Wybaczcie spóźnienie, wspolnie z @bojowonastawionaowca zapraszamy na rymkowanie.
temat: manat w niewoli
rymy: siedzi - ględzi - śledzi - smęci
#naczteryrymy #tworczoscwlasna

Społeczność
"Mnie to się marzy, żeby ona była miejscem wszelkich swawoli słownych" @George_Stark #naczteryrymy #nasonety #naopowiesci #klubczytelniczy
Wybaczcie spóźnienie, wspolnie z @bojowonastawionaowca zapraszamy na rymkowanie.
temat: manat w niewoli
rymy: siedzi - ględzi - śledzi - smęci
#naczteryrymy #tworczoscwlasna
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry, dobry wieczór. Dzisiaj razem z kolegą @TheCaptain prezentujemy:
Pierwszy Polski lotniskowiec! - co jest tematem
A rymy to: wielki - wszelki - pływa - pokrywa
Zasady: (zapożyczone od kolegi @plemnik_w_piwie)
Masz podany temat i rymy
Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z podanymi rymami.
Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci
Szerzysz radość z tworzenia
Et voilà
Miłego rymowania GL & HF
#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem
Pierwszy Polski Lotniskowiec
Polskiej myśli technicznej to sukces wielki,
ORP Bartek - zdobywca mórz wszelkich.
I od Radomia, aż hen! - po Tatry pływa,
Styropianowy pancerz mu burty pokrywa.
Ważne żeby istniał, nie musi być wielki
Najlepiej to w porcie na wypadek wszelki
Bo może zatonąć gdy się gdzieś wypływa
A ubezpieczenie tego nie pokrywa.
Nasz "Macierewicz" to okręt wielki,
Na klęczkach podziwia go lud wszelki.
Dzięki drewnianej konstrukcji on pływa,
Eskadra z papieru pokład pokrywa.
Zaloguj się aby komentować
Dzień doby wieczór się z Państwem,
Najwyraźniej zostałem dyżurnym w klasie. W związku z brakiem rymów od Pani @moll - wczorajszej zwyciężczyni, ponownie mam przyjemność zaprosić do zabawy z poniższymi rymami.
Temat: A jutro jest poniedziałek
Rymy: uciechy - mnóstwo - śmiechy - ubóstwo
Miłej zabawy i udanego rymowania
#zafirewallem #naczteryrymy
Bo jutro jest poniedziałek
Czekają jutro biurowe uciechy,
I nieprzytomnych spojrzeń mnóstwo,
Nadzieja w kawie! - Że przywoła uśmiechy,
I zakończy wigoru ubóstwo.
Zaloguj się aby komentować
Moi drodzy!
U mnie zapierdziel, z wszystkim jestem spóźniony, a jutro przeprowadzka. Ale teraz jest czas na siódme spotkanie Kawiarenkowego Dyskusyjnego Klubu Czytelniczego (#klubczytelniczy)!
Dziś w centrum naszej uwagi znajdzie się:
"Billy Budd" Hermana Melvillego.
Zapraszam was serdecznie do rozmowy w komentarzach! Podzielcie się swoimi przemyśleniami, emocjami, ulubionymi fragmentami lub tym, co was najbardziej zaskoczyło w tej książce.
Wołam @splash545 @Wrzoo @cyberpunkowy_neuromantyk @adamec @Yes_Man @kiri

Jakie znaczenie ma konflikt pomiędzy prawem naturalnym a wojskowym/pisanym? Po której stronie staje Melville?
O! To jest ta książka, którą od kilku lat mam zamiar przeczytać i myślałem, że tym razem mi się uda. Cóż: myliłem się.
Tylko tyle, niestety, mam w tym temacie do powiedzenia.
Zaloguj się aby komentować
– „Cóż to by była za edycja, w której ostentacyjnie nie zlekceważyłbym zasad? Toż to nie po chrześcijańsku!” – pomyślałem sobie, no i zasadę dotyczącą tematu w wytworze poniższym postanowiłem całkowicie zignorować:
***
O bezsenności
Czas tak ci wtedy powoli płynie:
– „By Morfeusza kiła trafiła!” –
myślisz, niemal dostając świra
po trzeciej bezsennej w łóżku godzinie.
Owce zliczyłeś już w całej gminie,
na wylot deseń poznałeś firan,
setny wulgarny rzuciłeś wyraz,
no i łyknąłeś melatoninę.
Lecz leżysz i martwisz się snu obsuwą,
i to zmartwienie sen spędza ci z powiek,
a więc w rozpaczy modlisz się: – Boże…
Aż w końcu, gdzieś między trzecią a drugą,
gdy sen już dreptał ci po powiekach
to pies sąsiada – no wziął i zaszczekał.
***
#nasonety
#zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
To będzie truizm, ale obserwacja ludzi bywa fascynująca, a rzeczywistość potrafi napisać takie scenariusze, których chyba nie dałoby się wymyślić, a przynajmniej ja bym nie potrafił. Koleżanka-Organizatorka @Wrzoo zażyczyła sobie, żeby w tej edycji zabawy #nasonety zawrzeć w swoich wytworach motyw śmierci. Zwykle takie życzenia (z większą bądź mniejszą premedytacją) olewam, ale nie tym razem. Tym razem życzenie otworzyło mi w głowie kilka klapek, a to, co spod tych klapek mi się powysypywało, niepokoiło na tyle, że trzeba było jakoś to w sobie uporządkować. W taki właśnie powstał wytwór poniższy, z którego zamierzam się trochę wytłumaczyć.
Mam koleżankę. A raczej miałem, bo od bardzo dawna już się nie widzieliśmy i nie rozmawialiśmy ze sobą i pewnie oboje zmieniliśmy się przez ten czas na tyle, że spotkanie, gdyby do niego doszło dziś, mogłoby okazać się cokolwiek niezręczne. Koleżance tej, już ponad dziesięć lat temu, zmarł partner. Zmarł we śnie, nie wiadomo dlaczego, sekcja zwłok nie wykazała przyczyny. Po prostu rano się nie obudził. Koleżanka przeżyła żałobę, a później zaczęła żyć dalej, znalazła sobie między innymi nowego partnera. Ostatnio mignął mi gdzieś jej wpis z okazji tej smutnej rocznicy, w którym napisała, że być może kocha dwie osoby jednocześnie. Cieszę się, że udało się jej sobie z tym wszystkim poradzić i że wydaje się być szczęśliwą (mam nadzieję, że rzeczywiście jest), a wspomnienie tej koleżanki i jej wpisu to pierwszy z przyczynków do powstania tego co poniżej.
Kolejne przyczynki są już czysto literackie. Pierwszym z nich (a drugim w ogóle) jest chyba mój ukochany wiersz, wiersz pana Stanisława Barańczaka *** / Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka . Wiersz, którego moje rozumienie, wraz z moją stopniową zmianą podejścia do świata, bardzo się zmieniło i uważam, że to moje obecne rozumienie go nadaje mu jeszcze większego sensu i prawdziwości. I może to właśnie dlatego podoba mi się on coraz to bardziej i bardziej – czyż odbiorca nie ma prawa ugniatać sobie utworu (szczególnie poetyckiego) tak, jak mu to akurat pasuje? Drugim z kolei utworem, też w temacie, który zadość daje życzeniu Koleżanki-Organizatorki i z którego ukradłem motyw zawarty tak w tytule mojego wiersza, jak i w jednym z jego wersów, jest tekst autorstwa pana Romana Kostrzewskiego, tekst do piosenki Łza dla cieniów minionych , którą to piosenkę pan Kostrzewski wykonywał wraz z zespołem Kat.
Ech. Dłuższy mi ten wstęp wyszedł niż sam wiersz. Może dziś nie mam dnia poety, ale dzień eseisty albo innego felietonisty?
***
Okręt twój płynie dalej
Co wieczór o tej samej godzinie,
kiedy zmęczona już się położyła,
kiedy bezpiecznie się kołdrą okryła,
ty przychodziłeś. Żeby być przy niej.
Mówiłeś jej wtedy, że wszystko minie –
tak jej mówiłeś, gdy się martwiła.
Minęło –dziś już jej nie ma, bo dziś już: była.
A okręt twój? Cóż – dalej płynie.
Wspomnij ją czasem, rano się budząc;
tę pamięć o was pielęgnuj w sobie,
tylko nie cumuj przy tym jej grobie.
Płyń! – być może ku nowym cudom? –
po łez przypływie gdy opadnie rzeka,
podnieś kotwicę! Płyń i nie zwlekaj!
***
Ponieważ dużo pisałem o tym spełnianiu życzenia Koleżanki-Organizatorki, podrzucę jeszcze jeden utwór, który mi się z tematem skojarzył, a który ogromnie mi się podoba, choć to, co autor chciał (tak mi się wydaje) w tekście zawrzeć zrozumiałem dopiero przy którymś kolejnym przesłuchaniu (no i nie odnajduję w nim inspiracji do wytworu swojego, chyba że to jakaś inspiracja bardzo mocno podświadoma). Ale tak piosenka, jak i jej tekst uważam za wyjątkowo piękne, wobec czego chciałem się z Państwem utworem Nad wyraz w wykonaniu pana Marka Dyjaka podzielić.
***
EDIT: Oj, nieładnie się zachowałem wspominając autora słów do jednego utworu, a do drugiego nie. Ten piękny tekst do piosenki Nad wyraz napisał pan Jan Kondrak, z którego twórczością mam ogromną ochotę się szerzej zapoznać.
#nasonety
#zafirewallem
Zaloguj się aby komentować
Ście się dzisiaj rozpisali, aż miło! Mam zamiar czytać za chwilę, najpierw jednak obowiązki:
***
Czas jak rzeka
Ta rzeka Wisła, co przez Grudziądz płynie,
(choć jeszcze wczoraj inaczej się wiła),
ta mokra trumna, wodna mogiła –
niejeden w niej zginął. I niejeden zginie.
Opowiem dzisiaj o pewnej dziewczynie,
co się wiślanej wody napiła:
tak piła i piła, aż się utopiła.
A przecież będą i jej następczynie.
Bo czas, jak rzeka, też płynie długo –
ujście znajduje w morzu, nie w grobie.
Morze to wieczność, Grudziądz – jej probierz.
Z tąże grudziądzką więc śmierci żeglugą
będziesz przemierzał wieczność po wiekach:
Grudziądz jak kurant, a czas jak rzeka.
***
#nasonety
#zafirewallem
@George_Stark Piła, więc zginie, w wiślanej botulinie. Ostatnio próbowałem napisać wiersz o topielicy i jedynie mi się taka idea rymu ostała i tu ja zostawię, bo pięknie napisałeś wiersza resztę za mnie
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry wieczór się z Państwem,
Kolega zwycięzca @wiro zaspał, więc ponownie przynoszę Państwu garść rymów - na drugą nóżkę. Dzisiaj dla odmiany od pana Asnyka.
Temat: Teraz to nie ma czasów
Rymy: lat - świat - wonie - gonię
Miłej zabawy i udanego rymowania
#zafirewallem #naczteryrymy
Zeszło jak lawina mi z życia trochę lat,
Psuł mnie i naprawiał ten dziwaczny świat,
Wąchałam i aromaty i niemiłe wonie,
Lecz już na nic nie czekam, za niczym nie gonię.
Nie naprawisz błędów minionych lat
zostaw je z tyłu, przed tobą leży świat
podróżuj, poczuj nieznane sobie wonie
idź przed siebie, wyrzuć słowo gonię
Dziś kołczingowo
Ileż minęło bezpowrotnych lat,
ilu bliskich odeszło na tamten świat,
na ile numerów już nie zadzwonię,
ilu wspomnień ze snów już nie przegonię.
Zaloguj się aby komentować
#nasonety #diriposta
Południca
Kaj chłop zbiera plony: kabaczki i dynie,
Tam zbiera też żniwo samodiwa wiła
Co obłęd podstępnie na lud dobry zsyła
Samowiły w lesie, w górach zagorkinie
Brodarice z wód, w chmurach oblakinie
A piękność ich władcom się nawet nie śniła
Lamenty już matka ku niebu posyła
Bo ta zgubnie zmarła, gdy ciało ostynie,
Zmienia się ze smutku wcale niedługo
Nie chcąc w spokoju usnąć w swym grobie
Pogrąży kolejną niewiastę w żałobie
W lubego jej wpędzi namiętność długą
Już nieustępliwej żądzy kirem obleka
A jej siostra Mora swe dzieło odwleka
#zafirewallem


@Wrzoo Coś to piciu z wkładką ostatnio chyba, bo się obudził nieokiełznany poezji zew
@Wrzoo Sprytnie - taki do góry nogami ten sonet. Tercyny na tetrastychach, tego jeszcze nie grali. A przynajmniej ja nie widziałem. Me gusta
Zaloguj się aby komentować
Sonet opisujący dzisiejsze zdarzenie. #nasonety #zafirewallem
Kos
Na krześle siedziałem dziś w budce, oddając się swojej rutynie
Huknęło mi nagle nad uchem, ptaszyna wnet w szybę się wbiła
Szkła tafla jest taka bezduszna, zapewne biedaka zabiła
Ten leży i drży u stóp krzesła, on śmierci się już nie wywinie
I oddech nierówny zanika, myślałem, że właśnie tak zginie
Duch jego już w niebo odleciał, została zaś sama padlina
Ja ziemi już zaraz ją zwrócę, bo nie chcę by przecież tu zgniła
Już prawie zostałem Charonem, wtem nagle ptaszyna ożyje
Ja chętnie odrzucam swą rolę, poczekam z ostatnią posługą
Kos uciekł zaś z całunu smierci, a teraz miast leżeć w grobie
To skulił się za nogą krzesła, wytrwale tam piórka swe dziobie
Po dłuższej chwili odleciał, lecz ledwo się minął z framugą
Ty szczęście dziś miałaś ptaszyno, twój moment się śmierci odwleka
Lecz nie wie nikt na jak długo, bo może za rogiem znów czeka
#zafirewallem


@splash545 o jejku, jaki piękny sonet! I do tego taki z życia wzięty!
Już prawie zostałem Charonem
To chyba mój ulubiony fragment. Mam słabość do nawiązań do greckiej mitologii w wierszach
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry się z Państwem,
A gdzie on tam dobry?! A zresztą co ja będę pisał, sami przeczytajcie...
Dziura w bucie
Pękła podeszwa mi w bucie,
Tak myślę: skąd to zepsucie?
Wszak wiek tej mojej podeszwy,
To nie był wcale podeszły.
I jestem w wielkiej rozterce -
Lubiłem te buty wielce.
Więc by utopić swe smutki,
Wyjąłem butelkę wódki,
Lecz chyba za dużo nalałem,
Gdyż jeszcze spodnie porwałem.
Teraz finał ma taki bajka,
Że dziury są dwie. I widać mi jajka.
#zafirewallem #endorfiki #wolnewiersze i chyba trochę (choć nienachalnie) #rower

Zaloguj się aby komentować
Jest mi niezmiernie miło otworzyć LXXXV edycję konkursu poetyckiego "Na Sonety" #nasonety — edycja "memento mori i danse macabre".
Towarzyszyć nam w roli utworu #diproposta będzie sonet Johna Donne'a.
Zachęcam, by ująć w swoim sonecie motyw śmierci. Tak, wiecie, żeby trochę radości wnieść.
Sonet X
John Donne
Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie
Potęga twa i groza; licha w tobie siła,
Skoro ci, których — myślisz — jużeś powaliła,
Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie.
Już sen, który jest twoim obrazem jedynie,
Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła,
Aby ciała spoczynek, ulga duszy była
Przynętą, która ludzi wabi w twe pustynie.
Losu, przypadku, królów, desperatów sługo,
Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie;
Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie
I w twych ciosach; więc czemu puszysz się tak długo?
Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka
W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.
***
Reguły:
rymujemy do powyższego sonetu.
w przyszły piątek podam zwycięzcę.
reguły mogą ulec samozniszczeniu.
też mogę ulec samozniszczeniu (memento mori).
#zafirewallem #poezja

Zaloguj się aby komentować
Bry. Wczoraj się zakałapućkałem, dlatego po buntowniczemu wrzucam #podsumowanienasonety w sobotę. Kończymy LXXXIV edycję bitwy #nasonety, w której to edycji doświadczyliśmy utworów:
@George_Stark - O flisaku
Kolejna odsłona Cyklu grudziądzkiego. W sumie ciekawe która. Ciężko jednak byłoby to zliczyć. Przy okazji sonetu Dżordż zabiera nas do samego Grudziądza i przedstawia fontannę flisaka, który to flisak nie pozwala topielcom wyjść z wiślańskiej toni, gdyby który próbował. Jak zwykle - poetycko mi wstyd przy koledze.
@Wrzoo - Kobiety kochają klamoty
Nie mam tyle komórek, co by wymyślić pochwałę utworu w słowach zaczynających się na "k", więc sobie oszczędzę. Z przesłaniem się kłócić nikt nie będzie, bo jest ono po prostu prawdą, więc to pominę. Kunszt tego wiersza to dla mnie jakaś abstrakcja. Chylę czoła.
@fonfi - Pukam
Po buntowniczemu wrzucam se w sobotę podsumowanie, bo mnie zainspirował kolega buntowniczym olaniem rymów i tematu. Lubię buntowników. W sonecie zaś kolega upuszcza pary i zwraca się ku samemu bogu (lub Bogu) z pytaniem - jak to jest...? Na końcu autor odpowiada sam sobie. Czy z racją czy bez racji? To chyba już kwestia indywidualna każdego z nas. Od siebie mogę dodać, że według mnie autor pomylił drzwi. Nie należy pytać boga ojca tylko matki natury, a ona już odpowiedź by miała, bo jaka natura jest, każdy widzi. Jak z koniem.
Zapomniałem dorzucić przy otwieraniu kryteriów oceniania, o czym przypomniałem sobie jakoś koło środy, toteż ocenię sobie subiektywnie.
I zanim nagroda główna to oczywiście nagrody główniejsze, bo przyjemne, a bez obowiązków (jak zwierzę w domu przyjaciela).
Dla kolegi @George_Stark nagroda Murarz, tynkarz, akrobata za połączenie poezji, historii i tego kurna kunsztu, co mnie zawstydza.
Dla koleżanki @Wrzoo nagroda Kwintesencji kobiecych kontemplacji za ten kurna kunszt, od którego mózg mi się gotuje, gdyż stałem w kolejce po cośtam innego te parędziesiąt lat temu.
Dla kolegi @fonfi nagroda Buntownika z powodu za zadawanie dobrych pytań i dowód na to, że humanitaryzm kurna jednak jeszcze dycha.
A nagroda główna leci do koleżanki @Wrzoo, gdyż obok czegoś takiego nie da się jednak przejść obojętnie.
Gratuluję, współczuję, pozdrawiam.
Cieplutko.
Poeto, litości - pamiętaj o społeczności.
#zafirewallem
@RogerThat Dziękujemy serdecznie za tę edycję. Niezmiernie miło mi było wziąć w niej udział, a jeszcze niezmierniej milo mi było olać jej wszelkie zasady, za które to olanie - co zaskakujące - zostałem na dodatek doceniony. Boję się tylko czy teraz takie olewanie przypadkiem mi się nie spodoba i nie wejdzie mi w krew.
Pani @Wrzoo gratuluję tej, jakże zasłużonej, wygranej. Bo to faktycznie jest majstersztyk. Chapeau bas.
A panu @George_Stark gratuluję i zazdroszczę tych praktycznych nagród (murarz, tynkarz) bo one są na wagę złota. Ja jak sobie sufit onegdaj w łazience zrobiłem, to później płatami odchodził i usłyszałem od majstra słynne "panie, a kto to panu tak sp...?". Przez co ten sufit kosztował mnie po trzykroć dwa razy tyle. Dwa razy tyle pieniędzy, nerwów i wstydu.
Koledze @RogerThat dziękuję za edycję (choć trudną), za miłe słowa oraz za to, że nie wygrałem. Tego ostatniego koleżance @Wrzoo gratuluję. A kolega @fonfi jak będzie miał jakiś sufit to zrobienia, to śmiało może po mnie dzwonić. Przekona się wtedy, że sam to aż tak bardzo tego nie spierdolił. Że da się bardziej.
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry wieczór się z Państwem,
A zatem wypadło na mnie. No dobrze - dzisiaj piątek, koniec tygodnia, czas na zasłużony odpoczynek, więc zapożyczywszy zestaw rymów z wytworu “Ludzie”, co to go był pan Leśmian napisał, poproszę abyście Państwo zarymowali w ten deseń:
Temat: A może by tak rzucić to wszystko?
Rymy: cienia - istnienia - słyszę - ciszę
Miłej zabawy i udanego rymowania
#zafirewallem #naczteryrymy
Czas wyjść z leków cienia
dodać cukru do istnienia
gdy nutę wyzwania słyszę
działam, przerywam ciszę
@fonfi
To koniec, nie wskrzesisz
Ni tuszu, ni ostrego mgły cienia
Żyrandol jak wisiał tak wisi
Błysnęła kryształkom dekada istnienia
Wołają, to tamto, nie słyszę
Uciekam na narty na zawsze
Z radaru, w niepamięć, pod ciszę
Dla siebie o łaski akt wnoszę
Podpiszesz? -pytam. Podpiszę.
W żarze wydarzeń desperacko szukam cienia,
w przemknięciu rybika szukam sensu istnienia,
histerycznego pisku opon już wokół nie słyszę,
tutaj tylko mój krzyk - przerwać może ciszę.
Zaloguj się aby komentować
Ech. Tutaj powinno nastąpić moje standardowe starcze narzekanie na brak czasu, ale może tym razem je sobie darujemy – ważne, że opowiadanie udało się skończyć. I to jeszcze na dodatek w terminie!
Prawdą jest to, że na kieleckim Punkcie Wymiany Poezji nie ma zbyt dużego ruchu. Prawdą jest to, że punkt ten zlokalizowany jest na Skwerze Stefana Żeromskiego i że skwer ten znajduje się obok kieleckiej katedry. Prawdą jest, że na tym skwerze jest bezpłatny szalet miejski i prawdą jest też to, że na tym skwerze chętnie przesiadują pijaczki. Prawdą jest to, że kiedy czasami przy okazji tamtędy przechodzę, no to do Punktu zaglądam. Prawdą jest też w tym opowiadaniu kilka innych rzeczy, rzeczy, które dotyczą głównie prozy życia. Resztę opowieści ubarwiłem, zaprzęgając do tego cały dostępny mi romantyzm, ale że nie ma go zbyt wiele, bo przecież romantyzm jest zupełnie niepraktyczny i sprawdza się wyłącznie w literaturze romantycznej, a ja jednak jestem całkowicie praktycznym inżynierem, no to wygląda to wszystko tak, jak wygląda:
Punkt Wymiany Poezji: Kielce
I was looking for love in the strangest places
Uriah Heep, July morning
***
Pomysł od razu wydał mi się uroczy. Miał on w sobie coś tajemniczości, miał coś z romantyzmu, a można było nawet uznać go za pewien rodzaj magii. Bo czyż nie jest magią to, kiedy tak zostawiasz kawałek siebie, a w zamian zabierasz kawałek kogoś innego? Ty go nie znasz, a on nie zna ciebie. Wszystko co masz, to tylko ten kawałek papieru, który ten ktoś tam wcześniej powiesił i te kilka zapisanych na nim słów. Czasami masz jeszcze charakter pisma, o ile ten nieznajomy ktoś zdecydował się napisać swój wiersz ręcznie. Ja tak napisałem.
Zanim jednak powiesiłem swój wiersz, zabrałem czyjś. Kim był ten tajemniczy ktoś, kto tam tę swoją kartkę umieścił? Co skłoniło go do tego, żeby ją tam zostawić? – męczyły mnie te pytania. Z wiersza zapisanego na zabranej przeze mnie kartce nie mogłem wywnioskować wiele. Trudno było mi nawet rozczytać znajdujące się na tej kartce słowa. Deszcze rozmyły litery, zresztą sam papier też poddał się działaniu warunków atmosferycznych – kiedy zdejmowałem go ze spinacza, miejsce, w którym był ściśnięty, ukruszyło się. Nie, to nie tak, że ta kartka się rozdarła. Ona się naprawdę ukruszyła. Widać musiała wisieć tam już bardzo, bardzo długo.
A więc ten kruszący się papier, te parę słów zapisane atramentem o jasnoniebieskim, mocno już wyblakłym kolorze i męczące mnie pytania. I ten charakter pisma. Niepokojący. Tajemniczy. Urzekający. Litery wyraźne, z okrągłymi brzuszkami i pięknymi, długimi ogonkami. Pismo piękne, jak w siedemnastowiecznych dokumentach albo w zeszycie do kaligarfii, który prowadziła moja koleżanka Ilona. Bardzo ładny charakter pisma. Bardzo kobiecy. Ten wiersz musiała zostawić tam jakaś kobieta.
W domu ostrożnie rozprostowałem kartkę starając się nie ukruszyć jej jeszcze bardziej i włożyłem ją za okładkę dumy mojej kolekcji, mojego wydania Cierpień młodego Wertera. Wydania niemieckiego, wydania w języku oryginalnym. Wydania z roku 1832, roku śmierci Johanna Wolfganga Goethego. Goethe ist tot, also ist auch die Romantik tot – tak właśnie wygląda świat po roku 1832. A moją życiową ambicją było tę sytuację zmienić.
***
Skwer imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Szeroka główna aleja prowadząca do okrągłego placu z Pomnikiem Armii Krajowej, tak bardzo przypominającego swoim kształtem słynny rzeszowski Pomnik Czynu Rewolucyjnego – a może to tylko mnie on się z jakiegoś powodu tak właśnie kojarzy? Wzdłuż alei kasztanowce z niedojrzałymi jeszcze kasztanami opatulonymi w te swoje zielone kolczaste skorupki, które zbrązowieją i zaczną pękać dopiero za mniej więcej dwa miesiące. I jeszcze dwie boczne alejki, którymi można obejść cały skwer dookoła. Jeśli spojrzeć na niego od strony katedry, z ulicy Jana Pawła II, wówczas lewa alejka będzie prowadzić do Punktu Wymiany Poezji. Znajduje się on na murze, kilka kroków przed Zakładem Aktywizacji Zawodowej i bezpłatnym szaletem miejskim. Żeby do tego Punktu dotrzeć, należy zejść z alejki pomiędzy dwiema ławkami i pokonać kilka metrów trawnikiem. Ścieżka nie jest w tamtym miejscu wydeptana.
Kilka pierwszych prób zawieszenia mojego wiersza, które podjąłem, nie zakończyło się powodzeniem. Być może to niewielka odległość od bezpłatnego szaletu miejskiego powodowała, że te dwie ławki, między którymi należało skręcić do Punktu Wymiany Poezji, zdawało mi się, że zawsze były okupowane przez dwóch miejscowych pijaczków:
– Kierowniku! Poratowałbyś może? Tak ze dwa złote chociaż? – początkowo pytali kilka razy dziennie, za każdym razem, kiedy tylko przechodziłem przed nimi tą alejką z zamiarem zejścia z niej i przypięcia wiersza pod ramką.
– Nie mam gotówki, kartą płacę – z jakiegoś powodu usprawiedliwiałem się przed nimi. Robiłem to tak długo, że w końcu przestali mnie o te dwa złote pytać.
Męczyłem się. Z jednej strony miałem silną potrzebę zostawienia tego wiersza w Punkcie. Chciałem poczuć tę magię. Więcej! – chciałem być tej magii częścią! Ten wiersz, który miałem zamiar powiesić, miał być moim zaklęciem, a ja już dobrze wiedziałem, jakie osiągnę tym zaklęciem efekty. Z drugiej jednak strony byłem na siebie zły, a nawet byłem sobą rozczarowany. Powodem tego rozczarowania było to, że nie mogłem zrozumieć w jaki sposób tych dwóch pijaczków przeszkadza mi w tym, żeby to moje postanowienie zrealizować. Należało tylko podejść do ramki i tę kartkę po prostu na niej zawiesić. Oni przecież nie mieli problemu z tym, żeby mnie o te dwa złote natarczywie wypytywać.
Męczyłem się, i to męczyłem się coraz bardziej. Doszło nawet do tego, że miałem kłopoty ze spaniem. Pierwsze promienie słońca wyrywały mnie ze snu. Budziłem się zlany potem i za nic w świecie nie mogłem ponownie zasnąć.
***
Wynurzające się zza horyzontu słońce oświetlało Skwer Stefana Żeromskiego od strony ulicy Wesołej. Promienie wędrowały od Placu Wolności wzdłuż ulicy Mickiewicza i rozbijały się na liściach kasztanowców. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, niektóre z promieni docierały aż do złotych kul wieńczących katedralną dzwonnicę i kopułę nawy głównej. Światło odbijało się od tych kopuł, a ja miałem wrażenie, jak gdyby te kule były oświetlone od dołu. Jak gdyby światłość miała swoje źródło w ziemi.
Poniedziałkowy poranek był chłodny i wilgotny. Jak na lipiec było nawet bardzo chłodno: kiedy przyspieszyłem kroku podążając w kierunku ramki, z ust zaczęła wydobywać mi się para. Powodem tego mojego przyspieszenia kroku było to, że ławki przed ramką były puste. Nikt na nich nie siedział. Widocznie dla pijaczków było jeszcze zbyt wcześnie. Wykorzystując okazję, powiesiłem więc swój wiersz i rozentuzjazmowany wróciłem do domu. W domu od razu zachciało mi się spać. Położyłem się wtedy do łóżka i zasnąłem jak niemowlę.
***
– Jego nie pytaj, on i tak powie, że ma tylko kartę – powiedział jeden pijaczek do drugiego, wkładając wiele wysiłku w to, żeby upewnić się, że jego szept zostanie przeze mnie usłyszany.
Przez kolejne dwa tygodnie od tego dnia, kiedy powiesiłem na ramce swój wiersz codziennie przechodziłem przez skwer kilkukrotnie, zawsze niby to przypadkiem. Za każdym razem zastawałem ten sam widok: pijaczki siedzące na ławce i kartka wisząca na ramce dokładnie tak, jak ją tam zostawiłem. Za każdym razem byłem tą kartką trochę bardziej rozczarowany, a może nawet czułem się coraz bardziej zawiedziony.
– „No cóż: Kielce nie są miastem poetów” – pomyślałem. – „A jeżeli już nawet w jakimś stopniu są, no to jest to raczej poezja w rodzaju u_ap-bam-beluba-uap-bem-boo_* czy innego jebać mi się chce**. No trudno. Czego ja się w ogóle spodziewałem? Że ktoś mnie tutaj doceni? Przecież oni sobie na mnie w ogóle nie załużyli!” – w taki właśnie sposób próbowałem racjonalizować sobie całą tę przykrą jednak sytuację.
***
Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko.*** – zgodnie z tym bolesnym credo romantyków, tęsknota serca, niestety, wygrała u mnie z potęgą rozumu. Problemy ze snem wróciły. Znów budziłem się wczesnym świtem, znów pidżama była mokra od potu.
– „Dwa tygodnie to przecież mnóstwo czasu. Powinna była już dawno się pojawić” – myślałem, przewracając się z boku na bok. Obracałem tę myśl w głowie i analizowałem ją na wszystkie możliwe sposoby. Spędziłem z tą myślą tyle czasu, że już dokładnie wiedziałem jak wygląda ta moja Lotta, która kiedyś powiesiła swój wiersz w ramce. Ten wiersz, który ja później zabrałem, który przeczytałem i który doceniłem, bo przecież trzymałem go w najcenniejszym egzemplarzu z mojego obszernego zbioru poezji romantycznej. Ta Lotta, która teraz powinna teraz znaleźć moją na swój wiersz odpowiedź. – „Coś się widocznie musiało stać” – przyszło mi do nagle głowy i, przejęty tą myślą, poderwałem się z łóżka. Ubrawszy się w cokolwiek, popędziłem na skwer. Chciałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić. Musiałem coś zrobić żeby ratować moją Lottę. Nie wiedziałem tylko co.
***
Spinacz pod ramką był pusty.
– „A więc jednak! Wystarczyło tylko wykazać się odrobiną cierpliwości!” – uradowałem się.
– Kierowniku! Poratowałbyś może tak ze dwa złote? – dobiegł mnie głos jednego ze znajomej mi już dwójki pijaczków, którzy zmierzali w kierunku swojej ławki. Wyglądali na mocno zaspanych, w dodatku zaspanych snem trudnym po wczorajszym trudnym wieczorze. Być może właśnie dlatego tym razem nie udało im się mnie poznać.
– Mam tylko piątkę – odpowiedziałem.
– Jak dla mnie to może być. Ja tam się wcale na piątkę nie obrażę.
***
Kolejne dwa tygodnie. Dwa tygodnie nerwowego oczekiwania. Dwa tygodnie problemów ze snem. Dwa tygodnie: czternaście dni. Dwa tygodnie: trzysta trzydzieści sześć godzin i niezliczona ilość piątek, którymi musiałem obdarować pijaczków, bo po pierwszym razie jakoś głupio mi było im odmówić.
– Ty to, młody, coś tak wyglądasz mi na jakiegoś przygnębionego – w rozpoczynający trzeci tydzień oczekiwania poniedziałek, po odebraniu swojej piątki, zagaił mnie jeden z nich. – Klapnij se tutaj z nami na chwilę, łyknij se, to, co to by tam nie było, to zaraz ci przejdzie. Zresztą, i tak przydałoby mi się jakieś towarzystwo, bo z niego to na razie żadnego pożytku nie będzie.
Faktycznie: drugi z pijaczków chrapał przewieszony przez oparcie ławki. W taki właśnie sposób rozpoczęła się moja znajomość z Jurkiem i Markiem, bo takie imiona nosili ci dwaj pijaczkowie.
– Aaa! Czyli o kobietę ci się rozchodzi! – skonstatował Jurek, wysłuchawszy mojej historii przerywanej od czasu do czasu co głośniejszymi chrapnięciami Marka.
– Nie tylko że o kobietę, ale też i o poezję. Przede wszystkim o poezję! – bełkotliwie przyznałem się Markowi do mojego pisania wierszy. Przyznałem mu się do czegoś, do czego jeszcze nigdy nikomu się nie przyznałem, bo trochę się tego wstydziłem, a trochę byłem przekonany, że świat nie doceni mojego geniuszu i że wcale na niego nie zasłużył, ale to wino truskawkowe, którym dzielił się ze mną Jurek, proporcjonalnie do odbieranych mi zdolności dykcyjnych dodawało mi odwagi.
– A to nie na jedno wychodzi? – zapytał Jurek i opowiedział mi swoją historię:
– Kiedyś też byłem z kobietą – powiedział – wtedy zresztą i ja pisałem wiersze. No ale z kobietami to już jest tak, że zawsze, ale to zawsze, muszą znaleźć sobie coś, co im będzie przeszkadzać. Tej mojej na przykład przeszkadzało, że gnije mi lewa górna ósemka. Jeden ząb, wyobrażasz to sobie?! Trzydzieści pięć zębów zdrowych! Trzydzieści pięć, no bo jeszcze dziewiątki mi wyrosły, taki jestem wyjątkowy, a tylko jeden chory i to właśnie tego chorego musiała się uczepić! Jakby nie mogła sobie jakiegoś innego wybrać…
– No ale co dalej? – dopytywałem się kiedy Jurek, popadłszy w jakieś przygnębienie, zawiesił się na swoim wspomnieniu.
– A… No dalej to już normalnie – kontynuował pociągnąwszy z butelki solidny łyk dla otrzeźwienia. – Wiesz, młody: złamane serce, człowiek młody, głupi, a jeszcze naczytał się tych romantycznych pierdów od Goethego czy innego Mickiewicza, no to chciał być jak jeden z tych cierpiących bohaterów. Ja na przykład chciałem być jak Werter. Kupiłem sobie biurko, niebieski płaszcz i żółtą kamizelkę i nawet chciałem zrobić pozwolenie na broń, no ale dwa razy egzaminu z Glocka nie zdałem. Ten niezdany egzamin podłamał mnie jeszcze bardziej i długo zastanawiałem się jaki inny rodzaj śmierci sobie wybrać. I tak sobie wymyśliłem wtedy, że skoro nie mogę być jak każdy, no to zrobię tak, jak nikt jeszcze nie zrobił. No i szukałem takiego rodzaju śmierci samobójczej, jakiego żaden z bohaterów romantycznych nie wybrał. No i nie znalazłem nikogo, kto by się utopił. No i wtedy pojechałem do Grudziądza…
– Nad Wisłę?!– zapytałem przejęty zgrozą.
– Nad Wisłę – z kamienną miną odpowiedział Jurek.
– I żyjesz?!
– No, jak widać żyję. Ale miałem kupę szczęścia. Stamtąd podobno mało kto wraca. W zasadzie to nie słyszałem o nikim, kto by stamtąd, znad Wisły, wrócił. Przynajmniej żywy. A mnie się udało. Ale wiesz, to właśnie tam poznałem Marka – Jurek wskazał na wciąż chrapiącego kolegę. – Jego też wtedy zostawiła kobieta. Nie umiał kiełbaski prawidłowo na ognisku upiec, czy coś takiego… Dokładnie to nie pamiętam o co im tam poszło, on zresztą chyba też już nie. No ale on był mądrzejszy ode mnie. Od dawna był już wtedy stoikiem, więc nie bardzo się tym jej odejściem przejął. Tyle, że psa mu wtedy zabrała i pająki, choć ustalenia na wypadek rozwodu mieli inne. No i tego psa i tych pająków to mu jednak szkoda było. Zresztą, pies później wrócił. Pamiętam, jak kiedyś w obozie…
– No ale co dalej? – spytałem, bo Jurek znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim.
– No to właśnie mówię. Dalej to już było życie jak Rzymie w pierwszym wieku naszej ery. Wiesz, Marek miał jakiś tam swój pomysł na życie, nie to co ja. Marzyło mu się założyć obóz stoicki. No i taki obóz w Grudziądzu założył, i zatrudnił mnie w nim jako swojego przydupasa. I tak sobie w tym obozie przez kilka lat spokojnie czekaliśmy na śmierć, ale w końcu najechali nas epikurejczycy. I, jakby chcieli nam zrobić na złość, wcale na nie zabili, tylko zburzyli nam ten nasz obóz, a na jego miejscu założyli park rozrywki…
– I? – kolejny raz musiałem przywołać Marka do rzeczywistości.
– No i zapytałem Marka „Co dalej?”, kiedy tak patrzyliśmy na tych epikurejczyków, głośno radujących się na ruinach naszego spokojnego niegdyś obozu. Marek powiedział, że w sumie to teraz jest mu już wszystko jedno i, nie mając lepszego pomysłu, wyruszyliśmy wzdłuż Wisły. Szliśmy pod prąd, chcieliśmy dotrzeć do źródeł. Jak filozofowie. W taki właśnie sposób trafiliśmy do Kielc, a kiedy znaleźliśmy w tych Kielcach martwego bociana z wypchanym portfelem pod skrzydłem, no to trochę za bardzo zabalowaliśmy. Widać udzielił się nam ten epikureizm i przepuściliśmy w ten sposób cały ten niespodziewany przypływ gotówki w ciągu jednego wieczora no i w końcu usnęliśmy tutaj, na tym właśnie skwerze. Kiedy się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Wisła w nocy po raz kolejny zmieniła swój bieg, a nam już się nie chciało jej wtedy szukać i wówczas stwierdziliśmy, że skoro nie mamy już za czym podążać do źródeł, no to równie dobrze możemy w tych Kielcach zostać. No i tak zostaliśmy i teraz sobie tutaj jesteśmy.
***
Marek obudził się o godzinie jedenastej.
– Głodny się robię – powiedział.
– Według ciebie to można by regulować zegarek – odparł Jurek, po czym zwrócił się do mnie: – Idziemy, młody, na obiad, bo o jedenastej trzydzieści tutaj obok michę dają. Idziesz z nami? – zapytał, kiedy właśnie miałem zamiar ciągnąć go za język w sprawie tego, jak to było u niego z poezją, bo do tej pory opowiedział mi wyłącznie o swojej kobiecie i o tej kobiety w jego życiu następstwach.
– Nie, dzięki. Nie jestem głody. Trochę sobie jeszcze tutaj posiedzę – odmówiłem, ponieważ po tym winie truskawkowym bardzo kręciło mi się w głowie.
– A jakiejś piątki byś może jeszcze nie znalazł? Bo, wiesz, jak będziemy wracać, no to byśmy coś tam jeszcze może kupili. Bo to się właśnie skończyło – powiedział Jurek, po czym pociągnął ostatni, solidy łyk o objętości jednej czwartej litrowej butelki, którą następnie kulturalnie umieścił w koszu przeznaczonym na szkło.
***
Zmieniłem ławkę. Niepewnym krokiem przedostałem się przez trawnik, jeszcze mniej pewnie wspiąłem się na niski murek okalający centralny plac Skweru Stefana Żeromskiego, po czym spełzłem z jego drugiej strony i, z trudem przechodząc przez plac, zająłem miejsce po jego drugiej stronie. Miałem stamtąd doskonały widok na znajdującą się dokładnie naprzeciw mnie wiszącą na murze ramkę.
Pojawiła się nagle. Zatrzymała się na alejce dokładnie naprzeciw mnie. Stanęła pomiędzy ławkami. Nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła prosto w kierunku ramki.
– „Boże! Boże! Żeby tylko to nie była ona!” – pomyślałem i natychmiast przetrzeźwiałem. Przed ramką stała kobieta w wieku co najmniej osiemdziesięciu lat. Była lekko przygarbiona, ledwo powłóczyła nogami, a te resztki siwych włosów, które zostały jej jeszcze na głowie były mocno przetłuszczone i rozrzucone w zupełnym nieładzie. Kiedy zawiał wiatr, dobiegł mnie zapach potu, moczu i lawendy. Mimo zbliżającego się lipcowego południa ubrana była w futro. Futro miało widoczne nawet z tej sporej odległości, która nas dzieliła, dziury – widać lawenda, którą zapewne trzymała w szafie, niewiele jej pomagała. – „Uff…” – odetchnąłem, kiedy okazało się, że staruszka wcale nie spoglądała na Punkt Wymiany Poezji, ale na swojego pinczera, który zdecydował się murek, na którym zawieszona była ramka, oznaczyć jako swój. Na całe szczęście, po załatwieniu przez psa potrzeby, właścicielka oddaliła się zabierając go ze sobą. Nie lubię tych małych szczekających szczurów – był to więc kolejny minus tej mojej, całe szczęście że potencjalnej, Lotty.
Jurek z Markiem długo nie wracali. Siedziałem więc samotnie na ławce przyglądając się kolejnym kobietom przechodzącym obok ramki. Niejednokrotnie serce, to serce, które tak mocno biło mi na myśl o mojej Lotcie, podchodziło mi podczas tych obserwacji do gardła. Działo się tak dlatego, że żadna z kobiet, które tamtego poniedziałku widziałem na skwerze, nawet odrobinę nie przypominała mojej Lotty. Ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że któraś z nich mogłaby moją Lottą choćby spróbować zostać.
Drugą kobietą, która przeszła alejką zaraz po właścicielce pinczera była damulka na szpilkach i w zbyt obcisłej niby-to-skórzanej spódnicy. Na zadartym nosie nosiła ciemne okulary, a na głowie miała fryzurę typu „chcę rozmawiać z kierownikiem”.
– „Z taką babą to byłyby tylko same problemy. Po co mi jakieś wieczne pretensje? Jej to przecież zawsze coś nie będzie pasować” – pomyślałem z ulgą, kiedy minęła ramkę, nawet na nią nie spojrzawszy. Spojrzała za to na panią futrze, kiedy wyprzedzała ją, spiesząc się zapewne na jakieś superważne spotkanie, na którym będzie mogła wcielić w życie swoją przebojowość i okazać swoją niezależność. Na staruszkę z psem spojrzała z pogardą. – „Nie szanuje innych” – pomyślałem i to był kolejny jej minus, który tylko utwierdził mnie w słuszności podjętej właśnie przeze mnie decyzji.
Później przechodziła jeszcze dziewczyna w wieku w sam raz dla mnie, ale zbyt tłusta i w dodatku w legginsach, które bardzo niegustownie opinały jej tłuste jak balerony nogi. Po niej pojawiła jakaś laska wymodelowana i wypindrzona tak, że zastanawiałem się, czy to jeszcze człowiek, czy już reklama jakiejś fuzji branży kosmetologii i medycyny estetycznej z dodatkiem przedsiębiorstw odzieżowych. Zresztą, ile czasu musiała poświęcać każdego ranka na wykonanie takiego makijażu! Czasu, który porządna kobieta powinna wykorzystywać na przygotowanie pożywnego śniadania dla swojego mężczyzny.
Następna przechodziła dziewczyna w nijakich szaroblondowych włosach upiętych w skromny kucyk. Kolor jej włosów doskonale komponował się z szaronijakim kolorem cienkiego rozpinanego swetra, który miała na siebie narzucony.
– „Nie no, taka to też nie. Taka to tylko przy zgaszonym świetle, wyłącznie po bożemu, zawsze pod kołdrą i z koszulą nocną podwiniętą wyłącznie tyle, ile jest to absolutnie konieczne.”
Później pojawiły się jeszcze dwie roześmiane siksy – jedna brunetka z dość przyjemną twarzą, ale z figurą w kształcie gruszki, figurą, która zupełnie mi nie odpowiada, w dodatku ubrana w zieloną koszulkę, a ja bardzo nie lubię zielonego i jej ruda przyjaciółka, całkiem nawet niezła. Ale cóż z tego, że niezła, kiedy, wnioskując ze sposobu w jaki rozmawiała z brunetką, wszystkie nasze prywatne sprawy byłyby natychmiast wynoszone na zewnątrz.
I przeszło tamtego poniedziałku przez skwer Stefana Żeromskiego w Kielcach jeszcze kilka innych kobiet, ale każda z nich miała w sobie coś, co dyskwalifikowało ją jako moją potencjalną partnerkę. Żadna z nich nie mogła być moją Lottą.
Cierpiałem więc. Cierpiałem z każdą odchodzącą spod ramki zmarnowaną szansą, cierpiałem z każdym krokiem tych oddalających się kobiet. Cierpiałem z każdym ich krokiem, z którym razem z nimi oddalała się nasza wspólna szczęśliwa przyszłość, bo żadna z tych oddalających się kobiet nie była taka, jaką być powinna.
***
Na skutek tego cierpienia, jak u każdego prawdziwego romantyka, obudził się we mnie nastrój. Nastrój przygnębienia, a może nawet głębokiej depresji. Nastrój, z którym, jak każdy prawdziwy poeta, umiałem poradzić sobie tylko w jeden sposób. Wyciągnąłem więc zeszyt, który zawsze noszę przy sobie na wypadek nagłego przypływu natchnienia i zapisałem w nim co następuje:
Lotto, moja droga Lotto!
Życie moje – grząskie błoto:
ranek wita ciemną grotą,
puste dni są mi Golgotą,
wieczór jak walka z Gołotą…
Jakże sprostać mam kłopotom?
Jak zamienić ołów w złoto? –
bo kobiety ze ślicznotą
odrzucają mnie głupotą,
ale te z rozumu cnotą
odrzucają mnie brzydotą.
A więc gryzę się zgryzotą,
choć bym zrobił wszystko po to
żeby przestać być sierotą
miłości.
;
Lotto! Moja droga Lotto!
Przyjmij! Przyjmij mnie z ochotą!
Uracz! Uracz mnie pieszczotą!
Ja uraczę ciebie strofą –
tego pragnę! Ale: co to?!
Życia mnie realia zgniotą:
szansa, by cię spotkać Lotto,
mniejsza niż na szóstkę w Lotto.
Po napisaniu przeczytałem ten wiersz jeszcze kilkukrotnie i byłem z niego bardzo zadowolony. Później wyrwałem tę kartkę, na której go zapisałem, ostrożnie złożyłem ją na pół i zawiesiłem pod ramką.
***
– A oto jest i nasz poeta! A my tutaj mamy natchnienie! – wykrzyknął Jurek wyciągając w górę jeszcze nie otwartą butelkę wina truskawkowego, kiedy po obiedzie, w towarzystwie Marka, zmierzał w kierunku ławki, na której pogrążony w smutku czekałem sam nie wiem na co. Być może nawet na nich. Czekałem więc, w dalszym ciągu jednak z jeszcze nie do końca umarłą nadzieją obserwując, czy nagle nie pojawi się pod ramką moja Lotta żeby zabrać ten mój wyraz rozpaczy przelany przeze mnie dla niej przed chwilą na papier.
Jurek z Markiem usiedli na ławce obok mnie.
– Daj, to odbiję – powiedział Marek wyciągając rękę w kierunku wina. – Coś mnie suszy po tym obiedzie. Chyba przesolili.
– Czekaj! – wykrzyknął Jurek cofając rękę, w której dzierżył płynne różowe natchnienie. – Metabolizm się we mnie odzywa. Zaraz wracam, bo to niezdrowo tak spożywać z pełnymi jelitami.
Następnie Jurek wstał i udał się w kierunku pobliskiego bezpłatnego szaletu miejskiego. Drzwi nie zdążyły się jeszcze za nim do końca zamknąć, kiedy otworzyły się ponownie, a w otworze drzwiowym ukazała się jego wściekła twarz.
– Noż k⁎⁎wa! – wykrzyknął. – To miasto schodzi na psy! Nie dość, że cała poezja w tym mieście ogranicza się do uap-bam-beluba-uap-bem-boo czy innego jebać mi się chce, to jeszcze w sraczach nie mają papieru! No i co ja mam teraz uczynić?
– A, ostatnio też tak miałem – spokojnie odezwał się wtedy Marek, którego, jako stoika, nawet takie tragedie nie wzruszały. – Ale trzeba sobie jakoś w życiu radzić. Ja poradziłem sobie w taki sposób, że jakiś kretyn, tutaj na murku, zaraz obok, przypina z jakiegoś powodu jakieś kartki, no to sobie taką kartkę wziąłem. Nawet miękki ten papier i całkiem przyjemny w dotyku, tylko trzeba go najpierw trochę w rękach potarmosić.
***
* – Liroy, Scoobiedoo Ya;
** – Liroy, ...A J⁎⁎ać Mi Się Chce!!!;
*** – Adam Mickiewicz, Romantyczność;
***
#naopowiesci
#zafirewallem
3524 słowa, dwie redakcje i już więcej nie robię; za ewentualne błędy, niezgrabności i nieścisłości przepraszam.
I dziękuję.
@George_Stark No takiego końca to się nie spodziewałem. Różne mi się w trakcie czytania koncepcje rodziły, ale na tę strzelbę na ścianie to nie zwróciłem uwagi, chociaż Szanowny Pan Autor kilka razy ją w kadrze umieścił. Ale to świadczy tylko o tym, że umieścił ją tam po mistrzowsku.
Tak więc uśmiałem się.
I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.
@George_Stark Coś mi w pewnym momencie zaświtało, że z tym może się wiązać zakończenie (nie spojleruję)
Super się czytało.
Nawiasem, to zabawne, że wiersz który dałeś w środku opowiadania, jest zdecydowanie jednym z fajniejszych jakie ostatnio dane mi było przeczytać. Może dlatego właśnie, że był tylko częścią, że był wpleciony, a nie był zarówno pisany, jak i czytany samotnie.
Kawał dobrego czytadła. Lubię też taką formę "znów zawiesił na wspomnieniu, choć tym razem nie do końca na swoim." użytą w odpowiednim momencie. Oczytanie widać jak na dłoni
Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD
@fonfi
I nawet refleksję mam po tej lekturze, a o to chyba chodzi w literaturze (o, nawet się zrymowało). A refleksję mam taką, że teraz nie wiem czy ten cały interes z poezją to przypadkiem nie jest po prostu do d⁎⁎y.
Cieszę się, że taka refleksja Pana naszła (proszę pozdrowić żonę). Cały ten tekst miał być taką właśnie konstatacją zupełnego bezsensu tego, co tutaj (ale i przy tych ramkach) robimy. Co nie jest, oczywiście, żadnym argumentem za tym, żeby przestawać to robić.
@onpanopticon
Koniec końców tylko dodam, że surowa ta "laurka" dla kieleckich kobiet i ich powabu intelektualno-wizualnego xDD
Patrz, a zamiar był zupełnie inny! To zawsze jest bardzo ciekawe dowiadywać się, jak bardzo zamiar różni się od odbioru.
EDIT:
A co do wiersza, to dziękuję, choć mocno starałem się żeby był możliwie jak najbardziej mizerny literacko.
***
Dziękuję, chłopacy, za miłe słowa, za refleksje i uwagi, bo to nie tylko cenne na przyszłość, ale i przyjemne tak je sobie przeczytać z raniacza.
Zaloguj się aby komentować
Don pingwin spasował
Uwielbiany przez tłumy dal szansę innym.
Przestrzegałem szczeniaków, że tak bedzie...
Absencję jego w rymowankach uczcijmy:
Temat: ciężar sławy
Rymy: zmowa - schowa - nowa - głowa
Zasady:
Masz podany temat i rymy
Ogarniasz wierszyk w tej tematyce i z podanymi rymami.
Oczywiście rymy mają być użyte z zachowaniem podanej kolejnosci
Szerzysz radość z tworzenia
Et voilà
#naczteryrymy #poezja #tworczoscwlasna #zafirewallem
Ps. Nie zapomnij o społeczności bo ta zapomni o Tobie.
Sowa krzyczy: - Zmowa! Zmowa!
Pingwin się gdzieś w owcy schował!
Zbite gary! I od nowa!
Bo mu wystawała głowa.
@plemnik_w_piwie
Upał spojrzeń jak zmowa
Zakładam kaptur i oksy
Chcę cały się schować
Jak ostrze w scyzoryk
To musi się skończyć
Zmienię tożsamość w Turcji
Jak zakola nowe szlaki
Wyznaczy mi skalpel
Albo dalej, na pustyni
Wszystko zacznę od nowa
Przebiję balonik
Wycieknie woda sodowa
I zero pogoni
Zostanie kark a nim głowa
To znowu żymska zmowa
plan wykryty, barschowa!*
zaczynamy więc od nowa
rabinów już w tym głowa
*wymyślone specjalnie na tą okazję żydo... żymskie przeklęstwo
Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry się z Państwem,
Jak tylko rano dowiedziałem się o śmierci pani Joasi Kołaczkowskiej zrobiło mi się niesamowicie smutno i dopadły mnie egzystencjalne myśli. Myśli te puchły mi w głowie i zaczęły tak mocno uwierać, że musiałem dać im jakiś upust. A zatem upust ten im dałem. Dałem go w postaci sonetu #diriposta. A przez to, że zdecydowanie nie leżą mi rymy (a właściwie ich brak) w bieżącej edycji #nasonety, to ucząc się od najlepszych, postanowiłem totalnie dzisiaj olać zasady zarówno dopasowania się do rymów jak i roastowania kogokolwiek.
Zapraszam więc do zapoznania się z moim upustem.
Pukam
I stoję tu panie pod Twoimi drzwiami,
A chociaż zbyt długo z wizytą już czekam,
Zapukać się wstydzę i bez sensu zwlekam,
Choć bardzo chcę wiedzieć jak to jest między nami.
Dlaczego pozwalasz, że ludzie głodują?
Dlaczego niewinne cierpią w wojnach dzieci?
Lub gasną przedwcześnie ludzie przyzwoici,
Gdy zdrowiem i szczęściem wciąż cieszą się szuje?
I kłębi się we mnie tych pytań tak wiele,
A ja wciąż pod drzwiami Twoimi jak cielę
stoję, i odpowiedzi pragnę łapczywie.
A kiedy nareszcie w odwagi przypływie
pukam - z ciężką, od pytań do Ciebie głową,
Znajduję ciszę - bo tu nie ma nikogo...
PS
Zdjęcie pani Joasi wrzucam w kolorze, bo pani Joasia nie była ani postacią szarą, ani czarno białą. Była natomiast postacią bardzo kolorową i tak na pewno chciałaby być zapamiętana.
#zafirewallem #nasonety #diriposta #wolnewiersze

Ależ mi się ten wiersz podoba, tak wymową, kompozycją jak i samym wykonaniem. No i tą puentą, której człowiek się niby spodziewał, ale i tak sprytniej do niej Pan Autor doprowadził.
@fonfi ostatnio jakaś ch⁎⁎⁎wa moda się zrobiła, ze zamiast iść na koncert/występ artysty, idziesz na jego pogrzeb, nie fajnie ...
Zaloguj się aby komentować
Zainspirowany przez kolegę @skorpion:
Miłość to nie Hejtostaty ani kwiaty
To też nie @pingWIN dziobaty
Ani miłość kiedy jedno spami
A drugie po nim gromi
Miłość to żaden film w #filmmeter
Ani róże ani tusze małe, duże
Ale miłość - kiedy jedno spada w rankingu
Drugie ciągnie je ku guru
#kawiarenka #zafirewallem #wierszyk

Zaloguj się aby komentować
Dzień dobry wieczór się z Państwem,
Kolega @pingWIN wziął nas na sposób i udaje, że nie widzi, że wygrał po raz kolejny (siódmy?) więc przychodzę do Państwa w zastępstwie.
Temat: Nie ma przypadków
Rymy: pingwina - walkower - ni ma - rower
Życzę udanej zabawy i połamania piór.
#zafirewallem #naczteryrymy
Sorki, byłem na termach od 18 i dopiero wyszedłem i nie miałem kontaktu z wirtualnym światem. Może i dobrze wyszło, bo wygrywałem mimo, że nie z mojej winy, to jednak w pewien sposób nie uczciwie. Powodzenia i sorki za problem
Gdy przejedziesz na pasach "pingwina"
w rozgrywce z Bogiem będzie walkower
miało być niebo, piekło, ani jednego ni ma
w zamian na wieczność wsiadasz na rower
Zaloguj się aby komentować
Ehhhhh, no to chyba 6 raz ja w #naczteryrymy xD
Temat: Mafia
Rymy: syna - kasyna - rodziny - godziny
Powodzenia!
#zafirewallem

Mafia @pingWIN a
Patrzcie tego sukinsyna,
Farta ma jak gracz kasyna,
Lub pioruny od rodziny.
Jak im płacisz? - od godziny?
Raz ojciec chrzestny powiedział do syna:
Nie wydawaj "zarobionej" kasy na
Duperele. Trzymaj dla swej rodziny,
By im co zostało w śmierci twej godziny.
Zaloguj się aby komentować