Dziękuję za tę krótką acz treściwą recenzję. Mało co mnie obrzydza tak jak wszechobecne jaranie szlugów we wszelakich polskich "dziełach" kultury, więc skreślam z listy do przeczytania. xd
Kolejny drop książkowy z vinted, pięknie ilustrowany album w języku litewskim. Fun fact - takie kobaltowe (dla mężczyzn: te niebieskie) koraliki nadal są produkowane w Afryce i można je kupić na Etsy albo eBayu.
Trzeci i ostatni tom serii o Jake’u Brigance. Grisham ponownie zabiera czytelnika do Clanton w stanie Mississippi. Tym razem adwokat podejmuje się obrony nastolatka oskarżonego o zamordowanie policjanta. Jake zgadza się na bronienie chłopca tylko w przesłuchaniu wstępnym, a później ma go przejąć inny adwokat. Tak się jednak nie dzieje. Sprawa od początku wydaje się beznadziejna - dowody są przytłaczające, a opinia publiczna domaga się surowej kary. Jake próbuje jednak dotrzeć do prawdy stojącej za dramatycznym wydarzeniem i zrozumieć, czy za czynem chłopca kryje się coś więcej niż zimna kalkulacja. Proces szybko zamienia się w walkę nie tylko o wyrok, ale też o zrozumienie kontekstu tragedii.
Największą siłą "Czasu łaski" jest to, jak dobrze Grisham prowadzi sam proces. Autor po raz kolejny pokazuje, że wciąż jest mistrzem powieści sądowej - napięcie budowane jest nie przez spektakularne zwroty akcji, ale przez drobne szczegóły zeznań, emocje świadków i moralne dylematy stojące przed ławą przysięgłych. Historia ma też mocny, bardzo ludzki wymiar, bo zamiast prostego podziału na dobro i zło dostajemy opowieść o tragedii, która rozgrywa się na wielu poziomach.
Dla mnie to najlepszy tom całej serii. Grisham świetnie wykorzystuje znane już postacie i atmosferę małego miasteczka, a sam proces jest wciągający od początku do końca. Jedyną rzeczą, która zaczyna trochę zgrzytać, jest powtarzalność schematu zagrożenia życia Jake’a i jego rodziny. To element, który pojawiał się już wcześniej i tutaj znów wraca w bardzo podobnej formie, a szkoda, bo jest zupełnie zbędny.
Podsumowując: świetnie napisana seria thrillerów prawniczych, która potwierdza, że Grisham najlepiej czuje się właśnie na sali sądowej i potrafi zabrać na nią czytelnika tak, że sam poczuje, że siedzi na widowni, a momentami nawet na miejscu dla oskarżonego.
Co?! Chyba czytaliśmy inną książkę. Peterson odwołuje się do Bibli tak jak odwołuje się do baję Disneya i Piotrusia Pana. Mówi i tym, że nie bez przyczyny pewne historie przetrwały tysiące lat i to zanim zaczęto je spisywać. Potem omawia do tego dziesiątki badań naukowych, podlanych wieloletnimi obserwacjami jako psycholog kliniczny. Gościu, to jest jedna z najlepszych książek z pogranicza “jak żyć?” jaką można znaleźć.
(Chociaż dzisiejsz Peterson to już trochę odklejeniec)
@bartek555 Jordan miał jakąś mega, ale to mega załamkę psychiczną kilka lat temu (wcale mu się nie dziwię), od tamtej pory ostrożnie patrzę na to co produkuje, ale jego stary content jest bardzo wartościowy, będę się przy tym upierał.
angielski oryginał 12 Rules for Life: An Antidote to Chaos ukazał się na początku 2018
@Hilalum By uniknąć opóźnień i przekładań premier teraz każda ich książka będzie wydana pięć miesięcy po przetłumaczeniu tekstu. Od teraz się to unormuje
Można się spierać, czy zaliczyć powieść K. Dicka do cyberpunku, czy może to zbyt wczesny utwór, który nie zawiera wszystkich elementów typowych dla gatunku. Nie można jednak odebrać autorowi ogromnego wpływu na powstanie/rozwój tego podgatunku fantastyki naukowej. W końcu na podstawie wymyślonej przez niego historii powstał scenariusz filmu, który określił stylistykę wielu przyszłych utworów.
Dick sporo miejsca poświęcił androidom – sztucznie stworzonym istotom, kształtem przypominającym ludzkie ciała. W powieści androidy mogą z powodzeniem udawać ludzi, pracować, być gwiazdami operowymi, a nawet przewyższać ich intelektem.
Myśl o tym, że humanoidalne roboty mogłyby chodzić pomiędzy nami, dla wielu jest przerażająca. Przynajmniej tak mnie się wydaje – ilu z nas wsiadłoby do taksówki kierowanej nie przez człowieka, a przez sztuczną inteligencję? Ja pewnie tak. Patrząc na to, co dzieje się na drogach – czy AI mogłoby być gorsze od polskich kierowców? No, ale mogę być wyjątkiem, ponieważ ogólna narracja jest taka, że ludzi straszy się sztuczną inteligencją ‒ tym, że zabierze nam pracę, hobby (wystarczy spojrzeć na generowane obrazy czy zdjęcia), a nawet życie, jak chociażby w „Terminatorze”.
Dlatego wymyślono test opierający się na empatii, dzięki któremu można rozpoznać androidy. Te może i potrafią być przebiegłe i bardziej inteligentne od ludzi, jednakże brakuje im wspomnianej empatii. Można udawać, ale w naturalnych reakcjach/odruchach człowiek wciąż przewyższa sztuczną istotę. Czy aby jednak na pewno?
Dick nie zapomniał o ludziach upośledzonych, z osobowością schizoidalną i im podobnych. No i są przecież osoby niby zdrowe, ale o bardzo niskim poziomie empatii i inteligencji emocjonalnej. Sam niestety takie spotkałem. Potrafiły, w obliczu problemów zdrowotnych psa, przedłożyć własną przyjemność (pójście na wesele) nad operację tylnych łap, skazując zwierzę na cierpienie. Uspokajam, że nie stałem wtedy biernie i psina otrzymała potrzebną pomoc.
Podobnie było w sytuacji stłuczki, w której udział wzięła ich córka. Pierwsze pytanie matki było o to, czy samochód jest cały, a nie, czy z córką jest wszystko w porządku. Następnie niechęć do zabrania dziewczyny na SOR, mimo że skarżyła się na ból w odcinku szyjnym, tłumaczona jest tym, że długo się czeka na przyjęcie.
Czy w obliczu takich ludzi, test opierający się na empatii ma w ogóle sens, skoro łatwo byłoby pomylić takiego człowieka z androidem? Chyba lepszy byłby test DNA czy coś, co nie pozostawiłoby żadnych wątpliwości, z kim bądź czym mamy do czynienia.
Ciekawe jest to, że empatia stała się dla ludzi na tyle ważna, że powstał merceryzm – religia koncentrująca się na empatii właśnie. Ludzie poprzez skrzynki empatyczne mogli dzielić się z innymi swoimi emocjami, a także współodczuwać ból Mercera, obrywającego kamieniami podczas wędrówki. Rany mu zadane przechodziły na uczestników, którzy w realnym świecie również przez nie cierpieli.
Dodatkowo, ludziom tak bardzo zależy na pokazaniu swojej empatii, że pragną mieć żywe zwierzęta. I zależy im do tego stopnia, że posiadanie tytułowej elektrycznej owcy uważane jest przez głównego bohatera za coś wstydliwego. Niestety, w postapokaliptycznym świecie żywe egzemplarze są bardzo rzadkie, a przez to bardzo drogie.
Czy androidy żyjące pośród nas to rzeczywiście taki problem? Jasne, w powieści android mógł zyskać wolność jedynie w wyniku śmierci swojego właściciela, więc wolno żyjący egzemplarz z góry był podejrzewany o morderstwo. Ale czy w sytuacji, gdyby mogły żyć ot tak, byłoby to złym rozwiązaniem? Żyjemy w cieniu wizji o zapaści demograficznej, więc androidy powinny pomóc zapełnić lukę, tak jak poniekąd oczekujemy tego teraz od imigrantów.
Jednakże, czy bylibyśmy w stanie zaufać komuś, kto nie wykazuje oznak empatii? Androidy z jednej strony chcą być wolne, z drugiej nie są lojalne wobec innych androidów, z którymi dzielą los, i w obliczu porażki godzą się na nią, zamiast do końca walczyć o swoje „życie”. Czy w takim razie pomogłyby umierającemu człowiekowi? Albo poświęciłyby się, żeby uratować kogoś innego?
Dodatkowo stworzyłoby to inny problem: brak pewności, czy mamy do czynienia z żywą osobą. Dickowi udało się sprawić, że każdą nową postać podejrzewałem o bycie androidem. W większości przypadków miałem rację, ale dało mi to do myślenia. Jeśli chodzi o codzienne kontakty, jak zakupy spożywcze czy obsługa w banku, nie miałoby to dla mnie znaczenia, gdyby taki android był „wystarczająco ludzki”. Jednakże nie wiem, czy przez pomyłkę chciałbym się zakochać w androidce.
Jako ludzie nie mamy problemu, by obdarzyć uczuciami androida czy robota. Nie mam na myśli od razu poważnych uczuć jak miłość (chociaż wiele utworów pokazuje, że to możliwe), ale zwyczajną sympatię czy współczucie. Kto nie nazwał ludzkim imieniem swojego robota sprzątającego? W powieści żona Deckarda żałuje androidów, które według niej mąż zabija, a według niego tylko usuwa. Za to sam łowca w pewnym momencie zapałał uczuciami do jednej z androidek, co skończyło się stosunkiem seksualnym – czymś niedopuszczalnym w jego zawodzie, a mimo to jakże częstym wśród innych łowców.
Z pewnością dostosowanie się do nowej rzeczywistości byłoby dla wielu osób bardzo trudne, ale nie uważam, że niemożliwe. Z własnej ciekawości i chęci obserwacji, jak mogłoby to wpłynąć na społeczeństwo, chciałbym doczekać momentu, w którym istniałyby androidy dorównujące nam inteligencją.
Pytanie na koniec: czy empatii da się nauczyć? Trudno powiedzieć, ale na pewno warto próbować. W próbach tych mogłaby pomóc technologia VR, rozwinięta o możliwość pełnej immersji z wygenerowanym światem. Wyobraźcie sobie szkolne lekcje, podczas których uczniowie zanurzają się w różne scenariusze i odczuwają określone emocje. Mogliby poznać, jak się czuje osoba niepełnosprawna, chora na przewlekłą chorobę czy ‒ bliżej dorosłości ‒ poniżana, bita lub nawet gwałcona. Dosłownie wejść w czyjąś skórę.
Pozbywania się książek ciąg dalszy. Poprzedni wpis jest nadal aktualny.
Wypociny polityka, który zasłynął wniesieniem wibratora do sejmu są z autografem.
Początek opisuje losy młodej kobiety podczas chińskiej rewolucji kulturalnej i ciąg zdarzeń, wskutek których została wplątana w tajny wojskowy projekt. Zapewne nie byłoby źle, gdyby nie suchy styl i absurdalność niektórych scen. Na szczęście w momencie gdy docieramy do Wanga i gry “Trzy ciała” fabuła zaczyna się powoli rozwijać ujawniając stopniowo małe skrawki większej układanki.
Ciekawie splecione wątki skonstruowane zostały wokół oryginalnych pomysłów, ale ich prezentację dla czytelnika oceniam na mierną. Opowieść sprawia wrażenie niepotrzebnie rozwleczonej, momentami fabuła kompletnie staje w miejscu, a autor snuje prymitywne polityczne dywagacje albo po raz enty wyjaśnia jedną z naukowych hipotez. Styl opowieści przez cały czas jest równie drętwy: opisy oszczędne lub niemal formalne jak z wikipedii, dialogi sztuczne i suche, postaci drugoplanowe powycinane niezdarnie z najbardziej oklepanych szablonów. Widząc liczne pozytywne opinie i nagrodę Hugo miałem wysokie oczekiwania, a ledwie tego audiobooka zmęczyłem i wcale nie mam ochoty kontynuować serii.
@saradonin_redux No pierwszy tom jak dla mnie najsłabszy, ale potem to laserowe dzidy i gwiezdne wojny się tam odwalają, a trzeci tom to chyba łyknałem w trzy dni. Ale no jak Ci styl nie podchodzi to on się raczej za bardzo nie zmienia.
O kurka mocne: "Dwaj panowie o imionach Ziuk i Staszek postanawiają wywołać wielką wojnę, aby wyrwać ojczyznę z łap zaborców. Chce im pomagać kompozytor Ignacy, który - jak na artystę przystało - pozostaje w mocno otwartym związku małżeńskim. Wkrótce okazuje się, że drugi z nich - o nazwisku Tarkowski - też nie jest święty, wiedzie życie playboya i prowadzi niezbyt legalne interesy w sercu Afryki, przez co ma konflikty z policją obyczajową wielu krajów. Czy i jak uda im się wyzwolić Polskę?"
Chcąc wesprzeć Wydawnictwo IX, kupiłem coś z ich stajni. Jest to zbiór ośmiu opowiadań, które są mroczne i tajemnicze. Wszystkie są dobre, a nawet bardzo dobre. Autor zdecydowanie umie pisać, budować klimat, ciekawie prowadzić narrację. Trochę zabrakło mi jakiejś opowieści, która wybiłaby się na tle reszty, zaskoczyła czymś, bo tak to mamy same historie, które zostawiają nas z niedopowiedzeniami i otwartymi wątkami, które trochę usilnie mają nas skłonić do refleksji.
Dom Wydawniczy REBIS wyda nową książkę Lloyda Llewellyn-Jonesa. "Kleopatry. Zapomniane królowe Egiptu" rozpoczną panowanie 7 kwietnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie z obwolutą ma 384 strony. Poniżej okładka i krótko o treści.
Kleopatra: kochanka, uwodzicielka i największa królowa Egiptu. Bardziej mityczna niż historyczna, unieśmiertelniona przez historię zauroczenia Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Zmarła ze żmiją przyciśniętą do piersi – przynajmniej tak głosi legenda.
Jednak prawdziwa historia życia Kleopatry jest jeszcze bardziej fascynująca. Była ostatnią z siedmiu Kleopatr, które rządziły Egiptem, zanim kraj został włączony do Cesarstwa Rzymskiego. Owe siedem Kleopatr napędzało dynastię Ptolemeuszy, macedoński ród, który władał Egiptem po śmierci Aleksandra Wielkiego. Naśladując praktyki bogów, Kleopatry poślubiały swoich rodzonych braci i dominowały w zwyczajowo patriarchalnym świecie polityki i wojny.
Każda z siedmiu Kleopatr sprawowała absolutną władzę w najbogatszym państwie starożytnego świata. Ich bezwzględne skupienie na dominacji skutkowało nadzwyczajnymi aktami zdrady, przemocy i morderstw w najbardziej dysfunkcyjnej dynastii w historii świata.
Profesor Lloyd Llewellyn-Jones przedstawia świeże i przekonujące spojrzenie na prawdziwą historię Kleopatr oraz na urzekającą i tragiczną legendę ostatniej królowej Egiptu.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
W obliczu zbliżającej się galaktycznej wojny siedmiu pielgrzymów udaje się na planetę Hyperion w celu spotkania z tajemniczą istotą rzekomo panującą nad czasem. Nikt z nich nie jest pewien dlaczego został wybrany do tej misji, a po drodze każdy opowiada pozostałym swoją historię.
Przyznam, że początkowo nie było łatwo wejść w świat stworzony przez Simmonsa, gdyż wrzuca on czytelnika od razu na głęboką wodę swojej wyobraźni i niczego nie wyjaśnia. Mamy więc próg wejścia na poziomie Neuromancera, tylko jeszcze bardziej rozbudowany i w innej epoce, w której normą są m.in. drzewostatki, pola antyentropijne, wiązki tachionowe i transportale. Technologia to jednak tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż mamy też nieznane ustroje, frakcje, planety, faunę i florę. Ma to sens, bo jakby się nad tym zastanowić, to przecież nikt z nas pisząc wspomnienia nie podawałby definicji telefonu czy psa.
Próba wyobrażenia sobie oraz zrozumienia tego wszystkiego okazała się jednak przytłaczająca, więc dość szybko doszedłem do wniosku, że lepiej będzie po prostu pozwolić ponieść się narracji, a część pojęć rozjaśni się po drodze.
Narracja zaś jest przednia. Opowieści każdego z pielgrzymów są zróżnicowane, różniące się nie tylko tematyką, ale i stylem odpowiadającym osobowości każdego z bohaterów - znalazło się więc miejsce zarówno na lovecraftowski horror jak i gorzką ironię, zaś ich wspólnym mianownikiem była planeta Hyperion oraz zjawiska i przeżycia jakich na niej doświadczyli. Simmons operuje wspaniale plastycznym językiem i starannym układem poszczególnych scen. Wykazał się przy tym niesamowitym talentem do snucia angażujących opowieści, każda jest inna, ale każda wciąga. Jako dodatkową ciekawostkę wspomnę tylko, że książka zawiera też całkiem sporo odniesień do innych dzieł literackich, nie tylko oczywistych inspiracji poezją Keatsa, czy Szekspira ale też np. Gibsona.
Znakomita lektura i wydaje mi się, że to może być książka, która czytana drugi raz pozwoli odkryć nowe detale.
@Xianth Też mam w głowie Chyżwar choć to pokłosie fantazji tłumacza, któremu chyba oryginalne Dzieżba nie pasowało ze względu na osobę. Z drugiej strony Chyżwar/Dzieżba to twór sztuczny więc w sumie ani do końca on ani ona.
#sprzedam #ksiazki
Mam do oddania trzy książki z uniwersum Bobiverse. To zamkniętą całość. Oceny 7,4/10 na lubimy czytać. Myślę że każdy fan sci-fi będzie zadowolony. Książki w stanie bardzo dobrym, raz czytane.
30zl plus wysyłka.