Nie wiem na ile to dokładnie przedstawione wydarzenia, ale mi się podobał. Szczególnie rola psychiatry, który daje się Göringowi prowadzić jak na sznurku, ale mimo wszystko jego notatki pozwolą staranować misterną obronę nazistowskiego wiceszefa.
Fajna role Crowe w roli Göringa, świetna rola Maleka jako doktora. Drugi psychiatra uważał procesowanych za psychopatów, natomiast Kelley (grany przez Maleka) uważał, że to wytwór ludzki swoich czasów - że to zwykli ludzie, którzy poprzez warunki, środowisko dokonywali tego typu zbrodni.
Ta diagnoza oczywiście pomogła postawić zbrodniarzy przed norymberskim sądem, bowiem byli poczytalni, ale burzyła ludzkie wyobrażenie zła, jako czegoś innego, wyjątkowego.
Jest tam parę rzeczy, które mi nie grały, ale ostatecznie to fajny, wciągający dramat historyczny.
Co się stanie gdy drag queens będą musiały zmierzyć się ze śmiertelnym zagrożeniem w postaci zombie?
Dre organizuje show w swojej knajpie. Liczy na największą dragową gwiazdę Yasmine (w tej roli Elektra z Pose, czyli Dominique Jackson). Może z pomocą przyjdzie Sam, który zarzucił karierę drag na rzecz bycia pielęgniarzem? Na pewno na stosie piętrzących problemów priorytetem stanie się plaga nieumarłych. Nasi bohaterowie zamykają się w knajpie by ratować się przed zombiakami. Tymczasem wciąż do lokalu nie dotarła żona Dre. Towarzyszy im jej brat (żony Dre), taki trochę prawacki Amerykanin, który z niechęcią pomaga "przebierańcom", ale ostatecznie wszyscy razem wesołą zgrają dadzą czadu.
Dziwią mnie niskie oceny, ale z drugiej strony nie każdy lubi drag queens, powiedzmy hm, z różnych powodów.
Nie wiem, ja w każdym razie bawiłam się wybitnie dobrze. Sporo śmiechu, kolory, makijaże, tańce, humor, no i Elektra w roli Yasmine! już w Pose ją uwielbiałam.
Wielowątkowa story, w jednym stycznym punkcie wiążą się losy postaci przedstawionych i w filmie oglądamy ich historie z ich perspektywy.
Mamy Octavio, narwanego nastolatka, który mieszka z matką i bratem i jego żoną. Postanawia uciec ze szwagierką w poszukiwaniu lepszego życia, ale do tego trzeba forsy. Wystawia więc w walkach psów swojego zwierzaka.
W drugiej historii facet w kryzysie wieku średniej, porzuca rodzinę i zamieszkuje z nową kochanicą, piękną modelką na topie, która ma swojego małego ukochanego pieska. Ta jednak traci zdrowie w wypadku i nagle ich życie w nowym mieszkaniu zmienia się diametralne, zamienia się w lekki koszmar.
Trzecim bohaterem jest bezdomny, który okazuje się być człowiekiem z przeszłością, dziś zarabia jako najemnik do zabijania. Na co dzień opiekuje się grupką bezdomnych psów. Stary zaczyna tęsknić za swoją córką.
Czyli ludzkie dążenia do szczęścia + psy, jako miernik ich losu.
Taki to Iñárritu zanim zaczął kręcić filmy w Stanach. Tym filmem właśnie wypłynął na szerokie wody, gdzie znów nakręcił wielowątkowe historię jak "21 gramów" czy "Babel".
Dla mnie Amores perros jest zbyt nierówny, choć czuję, że o to chodziło, w każdym razie każda historia angażuje, a to najważniejsze.
Kolejny turniej, tym razem w uniwersum Mortal Kombat.
Dużo walczą, potem jeszcze trochę walczą i na koniec też walczą.
Po seansie Deathstalkera 4, gdzie choreografia walk stała na żenująco niskim poziomie, takie waleczki jak w tym nowym hicie wpadły idealnie. Tak się robi fajty w filmach!
Miła, prosta rozrywka, podszyta humorem, Najładniejsze ze wszystkiego w tym filmie były... suprise! suprise! - walki!
+1. Scenariusz pisany tak leniwie, że wychodzi parodia gatunku, Karl Urban gra jakby miał zatwardzenie przez cały film, ale za to walki są fenomenalne :D
10/10 w skali Mortal Kombatów
W tej części Stoker, ruchacz księżniczek, ruchacz wieśniaczek, posiadacz potężnego miecza, turniejowy mistrz, chojrak i łobuz, najemnik, wojownik, pogromca złoli musi odzyskać swój miecz, bo nieopacznie zamienił się na oręż z kumplem. Rusza jego tropem, spotyka siostry, jedna ginie, z pozostałą rusza na turniej (a jakżeby inaczej?). Tam jest tym razem złolka, która dziwnym trafem zawsze upija turniejowych śmiałków i potem oni znikają.
Stoker oczywiście więc będzie musiał odgadnąć co tam się odpiernicza, w tym czasie okazuje się oczywiście, że baba jest księżniczką i chce odzyskać swój zamek przejęty przez złolkę.
Choreografia walk na wielki minus, w slow motion chyba machali tymi mieczami. W roli Stoker wraca aktor z pierwszej części - i to zapewne zaburza mocno komediowy wymiar serii - jakiś Rick Hill jest dla mnie zbyt sztywniacki i toporny. Miał rosnąć poziom w miarę kolejnych części ale tutaj wszystko raczej padło na pysk.
To już ostatnia część. To znaczy jest jeszcze jakaś z 2025, ale to zapewne remake.
Tytuł: Demon of Steel: Battle of the Great Demon Beasts
Rok produkcji: 1987
Kategoria: Anime
Reżyseria: Toshiki Hirano
Czas trwania: 56min
Ocena: 6/10
W roku 1999, zespół naukowców z ONZ, próbując wykorzystać nowe źródło energii na bezludnej wyspie Sansara, w nieznany sposób otwiera portal do innego wszechświata, uwalniając uśpione istoty biomechaniczne. Trzy lata później, Takuya Goroza wraca na wyspę Sansara na skutek tajemniczej prośby kolegi z college'u, Haruki Alforda. Nie wie, że jego stary przyjaciel nie jest tym, czym się wydaje
#filmy #kino #wtf #narkotykizawszespoko Jak tylko skończę oglądać seans filmu Moonfall muszę niezwłocznie dowiedzieć się kto napisał scenariusz oraz kto reżyserował to dzieło bo ci dwaj ewidentnie mają dostęp do najlepszego towaru na świecie. Przy okazji chciałbym wyrazić ogromny podziw dla komputera Amiga na którym wyrenderowane zostały efekty specjalne.
Taki film, że nie jest ani dobry, ani zły. Jest mocno niekompetetny pod niektórymi względami i mocno poruszający pod innymi. Jak ktoś ma ochotę na ducha szukającego zemsty to można obejrzeć.
Kiedyś usłyszałem o historii Stanisława Pietrowa, który prawdopodobnie uratował świat przed wojną jądrową. Był w sali kontrolnej, gdy czujniki wykryły wystrzelenie najpierw jednej rakiety balistycznej z głowicą jądrową, a po chwili kolejnych czterech. W krótkim czasie musiał zdecydować, czy uznać alarm za fałszywy czy poinformować o nim przełożonych. Poinformowanie przełożonych być może doprowadziłoby do odpowiedzi ZSRR, czyli także wystrzelenia rakiet. Na szczęście nigdy nie przekonaliśmy się o tym, ponieważ Pietrow postanowił przekazać, że to fałszywy alarm. Miał rację.
Na jego decyzję wpłynęły różne czynniki. Chociażby liczba wystrzelonych rakiet - które państwo rozpoczęłoby wojnę wystrzeleniem zaledwie pięciu? Pociski powinny lecieć setkami, jeśli nie tysiącami. Jak o tym myślę, to wydaje się być to idealnym podstępem, jednak Pietrow był innego zdania. Co więcej złamał procedury i, jak sam przyznał, gdyby myślał jak komputer, podjąłby inną decyzję.
No właśnie - co zrobiłby w tej sytuacji komputer? Tego się na szczęście również nie dowiemy, ale próba odpowiedzi na podobne pytanie została podjęta.
W filmie „Colossus: The Forbin Project” bezpieczeństwo narodu amerykańskiego zostało powierzone komputerowi, który ma podejmować decyzje wyłącznie na podstawie zebranych danych. Prezydent Stanów Zjednoczonych podkreślił, że maszyna nie kieruje się emocjami, uprzedzeniami czy dumą. Wydawałoby się więc, że to idealny system obronny dbający o dobro obywateli.
Szkopuł w tym, że ludzie i maszyny inaczej postrzegają „dobro obywateli”. I na braku zrozumienia oraz ludzkim lęku opiera się ten film.
Colossus odkrył istnienie analogicznego systemu obronnego na terenie ZSRR i poprosił o pozwolenie na skomunikowanie się z nim. Gdy po jakimś czasie połączenie zostało zerwane, wymusił jego przywrócenie. W jaki sposób skłonił ludzi do współpracy? Groźbą oczywiście - wysłaną rakietą. Nic dziwnego, że ludzkość przestraszyła się Colossusa, zdolnego do siłowego wymuszenia posłuszeństwa.
Tylko że maszyna, stworzona do zapobiegania wojnom, nie przejmuje kontroli nad Ziemią z osobistych pobudek. Robi tylko to, do czego została zaprogramowana, a że wymaga to ograniczenia wolności ludzi... cóż, mówi się, że cel uświęca środki.
Nie jest to zatem klasyczna opowieść o sztucznej inteligencji, która postanawia zniszczyć ludzkość. Wręcz przeciwnie. Colossus „chce” dobrze dla ludzi dążących do samozniszczenia i żeby temu zapobiec, musi pozbawić ich własnej woli. Niezrozumienie tego przez ludzi prowadzi do podjęcia próby sabotażu. Co ciekawe, Colossus pozwolił im na to tylko po to, żeby w ostatniej chwili udaremnić plan i w ten sposób pokazać, że opór jest bezcelowy.
Pietrow uratował świat dlatego, że nie myślał jak maszyna. Colossus doszedł do wniosku, że właśnie dlatego ludzie nie powinni decydować o własnym losie. Trudno powiedzieć, który z nich lepiej rozumiał ludzkość.
Fred [Henry Kendall] i Emily Hill [Joan Barry] prowadzą nudne, monotonne życie w Londynie. Otrzymują dużą ilośc pieniędzy w spadku po bogatym krewnym. Teraz mogą spełnić swe marzenia! Wyruszają w rejs, zachowując się jak rasowi bogacze... lecz jest to poczatkiem ich końca. Majątek tak zamydli im oczy, że wkrótce zapomną o sobie - o łączącej ich miłości.
Wiedzieliście na przykład, że w Iranie można legalnie przejść tranzycję płci? Tak, islam dopuszcza pewne przypadki - oczywiście życie takich ludzi tam to koszmar, ale sama możliwość jest. Ja w każdym razie nie wiedziałam.
Między marzeniem i nadzieją może zdarzyć się wiele rzeczy. Na przykład taka, że sprawia, iż realizacja płynie. Relacja, obserwacja z punktu widzenia zakochanej partnerki Azad, która szuka swojego ukochanego, który zaginął nagle, próbując uzyskać zgodę ojca na zmianę płci. Iran.
Hańba rodziny, z której nie mogą się otrząsnąć mężczyźni, to oni uprowadzają córkę, a ta partnerka go szuka.
Film trochę skręca gatunkowo, co nadaje mu fajnego, ostrzejszego rysu. Nie czułam jakieś super chemii między Azadem a jego partnerką, ale sam fakt, jak dziewczyna była uparta i lojalna to sztos - nie bała się wpaść w sam środek tego Iranu na obrzeżach, gdzie baba to przedmiot i starać się uratować swojego ukochanego.
Film mimo wszystko wydaje się trochę wybrakowany, ale dobrze się oglądało. Są różne smaczki, typu gdy na początku Azad dowiaduje się, że jednak uzyskanie zgody na tranzycję nie jest takie proste i narzeka na to przed urzędnikami oni kwitują to "płacze jak baba, a chce być facetem" - czy coś w tym stylu.
To był mój ostatni film festiwalu!
Od teraz będę wrzucać na bieżąco już Dziękuję za cierpliwość!
Islam w Iranie bo tamtejsze rządzące turbany takie fatwy dali, większości muzułmanów to nie dotyczy. Jeszcze jakiś czas temu Iran był drugim po Tajlandii krajem z największą liczbą takich ludzi.
Młoda para z Delhi. Gdy popadają w finansowe tarapaty... No niestety brak chemii, ciężko polubić bohaterów. Snuje się to i nie wciąga. W tle podobne problemy rówieśników głównej pary.