@5tgbnhy6 o kurde, nie wiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy to Avi - Leśmian, bo ten wiersz Leśmiana, do którego rymuje się mój wiersz, jest wpleciony w tamtą piosenkę.
Wydawnictwo Zysk i S-ka przygotowuje nowe wydania cyklu Północna Droga. "Saga Sigrun. Ja jestem Halderd" Elżbiety Cherezińskiej ma ustaloną premierę na 28 kwietnia 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie ma 784 strony, w cenie detalicznej 79,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Północna Droga to cykl powieściowy rozgrywający się na przełomie X i XI wieku w Skandynawii. W świecie, który poza wojnami o władzę staje wobec wyzwania: oto między fiordy wkracza nowy bóg, Bóg chrześcijan.
Tom I to opowieści kobiet. Tak różnych od siebie, jakby Norny utkały ich losy z całkowicie odmiennej przędzy.
Saga Sigrun
Sigrun, córka potężnego Pana Północy, jest obdarzona przez los wieloma darami, spośród których najważniejszym jest miłość. Z wzajemnością zakochana we własnym mężu, oddana dzieciom, domowi i rodzinie. Strażniczka domowego ogniska, planująca dla swego syna najpiękniejszy los. W tym szczęściu tkwi jednak ziarno niepokoju. Jej mąż jest prawdziwym wodzem Północy: walecznym i honorowym. A to oznacza, że gdy dojdzie do wielkiej bitwy w zatoce Hjorung, popłynie na nią w pierwszym szeregu łodzi.
Skaldowie śpiewają, że najważniejsza jest sława. Na cóż mi ona? Nie obejmie mnie ramieniem, nie obudzi rano, nie wsunie języka między moje wargi. Dzieci ze mną nie spłodzi. Nikt nie zaśpiewa pieśni o Sigrun, kobiecie, która kochała. Moje życie nie nadaje się do waszych rymów, nie zwyciężyłam wojen, nie podbiłam lądów, nigdy nikogo nie zabiłam i nie splądrowałam. Tworzyłam własne strofy, miłosne. Czułe, wypełnione troską, zachwytem, niezdarne tkliwością. Kochałam.
Ja jestem Halderd
Dzieciństwo Halderd naznaczone jest pasmem strat. Jej rodzina traci rodowe dobra, a z nędzy wydobywa ją stryj, wydając młodą dziewczynę za mąż za jednego z Panów Północy. Halderd zyskuje piękny dom, służbę i dostatnie życie, ale płaci za to słono i boleśnie, własnym ciałem. Gdy urodzi piątego syna, wie już, że nie wytrzyma ani dnia dłużej. I wtedy, w najgłębszym mroku, spotyka miłość swego życia – mężczyznę, który pod każdym względem jest przeciwieństwem jej męża. Ten ginie podczas polowania i wdowa Halderd z szóstym synem u boku, rozpoczyna własne panowanie. W bezwzględnym świecie wojny i polityki, przenikliwsza niż którykolwiek z Panów Północy, krok po kroku zbliża się do realizacji swego wielkiego planu. Ale powodzenie zależy od jej najmłodszego syna.
Podbrzuszem matki są jej synowie. Moim jest Ragnar. Choć przyszłość mu ułożyłam od dnia poczęcia, choć wszystko wokół za gardło chwyciłam i dowlokłam do tego miejsca, w którym zacząć się powinna jego rola, nie umiem mu jej pokazać. Jego jednego do niczego nie umiem myślą zmusić. Nøkken! Ziemie Sigrun i Halderd graniczą ze sobą. Synowie Halderd wychowują się w domu Sigrun. Obu kobiet jednak nigdy nie połączy przyjaźń. Połączy je coś ostatecznego: przepowiednia wieszczki z bagien, która na zawsze splecie ich losy w jeden węzeł.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Nie ma takiego miejsca, do którego Śmierć nie mógłby się udać. Nieważne, jak jest dalekie czy niebezpieczne. A nawet, im bardziej jest niebezpieczne, tym bardziej prawdopodobne, że Śmierć już tam jest.
Czytali: Maciej Więckowski, Filip Kosior, Janusz Zadura, Mirosław Zbrojewicz i inni
Tym razem Zajdel zamiast kosmicznego sci-fi serwuje cyberpunka. Przedstawia ciekawą wizję przyszłości, w której wszyscy ludzie zostali skatalogowani i podzieleni na klasy według zdolności intelektualnych. Otrzymują trzy rodzaje punktów będących walutą: czerwone - są przydzielane wszystkim po równo niezależnie od klasy ani zajęcia i służą do zakupu dóbr niezbędnych do przeżycia; zielone - w zależności od klasy, waluta na dobra lepszej jakości; żółte - wynagrodzenie za pracę, umożliwiają zakup dóbr luksusowych. Ten logiczny system w rzeczywistości prowadzi jednak do licznych nadużyć i powstania nielegalnych procederów. Główny bohater jest wysokiej klasy specjalistą, który w zamian na nieliche honorarium pomaga przechytrzyć prawo i podnieść klasyfikację klienta. Niefortunny zbieg wydarzeń zakłóca jednak jego komfortowe życie.
Intryga jest zgrabna, bieg wydarzeń dynamiczny, a kreacja świata niewątpliwie intrygująca i przemyślana. Mam jednak problem z formą jej prezentacji. Otóż książka zbyt wiele rzeczy tłumaczy wprost zamiast je pokazać poprzez wydarzenia. Podejrzewam, że takie prowadzenie za rękę ma na celu zwiększenie przystępności, ale moim zdaniem psuje to atmosferę opowieści, niszczy płynność i tajemniczość narracji, a czytelnikowi odbiera radość odkrywania. W pewnym momencie po prostu w jednym długim dialogu wykłada kawę na ławę i koniec. Forma nie dorównała idei. Paradyzja bardziej mi się podobała.
O samej książce nie wiele można napisać- czytało się przyjemnie. Obyło się bez wodolejstwa, suchych faktów.
Napisana tak by każdy mógł ją strawić. Ostatnie 20% to przypisy, źródła itp.
Inna sprawa to sam temat opisany w niej.
Pokazuje jak USA korzystając z zwycięstwa na Niemcami wykorzystuje swoją pozycje by czerpać korzyści( w tym uniewinniać czy zmniejszać wyroki) z osiągnieć niemieckich lekarzy, naukowców - zbrodniarzy, czy nawet wykorzystywać swoich więźniów do eksperymentów medycznych.. Przy tym oszukując perfidnie społeczeństwo. Do tego dochodzą walki wewnętrze pomiędzy różnymi agencjami. Idealnie pokazuje jaki to zakłamany kraj. No ale nie o tym miał być wpis
Czyta się bardzo dobrze, są momenty gdzie ma się poczucie, że kilka rozdziałów jest na siłę, ale wciaga generalnie i ciężko się oderwać. Ciekawy bohater, niewidomy. Niestety zakończenie moim zdaniem trochę naiwne i bezsensowne, co mnie zawiodło.
Tytuł: Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później
Autor: Katarzyna Grochola
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Format: książka papierowa
Liczba stron: 504
Ocena: 6/10
Przez ostatni miesiąc nadrabiałam cykl "Żaby i anioły", by zdążyć z przeczytaniem go na premierę najnowszego tomu serii. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja siostra przywiozła "Właśnie że tak!" na święta i zdążyła je przeczytać. Od razu zabrałam się za czytanko.
Główna bohaterka serii, Judyta, jest już koło sześćdziesiątki. Dalej mieszka w domku na wsi, sąsiaduje z Ulą, i prowadzi dom z Adamem. Wraz z nim założyła też biuro matrymonialne, i wspólnie pomagają samotnym ludziom odnaleźć miłość. Jednak to, co nie daje Judycie spokoju, to problemy związkowe jej córki, Tosi — teraz dorosłej kobiety z trójką dzieci.
I to na tych dwóch wątkach skupia się narracja książki: biuro matrymonialne i Tosia. No dobra, i wnuki. A o wnukach jest bardzo dużo. Nie wiem, czy dobrze zgaduję, ale wydaje mi się, że pani Grochola ma tendencję do wrzucania anegdotek ze swojego życia i tekstów zasłyszanych u bliskich, co w przypadku wypowiedzi wnuków Judyty bywa sztuczne i krindżowe.
Tym niemniej, miło, że po 20 latach znalazła czas, by odświeżyć tę serię. Szału nie ma, ale czyta się lekko jak zwykle.
@WujekAlien hm, jestem na mobilce i wygląda dobrze, ale może edytor w wersji webowej źle przetwarza tekst wklejony z bookmetera… @renkeri, mógłbyś potwierdzić?
@WujekAlien @Wrzoo Portal traktuje znaki nowej linii inaczej w przeglądarce, a inaczej w aplikacji mobilnej. Kiedy kopiujesz treść z Bookmetera, wygląda ona mniej więcej tak: `Tytuł: ...\nAutor: ...\n`, gdzie `\n` oznacza znak nowej linii.
Gdy wkleisz post przez przeglądarkę, `\n` łamie tekst do nowej linii i wpis wyświetla się poprawnie. Natomiast gdy wkleisz go przez aplikację mobilną, `\n` jest poprawnie interpretowane na urządzeniu mobilnym, ale w przeglądarce zostaje zamienione na spację.
Nie wiem, z czego wynika brak spójności w wyświetlaniu tych znaków, ponieważ dzieje się to po stronie portalu. Po swojej stronie mogę jedynie sprawdzać, czy użytkownik kopiuje wpis z urządzenia mobilnego, i ewentualnie modyfikować znaki przy kopiowaniu, ale to i tak nie daje 100% pokrycia wszystkich przypadków.
Na pierwszy rzut oka książka zapowiada się jak klasyczny thriller psychologiczny. Mamy zaginięcie i powrót, seryjnego mordercę, tajemnicę jednego z pacjentów, bohaterkę z przeszłością i śledztwo, które powinno stopniowo odkrywać kolejne warstwy prawdy.
Historia skupia się na terapeutce Gwen, która próbuje rozwikłać sprawę pacjenta, który jeszcze chwilę temu opowiadał na terapii, że chce zabić żonę, a teraz zarówno on, jak i jego żona nie żyją. Niestety pojawia się nowy ważniejszy wątek, na którym musi się skupić. Seryjny morderca popełnia błąd i niedoszła (7) ofiara ucieka, wskazując nauczyciela lokalnej szkoły jako oprawcę. Ojciec jednej z ofiar zatrudnia terapeutkę, do sprofilowania sprawcy i upewnienia się, że policja złapała właściwego sprawcę.
Problem w tym, że bardzo szybko okazuje się, że książka nie jest ani pełnoprawnym kryminałem, ani thrillerem. Zamiast napięcia i dobrze poprowadzonej intrygi dostajemy raczej historię obyczajową, skupioną na relacjach, emocjach i przeszłości bohaterów. Elementy kryminalne są gdzieś w tle i nie budują takiego napięcia, jakiego można by oczekiwać po tym gatunku. Nawet niedoszła ofiara jest pominięta, jakoś tak, jakby był bohaterem przez 24h i nagle wszyscy o nim zapomnięli.
Hej, na wolności może dalej przebywać seryjny morderca, czy ktoś się tu jeszcze boi, że jego dziecko zostanie porwane i zginie?
Najbardziej zgrzyta jednak ton książki. Wyraźnie czuć, że autorka - pisząca pod innym pseudonimem głównie powieści obyczajowo-erotyczne - nie do końca potrafiła odciąć się od tego stylu. Niestety dowiedziałem się o tym dopiero po przeczytaniu. W niektórych momentach historia skręca w tę stronę, która wybija z klimatu i zamiast budować napięcie, rozmywa je jeszcze bardziej. Sporo tekstów jest mocno żenujących, a zachowanie samej terapeutki mocno niepokojące. Jest roztrzepana, średnio ogarnięta, zachowuje się jak napalona nastolatka i co chwilę gdzieś zostawia dokumenty, które nie powinny się znaleźć w niepowołanych rękach.
Szkoda, bo sam pomysł miał potencjał. Gdyby książka zdecydowała się iść w stronę thrillera albo konsekwentnej obyczajówki, mogłaby wypaść znacznie lepiej. W obecnej formie zostawia poczucie niedosytu i chaosu gatunkowego.
To książka, która obiecuje thriller, a ostatecznie okazuje się czymś zupełnie innym - na pewno nie lepszym. Dlatego oznaczyłem ją jako literaturę obyczajowę, żeby ktoś szukający thrillera przypadkiem po nią nie sięgnął
Wydawnictwo Olesiejuk umieszcza Komandosów Republiki w Kolekcji Legend. "Bezpośredni kontakt" Karen Traviss w księgarniach od 27 maja 2026 roku. Wydanie w dwóch wersjach - miękkiej oprawie i twardej z barwionymi brzegami - obejmuje 432 strony, w cenie detalicznej 49,99 za miękką i 129,90 zł za twardą. Poniżej okładki (miękka z lewej, wizualizacja twardej z prawej) i krótko o treści.
ELITARNA DRUŻYNA OMEGA STAJE DO WALKI W OBRONIE REPUBLIKI.
Trwają wojny klonów. Komandosi Republiki wyruszają na samobójczą misję na Qiilurę, gdzie w tajnym ośrodku naukowym hoduje się nanowirusy, zdolne do eksterminacji żołnierzy-klonów.
Elitarna Drużyna Omega działa głęboko za liniami wroga — w mniejszości, bez wsparcia i pod nieustanną groźbą dekonspiracji. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy podczas lądowania Darman, specjalista od materiałów wybuchowych, zostaje odcięty od reszty zespołu. Jego jedyną sojuszniczką okazuje się niedoświadczona padawanka Etain.
Żołnierzy i młodą Jedi czeka śmiertelnie niebezpieczna podróż przez terytoria separatystów, trandoshańskich handlarzy niewolników i podejrzliwych miejscowych. Jeden fałszywy krok oznacza śmierć. To misja samobójcza — dla każdego, poza komandosami Republiki.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Powszechnie wiadomo, że osiem kolorów wspólnie tworzy biel. Ale istnieje też osiem barw czerni dla tych, co potrafią je zobaczyć. Ule Śmierci stoją na czarnej trawie w czarnym sadzie, pod obsypanymi czarnym kwieciem gałęziami starych drzew, które kiedyś wydadzą jabłka, a te.... ujmijmy to w ten sposób... zapewne nie będą czerwone.
Tomek dostał lanie i wrócił na swoje miejsce niezbyt zmartwiony. Uważał, że rzeczywiście mógł sam rozlać atrament podczas jakichś szturchańców w ławce. Zaprzeczył tylko ze względów formalnych, bo taki był zwyczaj, a on nie chciał łamać tradycji szkolnej.
Chyba nie czytałem tej książki wówczas, kiedy byłem w wieku odpowiednim na tego typu lekturę. Chyba byłem wtedy zajęty Przygodamitrzech detektywów sygnowanymi przez pana Hitchcocka albo może byłem zajęty swoimi własnymi przygodami? – dawno temu to było i nie bardzo pamiętam. Teraz, kiedy czytałem Przygody Tomka Sawyera kilka motywów wydało mi się znajomymi, choćby sposób, w jaki Tomek poradził sobie z malowaniem płotu zleconym mu przez ciotkę Polly. Czy znałem to z filmu (albo serialu), bo na pewno kiedyś coś o Tomku Sawyerze oglądałem, czy może pamiętałem z omawiania nieprzeczytanej przeze mnie lektury na lekcji a może ta opowieść jest tak silnie już zakorzeniona w kulturze, że po prostu się „ją zna”? – tego też nie jestem w stanie stwierdzić z całą pewnością.
Niemniej, pomimo tego, że coś mi tam w głowie świtało, niezwykłą przyjemnością był dla mnie ten czas, który razem z Tomkiem Sawyerem spędziłem w mieście St. Petersburg nad rzeką Missisipi. To była nie tylko podróż literacka, to była dla mnie również podróż do moich młodzieńczych lat, bo, choć urodziłem się ponad sto lat po wydaniu tej książki i choć od moich narodzin również sporo czasu już minęło, to wciąż pamiętam sposób widzenia świata chłopca w jego wczesnonastoletnich latach (zresztą, powidoki tego mam do dziś i są to bardzo przyjemne momenty życia). Nie było dla mnie zaskoczeniem, raczej było nawet przyjemnością to, że w Tomku Sawyerze odnalazłem trochę siebie. Tak tego sprzed lat, jak i tego z dzisiaj.
Mimo upływu lat nie uważam, żeby Przygody Tomka Sawyera zestarzały się. Opowieść jest wartka i żwawa a bohaterowie urzekający i odmalowani dokładnie i z ogromną precyzją (pan Twain chyba nigdy nie zapomniał jak to było być chłopcem). To, co odróżnia tę książkę od książek współczesnych, to (tak mi się wydaje) prezentacja świata. To, że Tomek dostaje lanie, nie jest niczym skandalicznym, jest normalną częścią życia. To, że pół-Indianin nazywany jest „mieszańcem” a Murzyni Murzynami być może dziś by nie przeszło albo wywołało jakiś skandal, szczególnie w książce kierowanej do dzieci. Mnie to nie przeszkadza, tak wyglądały te czasy, w których Przygody powstawały i te, w których dzieje się ich akcja. Piszę o tym dlatego, że doszły mnie słuchy, że tego typu elementy w książkach klasycznych chce się „poprawiać” (co uważam za niedopuszczalne) albo że chce się powoli tych książek może nie zakazywać, ale skazywać je na zapomnienie. A w tym drugim przypadku byłoby po prosu szkoda.