Z czasem mężczyźni mocno zaprzyjaźniają się, i postanawiają razem uciec z kolonii.
W postapokaliptycznym świecie cyborgi są wampirami - muszą przyjmować krew, by żyć wiecznie. Są też złymi bandytami, którzy chcą podbić cały świat i wyssać z niego krew.
W tej beznadziei jest jednak jeden bohater, a raczej bohaterka - Nea, która spotyka na swojej drodze zwykłego cyborga, który jest zaprogramowany by bić się z tymi złymi. Nea dostaje porządny trening od niego i z czasem jego gotowa by stanąć w szranki z bandytami.
Niesamowicie wszedł mi ten film - fajne waleczki, bohaterka "piorunująca" #pdk, świat postapo i Lance Henriksen jako największy złol.
Niby to miał być kolejny gniot VHS, a okazał się całkiem sprawnym i wciągającym obrazem.
„Czarna Wdowa” to niestety dość kiepski film. Fabuła jest przewidywalna, akcja momentami przesadzona, a całość zwyczajnie się dłuży. Mimo dobrej obsady i kilku zabawnych scen film nie wykorzystuje swojego potencjału. 4/10.
Dwójka mało popularnych kumpli stara się zorganizować alkohol na ostatnią wielką imprezę po ukończeniu liceum.
Jakoś nie jestem fanem komedii Setha i ferajny, nigdy do mnie ten humor specjalnie nie trafiał. Ten film ogląda się akurat ok, można się kilka razy uśmiechnąć, ale do wybuchu śmiechu się nigdy nie zbliżyłem. Początek jest nawet spoko, ale gdzieś po pół godzinie straciłem zainteresowanie tym, co się dzieje na ekranie. Rozumiem czemu ten film zdobył status kultowej komedii w USA - bo większość uczniaków musiała się zmagać z misją zdobywania alkoholu na imprezy, niektórzy mogli czuć się wyrzutkami, duża część pewnie miała jakieś przygody związane z pierwszymi miłościami i nieudanymi podbojami seksualnymi. Dla mnie jednak ten klimat amerykańskiego liceum jest dość odległy, więc trochę mi latało co się tam dzieje. Polecam raczej młodszym widzom (sorry staruszki).
Roboty napierdzielają się z potworami. Zapraszam na #piechuroglada
---------
Tytuł: Pacific Rim
Rok produkcji: 2013
Reżyseria: Guillermo del Toro
Kategoria: #scifi #akcja
Czas trwania: 131 min
Moja ocena: 7/10
Ludzkość musi bronić się przed potworami wyłaniającymi się z głębin oceanu. Do tego celu używa ogromnych, sterowanych przez ludzi robotów.
Oglądam ten film już któryś raz i chyba za każdym razem podoba mi się trochę bardziej. Dalej uważam, że aktorstwo leży i kwiczy, główny bohater i styl w jakim prowadzi narrację jest boleśnie bezpłciowy, fabuła jest durna, a wszystkie sekwencje wypełniające czas pomiędzy kolejnymi starciami mechów i kaiju wywołują uczucie zażenowania. Ale, na rany koguta, te potyczki! Moim skromnym zdaniem do tej pory jeszcze żaden film nie był w stanie oddać w podobny sposób skali takiego pojedynku oraz sprawić by widz poczuł, jak ogromne muszą być mechy i potwory, jaka niesamowitą moc kryje się za każdym ciosem. Walka w Hongkongu to uczta dla zmysłów, mój wewnętrzny chłopczyk tupał nogami z podekscytowania. Zmarnowany potencjał widzę właściwie w tym, że del Toro mógł jeszcze bardziej pójść w klimat anime, zarówno przy prowadzeniu aktorów jak i kamery, no ale nie można mieć wszystkiego. Polecam na seans dla dużych dzieci.
@Piechur czyli to takie coś jak Maszyna do zabijania. Lubię sobie czasem włączyć taki film na odmóżdżenie. A zawsze przechodziłem obok niego obojętnie. Może w weekend sobie włączę