Zdjęcie w tle

Społeczność

Kawiarnia "Za Firewallem"

77

"Mnie to się marzy, żeby ona była miejscem wszelkich swawoli słownych" @George_Stark #naczteryrymy #nasonety #naopowiesci #klubczytelniczy

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Korzystając z okazji, że @fonfi - pomimo, że pisał że zabawa trwa do piątku 19 czerwca, a dzisiaj nie dość, że mamy piątek to na dodatek 20 dzień czerwca - nie zakończył jeszcze LXXX edycji #nasonety, to pozwolę sobie wrzucić swój wytwór #diriposta.


Serca drgania


Chciałbym się kiedyś w końcu odważyć,

Posłuchać serca, przegonić smutki,

Mentalnych blokad roztrzaskać kłódki,

I marzyć.


Aby uwagą ktoś dziś mnie obdarzył,

Bym poczuł się ważny, a nie malutki,

O byciu kochanym - choć przez moment krótki,

Bym marzył.


Lecz mnie ciągle trawią: obawy, wahania,

I bez odpowiedzi ulotne pytania,

Na wpół obłąkane pragnienia ułomne.


Wiem też, że widma tych cierpień ogromnych,

Nie będę władny się pozbyć, zapomnieć,

Aż serca bicia nie umilkną drgania.


#zafirewallem


PS

Że też nikt poza panem @onpanopticon takiego babola w datach mi nie wytknął.

@fonfi jak już to przeczyta to może uznać za mocnego kandydata do zwycięstwa.

Btw ja zauważyłem babola w dacie, ale nie mam serca, żeby wytykać.

Zaloguj się aby komentować

Coś mało to dorzucę coś od siebie, nieliczące się w wyścigu


Kto na produkcji odpalał testy?!

Szef zaraz zmieni słowa na gesty

Praktykant cicho mówi, że działa

Czuję, że uratuje go już tylko gała

Oto rakiety SpaceX ważne, ostateczne testy

biegnie Elon, macha, wykonuje nerwowe gesty

dziwi się główny inżynier, no przecież leci, działa

temu pierwszemu została w ręku od sterowania gała

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Chwilę się zastanawiałem, czy poniższy wpis umieścić w społeczności #rower czy #zafirewallem . Zdecydowałem, że ze względu na formę i objętość jednak bardziej pasuje do Kawiarni, a nawet pod tag #naopowiesci .


Chociaż od naszego (mojego i syna) startu w wyścigu Mazowiecki Gravel minął już prawie tydzień, to dopiero dzisiaj udało mi się znaleźć trochę czasu żeby wrażenia zebrać i spisać w poniższe podsumowanie, które niespodziewanie przyjęło formę opowiadania. Wyszło ciut dłuższe niż planowałem, ale mam nadzieję, że spokojnie mogę życzyć Państwu miłej lektury.


Dla tych co nie lubią czytać - TLDR: Było super - za rok jedziemy jeszcze raz!


Aha jeszcze #rowerowyrownik

184 314 + 18 + 133 + 18 = 184 483


Mazowiecki Gravel 2025


No więc mam syna. Mam syna marudę. Zupełnie nie wiem po kim on taki jest. Chociaż się domyślam. Zwłaszcza, że cechy dziedziczne ujawniają się podobno w co drugim pokoleniu.


W ramach aktywizacji ruchowej i spędzania czasu z dzieckiem (dzieckiem! - toż to dorosły facet już jest) postanowiliśmy (już rok temu) wybrać się razem na rowerowy ultramaraton Mazowiecki Gravel. Niepomni zeszłorocznej gehenny - po raz drugi postanowiliśmy. 


Ultramaratony mają coś takiego w sobie, że jedziesz taki, przeklinasz pod nosem swoją głupotę, rzucasz w rozciągającą się po horyzont przestrzeń pytania o sens tej udręki, zastanawiasz się za jakie grzechy za własne pieniądze sam sobie to robisz, po czym na mecie, na czworaka, ze łzami w oczach i bananem na twarzy zapisujesz się na kolejną edycję. Na dwa razy dłuższy dystans.


Na szczęście, jakieś resztki rozsądku uratowały nas przed kompletną katastrofą i na dwa tygodnie przed startem, mając na uwadze to, że w tym sezonie z powodu matury syn przejechał całe zero (słownie: 0) kilometrów na rowerze, stwierdziliśmy, że dystans 250 kilometrów może być jednak lekką przesadą i skróciliśmy go do kilometrów 120. A konkretnie do 133, bo okazuje się, że organizatorzy pozwolili sobie na dużo swobody wytyczając trasę czegoś co sami nazwali MG120.


Start w sobotę, 14 dnia czerwca z plaży w Nieporęcie nad Zalewem Zegrzyńskim. Przeczuwając problemy z miejscami parkingowymi postanawiamy - no dobrze, ja postanawiam - że na start dojedziemy rowerami. Czyli dodatkowe 15 kilometrów. W jedną stronę. 


Wyruszyliśmy skoro świt o 8 rano, z lekkim poślizgiem, dlatego że: 

- skarpetki nie takie

- tato, gdzie są moje okulary?!

- synu, dojedz to śniadanie!

- tato, powerbank mi się nie naładował!!!


Droga nad Zalew Zegrzyński wzdłuż Kanału Żerańskiego jest urocza. Zwłaszcza rano. Upał jeszcze nie dokucza, pusto, cisza jak makiem zasiał…

– Tato, tato!!! Rower mi piszczy! Jak on tak będzie piszczał przez całą trasę to ja nie jadę! Zrób coś!

No w mordę jeża - wczoraj jak go szykowałem to nie piszczał. 

– Pewnie trochę wody się do piasty dostało i popiskuje. Zaraz wyschnie i przestanie.

Na szczęście, faktycznie po kilku kilometrach wszystko ucichło. No prawie wszystko.

– Tato, tato!!! Zimno mi! Daj mi kurtkę wiatrówkę!

– Jest 18 stopni, za 10 minut się rozgrzejesz i będziesz ją zdejmował.

– Ale mnie teraz jest zimno!

Dziesięć minut później.

– No faktycznie już mi ciepło. Daleko jeszcze?!


I tak, rozmawiając sobie jak ojciec z synem dotarliśmy na linię startu, gdzie okazało się, że do dystansów mam podejście równie swobodne jak organizatorzy, bo na start było nie 15 a 18 kilometrów. Co oczywiście zostało mi momentalnie przez syna wypomniane.


Start. Wyjechaliśmy z plaży, pomachaliśmy panom policjantom zabezpieczającym imprezę i skierowaliśmy się w stronę Zegrza Południowego.

– Tato, tato!! Czy my jedziemy w stronę Zegrza Południowego?!

– Tak.

– Ja tam ostatnio z kolegami byłem! Tam wszystko jest rozkopane! Boże, jak my tamtędy przejedziemy?!

Okazało się, że bez problemu. Minąwszy rozkopane krzyżowanie, po kilkuset metrach wjechaliśmy na most nad Narwią by po chwili skierować się na wschód, w kierunku Pałacu Krasińskich i dalej na Serock.

– Tato, tato!!! Ja kojarzę tą drogę!!

– Tę!

– Co?!

– Nie tą, a tę drogę.

– No przecież mówię, że ją znam! Tam jest taki dłuuuugi podjazd!! Od razu na początku?! Bez sensu! Kto tak bezmyślnie układał trasę?! Daleko jeszcze?!

Zerknąłem na profil wysokościowy na nawigacji. Faktycznie podjazd był. Całe 20m w górę i 500m długości. Niech będzie - nawet bieg w przerzutce zmieniłem. 


Zaraz za podjazdem, droga wyprowadziła nas na skraj pola, między urokliwe domki letniskowe położone nad samym zalewem. I szuter.

– Tato, tato!!! Jak to - już się asfalt skończył?! Przecież to dopiero 6 kilometr!

– Synu, to jest Mazowiecki Gravel. Jak chciałeś jechać wyłącznie asfaltami, trzeba było zapisać się na Mazowiecką Szosę.

– A to była taka możliwość?! Dlaczego mi nie powiedziałeś?!

– Była. Nie mówiłem dlatego, że masz rower “gravelowy” a nie “szosowy”.

– Aha. A daleko jeszcze?


Z osiedla letniskowego, piękna parkowa aleja zaprowadziła nas prosto do Serocka. Tutaj przez parę kilometrów poruszaliśmy się drogą rowerową wytyczoną przy dość ruchliwej trasie na Pułtusk, gdzie szum samochodowy skutecznie uniemożliwiał synowi marudzenie, aż mostem Obrońców Ziemi Serockiej przekroczyliśmy Narew po raz drugi i skierowaliśmy się wzdłuż jej brzegu na północ.

– Tato, tato!!! Chyba połknąłem muchę!

– Sprytnie synu. Trochę białka ci nie zaszkodzi. Dobrze, że masz okulary bo inaczej jadłbyś oczami.

– Ale dlaczego tu jest tyle owadów?!

– Bo jedziemy wzdłuż rzeki, w koło same podmokłe tereny. Owady lubią takie obszary.

– Jak ja nienawidzę tego latającego badziewia! Daleko jeszcze?!


Na szczęście po kilkunastu kilometrach oddaliliśmy się nieznacznie od linii wodnej, zostawiając chmary owadów i gruntową drogę przy wale, i wjechaliśmy na lokalne asfalty wijące się malowniczo między mazowieckimi polami i łąkami, pachnącymi na zmianę niebieszczącą się facelią, chabrami i… nawozem. Niesieni tym aromatem i pięknymi widokami, całkiem przyzwoitym tempem mijaliśmy wsie o ujmujących w swej prostocie nazwach, takich jak Kruczy Borek, Łęcino, Nowe Borsuki czy Borsuki Kolonia szukając miejsca na postój, bo w nogach mieliśmy już ponad 30 kilometrów. Nie licząc oczywiście drogi na start, który to fakt regularnie, co parę kilometrów, był mi przypominany.

– Tato, tato!! Tu jest piach po obręcze!! Nie przejadę! Ja wysiadam!

– Ale wysiadasz literalnie, żeby ominąć tę łachę, czy metaforycznie i mam dzwonić po mamę?

– Jeszcze nie wiem.

To ewidentnie była oznaka, że zapracowaliśmy na chwilę odpoczynku. W związku z tym dosiedliśmy się - chociaż to tylko figura stylistyczna, bo tak naprawdę to staliśmy po prostu pod czyimś płotem - do grupki innych, pokonanych przez piaskową łachę uczestników wyścigu. Wcinając banana, Snickersa i żel energetyczny, kibicowaliśmy i żartowaliśmy z tych co usilnie próbowali nie spaść z rowerów przedzierając się przez faktycznie dość długi, sypki i mocno zdradliwy kawałek trasy. 


Nabrawszy siły, energii i chęci - no dobrze, z tą chęcią to może nie przesadzajmy - ruszyliśmy dalej. Kolejne kilometry to było istne gravelowe niebo, gdzie długie szutrostrady, leśne dukty i drogi pożarowe o nawierzchniach, które choć pokryte żwirem, to zdecydowanie lepsze niż niejeden wiejski, wysłużony asfalt, niosły nas przez kolejne kilkanaście kilometrów. Nawet syn przestał chwilowo marudzić. Chociaż podejrzewam, że to raczej efekt tego, że zakleił się Snickersem. 


Kiedy jednak tempo ponownie zaczęło nam spadać, w okolicy 50 kilometra zdecydowaliśmy się na kolejną krótką przerwę. Na skrzyżowaniu dróg, znaleźliśmy uroczą kapliczkę schowaną w cieniu wielkiej topoli i otoczoną ławeczkami, które jako że maj już się skończył, były wolne od lokalnych babć. Idealne miejsce na krótki odpoczynek i faszerowanie się cukrami w różnej postaci i stanie skupienia.


Tym razem nie zabawiliśmy długo i już po kilkunastu minutach zebraliśmy się i ruszyliśmy dalej. Jeszcze przed połową trasy minęły nas “charty” z dystansu MG250, poruszający się co najmniej dwa razy szybciej od nas oraz grupa kilkunastu pań jadących w jednakowych, firmowych strojach Dantex, Dłutex czy jakiejś innej perły polskiego nazewnictwa zakończonej na “…ex”.

– Tato, tato!! Siku mi się chce.

– No to stańmy tu gdzieś w lesie.

– Eee, aż tak to mi się nie chce.

– Dobrze, to powiedz jak już Ci się będzie tak chciało.

– Daleko jeszcze?

W ten sposób dotarliśmy do 65 kilometra gdzie, niemalże idealnie w połowie trasy, był sklep. Jako że powoli kończyły nam się napoje w bidonach nie omieszkaliśmy skorzystać z nadarzającej się okazji. Zakupiliśmy izotoniki z Igą Świątek szydzącą z nas bezczelnym uśmiechem z etykiety, zimną oranżadę i colę. Ja uzupełniłem też zapas Snickersów, skoro wiedziałem już, że doskonale działają zarówno na zmęczenie jak i marudzenie syna.

– Tato, tato!! A może ta pani w sklepie pozwoli mi się wysikać w toalecie.

– Nie pozwoli.

– Ale dlaczego, przecież musi mieć tutaj toaletę.

– Nie pozwoli, bo jakby w ramach precedensu (trudne słowo) pozwoliła tobie, to musiałaby pozwolić też innym. Wyobraź sobie jakby wyglądała ta toaleta jakby przetoczyło się przez nią kilkaset osób.

– Ale ja jednak spróbuję.

– Spróbuj.

Dwie minuty później.

– Nie pozwoliła. Daleko jeszcze?

– Nie, już tylko połowa.


Zaopatrzeni, napojeni i z wciąż jednym pełnym pęcherzem pojechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach asfaltów klasy Kongo, znowu zaczęły się leśne szutry. Dogoniliśmy grupę dziewczyn spod znaku Dywanex siedzących na skraju drogi. Chociaż Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura nakazywała nam chociaż zapytać: 

– Wszystko OK? Czegoś wam potrzeba?

– Masażu od prawdziwego mężczyzny – odkrzyknęły dziewczyny

– To muszę was zmartwić, bo prawdziwi mężczyźni to jadą na dystansie MG500, tutaj to możecie liczyć tylko na takich jak my.


Od nas masażu nie chciały. Może to i dobrze, bo zupełnie się na masowaniu - zwłaszcza w warunkach polowych - nie znam. 

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. A co?

– No bo mi się ciągle siku chce.

– No to zjedźmy tutaj, kawałek w boczną drogę i się wysikasz.

– Ale ja mam nieśmiały pęcherz.

– A 20 kilometrów do Wyszkowa wytrzyma? 

– Nie.

– No to sikaj.

Zatrzymaliśmy się przy leśnej, bocznej dróżce gdzie wziąłem rower od syna.

– Sikaj.

– Nie mogę! Nie leci!

– Zaraz poleci. O widzisz, już leci.

– Ale tu lata jakieś robactwo!! Coś mi usiadło na nodze! Odgoń tego robaka! Aaa, on mi na siusiaku chce usiąść!!  

– Nie machaj tak tą ręką bo sobie nasikasz na rękawiczkę.

– Aaa, nasikałem sobie na rękawiczkę!!


I tak z mokrą rękawiczką ale pustym pęcherzem udało nam się pojechać dalej. Raptem po kilkuset metrach, przy skraju drogi stała drobna dziewczyna i ze zrezygnowaną miną uważnie oglądała tylne koło. Chociaż, jak już wspominałem, Mazowiecki Gravel to wyścig typu self-support, to jednak kultura i “białorycerskość” nakazała nam zapytać:

– Wszystko ok?

– Powietrze mi zeszło. Tylko nie wiem czy po prostu zeszło czy dziura.

– Pomóc Ci?

– Nie trzeba.

– No to pomożemy.


Zatrzymaliśmy się więc, żeby pomóc. Skomplikowaną metodą uciskania opony palcami, fachowo stwierdziliśmy to, co koleżanka i tak już wiedziała, że faktycznie nie ma w niej powietrza. W oponie znaczy się, nie w koleżance. Chociaż ona też wyglądała na wypompowaną. Dziewczyna trzymała już naszykowaną swoją kieszonkową mini pompkę.

– Poczekaj, mam większą – powiedziałem z dumą i odpiąłem swoją półmetrową retro-pompkę, którą miałem przymocowaną do ramy, na co syn stanął trzy metry dalej i udawał, że mnie nie zna – Tą będzie zdecydowanie szybciej.

Faktycznie wystarczyło kilka mocniejszych ruchów, żeby napompować koło.

– Pojedź kawałek, zobaczymy czy nie będzie schodzić. Jak się okaże, że to dziura to pomożemy Ci z dętką.

Wsiedliśmy na rowery, ruszyliśmy ale po jakiś 200 metrach okazało się, że to chyba jednak dziura, bo powietrze znowu zupełnie uszło. Rozstawiliśmy się obok drogi i raźnie zabraliśmy się za wymianę dętki. Oraz za opędzanie od wielkich czerwonych mrówek. Na szczęście operacja przebiegła szybko i sprawnie i już po kilku minutach i kilkunastu ugryzieniach mogliśmy jechać dalej. Elwira, bo tak koleżanka miała na imię (tak na prawdę miała inaczej, ale na potrzeby tej historii nie ma to najmniejszego znaczenia) pojechała kawałek z nami zabawiając nas rozmową. Dowiedzieliśmy się, że jedzie z kolegami, ale każdy mniej więcej swoim tempem i mają się zjechać za chwilę na pitstopie w Wyszkowie.


Szybko okazało się, że Elwirze ewidentnie nie pasowała nasze turystyczne tempo, więc pomachaliśmy sobie i koleżanka popędziła w siną dal.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Ale do końca czy do popasu w Wyszkowie?

– Na razie do popasu.

– To nie. Już za chwilę będziemy.

I rzeczywiście minęliśmy pierwsze zabudowania Wyszkowa i w kilka minut dojechaliśmy do restauracji, którą ktoś, zupełnie nie wiem dlaczego, postanowił oryginalnie nazwać “Wyszkowianka”. Ochlapaliśmy się w toalecie, złapaliśmy po misce zupy pomidorowej, butelkę piwa bezalkoholowego i zaczęliśmy się rozglądać za wolnym stolikiem. Niestety nie było takiego. Zapytaliśmy więc pana, który siedział sam przy czteroosobowym stole czy możemy się dosiąść. Okazało się, że co prawda pan jedno miejsce trzyma dla kolegi, który zaraz ma dojechać, ale dwa pozostałe możemy sobie zająć.


Niezręcznie jest tak siedzieć przy jednym stole i się do siebie nie odzywać (syn się nie odzywał, bo nie miał siły) więc zapytałem pana czy ten stary Author co stoi obok jest jego. Okazało się, że tak. A że ja też jechałem na starym Authorze (MTB z 1998 roku przerobionym na gravela) to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język i między łyżkami zupy pogrążyliśmy się w dyskusji, że kiedyś to były czasy i rowery a teraz to nie ma ani czasów, ani rowerów.


W pewnym momencie okazało się, że kolega dla którego pan trzymał miejsce przegapił Wyszków (a przynajmniej Wyszkowiankę) i jest już kilka kilometrów dalej na trasie. W związku z czym przemiły pan złapał pośpiesznie swojego Autora i ruszył w pogoń, życząc nam powodzenia. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, ale też zebraliśmy się bo do mety mieliśmy jeszcze jakieś 50 kilometrów.

– Tato, tato!! Wahoo (nawigacja, przyp. red.) mi się rozładowuje.

– No dobrze, to podłączmy do niego powerbank.

– Nie ładuje się!! Boże, zgubimy się tutaj i nie dojedziemy do domu! Dzwoń po mamę!

– Spokojnie, może kabel się uszkodził. Podjedźmy na stację benzynową po nowy, bo dalej to już tylko pola.

– A daleko jeszcze?

– Do stacji? Nie - o tam już ją widać.


Jak postanowiliśmy - tak zrobiliśmy. Zaopatrzyliśmy się w nowiutki, bielutki kabel microUSB marki “Krzak” i już po kolejnych kilku kilometrach bateria w Wahoo padła całkiem. Niestety - co okazało się dopiero później - nawigacja, a konkretnie gniazdo ładowania dokonało swojego żywota. Wyścig gravelowy - piękna śmierć dla komputera rowerowego. Na szczęście mieliśmy drugi.


Z Wyszkowa wyjechaliśmy nad naburzańskie wioski, pola i łąki, gdzie na mniej więcej setnym kilometrze czekała na nas największa atrakcja na trasie - przeprawa przez bród na rzece Fiszor.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

Teraz bez nawigacji, która zanim wysiadła pokazywała synowi dystans i odległość do mety, pytanie wybrzmiewało z nieznośną częstotliwością.

– Niedaleko, do brodu jakieś 2 kilometry.

– To powinno być go już widać. A ja go nie widzę! Zresztą tu są same pola! No gdzie jest ten bród!?

– Zaraz dojedziemy.


Dojechaliśmy. Przy brodzie czekał na nas nieoficjalny pitstop zorganizowany przez kibicujących, okolicznych mieszkańców. Zostaliśmy nakarmieni i zaopatrzeni w banany, można było uzupełnić bidony wodą i zrobić sobie zdjęcie przy zaimprowizowanym stoliku z różnymi antykami i szpargałami.

– Tato, tato!! Przecież tam jest woda po kolana! Jak my to przejdziemy!

– Zdejmujesz buty, wieszasz sobie za sznurówki na szyi, bierzesz rower na ramię i idziesz.

– Ale tam są kamienie i jakieś tłuczone cegły na dnie! Pewnie nawet szkło. Na pewno się poślizgnę!

– Dlatego spakowaliśmy do sakwy buty do chodzenia w wodzie. Zakładaj.

– To się nie może udać!

– Uda się.

Udało się. Przeszliśmy na drugą stronę, nawet nie mocząc rowerów. Co prawda ja dwa razy zgubiłem po drodze klapka i niewiele brakowało, żebym wywinął orła próbując go założyć stojąc na jednej nodze z 14 kilogramowym rowerem na ramieniu. Ale udało się. Na drugim brzegu siedliśmy sobie na trawie, żeby wytrzeć nogi. Obok nas siedziały już dziewczyny z Dębexu, które przeprawiały się dosłownie chwilę przed nami i teraz na mokre nogi zakładały skarpety i buty.

– Popatrzcie, chłopaki to mają ręcznik. Przydałby się taki. - skomentowała jedna z nich.

– Bo ja, droga Pani, to z racji bycia weteranem tego brodu, jestem przygotowany - skrupulatnie przemilczałem fakt, że ręcznik do sakwy w ostatniej chwili wrzuciła mi żona  

– Tak często Pan tędy jeździ?

– Tak , codziennie do pracy – zażartowałem – i właśnie pokazuję synowi jaką ojciec ma drogę do roboty.

– No właśnie! Ucz się młody, ucz! Bo jak nie, to będziesz jak stary codziennie do pracy przez bród, a zimą przez zaspy się przedzierał - wtrącił wesoło jakiś starszy jegomość.

– A o której startowaliście? - zapytał kolejny

– O 9:25.

– Matko, ja o 8:00! To ja tak wolno jadę?!

– Możliwe, chociaż zakładam, że pan raczej dystans 250 a my 120 kilometrów.

– Faktycznie. To mnie uspokoiliście.

Jak widać atmosfera wesoła, a śmiechom nie było końca.


Od brodu do mety zostało nam jakieś 30 kilometrów. Większość asfaltami przez leżące nad Bugiem malownicze wsie i osiedla letniskowych działek, gdzie Warszawiacy uciekają na weekendy i wakacje. Na tych ostatnich kilometrach zagęściło się od zawodników i bez przerwy doganiali nas i wyprzedzali kolejni zawodnicy z dystansu MG250, ale nam to zupełnie nie przeszkadzało i toczyliśmy się swoim tempem, rozkoszując się krajobrazem skąpanym w popołudniowym słońcu.

– Tato, tato!! Daleko jeszcze?

– Niedaleko. Jakieś 13 kilometrów.

– To ja sobie tutaj usiądę i cichutko umrę, dobrze?

Oho, ewidentnie nadszedł czas na ostateczne środki zaradcze. Wyciągnąłem z sakwy tajną broń - czarną saszetkę żelu SIS Beta Fuel Ultra Turbo Super Hiper Dual Boost. Albo - zgodnie z informacją na etykiecie - zapewni nam Ultra Turbo dawkę energii, albo taka ilość chemii spowoduje gwałtowny rozstrój żołądka. Tak czy siak efekt powinien być taki sam - wjedziemy pędem na linię mety. Miły truskawkowo limonkowy smak rozlał się ciepłem po naszym organizmie i już po chwili pędziliśmy - no dobrze, toczyliśmy się - w kierunku mety. Ulicą Wczasową wjechaliśmy do Białobrzegów, skąd - utyskując na plączących się wszędzie pieszych - ścieżką rowerową dotarliśmy do Nieporętu. Jeszcze tylko korek na moście przed rondem koło McDonalds, ostatnie metry i meta!


Dojechaliśmy.

– Tato, tato!! Dzwoń po mamę, bo ja to rowerem do domu nie wracam…


Epilog.

Kiedy na mecie odbieraliśmy medale i gratulacje od organizatorów usłyszeliśmy radosne “To oni!”. Okazało się, że to Elwira biegnie do nas ze swoją ekipą.

– Chłopaki, zobaczcie - to oni pomogli mi z dętką na trasie.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że ekipa Elwiry to ten sam właściciel starego Authora, z którym jedliśmy zupę w Wyszkowiance i kolega, który się zagapił i na tę zupę się nie załapał. 800 osób startujących w wyścigu a my pomagamy na trasie jakieś losowej osobie, po czym spokojnie, niczego nieświadomi jemy sobie obiad siedząc przy stoliku z jej znajomym. Chyba trzeba puścić Lotto.


Aha. Mój rower do samochodu już się nie zmieścił, do domu musiałem dokręcić te dodatkowe 15 kilometrów. To znaczy 18.


A w przyszłym roku pojedziemy MG250.

93246a68-5844-463d-aa25-59b9619ff3cb
4fc7410d-cd8c-4807-8007-7882f2982473
31a3c14c-aa5c-41f1-a7ed-02a342505e86
c3e6c497-e598-4b96-a3d1-546c67d659e5
f6d01fc4-a61c-49e4-b692-0e90ba08630d

To ja już miałem priva pisać do @fonfi że gdzie relacja, gdzie chociaż adnotacja do równika. No nie pochwali się nawet.


Ale... no tak. To przecież nie tylko rowerzysta, ale też grafoman-artysta, co w kawiarni za Firewallem sobie mieszkanko urządził


Super relacja! Zarówno zachęca do takich przygód, jak i może stanowić lekką przeszkodę w promowaniu rodzicielstwa i zwiększania dzietności w Polsce xD


Za rok sądzę, że moja forma będzie już odpowiednia, to mam nadzieję, że widzimy się na trasie. Bo właśnie w owe 250 bym celował.

@fonfi super relacja! Wcześniej dałem piorun, ale dopiero teraz miałem "chwilę", żeby przeczytać


Ehhh, teraz trzeba poszukać okoliczne imprezy tego typu i formę poprawiać

Zaloguj się aby komentować

#naopowiesci #zafirewallem

słów: 908


"NAGO - spółka z obnażoną godnością"


- Zebraliśmy się dzisiaj jako rada dyrektorów, aby przedyskutować coraz częściej pojawiające się zapytania ze strony pracowników o możliwość noszenia ubioru w biurze. Pani Aneto, proszę w notatce zaznaczyć, że w spotkaniu nie uczestniczy pan Ryszard, który poinformował nas, że doświadcza obecnie nawrotu obrzydliwej egzemy, przez co nie czuje się wystarczająco odważny, by eksponować swoje ciało. Rozczarował mnie tym nielicho, bowiem zaprezentowanie własnych niedoskonałości jest właśnie fundamentem, na którym zbudowana została polityka nagiej równości. Nie ukrywam też, że wszyscy chętnie popatrzylibyśmy sobie, jak to wygląda z bliska. Dzięki Bogu, pozostali menadżerowie stawili się punktualnie.


Prezes wstał i zaczął przechadzać się za plecami dyrektorów i dyrektorek, siedzących przy długim stole konferencyjnym. Jako człowiek po sześćdziesiątce, dorobił się siwizny nie tylko na głowie, ale także na klatce piersiowej, plecach oraz w okolicach intymnych. Idąc, mówił i gestykulował ramionami tak dynamicznie, że jego przyrodzenie zdawało się dygotać w rytm wypowiadanych zdań. W salce zasiadały firmowe szychy, kadra zarządzająca międzynarodowej korporacji. Wszyscy byli nago.


- Jesteśmy wszyscy równi – kontynuował swój wywód prezes – nie ma zgody na wykluczenie kogokolwiek poprzez manifestację własnego statusu lub bogactwa markowymi ubiorami. Jakżeż ma się czuć komfortowo stażysta w łachmanach z lumpexu, kiedy staje naprzeciw ubranemu w ciuchy Tommiego, managerowi średniego szczebla? Jak skupić się może na pracy specjalista, kiedy kolega z zespołu szpanuje w Balenciadze? Zatrudniamy ludzi z różnych grup społecznych, biedniejszych lub bogatszych, i naszym nadrzędnym celem, jest redukowanie różnic między nimi. Każdy ma się czuć w pełni swobodnie, nieskrępowany tym, że ktoś inny ma więcej i stać go na lepsze rzeczy. Do tego, nie po to żeśmy budowali szatnię na dole, aby teraz z niej nie korzystać!


- Pan prezes pozwoli… – przerwała mu długi wywód przedstawicielka HR – doskonale rozumiemy założenia tej szlachetnej inicjatywy, ale w nadesłanych zapytaniach, mamy wyszczególnione konkretne przypadki, nad którymi powinniśmy się jednak pochylić i je zinterpretować jako zarząd.


- Niechże pani wstanie i pokaże się nam wszystkim – wciął się jej prezes - chętnie sobie popatrzymy. Tu po drugiej stronie stołu nic nie słychać, kiedy mówi pani na siedząco! 


Pani Małgosia powstała z krzesła. Była to kobieta po pięćdziesiątce z sylwetką świadczącą o lekkiej nadwadze. Kontrastujące kolorystycznie fragmenty skóry, świadczyły o tym, że niedawno była na urlopie w miejscu, gdzie słońce dobrze opala. Na biodrze miała świadectwo szaleńczego okresu młodości – tatuaż ustami i napisem „Fuck me hard, baby!”.


- Pytania, jakie otrzymaliśmy, dotyczą przede wszystkim kwestii takich jak krosty, czyraki, blizny lub znamiona. Chodzi o wyjaśnienie, czy takie elementy mogą zostać zakryte plastrem lub niewielką opaską. Bądźmy poważni, czyrak nie jest zbyt miłym dla oka widokiem, szczególnie jeśli zbiera się na nim ropa.


- Bzdura! – prezes uderzył pięścią w stół. Kilka osób podskoczyło zaniepokojonych. - Gdybyśmy wprowadzali takie odstępstwa, to zaraz połowa by chodziła oklejona plastrami. Rysiek z tą swoją egzemą, to by pewnie przyszedł cały zabandażowany, niczym mumia. Nie mamy nic do ukrycia, to jest nasze motto. Pełna transparentność procesów firmowych oraz naszych ciał. Krosty i pryszcze to nie jest nic wstydliwego. Każdy kiedyś miał jakieś wypryski!

Z krzesła podniósł się Mateusz, najmłodszy w całym pokoju kierownik, pełniący funkcję oficera BHP w firmie. Wzrok uczestników spotkania przykuwał jego solidny wzwód.


- Co jednak, w przypadku, kiedy ktoś z czyrakiem siedzi w kuchni na obiedzie, a po skończeniu posiłku pozostawia ropę na krześle? Nikt nie usiądzie tam, zanim nie przyjdzie serwis sprzątający i zdezynfekuje siedzenie. A same sprzątaczki ostatnio zaczynają się buntować, nie chcą ściągać fartucha, bo to niby ich pracowniczy uniform. A jeśli chodzi o zabrudzenia, to ropiejące czyraki nie są jedynym problemem, bowiem osoby korzystające z toalety, nie zawsze się w pełni wycierają, przez co po wyjściu z ustępów, czasami im coś skapnie. Tego rodzaju wydzieliny nie powinny być pozostawiane na siedzeniach, w miejscu, gdzie spożywa się posiłki.


- Może zwiększymy przydział papieru toaletowego? – zasugerowała szefowa działu administracji budynku, szczupła kobieta po mastektomii – albo w kuchni zrobimy same wysokie stoliki, przy których je się na stojąco? Wtedy nikt nie będzie musiał siadać po kimś na krześle i problem rozwiązany!


- Pamiętajmy, że mamy tu także osoby starsze lub mające problemy z poruszaniem się – kontrował ekspert BHP, wskazując penisem na prezesa oraz na szefa działu IT, chorobliwie otyłego mężczyznę z długą brodą.


- Wypraszam sobie! – odkrzyknął wskazany.


- Spokój! – prezes wstał z krzesła – Rzygać mi się chce, jak tylko słyszę te durne pomysły. Biedne dzieciątka, wstydzą się znamion. Nie umieją się dobrze podetrzeć, to niech się nauczą, a winą to niech obarczają swoich rodziców za luki w wychowaniu. Krzesła i sofy wymieniliśmy na żółtobrązowe, by nie było widać śladów, a oni dalej swoje. Biała tapicerka już im nie przeszkadza, to nagle jakieś kropelki i czyraki wymyślają. Rozwiążemy ten problem, to zaraz wykwitnie inny, bo nagle kogoś zacznie wkurzać, że ktoś inny gubi włosy. Czuję się czasem jak przedszkolu. Terroryści i sabotażyści – to są właśnie osoby, które konsekwentnie wysyłają zapytania i zmuszają nas do organizowania narady. Nie zdają sobie sprawy z tego, że jak nagle wszyscy zaczną nosić ubrania, to sens straci dzień swobodnej fryzury intymnej lub konkurs na najbardziej zakrzywione prącie. Co z zabawą świąteczną, kiedy to można złapać Mikołaja za wór z prezentami? Co z dniem dziecka? Po co tu sprowadzać dzieci, skoro nie będą mogły zobaczyć, jak wyglądają w pełnej krasie znajomi ich rodziców? Zamykam to spotkanie, bo nie chce mi się o tym dłużej gadać.


- Mieliśmy jeszcze w agendzie rozmowę o blokowaniu erotyki na firmowych komputerach – podniósł się z trudem szef IT.


- Zablokować wszystkie strony erotyczne, tutaj się pracuje, a nie ogląda gołe baby! Koniec spotkania!

@Spleen No no - *wstał ledwo z krzesła zostawiając za sobą brązową plamę na krześle, a jego perfumy zmieszały się z zapachem fekaliów* - takiego odwróconego prawa się nie spodziewałem, fajne xD

Zaloguj się aby komentować

Chyba wygrałem!


Temat: Podróże małe i duże

Rymy: jedzie - zagadka - obiedzie - gromadka


Zasady:


  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z tymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Piorunujesz jak najęty xD


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem


Ps. Spoleczność nie może być zapomniana!

sireplama userbar

Pingwin do Wrocławia pojedzie

Nie powie kiedy, jest to zagadka

Plan dokładny zrobi po obiedzie

Rodzinna czekać będzie gromadka

Coś mnie męczy, w jelitach mi jedzie

jak to się skończy oto jest zagadka

nie powinienem jest kebsa po obiedzie

pod WC niecierpliwi się już ludzi gromadka

Zaloguj się aby komentować

Howdy Tobie. Jeśli to czytasz, to znaczy, że odwiedzasz Kawiarnię #zafirewallem Witamy serdecznie, zapraszamy, herbatka dla Ciebie, cukier nawet się znajdzie, choć osobiście nie słodzę, chyba że Tobie, i mleko się znajdzie, proszę. Sonet proposta traktuje o łódce, ale ja reram, toteż przynajmniej pozostałe głoski dźwięczne staram się wymawiać głośno, dlatego czasem, podczas rozmowy w kawiarni, zamiast "łódka" wychodzi mi


Wódka


Podchodzę do barmana, co stoi na baru straży

Mówię mu już na wstępie, by nie namawiał mnie do wódki

Ale że on jest łajzą, a ja mam lont krótki

To mój wzrok już gdzieś tam za jego plecami kraży


Zgubiłem ogonek, krąży, a nie kraży

Zgubiłem też rozum w spojrzeniu byle młódki

Ona mi dobre słowo, ja jej swoje dutki

Nikt mnie nie powstrzyma, gdy mi się zamarzy


Gdyż ponad wszelką miarę cenię swe doznania

Gdy we wódce wraz ze mną moczy swe usta Monia

Ala, Zuzia, Asia, że o Kasi nie wspomnę


Dla Karoliny pod korek krechę nawet zaciągnę

I w ciemnym kąciku przy stoliku usiądę

I pogrążę w humorze do nieprzysiadania.


#tworczoscwlasna #poezja #diriposta


Poeto, hik, lit-litości - pamiętajże o sp-społecznościii.

Zaloguj się aby komentować

DLXXV wydanie na4rymy

Uprzejmie informuję, że chciałem to rozegrać w duecie.

Ponieważ debiutant @szukajek nie daje oznak życia

Alternatywy nie mam, wrzucam sam


Temat: połowa butelki woda

Rymy: mewa - gniewa - dziwna - piwna


Zasady:


  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z podanymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Et voilà


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem


Ps. Nie zapomnij o społeczności bo ta zapomni o Tobie.

Zaloguj się aby komentować

Wszem i wobec ogłaszam XVII edycję #naopowiesci !


Ciocia @moll nagięła zasady i zaskoczyła mnie ogłaszając mnie zwycięzcą, tak więc mówię co następuje:


Temat: Nie tego się spodziewałem


Opowiadanie musi zacząć się zupełnie zwyczajnie, ale zakończyć kompletnym absurdem. Dodatkowo jedno ważne prawo natury, społeczeństwa lub technologii zostało odwrócone.


Gatunek: dowolny – realistyczny, fantastyczny, dramatyczny, humorystyczny


Liczba słów: 200-1000


Zasady oceniania: Co mnie najbardziej zaskoczy i/ lub rozbawi, więc liczę na kreatywność i dawkę humoru/ absurdu.


Termin: 29 dzień miesiąca nam obecnego


Powodzenia!


#zafirewallem

#naopowiesci

7d8aab69-c6a4-42af-94be-df3df0c53505

Zaloguj się aby komentować

Ależ ten czas leci. Leci tak szybko, że minął termin edycji #naopowiesci a ja jej nawet nie podsumowałam!

(Ani nikt mi o tym nie przypomniał - hańba nam wszystkim!)


Więc do dzieła!


Mimo iż tematyka zadania zainteresowała szersze grono, w utwory tym razem obrodziło, jak na załączonej liście:

@KatieWee - bez tytułu - 3 słowa

@pingWIN - kamień - 1 słowo

@splash545 - dzień ptasznika - 1 słowo

@KatieWee - bez tytułu 2 - 11 słów

@fonfi - Radek - 494 słowa


Ponieważ tekst @splash545 był tak naprawdę powieleniem pomysłu @pingWIN na jedno słowo, zwycięzcą edycji zostaje kolega @pingWIN .


Gratulujemy zwycięzcy, a uczestnikom dziękujemy za wspólną zabawę


#naopowiesci #podsumowanienaopowieści #zafirewallem

@moll A miałem nawet przypomnieć, ale nie chciałem się narzucać

@pingWIN Gratulacje! To opowiadanie to jest kamień milowy w kawiarenkowej twórczości.

a796e11d-301e-4d52-836d-88ec93bbe304

Zaloguj się aby komentować

Niczego nie żałuję. Nie będzie tak źle, ale na pewno gorzej niż mogłoby być


O trudnych skutkach łatwych decyzji

Chciałem nadrobić roboty tak z deka

Więc wcześnie z łóżka wygonić człowieka

Eurosport włączyłem

I o, zmitrężyłem

W nagrodę ciężka pobudka mnie czeka


#dobranoc

#limeryk #tworczoscwlasna #zafirewallem

Statyczny_Stefek userbar

Jestem wesoły Olek, mam login śmieszny

często łapie doły chcąc być wciąż pocieszny

tygodniami z hejto sobie znikam

lecz gdy widzę takiego zawodnika

muszę coś napisać żeby też umieścić xd

Zaloguj się aby komentować

Krewetki


Gdzieś z piekarnika piekielnej otchłani,

Aromat roztacza cebula i czosnek,

I żadna krewetka mi smaku nie zrani,

Kiedy na obiad cielęcy jest mostek.

Ból istnienia


W mrocznej i ciężkiej pogrążeni otchłani,

Co purpurą rozkwita niczym czosnek,

W igrzyskach bogów jesteśmy przegrani,

A serca krwawiące rozsadzą mostek.


Zupełnie nie mam pojęcia jakim skomplikowanym ciągiem logicznym przeszedłem od krewetek do powyższego

Zaloguj się aby komentować

Dziś wygrała nas dwójka,

Ugadanie zeznań trwa, a ja dziś nie mam czasu:(

@pingWIN , darujże.

A zatem:


Temat: listwa przypodłogowa

Rymy: bramka - zamka - mniamka - klamka.


Dla niewtajemniczonych, "mniamka" to coś pysznego - słowo zapożyczone z czeskiego mema. Nomen omen, samo jest mniamka.


Zasady:


  • Masz podany temat i rymy

  • Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z podanymi rymami.

  • Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci

  • Szerzysz radość z tworzenia

  • Et voilà


#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem


Ps. Nie zapomnij o społeczności bo ta zapomni o Tobie.

Listwa przypodłogowa


Podjąłem decyzję jak logiczna bramka

Trzask odciąganego słychać już zamka,

Smak życia mojego to żadna jest mniamka,

Przy tej listwie zgasnę, gdy wypali klamka.

Karol N.


Przed klubem kark, a zanim bramka,

fujarka wystaje, nie zapiął zamka,

spode łba łypie, coś w ryju mniamka,

pod prądem jak listwa, a w gaciach klamka

Zaloguj się aby komentować

Moi drodzy!


U mnie trwa remont w najlepsze, ale teraz jest czas na szóste spotkanie Kawiarenkowego Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego (#klubczytelniczy)!


Dziś w centrum naszej uwagi znajdzie się:

"Obcy" Alberta Camusa.


Zapraszam was serdecznie do rozmowy w komentarzach! Podzielcie się swoimi przemyśleniami, emocjami, ulubionymi fragmentami lub tym, co was najbardziej zaskoczyło w tej książce.


Wołam @splash545 @Wrzoo @cyberpunkowy_neuromantyk @adamec @Yes_Man @kiri

291b89e8-5b8c-402b-9ae1-982082ade884

Wedlug mnie najmocniejszy inkipit literatury feancuzkiej, « Aujourd’hui maman est morte » / «  Dzisiaj mama umarla », prostota werbalna pozwala na odczucie tego zdania czytelnikowi od 10 do 99 roku zycia, a co do reszty, to wiadomo ze niwinny i nie zapraszam nawet do dyskusji.

Ogólne wrażenie jakie zostawiła po sobie ta książka to całkowity brak emocji u głównego bohatera przez co sprawia wrażenie pozbawionego charakteru. Ani go lubię, ani go nie lubię, jest mi wszystko jedno co się z nim w rezultacie stanie. Poniekąd trochę irytuje mnie fakt, że muszę sięgnąć po opracowania czy recenzje na temat tej książki i autora. Owszem, to dobra okazja dowiedzieć się czegoś nowego, ale dzisiaj nawet pytania pomocnicze od l__p niewiele mi ułatwiają

Kurde, nie dość, że wgl nie dostałam powiadomienia odnośnie tego wpisu, to jeszcze pomyliłam niedziele (myślałam, że to w przyszłą) i nie przeczytałam, a sama proponowałam tę książkę. Przypau 🫠


Jednak już kiedyś Obcego czytałam (w licbazie), z ciekawości po przeczytaniu gdzieś amatorskiej analizy, że główny bohater był psychopatą. Z tego, co pamiętam, to napisałabym, że nie był, ja bym bardziej obstawiała neuroatypowość. Mersault nie postępuje w zgodzie z konwenansami i na końcu dopuszcza się morderstwa, jednak w jego postępowaniu brak utożsamianej z psychopatią "złej woli", jego czyny nie są też obliczone na przyniesienie mu pewnych korzyści, on po prostu taki jest i już i nawet nie potrafi zrozumieć, co z nim nie tak.

Zaloguj się aby komentować

Oho, @Dziwen usunął posta i myśli, że jak nie ma posta, to nie istniał i nikt nie wie, jak narzekał sobie, że specjalnie przyszedł a #nocna śpi.


Sowie po-nocki

Szykował się Dziwen na srogie niespanie

Miał memy oglądać i patrzeć w ściganie

Na Le Mans posucha

Na Hejto ni ducha

Jedyne co czeka go dziś: niewyspanie


#limeryk #tworczoscwlasna #zafirewallem

Statyczny_Stefek userbar

@Statyczny_Stefek potwierdzam, choć akurat na Le Mans było przetasowanie stawki i nie mam pojęcia czemu niektórzy zyskali tak dużo pozycji. xD

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór Jako, że Państwo

wczoraj doceniliscie mój wysublimowany

poemat o serze ( za co serdecznie Wam

dziękuję) to na mnie spoczywa dzisiejsze

kontynuowanie zabawy. Także, do brzegu:


Temat: Kompleks Edypa


Rymy: Huśtawka - Jeździectwo - Truskawka ⁃ Kalectwo


Powodzenia i udanej zabawy


#naczteryrymy #zafirewallem

Gdy byłem mały, uderzyła mnie huśtawka

olałem zabawki i pokochałem jeździectwo,

Gdy byłem starszy, zadławiła mnie truskawka,

teraz podnieca mnie matka, to dopiero kalectwo.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Wygląda na to, że dzisiaj wypadło na mnie. Tym razem zaproponuję Państwu rymy ukradzione z jednego z wierszy pana Adama Asnyka "Publiczność do poetów", chociaż sam temat w przeciwieństwie do wiersza jest zdecydowanie bardziej przyziemny.


Temat: Ser długo dojrzewający

Rymy: nutę - bezbrzeżną - zatrute - lubieżną


Miłej zabawy i udanego rymowania 


#naczteryrymy #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Z dedykacją dla @Rozpierpapierduchacz


Ą Ę do czasu pierwszej katastrofy

Pisał Manat wyłącznie piórami

Gardził dla plebsu długopisami

Kałamarz rozwalił

Wszystko uwalił

I pisze od dziś ołówkami


#limeryk #zafirewallem #tworczoscwlasna

I wepchnę się w #perypetiemanata xD

Statyczny_Stefek userbar

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

W zasadach bieżącej edycji Pani @moll napisała, że zwycięży najkrótsze zgłoszone opowiadanie, w związku z czym już wiem, że szans na wygraną nie mam i spokojnie mogę pogratulować pani @KatieWee . Jednak zupełnie mnie to nie powstrzymuje przed podzieleniem się z Państwem opowiadaniem o Radku. Radek jest... No właśnie - kim? Mam nadzieję, że uda się Państwu odgadnąć, bo jestem pewien, że każdy z nas ma gdzieś w domach koszyczki, pudełka czy szuflady pełne takich Radków. A ja liczę na obiecany bonus za utrzymanie tożsamości Radka w tajemnicy.


Mam nadzieję, że tym krótkim wstępem zachęciłem Państwa do zapoznania się z jednym dniem (w sumie to tylko porankiem) z życia Radka.


Miłej lektury.


************


Radek


Jak co dzień, punktualnie o 5:45, gdzieś na drugim końcu mieszkania ożył budzik. Ożył, drąc się w niebogłosy słowami “Wake me up before you go-go!”. 


– Zamknij się! – krzyknął Radek z kuchni, chociaż wiedział, że i tak nic nie wskóra.


Na szczęście tym razem budzik zdążył odśpiewać tylko jeden refren, zanim klapnięcie dłonią definitywnie go uciszyło. Osobiście nie miał nic do twórczości zespołu Wham!, nawet lubił Georga Michaela, ale na litość boską, ile razy można słuchać w kółko tego samego?!


Przeciągnął się leniwie na najwyższej półce w kuchni i wyjrzał zza krawędzi wiklinowego koszyka, który od dawna był jego domem. Mieszkał w nim razem z całą gromadką “braci” i “sióstr” - bo chyba takie określenie najbardziej pasowało do gęsto upakowanej rodziny, do której co jakiś czas trafiał ktoś nowy.


Niewyraźne mamrotanie domowników, szuranie kapci i szum wody w łazience, były niekwestionowaną przesłanką tego, że dom powoli - i zdecydowanie niechętnie - budzi się do życia. Spojrzał na godzinę na wyświetlaczu piekarnika.


– Oho, 5:59. Zaraz wstanie ta młoda i będzie awantura o łazienkę. “Shit storm” za 3… 2… 1…

– Maaaamoooo!!! Bo on mi znowu zajął łazienkę! Ja nie zdążę się przed wyjściem umalować! – rozległo się wycie.

– Punktualnie! - skwitował Radek, opierając się wygodnie o brzeg koszyka, żeby mieć lepszy widok.


Leniwe szuranie wciąż niemrawych domowników zastępowała coraz bardziej nerwowa krzątanina w kuchni. Ekspres do kawy został brutalnie wyrwany z drzemki, zatrzeszczał wysłużonymi, starymi wnętrznościami a teraz krztusił się, wypluwając gorący czarny płyn do filiżanek. Radek głęboko zaciągnął się aromatem świeżej kawy, aż mu się warstwy foliowego laminatu na piersi napięły i przyglądał się procesowi robienia kanapek.


Na drewnianej desce do krojenia wylądowały cztery kajzerki. Wyjęte z papierowego worka, nagle oślepione jaskrawym światłem, nie zdążyły się nawet dobrze rozejrzeć kiedy ostry jak brzytwa nóż rozharatał je na połówki.


– Ładne, szybkie cięcie – fachowo ocenił Radek – ciekawe z czym będą kanapki?


Z zainteresowaniem obserwował jak bułki pokrywa najpierw cienka warstwa masła, potem jak na każdej ląduje plasterek wędliny i kolejny - smakowicie pachnącego sera.


– Żonaaaa! Mamy gdzieś pomidory albo sałatę?  

– A kupiłeś wczoraj, jak prosiłam?  

– A prosiłaś?!  

– No to nie mamy.


Radek aż podskoczył. Brak pomidora, sałaty czy kiełków oznaczał jedno: smak kanapek trzeba będzie wzbogacić inaczej. A to z kolei wróżyło rychły koniec jednego z mieszkańców zapomnianego, wiklinowego koszyka. I rzeczywiście - po krótkiej, zdecydowanie bezowocnej inspekcji lodówki, zakończonej westchnieniem “_eh, nawet Kielecki się skończył_”, w kierunku koszyka wystrzeliła ręka. Widząc to, Radek puścił krawędź i próbował szybko zniknąć w tłumie pozostałych lokatorów. 


Niestety, nie wystarczająco szybko.


Sprawne palce zacisnęły się na nim w żelaznym uścisku. Druga ręka złapała za zgrzew tuż przy samym nacięciu z napisem “otwórz tutaj”. Radek poczuł szarpnięcie i rozdzierający ból pękającego laminatu. 


Przed oczami przeleciało mu całe jego życie: taśma produkcyjna w fabryce, wesoły transport do McDonalds, krótki pobyt w samej restauracji, gdzie przesiąkł charakterystycznym zapachem zużytego oleju i ten dreszczyk emocji, kiedy wędrował do nowego domu w kolorowym pudełku HappyMeal.


Teraz jego gęste, czerwone wnętrzności leżały równo rozsmarowane nożem na żółtym plasterku sera.


************

494 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

@onpanopticon a tak w ogóle to wina @moll że Radek tak skończył. Bo gdyby nie było limitu 1000 słów, to życie Radka mogło rozkwitnąć barwną historią. A tak musiałem je skrócić. Opowiadanie, znaczy się musiałem, skrócić

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ poezja (w moim rozumieniu) opiera się na emocjach, a są takie emocje, które już nawet nie wywołują gniewu, bo to się człowiek już dawno zdążył przyzwyczaić, to, żeby nie zwariować, chociaż ponarzekać sobie czasami warto:


***


Do prezesów-kolejarzy


Do prezesów-kolejarzy:

Wy parszywe małe fiutki!

To zaniedbań waszych skutki,

że se mogę tylko marzyć:


o byczeniu się na plaży,

żeby w górach wydać dutki,

o wyjeździe choćby krótkim.

Czy pasażer jest wam wraży?


Ani się dotrzeć da do Poznania,

na dworcach też już niejeden zbaraniał

czytając rozkład – męczarnie potworne!


Wrażeń z podróży się nie da zapomnieć,

punktualności nie śmiem tu wspomnieć.

Ech, kupię se, k⁎⁎wa, choć Tiguana!


***


#nasonety

#zafirewallem


O! Mam też ładną piosenkę w temacie kolejowym!

@George_Stark ja się nauczyłem, że jak chce się jeździć czy to pociągiem czy autobusem to należy celować w Warszawę, a potem stamtąd dojedzie się wszędzie.

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, to jeszcze Grudziądzki Cykl, a teraz cyk! – i do spania.


***


Regaty


Wypadł więc z łódki na jednym z wiraży

denat z ciałem o głowę za krótkim

(ta krótkość ciała to były skutki

nieuważności więziennej straży).


Grudziądzki Związek tam Kajakarzy

dostarczył łódki, pagaje, dulki,

w szranki stanęły miejscowe trupki,

każdemu medal z tych regat się marzył.


W wyniku tego wodnego ścigania

do równowagi doszło zachwiania:

wektory sił się stały niesforne.


Piachy niż woda bardziej wyporne,

zwłoki na plaży leżą dostojne,

taki był efekt regatowania.


***


#nasonety

#zafirewallem


EDIT: Kurde, zapomniałem dać linka do tej pierwszej strofy.

Zaloguj się aby komentować