Trzeci sezon serialu to już nie to. Plot armour postaci zrobił się nieznośny i rażący w oczy, a fabuła mocno naiwna. Finał w którym z jednej strony trup ściele się gęsto, a z drugiej prawie w ogóle, mimo teoretycznie równego poziomu technologicznego stron, wygląda lekko groteskowo.
Tylko dla dużym miłośników Gwiezdnych Wojen, pozostałym raczej odradzam.
Pierwszy sezon serialu całkiem przyjemny i klimatyczny. Czuć ten "vibe" uniwersum, do tego całkiem zgrabnie poprowadzona fabuła. Tylko czy mini Yoda to już nie odcinanie kuponów?
Dla fanów Gwiezdnych Wojen - warto, dla pozostałych widzów - można.
Bomba, która okazała się bombką - dziś w #piechuroglada najświeższe dzieło Nolana.
----------
Tytuł: Oppenheimer
Rok produkcji: 2023
Reżyseria: Christopher Nolan
Kategoria: #dramat #biograficzny
Czas trwania: 180 min
Moja ocena: 7/10
Wycinek z życia ojca bomby atomowej, skupiający się na działaniach prowadzących do jej powstania oraz konsekwencjach użycia, a także konflikcie na szczytach władzy.
Pamiętam, że hype na ten film był spory i jeden ze znajomych przedstawiał mi go jako takiego trochę Amadeusza, i choć jestem w stanie zrozumieć tę analogię, to myślę, że Formanowi jednak lepiej udało się przedstawić dynamikę między postaciami i motywacje Salieriego, niż to co zrobił Nolan z Oppenheimerem i Straussem. Ogólnie moje odczucia wobec tego filmu są raczej pozytywne, choć wydaje mi się, że upchnięto w nim za dużo rzeczy, przez co nie można złapać oddechu ani wczuć się w bohaterów i w historię - jest szybko, intensywnie, skaczemy od miejsca do miejsca, z jednej rozmowy w drugą, z przyszłości w przeszłość, brakuje momentu na zatrzymanie się i docenienie tego, co się dzieje. Wizualnie jest fajnie, choć w pewnych fragmentach miałem wrażenie, że Nolan za bardzo kombinuje i eksperymentuje z czymś, co nie jest jego mocną stroną, przez co sceny wydawały się trochę wymuszone i sztuczne. Film jest w mojej opinii za długi, nie trzyma aż tak w napięciu, żeby te trzy godziny zleciały niezauważenie. Aktorsko jest bardzo dobrze i obyło się na szczęście bez wpadek wynikających ze zwykłego stylu kręcenia Nolana (mała liczba powtórek). Polecam osobom cierpliwym i potrafiącym się skupić, bo jest tu dużo imion, zależności i powiązanych ze sobą zdarzeń.
Bardzo lubię Avatara, to na początek, jestem fanką od samego początku i zdaję sobie sprawę, że fabuła jest prosta. Ale nie dla tego oglądam te filmy - tylko oczywiście dla pięknych krajobrazów, całej tej wizualnej otoczki, w którą Cameronowi udało się tchnąć ducha. A to wcale nie jest takie oczywiste w czasach natężonego ruchu cyfrowych efektów specjalnych.
W drugiej części Jack Sully musi uciekać ze swoją rodziną przed SkyPeople, czyli ludźmi, którzy wracają na Pandorę po nowy towar. Jaki? Tego dowiemy się nieco później w filmie. Najpierw obserwujemy nowy dom rodziny Sully - w plemieniu wodnych Na'vi. Grupka leśnych smerfów na początku nie radzi sobie, ale z czasem odnajdują wśród tych innych Na'vi swoją nową ostoję. Przynajmniej dopóki wrogowie znów nie trafią na ich ślad.
Był to rewatch, prawdopodobnie wybiorę się do kina na trzecią część, i chciałam sobie mniej więcej odświeżyć co i jak. Dla mnie każdy seans Avatara to świetna zabawa, więc nie było żadnym problemem obejrzenie tego znowu. Dla mnie to także fenomen, jak w czasach marvelowskich nakręcić wysokobudżetowy film właściwie sklecony z nowoczesnych technik i ten film dalej ma smak klasycznej przygodówki, ekspozycji świata (nawet w drugiej części ten prosty zabieg by przenieść akcję nad wodę i poznajemy nowe środowisko Pandory), bohaterzy są może i prości, ale pełnokrwiści, kibicujemy ich i płaczemy razem z nimi gdy zła ludzka korporacja po raz kolejny ma gdzieś delikatny lecz wspaniały świat Pandory, który współgra ze wszystkim. To więc jest też trochę ekologiczna przypowieść, mądra, bo z przesłaniem. Te dobre wartości są po stronie ekologicznych Na'vi, chęć zysku, zemsty i po prostu walki za to przebija od strony przybyłych ludzi
Wspaniały to seans, pewnie nie ostatni. Pierwszego Avatara oglądałam już chyba z dziesięć razy
Dla mnie to była męczarnia, i tak rozbiłam to na dwa wieczory. Linda jest Lindą pasikowskim, a Pasikowski jest Pasikowskim. Dla twardych fanów twórczości tego pana.
Zamach stwierdzono w dwóch promilach, reszta filmu opowiada o czym innym. Linda w roli emerytowanego snajpera, taki badass kozak pod koniec życia. Ale oczywiście w głębi kryje gołębie serce. Bleh, no serio, trochę mi szkoda tych dwóch godzin, no ale obejrzałabym i tak i tak, chociażby z ciekawości.
Myślę, że wielu z was może spodobać się ten film, więc jeśli ktoś przebiera nóżkami by odpalić film to proszę się nie przejmować, ja zawsze trochę taka antypasikowska byłam
Debiut Kelly Reichardt. I całkiem ciekawy jak na debiut, nie dość sprawny moim zdaniem, ale wygrywa innymi rzeczami.
Cozy to rozczarowana życiem mężatka i matka. Jej smętne i nudne życie przerywa spotkanie w pobliskim barze chłopa o imieniu Lee, który dostaje od kumpla broń, którą wcześniej znalazł gdzieś w okolicy. Pijaństwo prowadzi Cozy i Lee na obcą posesję, gdzie chcą popływać w basenie, jednak właściciel przerywa im zabawę. Pada strzał i para ucieka. Wyrusza na przestępczą ucieczkę, z której wydaje się nie ma powrotu. Przynajmniej tak sądzą Cozy i Lee, są pewni, że zabili mężczyznę i są za to ścigani.
W sumie ten film można by określić jednym zdaniem - gdyby Reichardt nakręciła swoich Naturaln Born Killers. Tyle, że Cozy i Lee to żadni mordercy, przestępcy z nich słabi, a co najważniejsze - życie Cozy dalej jest smętne i nudne. Ale przynajmniej jest wolna. Więc co się stanie gdy dowie się, że nikogo nie zabili i Lee chce wrócić?
To już sobie sprawdźcie sami. Filmy Reichardt nie są akcyjniakami, fabuła się ciągnie jak makaron, taka stylistyka - jak widać zaznaczona od razu w debiucie. Ale film jest króciutki.
Mi się dobrze oglądało. Jeszcze jest parę jej tytułów na mubi, więc będę nadrabiać. Tam można też zobaczyć jej najnowszy film "Mastermind", który opisywałam wcześniej - https://www.hejto.pl/wpis/882-1-883-tytul-the-mastermind-rok-produkcji-2025-kategoria-kryminal-obyczajowy-
Młoda matka ma depresję poporodową i dostaje pierdolca, ale tak naprawdę to wszyscy w tym filmie są pie⁎⁎⁎⁎⁎ięci.
Z arthousem jest tak, że albo wychodzi sztos (Drapieżcy), albo mega gunwo. Jak widać po ocenie i opisie powyżej, temu filmowi bliżej, niestety, do gunwa.
Czwóreczka głównie ze względu na zdjęcia i ścieżkę dźwiękową.
Pattinson w tym filmie był po prostu poprawny. J. Law miała przez większość czasu minę srającego kota , co koniec końców jakoś wpisało się w postać.
Nie polecam tego filmu w kategorii "dramat o depresji poporodowej", bo Zgiń kochanie to trochę amerykański ekwiwalent polskiego Bejbi blues, tylko z lepszą warstwą audiowizualną. Właściwie to mogę polecić to dzieło tylko tym, co chcą zobaczyć, jak Jennifer Lawrence czochra bobra, lata nago i uprawia seks z Murzynem. Aczkolwiek tutaj uprzedzam, że od czasu sławetnego Fappeningu J. Law przybrała w biedrach jak Wisła na Bugu we Włodawie.
Właściwie to mogę polecić to dzieło tylko tym, co chcą zobaczyć, jak Jennifer Lawrence czochra bobra, lata nago i uprawia seks z Murzynem. Aczkolwiek tutaj uprzedzam, że od czasu sławetnego Fappeningu J. Law przybrała w biedrach jak Wisła na Bugu we Włodawie.
Demony Wojny według Goi… klasyka powiedziecie, tiaaa. Ostatnio z braku pomysłu na film zdecydowałem się w końcu włączyć i przekonać samemu czym jest ten naszpikowany śmietanką aktorów film Władka Pasikowskiego.
Ja rozumiem, że sporo ludzi ma jakiś tam sentyment do tego filmu, bo może na tamte lata był całkiem dobrze zrealizowany, historia również może być ciekawa, ale jak czytam na filmwebie:
„Filmy Pasikowskiego powinny być naszym towarem eksportowym na Zachód” to dochodzę do wniosku, że chłop co to pisał, oglądał go chyba zaraz po premierze i tak mu po prostu utkwiło w pamięci.
Moim skromnym zdaniem Demony Wojny nie przetrwały próby czasu. W 2025 ten film ogląda się po prostu źle. Aktorsko jest słabo, w ogóle nie czułem jakiegoś napięcia, wręcz przeciwnie, często byłem zażenowany tym co widzę człowieku! Efekty specjalne to jakiś żart, wiem, że to film z końcówki lat `90, ale no nieee. Historia przedstawiona w filmie też do mnie nie trafia. Wiem, że miała odwzorować to co działo się wtedy w Bośni, ale kompletnie nie czuć tej grozy i okrucieństw jakich ludzie dopuszczali się na innych ludziach.
Reasumując, jeśli oglądałeś ten film na przełomie milenium i masz o nim dobre zdanie, nie oglądaj go więcej, bo je szybko stracisz.
@kubex_to_ja oglądałem w tym roku, bo już go dosyć zapomniałem. Słabo w opór. Postacie napisane tragicznie, dialogi drętwe, ale montaż scen we wsi to już totalna bieda.
Się człowiek naoglądał w życiu, to zaczyna wymagać czegoś od filmu
E tam. Nostalgia mocno. A teksty Baki są kultowe. Film słaby po latach, product placement wykręcony na maksimum. Ale zapominacie o jednym. To jeden z niewielu filmów o naszej obecności wojskowej poza naszymi granicami. I to akurat z dobrymi rezultatami. Mam parę wspomnień ze spotkań z ludźmi z Bałkan, którzy bardzo dobrze wspominają polski kontyngent.
Steve'a Carella jak zwykle miło się ogląda, szczególnie jego mimikę pełną wewnętrznego bólu i różne krzyki. W sumie jak przymknąć oko, to widać postać kierownika z „The Office”.
Na pewno szkoda, że główny bohater słuchał swoich kolegów z pracy, którzy na swój sposób troszczyli się o niego, ale często dawali mu kompletnie nietrafione porady. Z drugiej strony syty nie zrozumie głodnego, więc trudno ich winić o doradzanie czegoś, co pewnie w ich przypadku zadziałało.
Nie ma co się pastwić nad filmem, który premierę miał trzydzieści osiem lat temu - to więcej, niż ja żyję. ; )
Po ostatniej lekturze chciałem obejrzeć coś lekkiego i głupkowatego, a „Kosmiczne jaja” wydawały się dobrym wyborem. Co prawda humor mnie nie bawił - pod nosem uśmiechnąłem się parę razy, za to ani razu nie wybuchłem głośnym śmiechem, ale to kwestia osobistych preferencji. Bolało mnie, że ten humor był dość toporny i wiele gagów było od razu tłumaczonych tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie skojarzył nawiązania. Chociażby wydarzyło się tak z „wolkańskim uściskiem szyi”.
@cyberpunkowy_neuromantyk najlepszy gag to "przeczesać pustynie" i jak zjebał się teleport i Wiadro stwierdził, że przyjdzie na nogach, po czym otworzył drzwi i zrobił kilka kroków. Uwielbiam te stare parodie a "Czy leci z nami pilot" to majstersztyk (° ͜ʖ °)
@Klamra to prezes poszedł. I jeszcze narzekał, że nikt mu nie powiedział, że ma gruby tyłek Z chęcią obejrzałbym w podobnym klimacie kontynuację. Ale dziś już takie filmy nie powstają.
John Putnam i Ellen Fields przypatrują się wielkiej kuli ognia zmierzającej w kierunku pobliskiej kopalni. Obydwoje wierzą, że ta "rzecz" jest nie meteorem, lecz obcym statkiem.
Ktoś zrobił film o #zafirewallem , no nie wytrzymie. Zapraszam do #piechuroglada
----------
Tytuł: Dead Poets Society
Rok produkcji: 1989
Reżyseria: Peter Weir
Kategoria: #dramat
Czas trwania: 128 min
Moja ocena: 7/10
Nowy nauczyciel angielskiego w prywatnej szkole, która kieruje się zasadami dyscypliny i tradycji, próbuje z pomocą poezji przekazać swoim uczniom idee samodzielnego myślenia, kwestionowania zasad oraz podążania za głosem serca.
Z racji tego, że młody wilk, który we mnie hasa, coraz bardziej zarasta starym grzybem, mam inne spostrzeżenia związane z tym filmem, niż kilkanaście lat temu, gdy oglądałem go po raz pierwszy. Z jednej strony ogólna idea i przekaz w dalszym ciągu są mi bliskie, z drugiej jednak - postać nauczyciela Johna Keatinga nabiera w moich oczach coraz bardziej negatywnych cech. Jakkolwiek jestem w stanie zrozumieć naiwność młodych uczniów oraz ich małe/duże problemy związane z wkraczaniem w dorosłość, tak od dorosłego właśnie oczekiwałbym jednak większej wyobraźni. Opowiedziana historia jest w gruncie rzeczy bajeczką, momentami mocno prostoduszną (klub poetów przedstawiony jako coś innego niż totalne frajerstwo, L-O-L), jednak nie jest jednowymiarowa i w czynach każdej postaci jesteśmy w stanie odnaleźć jednak jakiś sens, bohaterów możemy zrozumieć - i to uważam za duży atut, bo pozwala na szeroką dyskusję. Zagrane fajnie, ciekawie było zobaczyć te młode, ale znane twarze. Polecam odświeżyć sobie ten obraz tym, którzy oglądali go w szkole, i zwrócić uwagę, czy nastąpiła zmiana perspektywy.
@Piechur To w ogóle ciekawe doświadczenie, konfrontacja z takimi tytułami po latach - mi podoba sprawa przydarzyła się gdy na AFF poszłam odświeżyć sobie "Lot nad kukułczym gniazdem"
Taki film typowo do kotleta. Nie wnosi nic ciekawego do zagadnień związanych ze sztuczną inteligencją czy androidami, które moglibyśmy wykorzystywać jako tytułowych towarzyszy, ukochanych czy po prostu seks zabawek. Oglądało się dobrze, nie pamiętam, żebym się nudził, ale raczej nie wrócę do tego tytułu.
Oczywiście takie filmy zawsze skłaniają mnie do przemyśleń, do jakich zmian w społeczności mogłyby doprowadzić podobne androidy. Często przywiązuję się do rzeczy - wciąż używam ponad ośmioletniego laptopa, którego obudowę musiałem skleić taśmą, ponieważ połamały mi się już wszystkie zatrzaski, bateria wytrzymuje zaledwie parę minut, a dedykowana karta graficzna padła. Mimo to laptop działa i trudno byłoby mi się z nim rozstać. Skoro takimi uczuciami pałam do zwykłego laptopa, to co byłoby w przypadku androida, którego mógłbym dostosować do swoich potrzeb? Od wyglądu przez temperament po różne upodobania.
Dlatego nie dziwię się, że główny bohater, którego zagrał Jack Quaid, o czym za chwilę, postanowił przed zresetowaniem swojej towarzyszki wszystko jej wyjaśnić. Na pewno czuł do niej jakiś sentyment. Czy miłość? Raczej wątpię. Niemniej popełnił przy tym spory błąd. Logiczniej byłoby po prostu zresetować Iris, gdy została wyłączona. No ale wtedy nie byłoby reszty filmu.
Szkoda tylko, że Jack zagrał praktycznie identyczną rolę co w „The Boys”. Lubię, kiedy aktorzy stawiają sobie wyzwania i „wychodzą ze strefy komfortu”. Dlatego tak cenię Roberta Pattinsona.
Podoba mi się w nim wszystko. Atmosfera, muzyka, a przede wszystkim bohater. Phoenix zagrał tutaj fenomenalnie. Cichy Joe nie musi mówić za wiele, a to co robi jest mega wymowne. Skojarzenia mam tutaj z "Drive". Bardzo polecam!
George Sanders był pierwszym odtwórcą roli Simona Templara „Świętego”.
Roger Mur jednak bardziej mi sie podoba w tej roli
Simon Templar, zwany "Świętym", jest nietypowym złodziejem. Specjalizuje się w okradaniu przestępców i kryminalistów, których następnie doprowadza do więzienia. Zyskuje w ten sposób fundusze na własne potrzeby i walczy ze złem. Inspektor policji, Claude Teal próbuje aresztować Templara, ale nie jest to łatwe.
"Na zlecenie Henry'ego Forda II amerykański projektant Carroll Shelby i brytyjski kierowca Ken Miles podejmują wyzwanie pokonania samochodów ekipy Ferrari w 24-godzinnym wyścigu Le Mans." Opis filmu na Filmwebie.
Nie wiem od czego zacząć. Czytając dzisiaj różnice między filmem a rzeczywistością widziałem wśród ludzi dyskutujących o filmie, że były one zrozumiałe, żeby film był jeszcze ciekawszy. Widać w tym filmie amerykańskość scenariusza, różne uproszczenia były ewidentnie kierowane do amatorów hamburgerów i walmarkta, ale na szczęście nie przeszkadzały też w odbiorze. Christian Bale i Matt Demon stworzyli bardzo zgrany duet a sam 3 bohater filmu czyli wyścig, chociaż trochę zmieniony na potrzeby dramaturgii filmu, trzymał poziom. W sumie to śmiać mi się jedynie chciało z pokazywania co chwilę jak dodają gazu kierowcy albo wciskają sprzęgło, ewidentnie amerykańce mają jakiś kompleks bo to dla nich czarna magia xD Jeżeli ktoś ma trochę benzyny we krwi to polecam gorąco
Pomysł na film bardzo intrygujący - spodobał mi się świat, w którym wszyscy muszą zachowywać ciszę, ponieważ pojawiły się stwory reagujące na każdy dźwięk. Na samym początku pomyślałem, że w takim świecie idealnie sprawdzi się język migowy i byłoby fajnie, gdyby bohaterowie się go nauczyli... po chwili zobaczyłem, że rzeczywiście tak jest.
Ogromnym plusem jest także to, że niesłyszącą dziewczynkę zagrała niesłysząca dziewczynka, co wcale nie jest takie oczywiste. Cieszy to moje serduszko, że osoby z niepełnosprawnościami także otrzymują angaże w filmach.
Jednocześnie wiele rzeczy wydawało mi się nielogicznych.
Po pierwsze, kto w takim świecie decyduje się na spłodzenie dziecka? W świecie, w którym dźwięk uderzenia byle czego o podłogę może przyciągnąć śmiertelne niebezpieczeństwo. Rozumiem, że pewnie odczuwali ogromny ból po stracie dziecka, jednakże była to decyzja skrajnie egoistyczna i nieodpowiedzialna.
Po drugie, skoro szum rzeki zagłuszał inne dźwięki (ojciec z synem krzyczeli pod wodospadem), to dlaczego cała rodzina nie przeprowadziła się w pobliże wody? Po co aż tak ryzykować mieszkając w domu?
No i trzecia rzecz, poród. Trudno mi uwierzyć, że wybuch fajerwerków z jakiejś odległości był dla stworka głośniejszy niż krzycząca z bólu kobieta, która znajdowała się tuż obok. No ale okej.
Szkoda, że różne mniejsze lub większe głupostki zasłoniły tak fajny pomysł.