Kategoria: Komedia, Komedia młodzieżowa, Kino drogi
Reżyseria: Todd Philips
Czas trwania: 1h 33m
Ocena: 7/10
Typowa amerykańska komedia o studentach z lat 2000.
Poziom porównywalny z kanadyjskim "Going the distance" (2004). Fajny soundtrack, rasistowskie żarty, jaranie zioła, przypały, dojenie prostaty. Beka.
Zarys fabuły:
W wyniku pomyłki Josh musi odbyć szaloną podróż przez Stany Zjednoczone, aby ratować swój związek. (1800km przez stany, zwiazek na odległość, kompromitująca przesyłka którą trzeba wyprzedzić - tego typu bęc)
BTW: uwielbiam Kyle Edwardsa, ten facet jest niemożliwy. Gdybym miał opcje upalić dowolnego zagranicznego aktora, pogadać z nim kilka godzin - to byłby on. Jakim cudem gość wyglądał tak samo w 2000r. jak dzisiaj? Zawsze jest mega zabawny - ciekawe czy musi sie bardzo starać i jak mu się żyje z taką aparycją? Poza tym "gra" tu też "Stiffler", robi te swoje Stifflerowe rzeczy - nie przepadam, ale tutaj właściwie mi nie przeszkadzał.
Jake Blues (John Belushi) wychodzi z więzienia i wraz z bratem Elwoodem (Dan Aykroyd) otrzymują misję od Boga - mają uratować sierociniec, w którym się wychowali. Żeby zarobić pieniądze, decydują się reaktywować swój stary zespół i dać koncert. Niestety coś, co łatwo brzmi, jest niełatwe do wykonania, zwłaszcza gdy ma się na karku byłą narzeczoną, nazistów z Illinois, policję czy muzyków country.
Wielu ludzi tego nie docenia, a w filmie wystąpiło pełno prawdziwych, bardzo znanych muzykow (John L. Hooker, Ray Charles, Cab Calloway, Aretha Franklin, James Brown...). Wspaniała obsada, świetna muzyka i ten absurdalny humor, wręcz 11/10n
Chyba każdy, kto w latach 2008-2012 był dzieckiem albo nastolatkiem, kojarzy Przygody Merlina. Ostatnio jedna z pomniejszych stacji telewizyjnych zdecydowała się przypomnieć serial i skusiłam się na seans. Po odświeżeniu sobie Merlina powiem tylko, że do niektórych dzieł, którymi jarało się za kidosa, nie warto wracać w dorosłości.
Zacząć muszę od dwóch rzeczy. Primo, ten serial z legendami arturiańskimi ma wspólne jedynie nazwy własne i pojedyncze motywy, dlatego ocenianie Merlina pod względem odwzorowania materiału źródłowego i realiów historycznych średniowiecza nie ma najmniejszego sensu. To typowa dla dawnej TV fantastyczna przygodówka w stylu klasycznych Xeny, Herkulesa i nieco nowszego Miecza prawdy. Dlatego nie zamierzam pastwić się nad woke i Murzynami w średniowiecznej Anglii. Secundo, pod koniec serialu klimat tak mocno się zmienia, że Merlin S01-S04 i Merlin S05 można by właściwie uznać za odrębne dzieła.
S01-S03 były najlepsze. Twórcy wiedzieli, w jakiej konwencji chcą się poruszać i umiejętnie balansowali odcinki z poważniejszym klimatem z tymi czysto humorystycznymi. Postaci w różnym stopniu zaliczały progres osobisty, a ich losy śledziło się z ciekawością. Między bohaterami czuć było przyjacielską chemię, jak w idealnie zgranej paczce dobrych ziomków i wydaje się, że to nie tyle świetne aktorstwo, ale wpływ przyjaznych relacji między aktorami na planie. Jedyną wadą pierwszych sezonów jest powtarzanie pewnych schematów fabularnych zastosowanych w S01, stałym punktem programu do S04 musiał być odcinek, w którym:
- Artur kręci z jakąś ładną blondyną, która albo sama zna magię i ma wobec księcia nieczyste zamiary, albo jest sterowana przez istotę magiczną;
- Artur i ekipa wyruszają na poszukiwanie pradawnego artefaktu;
- w Camelocie odbywa się turniej i Merlin odkrywa, że któryś z uczestników planuje zamach na króla/księcia.
W S04 czuć już nieco mroczniejszy klimat (przede wszystkim w sferze wizualnej), chociaż dalej zdarzały się odcinki czysto humorystyczne (Sługa dwóch panów) i przygodowe (Aithusa). W tym sezonie knowania Morgany zaczynały już przynudzać (ile można oglądać to samo), tak samo zaczynała już wnerwiać słabość Merlina w obliczu kolejnych zagrożeń z jej strony, typ miał być najpotężniejszym czarodziejem wszechczasów, a regularnie wychodził na słabeusza.
S05 to zgliszcza tego, czym ten serial był wcześniej. Najgorsze zakończenie serialu w XXI wieku, z którym nie równa się nawet końcówka GoT. Jak w poprzednich sezonach Merlin i widzowie byli teasowani „zobaczysz mordo, jak Artur obejmie władzę, to dopiero będzie za⁎⁎⁎⁎ście, średnia hawajska i 1000+ dla każdego!”, tak w S05 już na wstępie mamy zmianę śpiewki na „ten Artur to jednak lamus jest, niech zdycha” i fatum rodem z greckiej tragedii zawisa nad bohaterami. Przez resztę odcinków panuje atmosfera, jakby stary powiesił się w kiblu, a utarczki słowne Artur-Merlin zamiast śmieszyć, żenują jak nietrafiony żart pijanego wujasa na stypie. Gdyby serial był na podstawie prozy np. Sapkowskiego albo Abercrombiego, gorzki finał można by odczytać jako od początku zamierzony, ale nie podejrzewam scenarzystów Merlina o taką finezję twórczą, by wywracać klasyczne schematy. Moja teoria jest taka, że czując konkurencję w postaci GoT, postanowili przerobić serial na mroczniejszy i dojrzalszy, co im się całkowicie nie udało, bo nie da się nagle z family friendly przygodówki z morałem zrobić grimdarka. Ów nagły pivot najlepiej podsumowuje ten cytat z Reddita:
Y'know what's really messed up about the tone of Merlin? The happiest, brightest times of the show take place when Camelot is being rules by a cruel tyrant. And the darkest (emotionally and tonally) times take place when Camelot is supposedly in its Golden Age. And the writers wonder why people thought the Golden Age never happened?
Wracając jeszcze na moment do ogólnego omówienia serialu, trzeba zaadresować słonia w pokoju, jakim były niesamowita bucera Artura i okropne traktowanie przez niego Merlina, przedstawiane i o dziwo odbierane przez fandom jako super cute, bo nastoletnie fanki nie umiały odróżnić przyjacielskiego przekomarzania się od chamówy. Generalnie te stare seriale miały pewien problem z przedstawianiem przemocy psychicznej jako hihi humorku, innym przykładem jest regularny mobbing wobec Jerry’ego w Parks and Recreation. Jeśli zawdzięczamy coś współczesnej lewicowej wrażliwości, to zaprzestanie sprzedawania widzom upokarzania słabszych jako świetnego poczucia humoru i sposobu na okazanie sympatii.
Od premiery ostatniego sezonu Merlina minie niedługo 14 lat. Gdy serial był nadawany, sporo fanów spekulowało, że młodych odtwórców głównych ról (Colin Morgan, Bradley James, Angel Coulby i Katie McGrath) czeka wspaniała kariera. Jak to wygląda po latach? Niestety średnio. Praktycznie cała czwórka ma na swoim koncie jedynie kino klasy B i główne role w niszowych serialach i pozostaje z dala od mainstreamu. Szkoda, bo z takim talentem mogliby zrobić znacznie większą karierę. I o ile Colin Morgan i Bradley James mogą, wzorem Anthony’ego Hopkinsa i Jareda Harrisa, zagrać role życia i w późnym średnim wieku, tak dla pań jest już niestety za późno na wielkie role.
Bardzo czekałam na ten seans, zajawkowa Kara z końcówki Supermana wyglądała zachęcająco. Sama historia Kary bardzo fajnie przedstawiona - to chyba te elementy, które zasługują na wyższą ocenę - czasem oglądało to się ciekawiej niż aktualną fabułę. Co jeszcze na plus? Mily Alckock - ona ciągnie ten film na swoich barkach. Jest bardzo charyzmatyczna, wierzymy w jej postać, jej lęki, jej dołki i jej emocje. Podobała mi się też jej przemiana, gdy wychodzi z depresji by stać się lepszą osobą - choć dla mnie jest taka od początku, tylko jeszcze się z tym kryje.
Podobał mi się też motyw z dziewczyną, której pomaga Kara - gdy ta dziewczyna najpierw patrzy na Karę sceptycznie, prawie, że z krytyką, by zacząć ją doceniać, a w apogeum zobaczyć kogoś naprawdę wartościowego - superbohaterkę.
Wkurzał mnie trochę ten pies, ale w Supermanie o dziwo wkurzał mnie bardziej, tutaj jednak prawie cały środek filmu leży sobie gdzieś u weterynaryjnej szamanki.
Nie dołączam do klubu Jason Mamoa tym razem. Tak bardzo zapomniałam, że on gra tiu Lobo, że gdy zobaczyłam jego nazwisko na początku filmu to myślałam, że będzie grał Aquamana XD
Co prawda jego Lobo jest poprawny, ale mnie nie zachwycił.
Parę walk jest naprawdę fajnych, chociaż mnie wkurza te prawie bajkowe tańczenie kończynami, jak w grach komputerowych. Jam w tym względzie konserwatystka (w końcu przez wiele lat byłam fanką walk MMA), bardziej wolę rozwiązania takie jak np. to stosowanie w najnowszym Mortal Kombat.
Ogólnie zabrakło mi trochę ducha w tej opowieści. Niby wszystko jest na swoim miejscu - powstanie z upadku emocjonalnego, przyjaźń, wspólny cel, i przemiana w superbohaterkę, ale ostatecznie coś tam fałszowało - może to te minusy, które wymieniłam, a może zabrakło iskry bożej przy ogólnej realizacji - wypuszczono to jaki gotowy produkt, zamiast właśnie "wypieścić"?
Ale mimo to mam nadzieję, że powstanie jeszcze jakiś film z Milly Alcock w roli Supergirl. To głównie jej ogromna zasługa, że ten film jest nawet dobrze oglądalny.
@Mahjong laska wygląda jakby dzień zaczynała od wciagania kreski z wacka a konczyła wapeowaniem butaprenu z torebki, ale faktycznie fajnie gra, mam nadzieję jeszcze ją gdzieś zobaczyć, generalnie film pozytywnie zaskakuje, burzy kanon, spodziewałem się pompatycznego gówna jak Captain Marvel i inne.
Momoma faktycznie bardzo rozczarowuje, wygląda jakby się roztył jakby mu sztuczny sześciopak dorobili. Zupełnie nie pasuje do zabawnego psychola Lobo.
Możliwe, że gdyby ten film powstał przed "Parasite" to byłby lepiej oceniany. Ale czy ja wiem? Parasite jednak sięgał w głębiny ubogości i wyjściu z nędzy dzięki niewdzięcznym trikom by zasmakować lepszego życia. Tymczasem "Bez wyjścia" to opowieść o możliwościach powrotu do tego lepszego życia.
Bowiem główny bohater ma wszystko czego pragnie: kochającą rodzinę, upragniony dom i pracę, którą lubi. Jednak gdy rusza karuzela zwolnień, której nie jest w stanie zatrzymać, to całe komfortowe życie zostaje skondensowane do oszczędności i bezowocnych poszukiwań pracy.
Jednak nasz bohater nie poddaje się - wie, że jest sposób na świetną robotę, która przywróci jego szczęśliwy status. Wykorzystuje nieudolność poszukujących kandydatów jak on i postanawia pozbyć się ich z rynku pracy.
Co ciekawe, oni "rywale" w sumie niewiele się różnią od naszego bohatera - też wraz ze stratą pracy popadli w dołki różnego rodzaju.
Sam początek filmu jest naprawdę niezły, podobało mi się wszystko, ale gdy rusza z kopyta maszyna żująca przeróżne sytuacje, staje się to pod koniec szczególnie męczące.
To właśnie dlatego i tak "Parasite" jest górą nad "Bez wyjścia". Tam kulminacja jest pod koniec, krótka, lecz bardzo intensywna. Tutaj mam wrażenie, że ową kulminację po prostu wydłużono pod fabułę - ale nie działa to tak dobrze jak we flagowym tytule Parka.
Rodzice zabierają dzieci na horror z kategorią R, myśląc, że film 'Buddy' jest produkcją dla dzieci
8 września 2026, 17:00
'Buddy' - horror opowiadający o żądnym krwi, zabójczym jednorożcu z kreskówki - który ściągnął całą falę rodziców do kin w których usiedli obok swoich małych dzieci.
Ten pomarańczowy koszmar stał się jedną z dziwniejszych historii sukcesu 2026 roku. Dołącza do serii niskobudżetowych horrorów, które nieustannie przekraczają własne prognozy dotyczące wyników kasowych. Marketing 'Buddy'ego' zadziałał tak dobrze, że przyciągnął nawet osoby, które nigdy wcześniej nie słyszały o parodii slashera inspirowanej Barneyem.
Co więcej, niektórzy z widzów zabrali ze sobą dzieci, a fala oburzenia pojawiła się niemal równie szybko jak wyniki sprzedaży biletów.
Gibson grany przez Jean-Claude Van Damma, zarabia w postapokaliptycznym świecie jako wyprowadzacz ludzi z miasta. Za nim kłębi się mroczna przeszłość, gdy był świadkiem zabicia swoich bliskich oraz osobista vendetta na uber złolu - Fenderze.
Ma eskortować kobietę-cyborga, która przechowuje w sobie lek na plagę wybijającą resztki ludzkości. Pomaga mu też inna kobieta, gdy cyborg trafia w ręce Fendera. Ale dla Gibsona priorytetem jest zemsta.
Spektakularna scena ukrzyżowania Van Damma sprawiła, że daję plusika za takie russellowskie (szkoda, że nieświadome) wtręty.
Biją się zacnie, złole są obrzydliwi, a Van Damme mrukliwy, młody, piękny i walczący. W sumie najwięcej dla filmu zrobiły klimatyczne zdjęcia całkiem zgrabnie pokazujący zgliszcza świata po katastrofie. Klimacik postapo w całej swojej okazałości.
Po serii włamań w Londynie Świnka Piggy zostaje wrobiona w napady. Reporterzy śledczy Kermit, Fozzie, Gonzo i inni ulubieńcy z rodziny Muppetów wyruszają, by złapać przestępcę.
Obsada: Culombo, Robert Morley, Peter Ustinov, Jack Warden, John Cleese, Trevor Howard
Właśnie doczytałam, że Dorian to domknięcie "trylogii berlińskiej". Tak się składa, że na #nowehoryzonty widziałam dwa poprzednie filmy, które bardzo mi się podobały, ładnie wbijały się w wytrenowanie moje filmowe i męczącą potrzebę dobrego arthouse'u, a nie arthouse dla samego arthouse'u.
Dorian Gray, bogaty narcyz zostaje wytypowany przez szefową wielkiego konsorcjum medialnego na nową gwiazdę celebrycką. Z matematyczną precyzją wraz z doradczyniami układa życie Doriana, np. sprowadza go do zakochania z aktorską gwiazdą opery, a potem rozkłada ten związek jak sobie chce.
Oczywiście w pewnym momencie nasz ciągnięty jak po sznurku Dorianek kapnie się, że jest praktycznie bezwolny, i ruszy po swoje.
Może i czytacie to i myślicie - ej, fajna tematyka, zerknę. No, tylko spodziewajcie się dziwaczności - medialne szefowe przypominają bardziej dziwne roboty - zdjęcia robione przez paparazzi wyświetlają na czarno-białych telewizorach, które są obwiązane drutem kolczastym.
Samego Doriana gra kobieta, choć trzeba przyznać, że pani Veruschka von Lehndorff ma dość androgeniczną urodę. Aktorstwo jest surowe, czasem specjalnie przesadzone. Są i piosenki, co zauważyłam już w poprzednich filmach trylogii, że piosenka być musi. Piosenki są jeszcze bardziej arthousowe niż sam film, o ile tak można. Jedna z piosenek w filmie o Dorianie rozjechała mnie totalnie - nie mogłam przestać się śmiać.
Myślę, że akurat humor w filmach pani Ottinger jest specjalnie umieszczany - tak, jakby trochę parodiowała swoją historię, co jest już wyczynem, bo czyż reżyserka nie parodiuje rzeczywiści w swoich filmach? Na pewno w Dorianie, gdzie tworzenie celebryckiej gwiazdy z naiwnego chłopaka wbija się w szambo serwowane ludziom w postaci plotek z kolorowej, brukowej prasy.
Bal prasowy, na którym Dorian spotka swoją miłość, przypomina teatr kukieł - nikt się nie uśmiecha, ludzie tańczą jakby musieli robić to za karę. Cała sceneria to ściany i słupy oklejone gazetami. Dopiero gdy pojawia się Andamana i Dorian ożywia się - dopiero wtedy scena zyskuje trochę życia.
Dorian od razu znajduje nić porozumienia i prosi Andamanę by poszli gdzieś gdzie można pobyć w spokoju. A kolejna scena to stulone twarze Doriana i jego wybranki, a w tle ktoś drze japę "ich liebe dich!". Okazuje się, że owo spokojne miejsce to koncert punkowy.
Taki to humorek wkręcała reżyserka.
Możliwe, że w moich słowach tkwi zachęta, i jest takowa, bo mi film oglądało się fantastycznie - bawiłam się wyśmienicie, ale uważajcie. Ten film jest dziwaczny, kiczowaty, często niezrozumiały, pokręcony - no wyobraźcie sobie niemiecki arthouse na sterydach robiony w latach 80., to może gdzieś zaiskrzy zrozumienie z czym możecie mieć do czynienia.
Chyba przy "Freal Orlando" pisałam, że to taki Jodorovsky, tyle że bez konkretnej fabuły (co jak co, ale i "Święta Góra" i "Kret" mają płynącą fabułę). Co prawa Dorian też już ma tu fabułę, albo jej zalążek, ale dalej to pokraczne dzieło, które może być niezrozumiałe dla wielu i wyglądać jak zbitek niepowiązanych z sobą dziwacznych scen.
Mi to bardziej jednak niż Jodorowskiego przypomina mojego ukochanego Kena Russella, który potrafił nagle nie wiadomo skąd wkleić w sensowną fabułę jakiś dziarski, surrealistyczny motyw. Taka jest właśnie twórczość niemieckiej reżyserki - bierze rzeczywistość zastaną i wywraca ją na drugą stronę, po drodze obrywając to, co wg niej nie jest potrzebne, a doklejając nowe warstwy i w efekcie końcowym dostajemy takie freakowe kino.
Co mnie bardzo cieszy, i sam Dorian jest dla mnie numer 1 z tej berlińskiej trylogii i na pewno będę sięgać w przyszłości po kolejne zwariowane filmy pani Ottinger.
@Herr_Tygrysek nie czytałam, ale podejrzewam, że z samej książki jest wyjęty tylko sam motyw narcystycznego Doriana, a jego portretem nieśmiertelności może być brukowa prasa, która kieruje jego życiem.
Mi się wydaje, że tu reżyserka tylko wyjmuje mit i robi z niego, co jej się zachce. Imo to żadna adaptacja, a jeśli już, to tak luźna jak gumka z rozciągniętych przez lata gaciach.
Tytuł: Backrooms
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Horror, Sci-Fi
Reżyseria: Kane Parsons
Czas trwania: 1h 45m
Ocena: 5/10
Sam w sobie pomysł kupuję w ciemno - nieskończone korytarze, co najmniej niepokojąca przestrzeń i ciągłe poczucie, że domek z kart zaraz się rozsypie - dyskomfort na pełnej kur... Najbardziej jednak boli zmarnowany potencjał, po prostu po opiniach i zapowiedziach myślałem, że doznam większego "wow". Zamysł filmu to gotowy przepis na chory, klaustrofobiczny horror, a tutaj wyszła produkcja, którą obejrzałem bez większych emocji. Czy zmarnowałem czas? Nie. Czy obejrzę kiedyś ponownie? Również nie.
@mehow niepotrzebnie poszli w końcówkę w stylu ni to Czarnej Chaty z Twin Peaks, ni to X-files, tylko zepsuła oryginalny klimat dzieła. Właśnie o to chodzi w koncepcie przestrzeni liminalnych, że człowieka niepokoi sama dziwaczna, obca przestrzeń, a nie potwory i tajna organizacja rządowa.
Film mnie niesamowicie wynudził, jedynie cieszyło mnie jak widziałem "klisze" z popularnych renderów/zdjęć liminal places krążących po internecie.
Moja żona po seansie stwierdziła tylko "kto daje kasę na takie gówno" postanowiłem sprawdzić. Nawet nie masz pojęcia jak zaskoczyło mnie, że to jest na podstawie rozchwytywanego serialu xD
Obsada: Julie Andrews, Omar Sharif , Anthony Quayle (ur. 7 września 1913r)
Czas trwania: 1h 59min
Ocena: 8/10
Judith Farrow atrakcyjna wdowa, spędza wakacje na Barbadosie. Spotyka tam czarującego Feodora rosyjskiego wojskowego, udającego się do Paryża. W rzeczywistości jest on szpiegiem KGB. Przyjaźń szybko się rozwija, ale Judith pozostaje nieugięta na wdzięk Feodora. Romans Judith i Feodora przeradza się w międzynarodową intrygę.
Elizabeth Holmes (ta od Theranosa) najwyraźniej przed pójściem do więzienia znalazła trochę czasu, żeby wystąpić w filmie dokumentalnym. Realizowanym przez Nathana Fieldera. Takiego połączenia się nie spodziewałem. Coś czuje, że będzie srogo ryło beret.