Brytyjska edycja LOL: Last One Laughing to w skrócie dziesięciu komików zamkniętych w jednym pokoju na sześć godzin, którzy mają jeden cel: rozśmieszyć innych, samemu nie wydając z siebie ani dźwięku. Pierwszy sezon, prowadzony przez Jimmy’ego Carra, fajnie pokazał, jak szybko profesjonaliści tracą grunt pod nogami, gdy ktoś zaczyna robić coś totalnie absurdalnego. To nie jest humor wysokich lotów – opiera się głównie na głupich przebraniach, dziwnych odgłosach i czystej desperacji, żeby przetrwać. Sam Jimmy Carr jako sędzia pasuje tu idealnie, bo jego charakterystyczny śmiech to niemal dodatkowa pułapka dla uczestników.
W drugim sezonie ekipa wydaje się już lepiej przygotowana na to szaleństwo, co sprawia, że ich „ataki” na kolegów są bardziej przemyślane, a przez to jeszcze bardziej komiczne. Cały program to taka czysta, niezobowiązująca rozrywka – albo cię to bawi do łez, albo czujesz ogromne zażenowanie, ale dokładnie o to w tym formacie chodzi. Jeśli masz wolny wieczór i szukasz czegoś, przy czym nie musisz za dużo myśleć, obie serie to solidny wybór, nawet jeśli niektóre żarty są mocno osadzone w specyficznym, brytyjskim klimacie.
Facet przyszedł do sklepu myśliwskiego, kupić nową lunetę celowniczą do karabinu. Sprzedawca podał mu lunetę i powiedział:
- Niech pan wypróbuje. Proszę popatrzeć na tamto wzgórze, powinien pan zobaczyć mój dom.
Facet zastosował się do zaleceń sprzedawcy i po chwili zaczął się śmiać.
- Co w tym śmiesznego? - zapytał sprzedawca.
- Widzę nagiego mężczyznę i nagą kobietę baraszkujących w tym domu.
Sprzedawca wyrwał mu lunetę, popatrzył, po czym powiedział:
- Dam panu za darmo lunetę i karabin, jeśli odstrzeli pan głowę mojej niewiernej
żonie i przyrodzenie jej kochankowi!
Sprzedawca zamontował lunetę do karabinu i podając go w ręce klienta dodał:
- Proszę, gotowy karabin i dwa pociski.
Klient jeszcze raz przyłożył lunetę do oka, mierzy i mowi:
- Wie pan co, chyba potrafię zrobić to jednym pociskiem...
Wiecie jak kiedyś się tego słuchało, nawet nie oglądało. W bloku cztery piętra po cztery mieszkania na każdym piętrze. Widziałem gdzie kto mieszkał i znałem wszystkie nazwiska i bardzo dużo dzieciarni było. Kaseta magnetofonowa, grupka sąsiadów się zbierała i słuchaliśmy wszyscy razem. Dorośli i dzieciaki, kaseta kopiowana tyle razy że ledwo co było rozumieć. Polska język trudna.
@Krzysztof_M Dwie kasety były w kółko grane: "6 dni z życia kolonisty" i "Z tyłu sklepu". Oczywiście pamiętam całość do dzisiaj. A potem doszła taka ciekawa kaseta, co Olbrychski nagrał "Chwasty polskie". Też (niestety) pamiętam całą "Baśń o 3. braciach"....
To mi przypomina takie mini gazetki z kawałkami jeszcze z przed internetowych czasów. W kioskach ruchu kosztowało to grosze i było tam zawsze od cholery obrazków i kawałów. Taki kwejk czy jeb z dzidy w wersji drukowanej XD