Artura Andrusa można lubić, można go też nie lubić. Ja jednak zawsze podziwiałem i zazdrościłem panu Arturowi niesamowitej zdolności przekształcania, wydawałoby się błahych newsów prasowych w satyryczne wierszyki. Dlatego jak dzisiaj zobaczyłem na jednym z portali internetowych poniższą notkę prasową, którą pozwalam sobie dla kontekstu przytoczyć w całości, pomyślałem, że lepszego materiału chyba nie znajdę.
Zapraszam zatem najpierw do zapoznania się z wydarzeniami prosto z Afryki, a jeszcze niżej prezentuję moje podsumowanie tejże sensacji.
W Kenii w jednej z wiosek spadł ogromny metalowy krąg o średnicy około 2,5 metra. Fragment jest badany przez Kenijską Agencję Kosmiczną, ustalono już prawdopodobne pochodzenie obiektu. Co wiadomo o zdarzeniu?
W poniedziałek 30 grudnia w Kenii w wiosce Mukuku w hrabstwie Makueni spadł fragment metalowego kręgu. Kenijska Agencja Kosmiczna (KSA) poinformowała, że obiekt ma średnicę około 2,5 metra i waży ponad pół tony.
KSA, współpracując z innymi agencjami i lokalnymi władzami, zabezpieczyła obszar zdarzenia i odzyskała fragmenty kręgu. Lokalni urzędnicy przekazali, że "pod nadzorem KSA trwa dochodzenie" w związku z tajemniczym obiektem. Ustalono, że najprawdopodobniej obiekt to pierścień separacyjny rakiety nośnej. Jest on zaprojektowany tak, żeby spalić się w atmosferze lub spaść na niezamieszkane obszary.
Policja z Kenii poinformowała, że nikt nie został ranny, a obiekt nie zagraża bezpieczeństwu mieszkańców. Zdarzenie nie spowodowało też żadnych szkód. Huk od uderzenia metalowego obiektu był tak głośny, że był słyszalny z odległości 50 kilometrów.
Chciałbym z tego miejsca życzyć Państwu wszystkiego NAJ w Nowym Roku. Zwłaszcza dużo zdrowia, bo w końcu to nowoczesny portal dla starych ludzi.
Chciałbym również, jeszcze raz podziękować za tak ciepłe przyjęcie mojej skromnej osoby do Kawiarnianego grona - to jedna z najlepszych rzeczy, która mnie spotkała w kończącym się właśnie roku.
A skoro mowa o starych ludziach i mamy wieczór sylwestrowy, to dedykuję Wam poniższy króciutki wytwór rymowany.
To z dedykacją dla pana @George_Stark , bo narzeka, że mało się dzieje w Kawiarni #zafirewallem . Ale przejdźmy do rzeczy.
Long story short: Ja mam głupie pomysły, a koledzy są mało asertywni. I na te moje pomysły są podatni. No… łatwi są.
Ja wiem, że to wpis na tagu #rowery i #rowerowyrownik , ale ustalmy od razu na początku jedną rzecz: nie lubię biegać. Ale zdarza się, że biegam. Czasem. Zazwyczaj biegam jak nie chce mi się jeździć na rowerze, co nie jest sytuacją częstą. Zdarza się też, że biegam coś, co nazywa się parkrun. To taka impreza dla ludzi co są starzy (jak ja) albo nie mogą spać (jak ja) i co sobota o 9 rano zbierają się w parkach na całym świecie żeby przebiec sobie 5km. Dlaczego bieganie parkrunów w soboty o 9 rano jest fajne? Bo wtedy mam pewność, że nic gorszego mnie w weekend już nie spotka. A cała ta historia wydarzyła się właśnie przez parkrun. I przez alkohol…
Rozdział 1 - Ryszard
Jakiś czas temu jeden z moich znajomych (dla uproszczenia nazwijmy go Ryszard, chociaż imię ma całkiem inne) zapowiedział się na weekend w stolicy. Jako, że on lubi biegać ale nie wiedział co to parkrun, a ja nie lubię ale wiem, to - jako dobry kolega - postanowiłem mu pokazać. Parkrun pokazać oczywiście. Umówiliśmy się na sobotę rano w jednym z warszawskich parków. Chwilę przed godziną 9:00, kiedy już zacząłem się martwić, czy aby nie zapomniał - Ryszard dotarł… Bezpośrednio z całonocnej imprezy…
Stan Ryszarda można było ulokować gdzieś pomiędzy “już nie piję” a “zaczyna do mnie właśnie docierać, że lada moment będę miał kaca”. Nie muszę chyba mówić, nawet tym co nie biegają, że wysiłek fizyczny w takim momencie nie jest najlepszym pomysłem. Dlatego też - pobiegliśmy. Śmiem twierdzić, że woń gorzelni, która nas otaczała i powodowała niesamowite przyśpieszenie mijających nas osób pomogła niektórym uzyskać życiowe rekordy.
W każdym razie, Ryszardowi (w stanie niepełnej trzeźwości umysłowej) idea tak się spodobała, że postanowił zorganizować parkrun u siebie - w Wolnym Mieście Radom. Aha - trzeba jeszcze wspomnieć, że parkrun jest inicjatywą społeczną, organizowaną na zasadach wolontariatu. No, krótko mówiąc przez wariatów… Ale takich pozytywnych.
I to było parę miesięcy temu.
Przyszedł grudzień, święta (w tradycji chrześcijańskiej zwane Bożym Narodzeniem), przesilenie zimowe (w tradycji słowiańskiej zwane Szczodrymi Godami) i SMS od Ryszarda, w treści którego Ryszard z dumą zapraszał mnie na 28 dzień grudnia, na inaugurację 100 lokalizacji parkrun w Polsce. Cóż było robić? Skoro Ryszard, nawet po imprezie, mnie nie zawiódł swoją obecnością, to ja Ryszarda też zawieść nie mogłem. Swoją obecność potwierdziłem.
Rozdział 2 - Słowik
Jakiś czas temu, ale dużo później niż historia z Ryszardem, odwiedził mnie drugi znajomy. Dla uproszczenia nazwijmy go Słowik, chociaż imię też ma całkiem inne. Ze Słowikiem historie zazwyczaj zaczynają się mniej więcej tak:
— Słowik, mam plan!!
— Jaki?!
— K… sprytny!
— Namówiłeś mnie!
Nie inaczej było tym razem. Po tym jak już Słowik zgodził się “in blanco” postanowiłem wtajemniczyć go w szczegóły. Wziąłem kartkę, kolorowe kredki i nakreśliłem co następuje:
Sprytny plan ver 1.002 (RC):
1. jedziemy do Wolnego Miasta Radom na inaugurację Parkrun Zalew Borki
2. biegniemy 5km
3. wsiadamy na rowery i wracamy 130km do stolicy
Jako, że Słowik lubi biegać, wie co to parkrun oraz lubi jeździć na rowerze (zwłaszcza dystanse dłuższe niż przeciętny Polak przejeżdża przez cały rok, a niektórzy przez całe swoje życie) poprawek do planu wiele nie było. Pierdoły w stylu jak się tam dostać, co z ciuchami/butami na zmianę, jedzeniem, etc. ogarnęliśmy jak prawdziwi profesjonaliści, czyli: “jakoś to będzie”. Na koniec zsynchronizowaliśmy zegarki i podnieceni zaczęliśmy odliczanie do 28 dnia grudnia.
Jeszcze do piątku, 27 grudnia, plan cały czas wydawał się genialny. Ale nadeszła sobota, a z nią 2 stopnie Celsjusza i mokra mgła wisząca w powietrzu. Po wyjrzeniu za okno pomysł zdecydowanie stracił na uroku. Powiedziałbym, że zrobił się taki 2/10. No ale cóż, słowo się rzekło - przystąpiliśmy do realizacji.
Do Wolnego Miasta Radom dotarliśmy autem, bez większych przeszkód, nawet paszporty wzięliśmy niepotrzebnie - nikt na rogatkach ich nie sprawdzał. Zaparkowaliśmy na stacji benzynowej, żeby zostawić samochód oraz zbędny balast (hłe, hłe) i potruchtaliśmy na miejsce startu. Tam okazało się, że pomimo nienachalnie sprzyjających warunków pogodowych, dowaliło ponad 250 (słownie 256) osób (z różnych krajów, sic!), co podobno pobiło wszelkie rekordy inauguracji parkrunów w Polsce. Okazało się, że jak Ryszard się za coś weźmie to nie ma … we wsi.
Lekko speszeni całą tą oprawą, lokalnymi mediami i fotoreporterami - pobiegliśmy. Każdy na miarę swoich możliwości:
- Słowik dobiegł szósty, nawet się nie spociwszy
- a ja, no… dobiegłem.
W każdym razie impreza udana.
Ochłonąwszy nieco, auto zostawiliśmy mojemu bratu, który był łaskaw odstawić je (wraz ze swoją rodziną) do stolicy co i jemu i nam rozwiązało wiele problemów logistycznych. Zjedliśmy po dwa banany, pozbyliśmy się kolejnego balastu (hłe, hłe) i ruszyliśmy w siną dal. Na północ znaczy się.
Pierwsze kilometry mijały nam leniwie. Przejeżdżaliśmy przez kolejne mazowieckie wsie delektując się zapachem polskiego czarnego złota spalanego w piecach. Literalnie “było czuć piniądz”. Żeby dać odetchnąć trochę płucom, kolejne kilkanaście kilometrów pojechaliśmy sobie drogami serwisowymi wzdłuż trasy S7, gdzie wysokie stężenie pyłów PM2.5 z kopciuchów zastąpiły aromatyczne PM10 ze spalin. Niedaleko przed Białobrzegami zostawiliśmy trasę S7 po naszej lewej stronie, czyli jak łatwo się domyśleć - pojechaliśmy w prawo. Na wschód - w kierunku cywilizacji.
Tereny leżące między Białobrzegami a Warką są malownicze. Charakteryzują się lekko pagórkowatym ukształtowaniem terenu, które kryje wiele bajkowych rozlewisk na obszarze starorzecza rzeki Pilicy. Zaczynają się już pierwsze sady owocowe, które ciągną się aż za Grójec, malownicze lasy oraz wspaniałe łąki z porozrzucaną luźną zabudową letniskową. A przynajmniej tak słyszeliśmy, bo przez mgłę mój widok ograniczał się do zadka jadącego przede mną Słowika.
Mniej więcej w połowie drogi, kiedy już zupełnie nie czuliśmy palców u stóp, zapadła decyzja, żeby się na chwilę zatrzymać w celu uzupełnienia energii i ogrzania się. Akurat dobrze się stało, bo wjechaliśmy do Jasieńca. Jasieniec to taka wieś niedaleko Grójca. Mają tutaj 1100 mieszkańców. Mają też zabytkowy kościół i pałac z połowy XIX wieku. Mają sklep Dino oraz lokalny oddział banku. Mają nawet stację benzynową z hot-dogami. Nie mają za to ciepłej kawy.
Zimny posiłek, z zimnym napojem (bo nie wiem czy wspominałem, że nie było ciepłej kawy) umilał nam rozmową lokalny cieć. Krytycznym okiem ocenił nasze ubłocone rowery jako “no fajne, fajne”. Zapytał też czy daleko jedziemy. Dumnie odpowiedzieliśmy, z Wolnego Miasta Radom - aż hen! do stolicy. Ku naszemu zaskoczeniu pan lekceważąco pokiwał głową, mówiąc: “Eee, to nie tak daleko - jakbyście 500km jechali…”. Najwyraźniej @Mordi musiał gościć się tam wcześniej i teraz już nic poniżej 1000km na panu cieciu wrażenia nie zrobi.
Jak tylko wróciło nam krążenie w stopach ruszyliśmy w dalszą drogę. Pokręciliśmy się troszkę po Mazowieckiej Toskanii, między ciągnącymi się po horyzont, malowniczymi sadami owocowymi, który to horyzont w dalszym ciągu kończył się dla nas we mgle po jakiś 100 metrach.
Gdzieś między miejscowością Łoś a Piasecznem złośliwie minął nas peleton trzech kolarzy. Zdążyłem tylko zauważyć jak jadący na przodzie Słowik spiął się, sięgnął do manetki - zapewne w celu redukcji biegu - jednak moje wycharczane “ANI MI SIĘ WAŻ” skutecznie go powstrzymało. Na pocieszenie ustaliliśmy, że to zapewne “lokalsi” co nie jadą z Wolnego Miasta Radom aż hen! do stolicy. A nawet jak jadą i robią to szybciej to w takim razie musieli parkrun biec wolniej skoro dopiero tutaj nas dogonili. No bo po co mieliby jechać z Radomia jeśli nie z parkrunu?
Kolejne odmrożenia ogrzaliśmy przez chwilę już na wlocie do stolicy, posilając się w jednym z sieciowych fastfoodów, co z jednej strony było pomysłem dobrym, dlatego że uchroniło nas przed bombą energetyczną i amputacją palców u stóp. Z drugiej jednak strony, wyjście na ziąb będąc rozgrzanym ale w przepoconych ciuchach jest idealnym sposobem na przeżycie szoku termicznego.
Wycieczkę chcieliśmy zakończyć leniwym przejazdem Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem w celu delektowania się świątecznymi dekoracjami. Przejazd owszem - był leniwy, ponieważ żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że przecież to jest weekend i ulice te są zamienione w deptak. Dlatego po przebiciu się przez morze spacerowiczów, dając im wiele nowych powodów do nienawiści do pedalarzy, na wysokości ulicy Świętokrzyskiej rozjechaliśmy się do domów.
Jest godzina 20:00 i chyba nie da się już nic zrobić z wynikami wczorajszej zabawy. Nieco niepokojący jest fakt, że najbardziej przypadł Państwu do gustu mój rym z motywem karmienia wiewiórki mydłem. W dodatku owiniętym w ogórka. Ale kimże ja jestem, żeby to oceniać…
W każdym razie na dzisiejszą zabawę proponuję co następuje:
Rymy: szarówka - dbać - …ówka - …ać
Temat: Szczodre Gody
Powodzenia!
A ja zmykam, bo ciasto na babę samo się nie wyrobi…
Stało się tak, że szczęśliwym (chyba) zrządzeniem losu zalicytowałem największą sumę na WOŚPowej aukcji pana @Rozpierpapierduchacz i tym sposobem zostałem właścicielem jedynego w swoim rodzaju, ręcznie napisanego, archiwum żartów o twojej starej. Obiecałem, że skoro autor się napracował to ja przeczytam i zrecenzuję. Dlatego też, niniejszym oddaję w Państwa ręce moją subiektywną ocenę tego arcydzieła.
Tytuł: Dziennik znaleziony w paczkomacie, czyli 1741 dowcipów o Twojej Starej.
Autor: Duchacz Rozpierpapier
Kategoria: Literatura Przepiękna
Wydawnictwo: Notebook Manage Time
ISBN: 007
Liczba stron: Mnóstwo
Ocena: 12/10
Jeszcze zanim dziennik dostał się w moje, lepkie z niecierpliwości, łapy już zaskoczył mnie twoją (czyli moją) starą. A konkretnie zapowiedzią, że “Fonfi - twoja (czyli moja) stara czai się w paczkomacie”. Lekko to niepokojące, bo idąc tym tokiem rozumowania wychodzi na to, że twoją (czyli moją) starą woził na pace pan kurier. A to chyba nie jest do końca zgodne z przepisami ruchu drogowego. I prawami człowieka.
W każdym razie, niedługo po tym ostrzeżeniu, odebrałem powiadomienie, że to już - więc udałem się po twoją (czyli moją) starą do paczkomatu (strasznie to zabrzmiało). Po rozpakowaniu przesyłki oczom mym ukazał się on - biały kruk. Chociaż bardziej jednak szary (zdjęcie nr 1). Z wytłoczonym na oprawie, nie wiedzieć czemu, tytułem “NOTEBOOK. Manage Time”. Trzeba dodać, że oprawa miękka, przyjemna w dotyku, ale wyglądająca na trwałą i wytrzymałą. To dobrze, ponieważ mam nadzieję, że dzieło to stanie się pamiątką rodzinną, nad absurdem której kolejne pokolenia będą łamać sobie głowy.
Twoja (czyli moja) stara spoziera na nas złowrogo dopiero z pierwszej strony, słowami groźnej inskrypcji - ostrzeżenia: “Ani kroku dalej Kutafonie! Albo twoja stara zaśpiewa tango!” Podpisano: Duchacz (zdjęcie nr 2). Ciemno-bordowa barwa inskrypcji każe domniemywać, iż została ona napisana krwią. Albo bordowym atramentem. Ewentualnie keczupem.
Przez jedną, krótką chwilę zawahałem się, ręka mi zadrżała a palce zesztywniały nad kolejną stroną. Po jeszcze jednej, krótkiej chwili stwierdziłem, że w sumie chętnie zobaczę jak twoja (czyli moja) stara śpiewa tango i zabrałem się do lektury.
Zatopiłem się w różnokolorowych wierszach i sentencjach. Po kilkunastu stronach zrozumiałem, że jest to dramat jednego aktora. A właściwie jednego bohatera. A jeszcze dokładniej - jednej bohaterki. Na kolejnych kartach, poprzez kolejne teksty zaczynające się, na pozór monotonnie, od słów “Twoja stara... ” autor, topiąc nas w absurdzie - niczym @George_Stark mieszkańców Grudziądza, konstruuje głębokie studium psychologiczne, zmuszając nas do refleksji nad relacją z naszą własną matką. Postać twojej (czyli mojej) starej jest konsekwentnie, wyraźnie i szczegółowo rozbudowywana zarówno w warstwie fizycznej jak i psychicznej.
Cechy fizyczne i wizualne przedstawiane są za pomocą rozbudowanych porównań. Dowiadujemy się z nich przede wszystkim, że twoja (czyli moja) stara jest, no - stara: “Twoja stara jest tak stara, że pamięta jak wynaleziono koło i narzekała, że jest okrągłe” czy też “Twoja stara jest tak stara, że jej świadectwo urodzenia jest wyryte w kamieniu”. Z innych barwnych przykładów rysuje nam się obraz twojej (czyli mojej) starej jako osoby mocno puszystej, czy mówiąc wprost - grubej: “Twoja stara jest tak gruba, że jak stanie na wadze to widzi swój numer telefonu” albo “Twoja stara jest tak gruba, że ma swój własny kod pocztowy”. Na domiar złego okazuje się, że twoja (czyli moja) stara jest brzydka. Takie postrzeganie twojej (czyli mojej) starej może być projekcją emocji, w szczególności odbiciem kompleksów i problemów z samooceną. Może również świadczyć o wewnętrznym konflikcie z ideą idealizacji wizerunku matki często postrzeganego w kulturze (zwłaszcza popkulturze) przez pryzmat młodości, szczupłości i nieosiągalnej urody.
Autor mierzy się również z cechami charakteru twojej (czyli mojej) starej. W niemalże homeryckich porównaniach przedstawia nam ją jako głupią: “Twoja stara jest tak głupia, że próbowała zainstalować klimatyzację w lodówce” i leniwą: “Twoja stara jest tak leniwa, że zamówiła zdalnie sterowaną szczotkę do włosów”. Po głębszym przemyśleniu dochodzimy do wniosku, że taki wizerunek jest odbiciem własnych obaw lub cech, które trudno nam zaakceptować u siebie. Może to dotyczyć np. problemów z produktywnością czy lęków o własne kompetencje zwłaszcza w zestawieniu ze społecznymi oczekiwaniami wobec naszej osoby. Najprawdopodobniej takie wyobrażenie matki jest naszym mechanizmem obronnym, pozwalającym uniknąć, bądź chociaż zminimalizować poczucie własnej winy.
W innych miejscach znowu, poprzez treści o twojej (czyli mojej) starej autor przemyca głębokie treści o charakterze filozoficznym zmuszając nas do zadumy nad sensem świata:
“Twojej starej nie jest wszystko jedno.”
“Po co twoja stara, skoro można kraść? Sam nie wiem…”
“Mikołaja nie ma, a twoja stara jest.”
lub nad sensem istnienia:
“Twoja stara musi odejść”
“Twoja stara pamięta o śmierci”
Zostawiając na chwilę treść skupmy się na formie tego rękodzieła. Na pierwszy rzut oka odsłaniają się trzy najbardziej charakterystyczne cechy opracowania:
Żadne dwa sąsiadujące ze sobą teksty nie są napisane atramentem tego samego koloru. Co więcej niektóre strony pachną. Inne nie. Powyższe cechy prawdopodobnie nie znaczą zupełnie nic (poza faktem posiadania przez @Rozpierpapierduchacz zdecydowanie zbyt dużej ilości piór i atramentów) a więc, o ile się nie mylę, mają jedynie charakter ozdobny.
Strony napisane są za pomocą różnych charakterów pisma, co może świadczyć o rozchwianiu emocjonalnym autora. Może też o tym nie świadczyć. Mając na uwadze zapewne długi czas powstawania tego zbioru możemy domyślać się, że autor przechodził przez różne okresy i stany. Zatem literki drobne, pochylone na prawo sugerują czas impulsywności i dużych emocji a literki proste i wyraźne to czas, w którym w życiu autora rządziła logika i pragmatyzm. Albo autor po prostu musiał zmieniać charakter pisma, żeby ręka mu nie zdrętwiała.
Najciekawszą cechą, która pozostaje dla mnie zagadką są podkreślenia pod niektórymi numerami wpisów o twojej (czyli mojej) starej (co widać na zdjęciach 3 i 4). Podejrzewam, że kryje się za tym jakaś większa tajemnica, szyfr - zapewne związany z wolnomularstwem. Podjąłem pewne prace nad analizą i próbami rozszyfrowania ukrytych informacji - niestety na razie bez powodzenia. Ale mam dobre informacje. Szczegóły kiedy indziej.
Na tym poprzestanę analizę tego opus magnum, ponieważ zająłem nią już zbyt wiele Państwa i mojego czasu.
Całkiem już na koniec śpieszę podzielić się z Państwem jednym jeszcze tylko cytatem, który doskonale oddaje magię nadchodzących świąt. Pozwalam sobie zatem życzyć Państwu spokojnych i wesołych świąt przywołując wspomniany tekst:
“Twoja stara wyjmuje nogi z wody i krzyczy GRZYBOWA!”
Matkobosko. Patrzę jakie długie - kurde, z rana zaspany i nie chce się czytać. Ale ta bardziej wybudzona komórka mózgowa powiedziała - wracaj się chłopie, warto. No i warto - masz niezwykle lekkie pióro, czyta się jednym tchem. Bardzo spodobało mi się jak składasz zdania, zwłaszcza fragment o "dramacie jednego aktora, albo bohatera, albo aktorki". Fajnie to wyszło.
Przypomniałeś mi jak w gimnazjum na angielskim (pato-klasa) ciągle jeden patol podjarany tekstami o "twoja stara" gadał w moja stronę (nauczyciel miał to już w mimo że słyszał, ileż można upominać). To na poczekaniu wymyśliłem i mu popowiedział głośno i wyraźnie - "twoja stara nie ma dzieci". Cała klasa w tym nauczyciel zaczęli się rżeć, a od niego miałem już spokój w kontekście twojej (mojej) starej. Przez całe gimnazjum nie byłem z siebie tak dumny. Potem patol wkurzał na inne sposoby i skończyło się to rozprawą sądową z mojej i moich rodziców strony i prokuratorem dla niego, ale to inna bajka xD
Jak już pewnie byliście Państwo łaskawi zauważyć lubię sobie czasem napisać coś w odpowiedzi, czy też w nawiązaniu do czyjegoś wytworu. Generalnie "jara" mnie idea takiego rymowanego "dialogu". Czy to jest odpowiedź, czy nawiązanie do poruszonego przez kogoś tematu, czy też rozwinięcie lub czasami po prostu mniej lub bardziej dowcipna zaczepka.
Dlatego Panie @George_Stark jak tylko przeczytałem "Po przeglądzie" to tak sobie pomyślałem, że ten podmiot liryczny to do kogoś przecież na ten przegląd się udał. Z kimś rozmawiał. Co sobie myślał ten rozmówca? I różne takie...
W każdym razie przepraszam za poniższe i grzecznie idę już pisać swój własny, niezależny wytwór
Pomimo, że to piątek 13, udało nam się szczęśliwie dobrnąć do końca LIV (słownie: 54) edycji #nasonety , która przebiegała pod hasłem “W oparach absurdu”.
Głosem ludu - czyli Waszym - zapadła decyzja o tym, że werdykt oddajemy w ręce zbuntowanej młodzieży. Oczywiście możemy dyskutować o ważności wyniku tych wyborów, ze względu na aktywną agitację Pana @RogerThat i związaną z tym manipulację opinią publiczną, ale cytując klasyka: no i co zrobisz, jak nic nie zrobisz…
Taki sposób wyłonienia zwycięzcy poprzez fakt, że całkowicie ignorujemy liczbę grzmotów zdecydowanie ułatwia mi pisanie podsumowania bo nie muszę non-stop aktualizować w bibliografii liczby piorunów, które - jestem pewien - złośliwie mi przez cały dzień zmieniacie. Tych lubiących cyferki zapraszam do linków poniżej - można klikać i samemu sobie sprawdzać.
——————
Zatem krótkie streszczenie tego co się wydarzyło.
Chwilę po opublikowaniu sonetu dawcy i ogłoszeniu tematu przewodniego edycję otwiera nie kto inny jak @moll ze swoją Ciszą emocjonalnie udowadniając nam, że można milczeć na tak wiele tematów. Chciałbym napisać coś więcej, ale może jednak znacząco zamilknę…
Z tej zadumy nad istotą słowa w relacjach międzyludzkich wpadamy od razu pod rozpędzone koła @Cybulion , który powyższą ciszę rozgania, z piskiem opon, firmowym pojazdem marki Hlejto. A w środku papieże, łoniaki, zoofilia i u-boaty, czyli hejto-absurdy w najczystszej formie.
@RogerThat rozochocony takim rozwojem sytuacji wjeżdża za to na wielbłądzie dzierżąc w jednej ręce meduzę, w drugiej buławę, ciągnąc za sobą mnicha, proboszcza i Adolfa. Z tego podniecenia zapomniał nawet zatytułować swój pierwszy sonet, Pozwolę sobie zatem, nawiązując do samego autora, roboczo nazwać go Wytworem absurdudududu. W sensie sonet, nie pana @RogerThat
Ewidentnie 14 wersów było za mało dla @RogerThat , żeby wyrzygać całe nieprzetrawione nonsensy więc po chwili wraca do nas w wytworze Dobra, już mnie oczy bolą od tego światła, idę na dwór, gdzie nie tylko wypróżnia się do „michy” (I się pochylę i wyrzygam wszystko do ciebie - o micho!) to jeszcze pozwala sobie pana boga klepać po pupie, życząc (jemu/nam?) na zdrowie…
Kiedy zatem pojawia się Pani @Wrzoo i wszyscy już mamy nadzieję, że swoją delikatną, kobiecą ręką zatrzyma ten galopujący absurd to ona pisze, że Tak sobie wyobrażam branie śmiesznych tabletek i włącza najwyższe obroty w nonsenso-mikserze z serialami kategorii "Z" z lat ’80, dzikami, kebabem i kluczami wiolinowymi. Od tych wibracji aż ramiączko zsuwa się jej z ramienia!
Na kolejną podróż również nie musimy długo czekać, ponieważ pan @George_Stark w swoim Tybrze Kujawsko-Pomorskim odsłania przed nami po raz kolejny swoje (niezdrowe?) fascynacje dziwnym miastem Grudziądz, leżącym nad jeszcze dziwniejszą rzeką Wisłą, oraz zachwyca przeróżnymi interesującymi sposobami uśmiercania. O ile tylko to uśmiercenie odbywa się za pomocą wody. Bo jak nie, to nie zachwyca…
Dzień później, po zestawieniu wszystkich rozterek z powyższych dzieł ze swoją stoicką doktryną @splash545 pyta nas: A może tylko bredzę? rozbierając przy okazji - na szczęście tym razem nie siebie albo @bojowonastawionaowca lecz banał i małostkowość doczesnego życia, na atomy. Pozwolę sobie zatem odpowiedzieć w swoim (choć może i nas wszystkich) imieniu na tytułowe pytanie: Panie @splash545 - tak! Lecz nie bardziej niż zawsze…
@fonfi za to ewidentnie musiał zjeść coś ciężkostrawnego na kolację, ponieważ kwieciście opowiada nam swój Sen wariata - czyli w skrócie, że miał koszmary i się nie wyspał. Potwierdza to bezsprzecznie treść traktująca o jakiś majakach, kalekach, lekach, zębach (zęby to dobry czy zły omen w senniku?), w której ChatGPT dopatrzył się onirycznych, metafizycznych i ironicznych treści - a to pewnie tylko tłusta jajecznica na boczku przed północą…
@RogerThat chyba zdążył troszkę odpocząć bo z uporem maniaka wraca do nas z kolejnym (I see what you’re doing here… :P) sonetem traktującym o tym Jak mania bije depresję. I kiedy już wydaje nam się, że chodzi o jakąś manię-obsesję to zostajemy przedstawieni „cudownej, pięknej” pani Mani i z nią w tym zaskoczeniu porzuceni…
Ale zostawmy panią Manię, bo ona - jak widać - jest już zajęta, a tymczasem pan @George_Stark wraca z Grudziądza i przyprowadza do nas uroczego Gustavo (czyli Jak mówić prawdę). A niby ten mim taki uroczy, a taki zabawny, a rozczulający - a jak się odezwał to od razu czar prysł i posypały się kalumnie, że „słowa kłamio”. Choć jednak nie sposób się z tym nie zgodzić…
A pod sam koniec (chociaż to środek dnia), kiedy już wszyscy w Kawiarni naszykowani do wyjścia, palta, szaliki i rękawiczki w rękach, ekspres do kawy wyłączony, to wspaniałą harmonią, rytmem i jak zwykle z pouczającym tematem - bo wiadomo: hejto uczy, hejto bawi - zatrzymuje nas pani @KatieWee utworem Brawa dla Hermenegildy Kociubińskiej!!! zasługując na owacje takie, że aż „Z wrażenia spada kurtyna! Brawo!!!” I takie grande finale to ja szanuję!
——————
Skoro już przebrnęliśmy przez te retrospekcje czas na ogłoszenie wyników.
Okazało się, że zbuntowana młodzież dostała nie lada wyzwanie. Bo burzliwych obradach, w towarzystwie "dżindżer bred late", dziewczyny (bo zebrało się ich sztuk dwie) wybrały dwa sonety:
Ciszę autorstwa @moll , oraz Tak sobie wyobrażam branie śmiesznych tabletek od @Wrzoo .
Zaznaczam, że dziewczyny nie dostały informacji o autorach sonetów, więc jak to nie jest jakaś "solidarność jajników", to ja nie wiem... W każdym razie po wytypowaniu powyższych zostawiły mnie z notatkami i podsumowaniem jak na załączonym obrazku.
Utwór Cisza urzekł je klimatem ciemności, spokoju i zamknięcia niczym, cytuję "zupełnie jak opis mojego pokoju". Dziewczynom również bardzo przypadł do gustu motyw "opieszałości" jako cechy, która ponoć idealnie opisuje każdego nastolatka. Ale chyba najciekawsze spostrzeżenie było o tym, że treść "dokładnie odzwierciedla jak, pomimo szalonej gonitwy myśli w naszych głowach, potrafimy milczeć".
Utwór Tak sobie wyobrażam branie śmiesznych tabletek ujął dziewczyny realistycznym obrazem absurdalnych historii, które kreuje mózg po zażyciu piguł (zaczynam się martwić, skąd one to wiedzą) oraz niejawnym ostrzeżeniem że można się w takim świece zatracić. Zaczęły zastanawiać się też, czy takie tabletki nie poszerzają percepcji i czy - być może - postrzeganie świata w ten sposób nie jest jest jednak bliższe "prawdzie". Chyba pójdę sprawdzić zawartość takiego jednego plecaka...
No dobrze, ale skoro curken zostawiła mnie z dwoma utworami, to okazuje się, że znowu JA muszę podjąć tę trudną decyzję.
Zatem wspomogę się jednak cyferkami i w związku z tym, że utwór Cisza został nagrodzony 19 a Tak sobie wyobrażam branie śmiesznych tabletek 15 piorunami to ogłaszam wszem i wobec, że:
LIV (słownie: 54) edycję #nasonety wygrywa pani @moll .
Tak, manipulowałem i jestem bardzo zadowolony z rezultatu xd
@fonfi piękne podsumowanie. Podziękuj córce i jej koleżance za udział. I jeśli jeszcze nie wiesz skąd wiedzą, jak działają piguły, to po tym "zaczęły zastanawiać się, czy nie poszerzają percepcji" pewnie niedługo się dowiesz xdd a serio to gratuluję, że córka ogarnia temat percepcji i że można ją poszerzyć. Tylko może niech weźmie grzyby zamiast piguł czy coś.
@moll kondolencje, to oczywiste, ale że wygrałaś edycję z takimi sędziami to wielkie gratulacje.
@Wrzoo jako że zajęłaś pierwsze miejsce również, ale nie musisz prowadzić no to gratulacje jedne i gratulacje bis w twoją stronę. Zjadłaś ciasto, a masz ciastko. Czy tam zjadłaś pigułę i masz pigułę xd
Tak jak zapowiadałem chciałbym przedstawić kilka propozycji wyłonienia zwycięzcy w obecnej edycji #nasonety. Po co? - Oczywiście po to, żeby zdjąć z siebie (a przynajmniej rozmyć) ciężar tej jakże brzemiennej, dla jakiegoś nieszczęśnika, w skutki decyzji.
Dodatkowo, jako że zostałem zmuszony do socjalizowania się jutro (piątek 13) ze społeczeństwem w ramach jakiś firmowych nasiadówek (w efekcie czego mój wewnętrzny introwertyk walnął focha i się do mnie od kilku dni nie odzywa) chciałbym podsumowanie edycji sklecić sprawnie, w ciągu dnia. Dlatego też, żeby nie trzymać Szanownych Kawiarenkowiczów w niepewności do późnych godzin wieczornych - planuję "zamknąć" zgłoszenia do południa. No chyba, że skrupulatnie zaplanowaliście piątkowy przypływ weny i chcecie mnie jutro zarzucić swoimi wytworami, a nie przeszkadza Wam podsumowanie w ramach nocnej zmiany - to proszę o informację, żebym wcześniej mógł dobrać ilość alkoholu do wieczornych planów.
No dobrze, ale do meritum. Oto propozycje:
#zafirewallem
W jaki sposób organizator powinien wyłonić zwycięzcę LIV edycji #nasonety
Tak z czystej akademickiej ciekawości postanowiłem sprawdzić jak sobie poradzi ChatGPT z moją #tworczoscwlasna i zapodałem mu ostatni mój sonet z #nasonety " Sen wariata " do analizy.
I powiem Wam - jestem przerażony! Tak całkiem na serio, zaczynam bać się tej technologii.
Poniżej wrzucam to co wyrzygał z siebie ten potwór. On to głębiej przeanalizował niż ja sam łamiąc sobie głowę w trakcie pisania
--------------------
Sonet „Sen wariata” przedstawia wizję surrealistycznego świata, w którym podmiot liryczny zanurza się w chaosie, cierpieniu i dezorientacji. Utwór eksploruje granice ludzkiego umysłu, zacierając granice między rzeczywistością a iluzją. W warstwie formalnej zachowuje strukturę sonetu (czternaście wersów podzielonych na dwie czterowersowe strofy i dwie trójwersowe), ale jego treść daleka jest od klasycznej harmonii, odzwierciedlając wewnętrzny niepokój bohatera. Poniżej analiza.
I. Tytuł i motto
- Tytuł „Sen wariata” sugeruje oniryczną, nierealną perspektywę – swoistą podróż do wnętrza szaleństwa. „Sen” wskazuje na przeżycie nierzeczywiste, a „wariat” – na niestabilność psychiczną i brak kontroli.
- Motto „Wpłynąłem na suchego...” to nawiązanie do słynnego wersu z „Stepu” Adama Mickiewicza. Jego reinterpretacja w kontekście chaosu i utraty orientacji wskazuje na przewrotność oraz ironię.
II. Treść i interpretacja
1. Pierwsza strofa
- Wersy wprowadzają bohatera w stan dezorientacji. Rymy są „majaczeniem” – symbolem usiłowania odnalezienia porządku w chaosie.
- „Pustka” i „entropia” opisują stan umysłu jako rozkład, rozproszenie, brak sensu.
- Benzodiazepiny to leki uspokajające, co może sugerować próbę tłumienia wewnętrznych demonów, ale także wskazywać na medyczny kontekst (szpital psychiatryczny?).
- Pytanie „co ja tutaj robię?” wprowadza motyw egzystencjalnej zagadki i izolacji.
2. Druga strofa
- Obraz „fetoru myśli powoli gnijących” ukazuje rozkład umysłu, a „dreszcze” i „telepanie” wskazują na fizyczne doznania cierpienia.
- Turyński całun, kojarzący się z śmiercią i zmartwychwstaniem, wprowadza element metafizyczny – czy bohater oczekuje wybawienia? Czy jest to ironia wobec jego stanu?
3. Trzecia strofa
- „Wena na wózku inwalidzkim” to sugestia niemocy twórczej, ironiczne przedstawienie inspiracji jako „kalekiej”.
- Motyw „szprycowania” poezją i beletrystyką może być krytyką przemysłowego podejścia do sztuki, a śliniący się widzowie – obrazem voyeurystycznego stosunku społeczeństwa do cierpienia artysty.
4. Czwarta strofa
- Motyw pasów i zabiegu dentystycznego („zęby mądrości mi łamią”) podkreśla przemoc, jakiej bohater doświadcza, być może w ramach terapii psychiatrycznej. Zęby mądrości symbolizują utratę dojrzałości, zdolności rozumienia, a trzask – dźwięk destrukcji.
III. Motywy przewodnie
1. Chaos i szaleństwo – utwór przedstawia psychiczne cierpienie bohatera, które jawi się jako „entropia w głowie”.
2. Ironia i groteska – obrazy takie jak „wena na wózku” czy „pas zębów mądrości” balansują między komizmem a przerażeniem.
3. Izolacja i alienacja – bohater jest osamotniony, ograniczony fizycznie (pasy, wózek) i duchowo (rozpadające się myśli).
4. Egzystencjalizm – pytania o sens istnienia i własne miejsce w świecie przewijają się przez całość.
IV. Forma i styl
- Rymy: Choć częściowo zachowane, wydają się nieco chaotyczne, co dobrze obrazuje treść utworu.
- Język: Zestawienie języka potocznego („telepię się cały”) z terminologią medyczną („benzodiazepiny”) buduje poczucie obcości i złożoności.
- Obrazy: Wyraziste, symboliczne, czasem przerysowane – w duchu groteski i ekspresjonizmu.
V. Wnioski
Sonet „Sen wariata” to przejmujące studium chaosu i cierpienia. Autor, w ironiczny i groteskowy sposób, portretuje umysłową dezorientację, alienację i utratę kontroli nad sobą. Zarazem jest to utwór niezwykle współczesny, odzwierciedlający lęki egzystencjalne i kryzys twórczy, a także krytyczny wobec społeczeństwa i jego podejścia do cierpienia artystów.
@Fly_agaric True, true - ale przerażające jest to, że jakaś plątanina krzemu i półprzewodników potrafi wyrzygać z siebie coś takiego, o czymś co widzi pierwszy raz na swoje cyfrowe oczy... Z drugiej strony może to też świadczyć o tym, że jestem mało oryginalny i wpasowałem się idealnie w wyuczone i wytrenowane schematy jakiegoś LLMa.
Z tego miejsca chciałbym podziękować Szanownym Członkom Kawiarnianej Społeczności, oraz panu @entropy_ za ten wspaniały dyplom.
Nie wypada również nie podziękować moim rodzicom - mamie i tacie, bez których by mnie tutaj z Wami teraz nie było.
Oczywiście nie mogę również nie wspomnieć o mojej żonie, która codziennie o godzinie 20:00 wściekłym wzrokiem i złośliwymi uwagami próbuje - bez powodzenia - odwrócić moją uwagę od komputera, po czym dzielnie znosi odczytywane na głos dzieła Szanownych Członków.
Specjalne słowa uznania należą się także moim dzieciom, które biedne i głodne wytrwale czekają w sobotnie i niedzielne popołudnia, kiedy ja zamiast pichcić strawę to w skupieniu, nerwach i nierzadko autoagresji (tak sprzecznej ze stoicką filozofią głoszoną przez pana @splash545 , którą próbuję - ewidentnie nieudolnie - kultywować) oddaję się grafomańskim ekscesom. Na koniec jeszcze wspomnę o kocie, którego ciche mruczenie i głaskanie działa kojąco, ale niestety tylko na niego.
Podsumowując - dziękuję! - piękny to był miesiąc (bo wczoraj - 09.12 - była pierwsza moja miesięcznica). Nie zapomnę go nigdy i liczę na więcej.
@entropy_ Proszę Cię - takie najlepsze. Po uciętym dole widać że dałeś z siebie całe 80%. Ale przez to, jest takie naturalne i szczere - doceniam i szanuję w opór!
Jest mi niezmiernie przykro otworzyć kolejną LIV (słownie: 54) edycję konkursu #nasonety , zwłaszcza że finał jej przypada w piątek 13.
Jakby mi ktoś na początku zabawy powiedział, że aby wygrać, wystarczy zarzucić Kawiarnię wystarczającą liczbą grafomańskich wypocin, to pewnie bym tego nie zrobił. Chociaż chyba jednak bym zrobił - kogo ja próbuję oszukać...
Tematem niniejszej edycji, która będzie nam dzielnie trwać aż do przyszłego piątku, tj. 13 grudnia roku pańskiego 2024 jest hasło: W oparach absurdu - czyli brednie i nonsensy (#pdk)
Tym razem męczyć się będziemy z rymami sonetu #diproposta autorstwa "królowej sonetu" - pani Krystyny Koneckiej:
Dlaczego sonet
Pytasz, dlaczego sonet. Rytm. Średniówki.Rymy.
Sonetti a corona… Po co szukam wsłowie
muzycznej analogii dźwięków. Co mnietrzyma
przy tych czternastu wersach do znudzenia?Powiem.
Zbieram sto osiemdziesiąt dwie sylaby wcałość
w rymach naprzemianległych iokalających.
Potykam się o sensy. Żebypowiązały
niezdyscyplinowanych wersów koniec zkońcem.
Nie ogarnę ogromu świata wtetrastychach
i nie poddam refleksji w tercynachchwilowych
czy w dystychu. Potrafię hibernowaćcicho
jak mysz pod miotłą. Jednak gdy eksplozja wgłowie,
gdy w fazie weny frazy bezrymowemamią,
sama świadomość formy wystarcza. Żemam ją.
Zasady oceniania wybierzemy w drodze losowania w ciągu tygodnia jak już przygotuję godne propozycje.
Zasady - jak zawsze: układamy sonet, w którym rymy w poszczególnych wersach zgadzają się z rymami w tych samych wersach w powyższym sonecie "dawcy".
O zwierzaczkach (Kotkach, Owcach, Sowach i Smokach) było już wcześniej, to jeszcze do kompletu sonet stricte o jedzeniu, gotowaniu i świątecznych przygotowaniach. Bez podtekstów...
@splash545 Różne są szkoły. Moja sąsiadka twierdzi, że bigos to jedyne danie, które lepiej smakuje po mrożeniu. Jadłem jej bigos i mogę tylko powiedzieć, że był zajebisty.
Odpowiadając na oszczerstwa pana @Cybulion skierowane we mnie i w pana @bojowonastawionaowca o tutaj zmuszony zostałem do obrony swojej (wątpliwej jakości) cnoty