1076 + 1 = 1077
Tytuł: Gołoborze
Autor: Maciej Siembieda
Kategoria: literatura piękna
Ocena: 9/10
#bookmeter
***
A jednak ksiądz przyszedł. Odczekał, zrobił swoje i kiedy został sam nad grobem grzesznika, przyszło mu do głowy, że okrutny Bóg ze Starego Testamentu mógłby mieć za cmentarzem parę mórg pola i czuć się w Grabinie jak w domu.
Gdyby okna mojego mieszkania znajdowały się na innej ścianie budynku, mógłbym z nich oglądać gołoborza. No dobra, musiałyby ich jeszcze nie zasłaniać rosnące na stokach poniżej drzewa, a i kilka budynków po drodze też należałoby wyburzyć, ale chodzi o to, że mam je naprawdę blisko. I to, że jest to książka o regionie, było jednym z powodów, że zdecydowałem się za nią zabrać, choć jednak z ostrożnością. Ostrożność moja wynikała z faktu, że o książce ostatnio było bardzo, bardzo głośno i atakowała mnie, tak mi się wydawało, niemal zewsząd. Miałem wrażenie, że marketing tej książki jest na tyle silny, że nie może ona być dobra – ot taka moja (być może świętokrzyska?) przekorność. Zabrałem się więc za Gołoborze z ostrożnością, ale wsiąkłem w nie już po kilku pierwszych stronach, od razu po przeczytaniu prologu.
Mnóstwo rzeczy przychodzi mi do głowy po lekturze Gołoborza, ale najważniejszą z nich jest chyba to, że pan Siembieda odmalował region tak dokładnie, że czułem się tak, jakbym przeniósł się jakimś sposobem do podstawówki, znów pojechał na wakacje do babci na wieś i znów brał udział w życiu tej świętokrzyskiej wsi, w życiu którego absolutnie nie rozumiałem i które było dla mnie tak pełne sprzeczności. Życia, w którym tak rozbieżne było to, co się mówiło i to, co się robiło. Bo tak jest chyba do dzisiaj, że Świętokrzyskie jest jednym z bastionów katolicyzmu, tylko niekoniecznie tego rzymskiego, ale raczej naszego, takiego polskiego. Nieodłącznym wówczas (a podejrzewam, że jest tak do dziś) elementem życia wsi, a więc i moich wakacji, była niedzielna msza święta (choć wolałem oglądać na Polsacie Disco Relax albo inne Power Rangers, no ale nie miałem przecież wyboru) i było dokładnie tak, jak to autor w G_ołoborzu_ opisał – ludzie szli do kościoła, słuchali księdza, śpiewali pieśni, przekazywali sobie znak pokoju, a jednak jedni siadali daleko od drugich (każdy miał w kościele „swoje” własne miejsce i nie daj Boże, żeby ktoś mu je zajął!), a później, po mszy wracała rzeczywistość. Bliźni znów przestawał być bliźnim – ludzie dzielili się na „swoich” i „tamtych”. Winowajcom się nie wybaczało, pielęgnowało się w sobie żale, choć przyczyn zatargów nikt już nie pamiętał, a nawet jeśli wracały we wspomnieniach, to były tak błahe, że aż nie do uwierzenia. Można było to wszystko wyjaśnić od razu, ale przez lata niezgoda narosła tak bardzo, że była już nie do przezwyciężenia. Tak, wychowałem się w Świętokrzyskim, którego chyba nie rozumiałem, później kilkanaście lat mnie tutaj nie było (a mieszkałem w międzyczasie kilka lat w Opolu, które w książce też występuje), ostatnio wróciłem i przeżyłem mentalny szok, bo zdążyłem zapomnieć (albo wyprzeć) to, jak tutaj jest. Myślę, że największą wartością z lektury Gołoborza jest dla mnie to, że ta książka pozwoliła mi ten region chyba trochę lepiej zrozumieć.
Imponującą sprawą jest z jednej strony rozmach książki, bo jej akcja rozgrywa się na przestrzeni ponad stu lat, a z drugiej strony umiejętność przedstawienia przez autora tego, co dla historii jest istotne. Pomiędzy rokiem 1863 a 1988 wydarzyło się w Polsce wiele rzeczy i one oczywiście wpływają na życie jej bohaterów, ale na pierwszym planie zawsze jest to, co być tam powinno. Taka umiejętność nieuciekania w dygresje (choć ja dygresje bardzo lubię, ale to trzeba robić umiejętnie) wydaje mi się bardzo cenna, a na pewno sprawiła, że Gołoborze czyta się bardzo płynnie. Poza tym to pan Siembieda napisał tę książkę fantastycznie pod względem konstrukcyjnym. Bardzo często stosowanym przez niego zabiegiem jest przedstawienie efektu, a później opis jak do tego doszło (tak jak jest napisane na przykład świetne Czyż nie dobija się koni? pana Horace'a McCoya). Takich sprytnych zabiegów narracyjnych zresztą w książce całe mnóstwo, a ich repertuar jest bardzo szeroki – autor naprawdę po mistrzowsku potrafi przykuć i utrzymać uwagę. Jeśli już jestem przy tym, jak tę książkę się czyta, to nie mógłbym nie wspomnieć o kwestii języka. Istnieje coś takiego jak gwara świętokrzyska, ona nie jest skomplikowana i nie jest bardzo daleka od czystej polszczyzny, ale istnieje. I właśnie taką gwarą jest ta książka napisana. To czuć, kiedy się ją czyta, a najoczywistszym przykładem jest odmiana nazwisk zwaśnionych rodów: Kończaki i Cebrzny, więcej argumentów bez analizy podać nie umiem, ale w czasie lektury miałem flasbacki tego, jak mówiło się u babci na wsi, a mówiło się właśnie tak, jak to w Gołoborzu czytałem.
Choć wszystkie postaci występujące w książce są bardzo wyraźne (ciekawym zabiegiem wśród tak wielu bohaterów jest to, że nie wszystkie nazwiska są podane – poza tymi, którzy dla opowieści są istotni i wiemy, jak się nazywają, występują postaci, które są opisywane swoją rolą, jak „esbek” czy „żona Zbigniewa”, co z jednej strony, moim zdaniem, ma wartość literacką o tyle, że wiadomo na których postaciach skupić uwagę, ale też buduje ten klimat „swoich” i „obcych”), mnie najbardziej w pamięć zapadła Pężarka. Bo jeśli książka jest o Górach Świętokrzyskich, to nie może w niej zabraknąć pogaństwa i legend (i nie zabrakło), a przez tę postać Gołoborze tak bardzo ociera się o realizm magiczny, że aż miałem mimowolne skojarzenia ze Stoma latami samotności, co uważam za ogromny komplement.
Jest w Gołoborzu mnóstwo zła, jest nienawiść, jest zemsta, jest zacietrzewienie, źle pojęty honor i wszystkie inne świętokrzyskie przywary. Jest w niej też trochę humoru, jest wspaniały popis umiejętności narracyjnych autora, słowem jest w tej książce wszystko, co sprawia przyjemność w czasie lektury. I, na sam koniec, jest też w tej książce posłowie, w którym pan Siembieda opisuje, które z opisanych wydarzeń przeszczepił do tkanki powieści (to jego sformułowanie, bardzo ładne) z rzeczywistości. I lektura tego posłowia jest, delikatnie mówiąc, przerażająca.