Jerry Black składa obietnice matce zamordowanej córki, że schwyta sprawcę zanim przejdzie na emeryturę.
Film z doskonale zagranymi rolami, niejednoznaczny, zakończenie można interpretować niejednoznacznie, ale fajnie jest ogólnie ukazane jak coś może zmienić człowieka i daje do myślenia. Nie chce tu dużo pisać, bo będą to spoilery, ale polecam obejrzeć.
Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów to film, który pokazuje Śródziemie z zupełnie innej strony niż ta, do której przywykliśmy. Przede wszystkim od razu rzuca się w oczy świetna kreska – ma w sobie coś surowego i klasycznego, co faktycznie mocno przypomina komiksy o Thorgalu. To kawał naprawdę ładnej animacji, która buduje fajny, staromodny klimat legendy.
To chyba pierwsza historia z tego uniwersum, w której nie uświadczysz orków, nazguli czy wielkich czarnoksiężników. Nie ma tu magii ani sił nadprzyrodzonych, jest za to „zwykła” wojna między ludźmi. To sprawia, że całość wydaje się bardziej przyziemna i brutalna, bo skupia się na honorze, zdradzie i krwawym konflikcie o tron dwóch zwaśnionych rodów.
Z drugiej strony czuć, że to anime, bo twórców momentami mocno poniosła fantazja. Niektóre walki wyglądają, jakby grawitacja nagle przestała działać, a bohaterowie wyczyniają akrobacje, które średnio pasują do ciężkiej zbroi. Najbardziej widać to po samym Królu – gość momentami miał tyle pary, że wyglądał jak Sajanin z Dragon Balla, a nie zwykły człowiek.
Niestety film ma jeden spory problem: jest po prostu za długi. Całe to oblężenie ciągnęło się w nieskończoność i spokojnie można by wyciąć z niego jakieś 30 minut, żeby historia była bardziej dynamiczna. Pod koniec człowiek zaczyna już trochę zerkać na zegarek. Mimo to, jako odświeżenie świata Tolkiena w takim ludzkim, wojennym wydaniu, to całkiem ciekawa pozycja, o ile przymkniesz oko na te „odloty” w scenach akcji.
Kino absolutne. Polska superprodukcja, która do dziś robi fenomenalne wrażenie.
Walka młodego Ramzesa z kastą kapłanów. Nie będę opisywać filmu w całości, i nie będę pisać peanów o realizacji tego dzieła - trochę tylko razi "make up" opalający aktorów, ale można przymknąć na to oko, a nawet lekko dać plusa, że chciano jak najbardziej zbliżyć się do realiów starożytnego Egiptu.
Popiszę tylko o rzeczach, które zauważyłam podczas tego seansu (chyba już 3 w życiu i pewnie nie ostatniego).
Post dotyczy drugiej połowy filmu - gdy już Ramzes zostaje faraonem i rozdarty pomiędzy dwiema decyzjami (wojna z Asyrią czy pokój z Asyrią i wygonienie Fenicjan z Egiptu). Jednak gdy zostaje faraonem, pojawia się trzecie wyjście - złoto Glapińskiego!, tfu, złoto kapłańskie ukryte w labiryncie świątyni Ozyrysa.
Kapłani jednak nie są chętni by wydać Egiptowi chociaż część tych bogactw, choć jak twierdzą, po to one tam są - by w kryzysowej sytuacji pomóc krajowi - Ramzes uważa, że to już teraz - nie ma kasy dla żołnierzy, nie ma kasy dla chłopów.
Ale warunki otrzymania złota są wprost absurdalne - z wieloosobowej grupy każdy musi zagłosować na TAK, jedno NIE i złoto zostaje w skarbcu. Ramzes jest tego świadomy, ale jednak podejmuje się tego działania, chcąc wywołać rękoma pospólstwa bunt skierowany wobec kapłanów - w chaosie podbicia świątyni przez ludzi, faraon chce wlecieć tam z wojskiem i zająć skarby.
Kapłani trzymają jednakże asa w rękawie, a dobrobyt Egiptu stanie pod znakiem zapytania.
Rozgrywki Ramzesa z kapłanami to najbardziej interesująca część filmu. Można powiedzieć, że ci panowie z zimną krwią planują kolejne działania i chociaż młody i narwany faraon może być sporym problemem, to religijna kasta nie jest chętna oddać pełną autonomię władzy. Na pewno w wielu sprawach można przyznać im rację - że lepiej zabezpieczyć się kontraktami niż tracić kasę i uszczuplić armię na wojnie.
Genialny film, Zelnik znakomity w roli Ramzesa. Kto nie widział - must see obowiązkowe. Chyba nie ma na świecie lepiej zrealizowanego filmu o starożytnym Egipcie.
Wróciłem właśnie z seansu filmu Project Hail Mary i zastanawiam się, czy ktoś może oglądał go uważniej niż ja i może sprostować następujące. Wydawało mi się, że najpierw mówiono, że cel podróży znajduje się 11 lat świetlnych od Ziemi; później, kiedy główny bohater budzi się z hibernacji, oblicza, że zużył paliwa tyle, ile zająłby ponad 100-letni lot, a tymczasem droga powrotna miała mu zająć zaledwie 6 lat. Czy coś przeoczyłem? Czy rzeczywiście były tam aż takie nieścisłości? Dokładnie również pamiętam, że w jednej z pierwszych scen lekcji z dziećmi, kiedy zostały zapytane o prędkość światła, jedno z nich odpowiedziało, że jest to 300 tysięcy mil na sekundę, a nauczyciel nie sprostował, że powinno być kilometrów i potwierdził, że odpowiedź jest dobra.
Też to zauważyłem, ale to skrót myślowy bo nie chodzi o to ile zajmie podróż z perspektywy czasu, tylko z perspektywy bohatera. A przez podróż z dużymi prędkościami i dylatacje czasu dla niego upłynie mniej czasu. Zresztą tam powiedział " zabaczymy się za 4-5 lat" w domyśle że on się z nimi zobaczy.
@Asarhaddon Musiałby osiągnąć prędkość rzędu przynajmniej 90% prędkości światła co na takim dystansie i przy takim paliwie jak stosowanym w Projekt Hail Mary jest możliwe. To znaczy tak jakby bo w książce popełniono tu jednego babola. Pomijając fakt że użyte paliwo ma większą wydajność niż byłoby to możliwe, to różnica czasu o jakiej tam mówiono byłaby możliwa w idealnych warunkach gdyby statek przyspieszał przez dokładnie połowę dystansu, a potem przez połowę dystansu hamował. Wtedy według obliczeń podróż zajęłaby mniej niż 4 lata i statek rozpędził by się do ponad 99% prędkości światła. Ale przy ilości o jakich mówimy w książce i filmie to możliwe byłoby korzystanie z silników jedynie przez jakieś 15% dystansu (7,5% na przyspieszanie oraz tyle samo na hamowanie) i wtedy maksymalna osiągnięta prędkość to około 90% prędkości światła i podróż zajęłaby około 7 lat.
Duński horror o wampirach klasy B (czy tam Z, nie znam się).
Dowiedziałem się z niego, że wampiry nie lubią falafela i ludzie umierają, jak się im wyrwie serce (przynajmniej zostało to oznajmione, jakby to było jakieś odkrycie).
Zaimponowało mi łyknięcie wody święconej przed pocałowaniem wampira.
Poza tym jeden z głównych bohaterów ma na imię Mads, ale właściwy Mads pojawia się tylko na chwilę.
Dziś nieco nietypowo jeśli chodzi o roczniki w MAKE #ladnapani GREAT AGAIN. Przed Wami Gillian Anderson lat 57. Cóż można powiedzieć? Na hejto oddział geriatryczny, więc każdy pamięta tę panią z wiadomego serialu o UFO i innych dziwnych zjawiskach. Tak, wiem wybrałem zdjęcia na których wygląda dobrze, ale... ona serio wygląda dobrze. Szukając fotek wygrzebałem nawet jej nagranie z Insta bez makijażu z twarzą zmęczoną dniem na planie filmowym i ona tam na prawdę fajnie wygląda a ma lat tyle ile ma. Aha podobno za młodu chodziła na punkowe koncert za co jej chwała Cholera... kiedyś to ona mi się w ogóle nie podobała a teraz, to stwierdzam, że świetna babeczka. Jak widać kontakty z UFO cudownie wpływają na urodę.