W obliczu rosnących napięć między Europą a Stanami Zjednoczonymi w kontekście NATO i Ukrainy, pojawił się mit o rzekomym “wyłączniku awaryjnym” w samolotach F-35, który miałby umożliwiać Pentagonowi zdalne unieruchomienie tych maszyn używanych przez sojuszników. Pomimo że oficjalne źródła, w tym przedstawiciele Belgii i Szwajcarii, zaprzeczają istnieniu takiego mechanizmu, fakt, że F-35 to zaawansowany system oparty na oprogramowaniu, zależny od systemów takich jak ALIS i ODIN, rodzi pytania o potencjalny wpływ USA na operacje sojusznicze.
W rzeczywistości, choć nie ma dowodów na istnienie “wyłącznika awaryjnego”, zależność od amerykańskiego wsparcia technicznego, aktualizacji oprogramowania i części zamiennych może wpływać na suwerenność operacyjną krajów użytkujących F-35. To skłania do refleksji nad potrzebą dywersyfikacji źródeł uzbrojenia i uniezależnienia się od pojedynczego dostawcy.
Nikt nigdy tego oficjalnie nie potwierdzi, nieoficjalnie wszyscy o tym wiedzą. I nie dotyczy to tylko F-35 oraz tylko amerykańskiego sprzętu.
Dwie inne, ale podobne bajki
1) Nawet jeśli wujek Sam czy Adolf Musk nie zdecydują się na odpalenie full kill switcha, to mają wiele różnych możliwości zdalnej degradacji możliwości sprzętu wojskowego.
2) Amerykański pocisk nigdy nie trafi w amerykański myśliwiec. Teoretycznie nie miało to znaczenia, ale skoro teraz pojawił się temat inwazji na Grenlandię, to…
@nyszom f35 jest samolotem wielozadaniowym, a f22 jest stricte myśliwcem do walki powietrznej i jest bardziej elitarny w tym sensie, że USA nie sprzedaje go nikomu, nawet najbliższym sojusznikom. Tylko tu nie chodzi o to, że f22 jest "lepszy" od f35, tylko po prostu służy do czego innego. Doktryna wojenna USA polega na przewadze w powietrzu, więc najnowszy samolot do likwidowania innych samolotów zostawiają dla siebie.
Z F22 jest taki problem, że wyprodukowano ich bodajże tylko 187 i zamknięto linie produkcyjne w 2011 czy 2012 roku ze względu na wysoką cenę. USA postanowiło postawić na F35 i samoloty nowej generacji.