Po latach przerwy wróciłam do przygód profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej. Powrotem tym zdecydowanie rozczarowana nie jestem.
Profesorowa Ignacowa pomaga krakowskiemu wymiarowi sprawiedliwości w rozwiązaniu kolejnej sprawy - zabójstwa jej własnej służącej. I to pomaga dwukrotnie!
Rewelacyjna fabuła, pokręcone zakończenie. Magia Krakowa za czasów panowania Austro-Węgier w doskonale odmalowanych barwach i obyczajowości.
O ile poprzedni tom dotykał pośrednio porabacyjnych losów szlachty i służby, o tyle w tym zanurzamy się w świat lupanarów i handlu żywym towarem.
I gdyby nie ta nieszczęsna Silberbergówna, byłoby 9/10. Silberberżanka, na Boga, Panowie Marylowie!
Idealne zakończenie z lekka już tasiemcowatej serii komedio-kryminałów. Definitywne, autor tutaj serio nie ma do czego wracać. Żegna się z bohaterem i czytelnikami serii.
A same przygody Jacka Przypadka? Z zagadkami skromnie, bo całe dwie, ale za to profesorskie. Mało o ulubionych postaciach drugoplanowych, ale ich losy wyczerpały poprzednie tomy i tu się nie ma o co czepiać. Wątek głównego antagonisty i szwarcharaktera wybija się tu pierwszoplanowo, chociaż mocno enigmatycznie. Rozwiązanie karkołomne i brawurowe, jednak do przyjęcia w ramach dotychczasowej narracji.
Tom i całą serię mogę polecić, jeśli ktoś szuka wciagającego czytadła na nieco dłużej.
W tej książce ruszamy wraz z Mateuszem Mazzinim - polskim reporterem o ciekawych włoskich korzeniach - w podróż przez Włochy, w trakcie której rozmawiając z przeciętnymi mieszkańcami Włoch oraz robiąc analizy w szerszym kontekście, obnaża największe bolączki tego pięknego kraju.
Mafia, imigranci, masowa turystyka, kibole, patriarchat i Berlusconi - to główne tematy zawarte w książce. Każdy temat jest świetnie i dogłębnie opracowany. W końcu dowiedziałem się, od a do z, w jaki sposób funkcjonuje współczesna włoska mafia oraz często z nią powiązane mafie nigeryjskie. Dowiedziałem się też o co chodzi ludziom protestującym przeciw masowej turystyce, wcześniej ten temat był dla mnie mało zrozumiały.
Książka napisana świetnym językiem, czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Jest to najlepszy tego typu reportaż jaki czytałem i miałem ochotę dać jej ocenę 9. Odejmuję jednak jedno oczko za mylną nazwę: Włochy prawdziwe(w podtytule już wszystko się zgadza), bo żeby oddać naturę tej książki powinna się nazywać: Problemy socjalno-ekonomiczne Włoch. Sam autor przyznał na jej końcu, że książkę pisał w kontrze do innych książek o Włoszech, które najczęściej przedstawiają je jako 'piękny kraj pięknych ludzi', przez co skupił się głównie na wyciąganiu brudów, i niby gdzieś to piękno i bardziej pozytywny aspekt Włoch przewija się gdzieś w tle, jak w filmach Sorrentino, lecz w ilości wręcz homeopatycznej.
Osobiście nie czytałem żadnej innej książki o Włoszech, więc mogę się jedynie domyślać w kontrze do jakiego obrazu stanął autor. Pozostawił mnie, więc z wrażeniem, że Italia to pierdolnik składający się praktycznie z samych problemów, a chyba nie do końca faktycznie tak to wygląda?
Książka trudna i wyczerpująca emocjonalnie. Dużo bólu, dużo traum, dużo blizn. Ale też pełna nadziei i Boga. I tego najważniejszego - pojednania z samym sobą.
Regina Brett dzieli się z czytelnikiem historią swoją i swojej rodziny. Swoją drogą do pokochania się i wybaczenia sobie, zaraz obok pojednania z rodzicami, którzy się do tej roli nie nadawali. I swoim uczestnictwem w ostatnich latach życia matki. Dzieli się także swoją żałobą po jej śmierci.
Polecam głównie tym, dla których relacje z rodzicami, nie tylko z matką, są trudne, są wciąż żywą raną.
Każdy, a przynajmniej większość z nas, ma świadomość, że PRL-owskie władze, w porozumieniu z bratnim narodem sowieckim, szybko zapełniły pustkę poniemieckich gospodarstw przesiedleńcami zza Buga. A książka pani Marioli tej suchej informacji, gdzieś z końcowych stron podręczników historii, nadaje ludzkie oblicze. Oblicze przesiedleńców, oblicze wysiedlanych. Nic tu nie jest czarno-białe. Ten brak martyrologii przynosi ulgę i zapewnia balans.
Plastyka i emocje obrazu są fenomenalne. Napisane naprawdę świetnie, choć nieco chaotycznie - mamy tu wspomniane lata drugiej wojny, lata zaraz po wojnie i to co było dużo później, chociaż kręcimy się cały czas wokół tych samych postaci.
Gdyby Katedra Dukaja była mężczyzną, poczułabym się zbałamucona i porzucona w trakcie namiętnego pocałunku na przywitanie... Tak nie do końca wiem, co o tej książce myśleć.
Napisane jest to dobrze. Podobały mi się postaci. Podobała mi się koncepcja. A potem natrafiłam na ścianę, bo główna "zagadka" pozostaje tajemnicą, być może swoistym misterium.
Zbyt szerokie pole do interpretacji.
Książka, choć krótka, nie nadaje się na książkę poczekalnianą. Wymaga wypoczęcia, skupienia i zaangażowania czytelnika. A potem czasu na przetrawienie.
@moll Włączyłem w sumie przypadkiem i w połowie łuchania się zorientowałem, że to była insporacja Bagińskiego - jak później odszukałem, bezpośrednia inspiracja.
Droga to przejmująca powieść autorstwa Cormaca McCarthy’ego, która opowiada o wędrówce ojca i syna przez pogrążony w ruinie, postapokaliptyczny świat. Jest on tłem dla surowej, a zarazem głęboko emocjonalnej historii o przetrwaniu, miłości i człowieczeństwie.
Droga zachwyca, Droga wzrusza, Droga zmusza czytelnika do refleksji.
To, że książka była ciężka, przegadana i przeładowana to jedno (a to poniekąd sztuka, patrząc po objętości tytułu). To, że w ostatecznym rozrachunku okazuje się chaotycznym i siermiężnym żerowaniem na trupie, odstręcza mnie jeszcze bardziej.
Sama historia/koncept ciekawe. Wykonanie maksymalnie kulawe. Pytanie czy to kwestia pisarza, czy tego, co z notatkami roboczymi zrobiła redakcja, która nie mogła już skonsultować tego z autorem, za to postępowała w myśl ulubionego pytania polonistów "co autor miał na myśli".
Pozostałe wrażenia zostawiam sobie na dyskusję. Ze względu na różne warianty tekstu zapowiada się ciekawiej od lektury jako takiej.
Nie mam pojęcia dlaczego, ale strasznie zmęczyła mnie ta książka. Czytałem ją... od marca Jest to zbiór czterech różnych opowiadań, a trzy z nich doczekało się kinowej ekranizacji, m.in arcydzieło jakim jest (są?) Skazani na Shawshank.
W telegraficznym skrócie: pierwsze opowiadanie to przytoczeni przed chwilą Skazani na Shawshank. Drugie to historia chłopca, który staje się "uczniem" ukrywającego się w USA hitlerowskiego zbrodniarza. Trzecie opowiada o wyprawie grupy nastolatków do martwego ciała. Natomiast czwarte, a zarazem ostatnie to opowieść o ciężarnej, samotnej pacjentce i jej dość osobliwego porodu.
Najlepsze moim zdaniem było opowiadanie numer dwa i za nie też podniosłem ocenę o punkcik, natomiast najsłabszym ogniwem było w moim odczuciu opowiadanie numer trzy - to na nim na długo ugrzązłem i niemiłosiernie się męczyłem.
Książka opisująca historyczne losy i lekko fabularuzowane dzieje Marka Aureliusza. Śledzimy w niej życie cesarza stoika i wraz z kolejnymi etapami jego życia poznajemy kolejne techniki stoickie, które pomagały w jego rozwoju i zmaganiach. Jednak rys historyczny - choć niezmiernie ciekawy - jest tu tylko miłym dodatkiem, bo osią książki są wspomniane wyżej stoickie techniki, a są one opisane w sposób mocno techniczny i użytkowy, językiem współczesnej psychologii. Zresztą odniesień do psychologii jest tu całe zatrzęsienie, ponieważ autor książki jest psychoterapeutą. Opisuje w niej w jaki sposób m.in. nurt terapii poznawczo-behawioralnej wychodzi wprost ze stoicyzmu. Wylicza wiele technik używanych w gabinetach terapeutów, które są analogiczne do antycznych stoickich technik. Wskazuje też w jakich aspektach filozofia wykazuje wyższość nad nurtami terapeutycznymi i robi użytek ze swojej praktyki zarówno psychologicznej, jak i filozoficznej i łącząc obie dziedziny opisuje jak najskuteczniejsze narzędzia do samodzielnej pracy nad sobą.
Bardzo podoba mi się, że autor zwrócił dostateczną ilość uwagi i miejsca na opis podziału dnia, osoby chcącej praktykować stoicyzm, na trzy etapy:
- refleksję poranną
- nasze działania w ciągu dnia
- refleksję wieczorną (polegająca na rozliczaniu się z tego co się działo)
W innych książkach o stoicyźmie, jest to aspekt, o którym jest ledwie napomknięte, lub jest całkowicie pomijalny. A z mojego doświadczenia wiem, że jest to trzon praktyki stoickiej i bez tego ciężko robić w niej postępy.
Książka przeczytana (tym razem wysłuchana) przeze mnie po raz trzeci, co samo w sobie jest jej rekomendacją. Pan Stankiewicz popełnił prawie idealny podręcznik do wejścia w świat stoicyzmu. Jest tu opis najszerszej palety stoickich technik, niż w podobnych książkach. Świetna jest też jej organizacja polegająca na przedstawianiu kolejnych technik i następnie dopasowaniu do nich zdarzeń życiowych. W innych książkach jest na odwrót i zdarza się, że czytamy o tej samej technice co kilkadziesiąt stron, sprawia to wrażenie rozrzucenia i nieuporządkowania.
Jeśli chodzi o wady, to autor ma lekką tendencję do opisywania, czasem zbytnio podobnych do siebie rzeczy, minimalnie innymi słowami. Gdyby tego uniknąć książka byłaby krótsza i treściwsza. Osobiście w tego typu książkach wolę, żeby było napisane zbyt dużo niż za mało, jednak spotkałem się, że właśnie przez to kogoś ta książka odrzuciła i ja sam czytając ją kolejny raz doceniłbym gdyby była bardziej zwięzła.
Inną, bardziej subiektywną wadą jest to, że autor postanowił pominąć kilka aspektów stoicyzmu i nie miałbym mu tego za złe - bo chyba nie ma książki, która by czegoś nie pominęła - gdyby nie ostatni rozdział i zawarte w nim tłumaczenia dlaczego pominął pewne kwestie. Cóż, moim zdaniem jego argumentacja jest płytka i trywialna i tam gdzie pisze, że coś jego zdaniem jest trudne do wytłumaczenia i obronienia w dzisiejszych czasach, ja byłbym w stanie to wybronić w jednym, no może góra dwóch zdaniach. No ale ok, autor podkreśla, że jest to reinterpretacja stoicyzmu według Piotra Stankiewicza. Jednak wynalazłem też w jego argumentach jedną dziurę logiczną, gdzie Pan Piotr zaprzecza faktom, a także wydaje mi się, że w jednym z argumentów zaprzeczył sam sobie z wcześniejszej części książki. Być może kiedyś wypisze sobie wszystko co mi się tam nie klei i wrzucę jakiś tekst z polemiką do tego rozdziału.
Zachęcam do wrzucenia polemiki, myślę, że gdyby Ci dobrze poszło, to mógłbyś nawet napisać do pana Piotra i sam by się do tego odniósł. W podcastach często zachęca do dyskusji.
Mi coś zgrzyta w jego ulubionym cytacie, że „dla żeglarza, który nie wie, do jakiego portu zmierza, każdy wiatr jest niekorzystny”, tak jakby nie warto było niczego robić bez z góry założonego efektu. Może przypadkiem to to samo?
Sięgając po książkę, spodziewałam się relacji dziecka, które uciekło z ojczyźnianego piekiełka. Czegoś poniekąd konwencjonalnego i przewidywalnego, ale autentycznego, bo ktoś to przeżył i tym się dzieli.
Ale tutaj... W formie oszczędnej mamy o wiele więcej. Przeszłość splata się z teraźniejszością, dziewczynka z kobietą, rozliczna rodzina z własnymi dziećmi. Wietnam Południowy, z komunistycznym, a oba one z Ameryką Północą, choć między nimi był koszmar statku i obozu dla uchodźców.
Książka ma niesamowity ładunek, plastykę, mimo bardzo niewielkiej liczby słów, w których zostało to wszystko opakowane - niektóre "rozdziały" to dosłownie jeden akapit!
Całość przypomina bardziej strumień świadomości niż typowe wspomnienia.
Mort to pierwszy tytuł z cyklu o Śmierci. Całkiem przyjemnie prezentuje zajęcie kosiarza od kuchni, a także mocno "ekumeniczne" i praktyczne podejście do życia pozagrobowego.
Mamy tutaj sporo nowych postaci, kilka błyskotliwie wplecionych powrotów ze znanych nam pozycji dyskowych (piękny przykład recyklingu literackiego i rozbudowywania tworzonego świata).
Czyta się to dobrze. Mi z pewnością lepiej za drugim niż za pierwszym razem. Świat jest dojrzały, autor porusza się po nim pewnie, ze znanym humorem, absurdem i błyskotliwością.
Zobaczymy jak ponowne czytanie przetrwa Czarodzicielstwo. Do zobaczenia zapewne pod koniec roku!
@eloyard Zaryzykuję stwierdzenie, że której byś nie wziął do ręki, to będziesz się dobrze bawić ( ͡° ͜ʖ ͡°) Fabularnie one nie są ze sobą powiązane, co najwyżej pojawiają się postacie wprowadzone wcześniej, ale moim zdaniem nie traci się zbyt wiele ja moją przygodę z nim zaczynałem gdzieś od środka, a dopiero sporo później poznawałem początkowe książki i mimo to bardzo lubię całą serię.
Kiedyś przeczytałam jakieś pojedyncze książki z tego cyklu. W tym roku młody zaczął cykl o Tiffany Obolałej, który kończę razem z nim i chyba za czarownice się wezmę
Gdybym miała podsumować lekturę w 5 słowach byłoby to:
Terry Pratchett tego nie napisał.
Napisał to jego asystent. To widać. Książka jest przesycona emocjami Roba Wilkinsa w kierunku do jego pryncypała - jest tu zażyłość, sympatia, ale jest też bardzo dużo uwielbienia, które jest męczące i powoduje niepotrzebne podkreślenia w miejscach, jakie autor książki uznał za wybitnie ważne w życiu i karierze Pratchetta.
Książka jest mocno nierówna, w większości męcząca. Jednak ma swoje momenty, zawiera wiele anegdot z życia sir Terrego, pokazuje życie z zawodowego pisania od kuchni. Ale mamy tutaj mimo wszystko historię człowieka. I to jest kawał dobrej roboty, jaką zrobił autor - nie odczłowieczył osoby, o której napisał.
Jest też masa przypisów, często są lepsze od zasadniczej treści stron. Szczególnie, że w zasadniczej treści wychwyciłam przynajmniej dwa błędy merytoryczne, ale oj tam
Książka dobra dla fanów twórczości Terrego Pratchetta, poza tym kręgiem będzie jeszcze bardziej męcząca w odbiorze.
Kategoria: wspomnienia, historia, II wojna światowa
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Format: książka papierowa
ISBN: 9788308080023
Liczba stron: 296
Ocena: 8/10
Prywatny licznik: 31/36
"Apteka" jest zapisem wspomnień Tadeusza Pankiewicza, krakowskiego aptekarza, którego Apteka pod Orłem zbiegiem czasów, geografii i okoliczności, stała się częścią krakowskiego getta.
Świadectwo zawarte w książce zostało spisane przez pana Tadeusza tuż po wojnie (co nie dziwi, znając realia epoki) i wydane w 1947 roku. Wydanie II, które miałam w rękach, zostało pierwotnie opublikowane w latach osiemdziesiątych, w nieco rozszerzonej/uzupełnionej wersji w stosunku do tego z lat czterdziestych.
Ze względu na upływ czasu pomiędzy opisanymi wydarzeniami, a momentem ich spisania, nie mamy do czynienia z kroniką czy dziennikiem. Jest to raczej gawęda, która mniej-więcej trzyma się chronologii wydarzeń, z rzadka jednak podając konkretne daty. Ale historia sama w sobie jest opowiedziana w sposób spójny, płynny, choć z nawrotami w późniejszych rozdziałach do już wcześniej opisywanych wydarzeń. Mocno przypomina mi styl opowieści mojego dziadka, w którym również główny nurt opowieści był przecinany dygresjami, wybiegami na temat bohaterów rozgrywanych scen.
Pozycja zdecydowanie godna polecenia osobom, które interesują się historią drugiej wojny światowej.
Tytuł: Nazistowscy miliarderzy. Mroczna historia najbogatszych przemysłowych dynastii Niemiec
Autor: David de Jong
Kategoria: literatura faktu, historia, II wojna światowa
Wydawnictwo: Post Factum
Format: książka papierowa
ISBN: 9788382305449
Liczba stron: 392
Ocena: 8/10
Prywatny licznik: 30/36
Ciekawe i wyczerpujące opracowanie na temat niemieckiego świata finansjery-przemysłu-gospodarki dobry III Rzeszy i lat powojennych, na przykładzie wybranych rodzin potentackich. Mamy tutaj konkretne rozwinięcie tego, co sygnalizował w swoim eseju Vuillard - tych samych "aktorów", za to więcej zmieniających się w miarę rozwoju akcji scenerii, kolorytu i fabuły.
Poznajemy nieco życia prywatnego, więcej politycznego, zostajemy zasypani ogromem nazwisk, nazw firm, transakcji i faktów, składających się na przymierze władzy i biznesu. Wiemy również, jakie były powojenne losy patriarchów prominentnych rodów, ich dzieci, ich imperiów.
Przy okazji mamy także wgląd w to, jak w niemieckiej rzeczywistości od czasów alianckiej okupacji, aż po dzień dzisiejszy tak naprawdę, odbywa się rozliczenie społeczeństwa niemieckiego, poszczególnych jednostek, z nazizstowką spuścizną - narodową i rodzinną.
Książka wyczerpująca, również emocjonalnie od pewnego momentu. Prawdopodobnie nie wstrząsająca, za to pozbawiająca resztek "złudzeń".
Jedyny mankament to bibliografia, a właściwie jej brak. Wszystko znajdziemy w ogromie przypisów, jednak nie zostało to potem ujęte w odrębnym spisie, ale to już moje drobne czepialstwo.
@moll już samo połączenie historii, rozwoju firmy, zapewne ekonomii i obranej ścieżki rozwoju bardzo mi się podoba. Dotychczas sporo się mówiło o Kruppach i Thysenach, dobrze że ktoś zrobił głębsze rozeznanie w temacie
Książka opowiada o perypetiach @moll 50 lat później.
( ͡° ͜ʖ ͡°) A tak bardziej serio to mamy tu miks Wiedźmina z Jakubem Wędrowyczem w postaci tytułowej Słaboniowej - starej wiedźmy. Wszystko to w klimacie prl-owskiej wsi Capówka, czy bardziej zadupia zabitego dechami. Klimat ten jest trochę przerysowany lecz dosadny, wszechobecny alkoholizm, zaściankowość, bogobojność na pokaz. Jest tu też sporo magii, wydarzeń paranormalnych i słowiańskiej mitologii rodem z Wiedźmina. Książka napisana raczej w lekkim i humorystycznym tonie, choć zdarzają się momenty poważniejsze, cięższe i potrafi wkroczyć klimat rodem z horrorów.
Książka jest zbiorem kilku opowiadań, których wydarzenia mają wpływ na kolejne. Czyta się ją lekko, szybko i przyjemnie.
@moll Cóż, Camus związany jest z filozofią absurdu. Bohater żyje bez sensu, ale szczerze, nie udaje i akceptuje świat takim, jaki jest. Dlatego tytuł to "Obcy", bo właśnie nie zachowuje się jak inni, jest obojętny. Wydaje się, że nie ma uczuć i za to tak naprawdę zostaje osądzony, bo nie akceptuje norm społecznych i proces to w sumie nie zarzut zabójstwa, a zarzut o taki brak człowieczeństwa. To taka opowieść też trochę o buncie, w którym odrzuca fałsz, itd., ale no płaci za to wysoką cenę, choć ostatecznie wie, że życie nie ma sensu, a śmierć i tak jest nieunikniona. Mi się akurat podobała ta książka, więc pozwoliłem sobie wyjaśnić Ci tą "nijakość"
A z tym, że bohater "nie akceptował norm społecznych" się nie zgodzę - w jego postawie nie było ani akceptacji, ani buntu. Był jeden wybuch, bo klecha i cała reszta nie akceptowali postawy śniętej ryby. Gość płynął z prądem, niczego nie reprezentował, niczego nie osiągnął, on nawet nie potrafił nazwać/określić własnych uczuć - sam je poniekąd negował
W XXI wielu byłby bywalcem tagu przegryw i piwniczył. Dla takich ludzi brak technologii był błogosławieństwem, bo kontakty międzyludzkie musieli utrzymywać osobiście
Tytuł: 1001 porad dla rodziców i terapeutów dzieci z autyzmem i zespołem Aspergera
Autor: Ellen Notbohm, Veronica Zysk
Kategoria: psychologia, nauki społeczne, autyzm
Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Format: książka papierowa
ISBN: 9788323340904
Liczba stron: 384
Ocena: 8/10
Prywatny licznik: 28/36
Poradnik dla rodziców i terapeutów dzieci ze spektrum autyzmu. Moim zdaniem całkiem dobra i udana pozycja.
Książka to dość szeroka i konkretna synteza. Autorki w przystępny i konkretny sposób prezentują szeroką gamę zagadnień, z którymi stykają się na co dzień opiekunowie dzieci ze spektrum - od problemów sensorycznych, przez rozwój mowy po rozwój społeczny, kończąc na zagadnieniach związanych z edukacją.
Każdy rozdział składa się z części teoretycznej - otwierającej dany blok tematyczny, w której mamy w miarę wyczerpująco rozpisane dane zagadnienie, rozwój jakichś kompetencji, typowe bolączki "etapu". Następnie zapoznajemy się z gamą rozwiązań/pomysłów, które w gotowy sposób możemy spróbować zaimplementować w odpowiedzi na potrzeby dziecka - dostajemy przegląd strategii, które możemy wypróbować (nie na każde dziecko zadziała to samo, część rzeczy można sobie elastycznie dostosować do własnej sytuacji). Dostajemy również ramki z wskazówkami/radami, które w tekście znajdują się w wyróżniony sposób przy marginesach i uzupełniają główną treść danej porady.
Tytuł posiada sporo odnośników i bogatą bibliografię, a także indeks, więc po przeczytaniu tej pozycji możemy sięgnąć po coś kolejnego, ale także jeśli potrzebujemy do czegoś wrócić - łatwo i szybko możemy to ogarnąć.
Czy to poradnik dla każdego? Jeśli ktoś przejrzał ich już kilka, zapewne nie znajdzie tu zbyt wielu nowości. Jeśli szukamy czegoś do usystematyzowania wiedzy i jej delikatnego pogłębienia lub po prostu nabycia jej w przystępny sposób (ale jeszcze nie na poziomie akademicko-specjalistycznym) to jest to bardzo dobry tytuł.
Książka nadaje się zarówno dla rodziców małych dzieci, jak i tych nieco starszych. Sama łapałam się na tym w trakcie lektury, że z części zagadnień mój syn już wyrósł, część to kwestie bieżące, za to im bliżej końca książki, tym bardziej brzmiało to jak pieśń przyszłości.
Myślę, że za kilka lat będę musiała do tej książki wrócić.