Drzwi się otworzyły. Otworzyły powoli, z możliwie głośnym skrzypieniem. Zwyczajne zaniedbanie nie wywołałoby takich zgrzytów; niezbędne było staranne traktowanie ich ciepłą wodą przez co najmniej kilka tygodni. Sierżant zatrzymał się, a potem odwrócił wolno, starając się poruszać jak najmniejszą liczbą mięśni.
Miał mieszane uczucia co do faktu, że nikt nie stoi w progu. Doświadczenie mówiło mu, że drzwi nie otwierają się same z siebie.
Wydawnictwo Znak zapowiada wznowienie wyciągnięte z Czarnej Serii. "Stolica Hitlera. Życie i śmierć w wojennym Berlinie" Rogera Moorhouse'a trafi na sklepowe półki 1 lipca 2026 roku. Wydanie w twardej oprawie obejmuje 512 stron, w cenie detalicznej 99,99 zł. Poniżej okładka i krótko o treści.
Berlin – dumna metropolia, która ma stać się „stolicą świata” – po zaledwie dwunastu latach nazizmu zamienia się w morze ruin i strachu.
Co dzieje się w sercu tysiącletniej Rzeszy, za fasadą nazistowskiej propagandy? Jak funkcjonuje miasto, w którym donosicieli jest tak wielu, że Gestapo odsyła „życzliwych” z kwitkiem?
Roger Moorhouse, opierając się na pamiętnikach, listach i wspomnieniach mieszkańców, prowadzi czytelnika przez zaciemnione ulice Berlina. Ten niezwyczajny mrok, który miał być receptą na alianckie naloty, staje się także doskonałą okazją dla przestępców.
Berlin to przestrzeń pełna kontrastów. Większy strach niż bomby wzbudza nieuchwytny seryjny morderca. Dzieci beztrosko bawią się w schronach i smacznie śpią w piwnicach wyposażonych jak zwyczajne mieszkania. Dorośli oddają się romansom i wpatrują w pierwszy raz widoczne ponad miastem gwiazdy.
Stolica Hitlera to portret miasta, które rozpada się na oczach swoich mieszkańców, a trwa jedynie dzięki ich przyzwyczajeniu, obojętności i złudzeniom.
#ksiazkiwhoresbane 'a - tag, pod którym chwale się nowymi nabytkami oraz wrzucam newsy o książkach
Po lekturze Kwartetu Pór Roku (Jesień, Zima, Wiosna, Lato) można było odnieść wrażenie, że Ali Smith wyrobiła sobie już dość mocno swój unikalny styl. Jej książki zawsze były mniej zainteresowane samą fabułą, a bardziej językiem, skojarzeniami, znaczeniami i tym, jak opowieści wpływają na nasze postrzeganie świata. „Gliff” idzie dokładnie tą samą utartą ścieżką, ale robi to w znacznie bardziej dystopijnym wydaniu.
Fabuła skupia się na rodzeństwie o Bri i Rose o żyjących w niedalekiej przyszłości, w rzeczywistości przypominającej świat, który skręcił o kilka stopni za daleko w stronę kontroli, kategoryzowania ludzi i technologicznego nadzoru. Pewnego dnia wokół ich domu pojawia się tajemnicze oznaczenie (czerwona linia), które sprawia, że stają się wyrzutkami. Zmuszeni do ucieczki próbują odnaleźć się w świecie, który coraz częściej traktuje ludzi nie jak jednostki, ale jak dane do przetworzenia. Towarzyszy im koń o imieniu Gliff, który staje się jednym z najważniejszych symboli całej historii.
Najbardziej podobało mi się to, że Smith nie pisze klasycznej dystopii. Nie interesuje jej tworzenie szczegółowego świata przyszłości, ani tłumaczenie mechanizmów działania systemu. Tak jak w swoich wcześniejszych książkach bardziej skupia się na ludziach, języku i emocjach. Świat poznajemy fragmentarycznie, czasem wręcz przez przypadek, a wiele rzeczy pozostaje niedopowiedzianych i niewyjaśnionych. Dzięki temu książka ma bardzo specyficzny klimat niepewności, jakby wszystko znajdowało się lekko poza naszym zasięgiem.
To również kolejna książka Smith o znaczeniu słów. Autorka od lat pokazuje, że język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale wręcz ją tworzy. W „Gliffie” ten motyw jest szczególnie mocny. Bohaterowie funkcjonują w świecie, gdzie odpowiednie nazwanie człowieka może decydować o jego losie. To książka o etykietach, definicjach i próbach zachowania własnej tożsamości w rzeczywistości, która chce wszystko uporządkować i skatalogować.
Jednocześnie mam wrażenie, że „Gliff” jest bardziej pomysłem niż historią. Podobnie jak w części wcześniejszych książek Smith, bardziej podziwiałem jej inteligencję i konstrukcję niż przeżywałem losy bohaterów. Niektóre fragmenty są świetne, inne celowo chaotyczne i wymagające dużej cierpliwości. To jedna z tych książek, które czasami bardziej się analizuje niż czyta.
Mimo tego bawiłem się bardzo dobrze. Smith nadal potrafi pisać w sposób, który zmusza do myślenia, a jednocześnie nie zamienia powieści w filozoficzny wykład. „Gliff” jest pełne ciekawych pomysłów, niepokojących wizji przyszłości i pytań o to, co właściwie czyni nas ludźmi. To może nie jest najlepsza książka Ali Smith, ale bardzo udana kontynuacja tematów, które rozwija od lat. Dystopia bardziej literacka niż fabularna, bardziej oparta na ideach niż akcji, ale zdecydowanie warta poznania.
Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz\
#bookmeter #Ksiazki #czytajzwujkiem #czytajzhejto
Severian, obdarzony pamięcią absolutną członek Konfraterni Poszukiwaczy Prawdy i Skruchy, potocznie nazywani katami i takież czynności wykonującymi, opowiada swoją historię. Od dzieciństwa jako sierota wychowana przez bractwo, przez okres ucznia swego fachu aż do przerwanego zdradą czeladnictwa. Wplątany w intrygę, zostaje wydalony z Wieży Matachina, kolebki jego konfraterskiej rodziny, i wyrusza przez Niezniszczalne Miasto Nessus, największe miasto planety Urth do odległego Thrax, Miasta Bezokiennych Pokoi, uzbrojony jedynie w miecz Terminus Est i własne doświadczenie.
Na nowo uczy się życia i zwyczajów od plejady osób poznanych pod drodze jak ekscentryczny przedsiębiorca doktor Talos czy tajemnicza Dorcas.
Pierwsza część cyklu Księgi Nowego Słońca. Książka jest dobra. Przyciąga ciężki i mroczny klimat i oryginalny świat będący czymś pośrodku fantasy i science-fiction.
Dobrze opisane jest rozwarstwienie społeczne dzielące arystokrację, która nawet fizycznie różni się od innych warstw społecznych, i zwykłego gminu. Chwilami rozdziały się dłużą, zwłaszcza te opisujące codzienne życie bohatera w bractwie, ale w drugim akcie już są bardziej wciągające.
Dodatkową ciekawostką jest że to chyba jedyna książka, a przynajmniej z tego co na szybko potrafię sobie przypomnieć, kończąca się cliffhangerem, praktycznie wymuszającym sięgnięcie po kolejny tom.
Cześć. Wybieram się na wakacje do Rumunii. Mam od lat taki zwyczaj, że zanim pojadę do jakiegoś kraju, najpierw czytam powieści tamtejszych autorów, albo powieści, które tego kraju/miejsca dotyczą.
Polecicie mi jakieś dobre rumuńskie książki? Coś, co mnie przygotuje do podróży. Nie chodzi mi o przewodniki, tylko o powieści właśnie, żeby poczuć klimat, a nie czytać o lokalnych atrakcjach. Jest tutaj sporo ludzi czytających, może macie doświadczenie z rumuńską literaturą, ja nie mam zupełnie rozeznania. Oczywiście mógłbym poszukać w internetach, albo zapytać AI, ale liczę na wasz dobry gust czytelniczy.
@plemnik_w_piwie może dziwny, ale od lat się sprawdza. Świetnie się sprawdza takie przygotowanie. Inaczej zwiedzasz miejsca, gdy o nich czytałeś. Inaczej patrzysz na ludzi, gdy znasz ich popkulturowe mitologie. Mnie się podoba.
nie pomogę z ksiązkami, ale wskażę co mi pomogło bardziej wgryźć się w kraj:
- wikipedia i czytanie artykułów, to wciąż mnóstwo wiedzy i sporo statystyk (np. to, że jesteśmy dla nich istotnym partnerem handlowym, będziesz spotykał polskie produkty wszędzie)
- czytanie rumuńskiego reddita oraz memy (r/romania) - daje perspektywę na ich bieżące tematy
- w trasie słuchałem rumuńskiej playlisty; wstawię poniżej listę utworów
Rumunia piękny kraj. Przez to, że mało popularny, to wciąż można być nie-instagramowym turystą.
Minusy: zapierdalają bardziej niż polscy kierowcy w Polsce, ciężarówki i korki w wioskach, wybrzeże średnie
“Biedny małpi mózg nie spocznie póki nie obrysuje zagadki pięknym, symetrycznym sensem.”
Dawno niczego nie słuchałem, ale @WujekAlien namówił
Frachtowiec Behemot w drodze na Jowisza pada ofiarą sabotażu układu nawigacyjnego i niespodziewanie schodzi z kursu.
Stylistyka rzeczywiście bardzo przypomina niektóre z dzieł Stanisława Lema. Pełna tajemnicy i refleksji, hipotetycznych rozważań i dyskusji. Pokazuje maluczkość człowieka w kosmosie nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim ograniczenia jego umysłu.
Uwagę zwraca język, daleki od potocznego, momentami wręcz poetycki, pełen literackich zwrotów, skomplikowanej terminologii, typowych dla fantastyki naukowej neologizmów, ale też archaizmów.
Lektura krótka, ale gęsta, bardzo dobre klasyczne sci-fi, ale to nadal Dukaj, więc wcale nie jest prosta i wymaga pewnego wysiłku. Może się wręcz wydać nieco przeintelektualizowana. Nie za bardzo nadaje się do słuchania przy okazji wykonywania innych czynności.
Filip Kosior jak zwykle spisał się znakomicie: kapitan mówi głosem Horusa Luperkala, a inżynier Tarika Torgaddona?
@Hilalum dlatego postanowiłem sprzedać Linię oporu. Kupiłem ją z rozpędu, by mięć wszystkie dotychczas wydane książki Dukaja w twardej, ale przy takim ich podejściu mam to w dupie.
A że niektórzy twierdzą, że jestem "formalistom" (i mają rację), to dodaj tag #nasonety a #diproposta zmień na #diriposta bo później mi to przy podsumowaniu gdzieś umknąć może (albo kolega @bojowonastawionaowca, niech nas tu poratuje)
"The Best Seat in the House: A Cock Sparrer Story"
Steve Bruce
Jestem z siebie dumny, bo przeczytałem tę książkę w oryginale. Zresztą innego wyjścia nie było, bo nie ma polskiego tłumaczenia Cock Sparrer, to klasycy oi! i punka, którzy grają już ponad 50 lat i nadal są w formie. Na żywo widziałem ich dwa razy z czego ten drugi raz miał miejsce tydzień temu w Ostrawie. Książka jest opisem historii zespołu od początków w latach 70. po mniej więcej lata 2008-2009. Wszystko dostajemy z pierwszej ręki, bowiem autorem wspomnień jest perkusista i założyciel kapeli, Steve Bruce. Pełno tutaj opisów koncertów, tras i różnych przygód a także życia zawodowego i rodzinnego autora. Nieco mniej o nagrywaniu samych płyt, co moim zdaniem jest największym minusem tej pozycji. Dodatkowo całość została uzupełniona o skany z dzienników i zapisków wokalisty zespołu, Colina McFaull'a. Właśnie te dzienniki są super wartością dodaną. Steve, to typowo luzak, imprezowicz a Colin jest bardziej spokojnym obserwatorem. Dodatkowo książka zawiera sporo przedruków wywiadów, recenzji i mniejszych tekstów o kapeli zarówno z prasy angielskiej (super), jak i niemieckiej (niestety w oryginale). Wszystko podane jest ze szczyptą angielskiego humoru, co uprzyjemnia lekturę.
Niektóre książki mają tak nietypowy punkt wyjścia, że trudno uwierzyć, iż powstały na bazie prawdziwego miejsca. Wyspa bijących serc jest właśnie taką historią. Inspiracją dla powieści stała się istniejąca w Japonii wyspa Teshima, na której znajduje się archiwum ludzkich głosów - miejsce, gdzie ludzie zostawiają wiadomości dla tych, których już nie ma. Brzmi niezwykle, a jednocześnie trochę nierealnie. I właśnie wokół tego pomysłu Laura Imai Messina buduje swoją opowieść.
Główni bohaterowie to ludzie naznaczeni stratą. Każde z nich próbuje poradzić sobie z pustką pozostawioną przez bliskich, choć robią to na zupełnie różne sposoby. Spotkanie ich losów prowadzi do historii bardziej o żałobie i pamięci niż o samych wydarzeniach. To książka bardzo spokojna, momentami wręcz kontemplacyjna, która nie próbuje szokować czytelnika ani przyspieszać tempa tam, gdzie nie jest to potrzebne.
Najbardziej podobało mi się to, że autorka nie traktuje straty wyłącznie jako źródła cierpienia. Owszem, jest tu dużo smutku, ale równie dużo miejsca poświęcono pamięci, wspomnieniom i temu, jak obecność zmarłych potrafi nadal wpływać na życie tych, którzy zostali. Telefon, do którego nie można się dodzwonić, a mimo to ludzie zostawiają w nim wiadomości, jest jednym z najpiękniejszych literackich symboli, jakie spotkałem w ostatnim czasie.
Książka bardzo mocno korzysta też z japońskiej wrażliwości. Nie ma tu wielkich dramatycznych scen ani emocjonalnych eksplozji. Zamiast tego dostajemy ciszę, niedopowiedzenia i małe gesty, które znaczą więcej niż długie monologi. Dla jednych będzie to ogromna zaleta, dla innych wada, ale mnie ten sposób opowiadania historii bardzo odpowiadał.
Co ciekawe, mimo że centralny motyw jest tak niezwykły, książka ani przez chwilę nie wydaje się sztuczna. Wręcz przeciwnie - im dłużej ją czytałem, tym bardziej myślałem o tym, że każdy człowiek nosi w sobie rozmowy, których nigdy nie odbył albo nie zdążył dokończyć. Autorka wykorzystuje niezwykły pomysł, by opowiedzieć o czymś bardzo uniwersalnym.
To jedna z tych powieści, które nie opierają się na zwrotach akcji ani tajemnicach. Jej siłą są emocje, atmosfera i refleksja nad tym, jak radzimy sobie z nieobecnością tych, których kochaliśmy. Może nie jest to książka dla każdego, ale jeśli ktoś lubi spokojne, melancholijne historie o ludziach i uczuciach, to trudno przejść obok niej obojętnie.
Nietypowy pomysł, piękne wykonanie i dużo więcej ciepła, niż sugerowałby temat żałoby.
Branie udziału w konkursach to ryzykowne zajęcie. Ryzykowne, ponieważ wiąże się z ryzykiem wygranej. No i okazało się, proszę Państwa, że taka wygrana dzisiaj mi się przytrafiła. I to jeszcze przed pierwszą - no dobrze, przed drugą - kawą. A to dopiero poniedziałek.
Zatem nie przedłużając - bo jak wyżej zauważyłem to już poniedziałek, a skończyć chcielibyśmy pewnie w niedzielę - otwieram kolejną CXXVIII (słownie: 128 (ależ piękna okrągła liczba)) edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem.
I jako że my, tutaj #zafirewallem, na każdym kroku usilnie staramy się udowodnić, że poezja nie musi być podniosła, górnolotna, patetyczna, wzniosła - choć oczywiście może, bo przecież nikt jej nie broni - to w bieżącej edycji, w ślad za panem Władysławem Broniewskim i jego wierszem Firanka udowodnimy również, że tematem jej może być dosłownie wszystko.
Firanka
Otworzyłem okno, afiranka
pofrunęła kumnie,
jakAnka
wtrumnie.
Biała firanka, błękitnezasłony,
zaszeleściło...
O! pokaż mi się od tamtejstrony!
Jesteś? Jakmiło!....
Jak miło... jak miło... jakstrasznie,
mojamiła...
Ja już chyba niezasnę...
Firanka? ... Czy tyś tubyła?
I tak jak pan Broniewski w powyższym wierszu zainspirował się zwykłą firanką, tak ja poproszę, żebyście Państwo napisali siedem (słownie: 7) utworów, na poniższe tematy:
Wiersz o łyżeczce do herbaty
Wiersz o pryszczu
Wiersz o prezerwatywie
Wiersz o rozjechanym jeżu
Wiersz o sklepie Biedronka (albo Żabka, jak kto woli)
Wiersz o baloniku
Wiersz o cegle
lub na inny, równie przyziemny lub absurdalny temat
Jak już zdążyliście zapewnie Państwo zauważyć, #diproposta składa się z tuzina wersów, a więc sonetem nie jest. Dlatego też utwory Wasze/nasze sonetami też być nie muszą. Jeśli jednak ktoś ma ochotę, to przecież nie zabronię dopisać sobie dwóch brakujących rymów - a nawet szczerze do tego namawiam.
Tak jak wspomniałem, bawimy się do najbliższej niedzieli, czyli 14.06, no chyba że nie uzbiera się pełna pula utworów, to wtedy zastanowimy się co z tym fantem zrobić.
W każdym razie bawcie się dobrze, bo przecież przede wszystkim o zabawę nam chodzi