Prawie półtora roku to trwało (z czego większość tego czasu po prostu nie chciało mi się przy nim nic robić), ale w końcu projekt "extreme makeover" cygańskiego harlejka z USA udało się dociągnąć do końca.
#motocykle #harlejekzusa


Prawie półtora roku to trwało (z czego większość tego czasu po prostu nie chciało mi się przy nim nic robić), ale w końcu projekt "extreme makeover" cygańskiego harlejka z USA udało się dociągnąć do końca.
#motocykle #harlejekzusa

Zaloguj się aby komentować
Prowadziłem kiedyś foodtrucka, teraz nie prowadzę. Życie jest za krótkie, aby je wspominać, niemniej z tamtych lat zostało mi trochę przemyśleń oraz historyjek, które będę wrzucał co jakiś czas na #foodtruckowehistoryjki
Dziś będzie w końcu o tym jak buda z żarciem wystartowała, warszawskim Mordorze oraz o pierwszych kilku miesiącach działalności
Nowoczesna korpofilozofia lubi myśl, że jedynym co jest stałe jest zmiana. Na ile jest to faktycznie stwierdzenie faktu, a na ile psychiczne przygotowywanie pracowników na fakt, że na jakąkolwiek dłuższą stabilność nie ma co liczyć, pozostawiam wam. Nie zmienia to faktu, że teren, gdzie zaczynałem swój foodtruckowy biznes ponad dekadę temu - czyli biurowe zagłębie na warszawskim Służewcu, znane również nieoficjalnie jako Mordor - zdążyło zmienić się kilkukrotnie. Powstające od lat 90 na dawnych terenach poprzemysłowych korpomrowiska i fabryki maili codziennie ściągały do siebie dziesiątki tysięcy ludzi, a samych firm z roku na rok tylko przybywało. Sytuacja zaczęła zmieniać się w 2016 - kiepski dojazd, przeciągający się remont ulicy Marynarskiej oraz stopniowe otwieranie się nowocześniejszych i lepiej skomunikowanych biurowców w okolicach warszawskiej Woli powoli wyganiały najemców. Najwięcej zmienił oczywiście covid i praca zdalna. Obecnie firm zostało już niewiele, a dawniej pełne biura świecą pustkami. Dziś Mordor w niczym nie przypomina siebie sprzed 10 czy 15 lat. W godzinach lunchowych przemykają niewielkie grupki i nawet dawne biurowce są burzone, a w ich miejscu powstają mieszkalne bloki i 25 metrowe apartamenty inswestycyjne. Zniknęło nawet samo miejsce, w którym zaczynałem - teren dawnego parkingu został zajęty przez biurowiec. Tak jest jednak dzisiaj.
Za to w momencie startu mojego gastrobiznesu Mordor był chyba u szczytów swojej potęgi. Korki zaczynały się robić przed godziną siódmą i kończyły w okolicach 19. Firmy dogęszczały przestrzeń biurową. Otwierały się kolejne SSC, BPO i rozmaite inne miejsca, gdzie końcówki wyżu demograficznego wchodziły na rynek pracy procesując taski, pushując tematy, pingując osoby pozostawiające maile bez odpowiedzi i starając się nie przekroczyć ustalonych deadline-ów. Cały ten korpoświat, począwszy od planktonu skończywszy na poważnych dyrektorach musiał oczywiście coś jeść. Opcji na korpolunche było sporo i tam też upatrywałem swojej niszy. Model działalności, który sobie przyjąłem zakładał bowiem, że w ciągu tygodnia buda stoi w korpozagłębiach, żeby dawać zajęcie załodze i mały profit dla mnie - a z kolei w weekendy uderzać będzie na przeróżne imprezy plenerowe, na których to będę zarabiał porządniejszą kasę.
Na ile sięgam pamięcią, w ocenie mojej i wielu moich znajomych w 2015 orientacyjne ceny i poziomy korpolunchy kształtowały się mniej więcej następująco:
- do 10 złotych -> taniocha, pan kanapka lub gotowce odgrzewane w mikrofali
- 10-15 złotych -> niskobudżetowa szama w lokalu typu chińczyk
- 15-20 złotych -> typowy korpolunch, średnia półka
- 25 złotych i więcej -> opcja premium
Ja chciałem pozycjonować się gdzieś pomiędzy drugim a trzecim szczebelkiem tej drabinki. Co prawda foodtrucki zaczynały się już wtedy odklejać z cenami i taki burger z dodatkami potrafił kosztować 30 plnów, co dla mnie było już sporą kasą i lekką przesadą. Któregoś razu zapytałem nawet umiejscowioną po sąsiedzku budę, czy 30 złotych za burgera (przypominam - mamy 2015) nie jest zbyt dużą kasą, ziomek jednak powiedział wprost, że skoro ludzie tyle za niego płacą, to on ceny nie zamierza obniżać - na brak klientów nie narzeka (faktycznie, dziennie mieli po 50-70 wydanych porcji, jak na 2-3 godziny pracy - niezły wynik), a za mniejszą kasę nie chciałoby mu się sprzedawać. Argumentacja wydawała się sensowna, we mnie jednak był idealizm oraz januszerka (hurr, ja bym za tyle nie kupił, kto to bierze, durr) więc uznałem, że nie ma co na start przesadzać z cenami i po prostu przyciągać klientów - a profit robić na wolumenie. Na dłuższą metę moje myślenie było błędne - o tym jednak dalej. Miejscówka przy Domaniewskiej którą miałem zajmować miała już wtedy kilka bud na stanie i jeżeli chodzi o reakcje innych na moje pojawienie się, można było powiedzieć że były one mieszane, z przewagą zaciekawienia. Francuskie naleśniki które sobie wymyśliłem były raczej odbierane jako ciekawostka lub opcja na deser niż realna konkurencja. Co ciekawe, jeszcze przed samym otwarciem udało mi się nieświadomie zbudować spore zainteresowanie ludzi - przez fakt, że przeparkowałem samochód na docelowe miejsce parę dni wcześniej, a jednocześnie nie prowadziłem sprzedaży ani nawet nie bardzo było wiadomo, co będę miał (początkowo auto nie było oklejone), sporo osób zagadywało o menu i kiedy startujemy.
Pierwszy dzień działalności był dla mnie sporym wydarzeniem. Jako, że pracowałem wtedy równolegle na etacie, urwałem się z pracy na prawie dwie godziny tłumacząc się później wyjściem na lunch i przedłużających się oczekiwaniem na zamówienie xD O ustalonej z ekipą porze klapa budy poszła w górę. Ceny były - patrząc na ówczesny stan gastro - bardzo przystępne. Naleśnik słodki za 6-8 zł, naleśnik wytrawny "obiadowy" z sosami za 15 zł. Jak wspomniałem jednak wcześniej, zysk chciałem robić na wolumenie sprzedaży.
Jak wyglądało początkowo moje menu? Nie ukrywam, że dużą inspirację była dla mnie knajpa Manekin. Podobała mi się idea zrobienia z naleśników - czegoś kojarzącego się ze śniadaniem - pełnoprawnego dania. Oczywiście nie dysponując pełnym zapleczem kuchennym moje możliwości były ograniczone, chciałem jednak zapewnić możliwie duży jak na moje warunki wybór opcji. Stąd też w takim standardowym menu miałem zwykle trzy opcję wytrawne oraz trzy opcje na słodko:
Z opcji "obiadowych" na ogół były to: naleśnik z chili con carne, naleśnik z kurczakiem w sosie śmietanowym z pieczarkami oraz naleśnik INNY (gdzie ten inny tworzyłem w zależności od inspiracji, czasem był to grillowany kozi ser z burakiem, czasem kurczak z brokułami i masłem orzechowym, czasem wołowina z sosem pomidorowym, czasem jeszcze coś innego) z dodatkowym sosem do wyboru: tzatziki, pomidorowy, ostry lub INNY (znowu, w zależności od inspiracji danego dnia: czasem czosnkowy, czasem jack daniels, czasem sojowo-orzechowy).
Z opcji deserowych miałem: nieśmiertelną nutellę z bananem, zwyklacki dżem w kilku wersjach lub wreszcie coś INNEGO: czasem chałwę z czekoladą, czasem owoce lub mus jabłkowy, czasem masło orzechowe z czekoladą i M&Ms - zależy co się tam wylosowało.
Nie pamiętam już dokładnie, ile porcji udało się wydać pierwszego dnia otwarcia: dziesięć, może piętnaście? Bardzo możliwe, że nie starczyło tego nawet na pokrycie pensji zatrudnionych, niemniej dla mnie było to i tak OGROMNE wydarzenie. Oto randomowi ludzie PRZYCHODZĄ do punktu, który od zera zaprojektowałem i stworzyłem, KUPUJĄ rzeczy które wymyśliłem i mają POZYTYWNE doświadczenia. W tym momencie aspekt finansowy schodził na dalszy plan, podekscytowanie, adrenalina i duma grały zdecydowanie pierwsze skrzypce i napędzały mnie do dalszego działania.
I chyba właśnie te emocje pozwoliły mi jakoś przetrwać kolejne miesiące. Dlaczego przetrwać? Otóż mój dzień pracy zaczynał się przed godziną 7:00. Pobudka, szykowanie do pracy, podróż metrem do korpokołchozu w centrum Default City, start pracy i standardowe 8-16 lub 9-17, w zależności jak się ułożyło. W ciągu dnia użeranie się z klientami, systemem lub (nie daj Boże) wyjazd i ślęczenie w delegacji w Robakowie pod Poznaniem, w międzyczasie odpowiadanie na telefony załogi budy (ty, bo prąd nie działa; ty, bo gaz się skończył; ty, bo naleśnikarka nie chce odpalać; ty, bo xyz nam się kończy - itd). Koniec pracy, powrót do domu, chwila odpoczynku. Przyjazd autem do budy (około godziny 19:00, kiedy korki już zelżeją), zebranie pustych pojemników, sprawdzenie stanu zapasów (zwykle czegoś zaczynało brakować), zakupy w makro. Powrót do domu około godziny 21:00, szykowanie półproduktów, mycie naczyń, przygotowywanie rozmaitych farszów do naleśników wytrawnych. W teorii miałem podpisaną umowę na wynajem kuchni (kuchnia musiała posiadać odbiór sanepidu), ale szybko okazało się, że jest to tak niewydajne czasowo, że c⁎⁎j zostaw tak - umowa była podkładką, a całość i tak robiłem w domu xD W którymś momencie doszedłem do takiej wprawy, że byłem w stanie solo w 3 godziny wyprodukować 12 kilogramów chili con carne, 8 kilogramów kurczaka w sosie pieczarkowym oraz 3 kilogramy tego, na co w danym momencie miałem inwencję twórczą. Około północy ale zwykle bliżej pierwszej w nocy zajeżdżałem ponownie do budy, zostawiałem zapasy i wyczyszczone pojemniki i wracałem do domu. Przy pomyślnych wiatrach o 1:30 wskakiwałem do śpiulkolotu mając mniej niż 6 godzin snu - do kolejnej pobudki. Praktycznie każda minuta mojego dnia była zajęta i to zaskakujące, jak ludzki organizm potrafi przyzwyczaić się do rutyny.
Wraz z upływem czasu dochodziłem do coraz większej wprawy, jednocześnie zacząłem zauważać, że kontynuowanie działalności w takiej formie staje się moją piętą achillesową. Problemem było połączenie modelu jaki sobie wybrałem wraz ze specyfiką sprzedawanego produktu. Jak wspomniałem wcześniej, mój model biznesowy miał się opierać na możliwie dużym wolumenie i przyjaznej dla konsumenta marży. W pełni zatowarowana buda była w stanie wydać dziennie około 70-80 korpolunchowych porcji, jednak wraz ze wzrostem sprzedaży rosło zużycie półproduktów oraz przygotowywanych zawczasu zapasów. Szybsze zużywanie zapasów równało się zaś nie tylko potrzebie częstszych wizyt w makro ale także większej ilości godzin potrzebnych do przygotowywania gotowych farszy - bo tych nie dało się zrobić w warunkach polowych przez obsługę foodtrucka. A pomimo moich najlepszych chęci doba nie była z gumy i nawet zdaje się niespożyte pokłady energii i zapału, które wówczas miałem miały swojego granice. W końcu zacząnałem zauważać, że mimowolnie sam staje się wąskich gardłem w procesie, który sam sobie wymyśliłem - i coś w nim wymaga zmiany. Zajęło mi jednak kilka miesięcy zanim doszedłem do tego wniosku - póki co zapierdol był tak duży, ze trzeba było biegać z pustymi taczkami, a nie zastanawiać się nad mechanizmami które to powodują.
Równolegle trwał też ciągły proces adaptacji i optymalizacji i muszę przyznać - byłem w tym niezły, w czym mocno pomagała mi zatrudniona ekipa oraz ich obserwacje. Już w ciągu pierwszych kilku dni okazało się, że duża część moich klientów to osoby, które chciały coś zjeść, a jednocześnie nie miały gotówki by zapłacić w którejś z okolicznych bud - przypominam, był rok 2015 i płatności bezgotówkowe nie były jeszcze tak rozpowszechione jak teraz. Napis "francuskie naleśniki" na potykaczu, który przez pierwsze kilka dni stał przed moim foodtruckiem szybko zniknął a zastąpił go dużo bardziej prozaiczny "MOŻNA PŁACIĆ KARTĄ". Podobnie, z obserwacji zatrudnionych chłopaków wynikało, że ze względu na postawiony dość daleko kosz na śmieci dużo osób przychodzi po prostu pozbyć się resztek jedzenia kupionych gdzie indziej - powodowało to szybsze zapełnianie się kosza, z czego duża część śmieci nawet nie była nasza. Umieszczenie śmietnika dużo bliżej auta i miejsca, gdzie było widoczne menu z jednej strony zmniejszyło napływ nienaszych śmieci, ale też powodowało, że ludzie którzy mimo to z niego korzystali często dodatkowo brali jakieś pierdoły - napój lub taniego naleśnika. Było też możliwe, że po mimowolnym zapoznaniu się z menu taki potencjalny klient zobaczy coś, co skłoni go do przyjścia następnym razem.
Kolejnym trickiem, który stosowaliśmy było sprzedawanie napojów w cenach bliskich sklepowych (puszka pepsi kosztowała 2-3 złote, przy cenie 1,3-1,5 zł w makro w tamtych czasach) - przyciągało to ludzi, którzy kupowali w niedużej cenie napój, nastepnie stwierdzajac, że może dokupią sobie do niego coś jeszcze. Poza napojami promowaliśmy "ofertę deserową" - dużo osób miało ochotę na coś słodkiego po posiłku zjedzonym gdzieś indziej, przez co zachodzili do nas. Naleśnik deserowy był tani, a jednocześnie był w stanie zrobić dobre wrażenie i zachęcić do zapoznania się następnym razem z naszą pełną ofertą i powrotu w przyszłości.
Następnym punktem, którym moim zdaniem mocno punktowaliśmy na tle innych okolicznych foodtrucków był wysoki poziom obsługi. Głównym zarzutem jaki mają zwykle przeciwnicy foodtrucków jest wysoka cena oraz niewspółmiernie długi czas oczekiwania na zamówienie. Byłem tego świadomy i zwracałem dużą uwagę na czas potrzebny od złożenia zamówienia do otrzymania posiłku. Czas ten wynosił przy optymalnych warunkach około 6-7 minut i zwiększał się w przypadku nieudanego naleśnika lub dużej ilości klientów na raz. Zwłaszcza na początku mojej gastroprzygody zdażało się, że ekipie naleśnik nie wyszedł, porwał się lub nie nadawał się do podania klientowi, chłopaki byli jednak w stanie zarządzać sytuacjami kryzysowymi i wyczuwać stopniowo narastającą frustację zamawiających - puszka Coli gratis pozwalała rozładować atmosferę. Koszt nie był wielki (przy pomyślnych wiatrach koszt wychodził na poziomie 1,29 zł), jednocześnie pozwalało to w podbramkowych sytuacjach uspokoić większość nerwów - a tak obsłużeni ludzie zostawali potem na ogół wiernymi klientami.
Jednak największym "game changerem" była obserwacja, jaką zrobiliśmy jednego z pierwszych dni. Było to tak oczywiste, że teraz wydaje się aż śmieszne. Wyobraźcie sobie, mamy godzinę 12:08, na teren parkingu wlewa się pierwsza tego dnia i zwykle największa fala korposzczurów (kolejne fale przychodziły mniej więcej w 30-minutowych interwałach). Ludzie składają zamówienia, po jakimś czasie dostają posiłek i co się okazuje? Otóż mają problem ze zjedzeniem tego co zamówili: nie ma krzesełek, nie ma stolików. Jasne, każda buda posiadała jedną lub dwie "beczki" które robiły za getto-stoliki, jednak w godzinach szczytu klienci po prostu snuli się z jedzeniem w rękach po placu licząc na to, że uda im się w miarę sprawnie zjeść, jednocześnie bez kompletnego ufajdania swojego ubrania. Możliwość aby po prostu usiąść, postawić swój posiłek na płaskiej powierzchni, wytrzeć ręce lub usta serwetką - teraz wydaje się to banalne, wtedy było jednak ogromnym odkryciem. Oceniliśmy, że wstawienie dosłownie kilku stolików i krzeseł da nam istotną przewagę. Tego samego dnia w makro kupiłem, na promocji rzecz jasna, kilka zestawów tanich mebli ogrodowych oraz drewniane podesty, po któych można było chodzić i nie ubabrać się błotem przy opadach deszczu. Efekt? Już na drugi dzień nasz obrót istotnie wzrósł - tylko dlatego, że ludzie mogli normalnie usiąść i zjeść. I ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, czego jednak wtedy jeszcze do końca w pełni nie zrozumiałem - nikt nie przychodził na naleśniki, burgery, sushi, langosze czy co tam jeszcze wtedy było dostępne. Nie, ludzie przychodzili na JEDZENIE, chcieli po prostu zamówić, sprawnie dostać swój posiłek, zjeść go w normalnych warunkach i wrócić do pracy. Tyle i aż tyle. Nie potrzeba było wyróżniającego się menu, innowacyjnego produktu, biodegradowalnych ekosztućcy, kraftowych wyrobów od lokalnego makro lub infantylnych haseł reklamowych. Nie. Zjeść coś, w miarę szybko i w miarę smacznie. I tyle. Jednocześnie wydaje mi się, że dobre 2/3 foodtrucków obsługujących biurowce nigdy tego nie zrozumiało w zamian wymyślając coraz bardziej to fikuśne pozycje w menu.
A skoro jesteśmy przy menu, również ono szybko stało się elementem moich optymalizacji;) Zacznę może od ciasta na naleśniki. Według obowiązujących wówczas przepisów sanepidu (nie wiem jak jest teraz), nie było możliwe przygotowywanie w foodtrucku posiłków - jedynie podgrzewanie lub obróbka gotowych półproduktów. Co to oznaczało w praktyce? Ciasto powinno być w proszku w formie gotowca, do wymieszania z wodą lub olejem. Alternatywnie, powinno być przygotowywane w przeznaczonym do tego miejscu z odbiorem sanepidu (kuchnia w szkole, o której wspomniałem wcześniej) i dostarczane do foodtrucka. Na początku do tematu podszedłem bardzo ambitnie. Gotowe mieszanki od razu skreśliłem - smakowo nie spełniały moich oczekiwań, kupiłem jedynie jeden worek, na potrzeby "podkładki" pod ewentualną kontrolę. Przepis na naleśniki podrzuciła mi ówczesna dziewczyna mojego kumpla, francuzka. Pochodził od jej babci i naleśniki wychodziły z niego naprawdę dobre. I przez kilka pierwszych tygodni faktycznie robiłem wszystko zgodnie z przepisem. Jakie były problemy? Problem numer jeden, przepis zawierał masło. Dużo masła. Masło było drogie, więc szybko obciąłem jego ilość o 50%. Wkrótce później masło wyeliminowałem całkowicie, zastępując je olejem roślinnym. Olej miał same plusy - był płynny (nie wymagał rozpuszczenia aby dało się go wymieszać z ciastem) oraz nie wymagał przechowywania w lodówce, dzięki czemu miałem w niej więcej miejsca. Jednocześnie zmiana w smaku była - natomiast nie była ona dramatyczna. Jaki był drugi problem? Otóż naleśniki należało przygotować z jajek - w świetle przepisów sanepidu było to nie do spełnienia. Do przygotowania jajek potrzebne było specjalne, osobne pomieszczenia (wynajmowana kuchnia go nie miała) stąd też początkowo postanowiłem robić to nie do końca legalnie;) Ciasto było przygotowywane z prawdziwych jajek, następnie dostarczane przeze mnie w nocy do foodtrucka w pojemnikach wraz z resztą produktów. Czas życia ciasta w lodówce wynosił maksymalnie 2 dni - po tym okresie smak dalej był w porządku, same naleśniki jednak potrafiły rozrywać się przy smażeniu, niepotrzebnie wydłużając czas przygotowywania.
Zasadniczym problemem było jednak to, że ekipa obsługująca budę była ograniczona do ilości ciasta, jakie było przeze mnie przygotowane zawczasu. W przypadku klęski urodzaju i zużycia całego ciasta przygotowanego wcześniej nie mieli żadnej możliwości "wyprodukować" sobie kolejnych porcji. Stąd też kolejnym punktem, jaki chciałem zaadresować było: jak wyprodukować większe ilości ciasta w trakcie pracy foodtrucka, jednocześnie zbytnio nie naruszając wytycznych sanepidu w przypadku kontroli? Odpowiedzią na mój problem okazały się jajka w proszku. Produkt był idealny - po pierwsze, nie wymagał przychowywania w określonych warunkach i spokojnie wytrzymywał kilka miesięcy. Po drugie, nie wymagał żadnych specjalnych czynności - wystarczyło go odmierzyć i dodać do mikstury na ciasto. Żadnego odparzania, żadnych skorupek, proste odmierzenie i dodanie. Oczywiście wszyscy znajomi pytani o opinię słysząc o zmianie w recepturze zareagowali negatywnie - ale ślepe testy między naleśnikami z prawdziwych jajek i jajek z proszku jednoznacznie wskazały, że naleśniki z jajek w proszku są przez ludzi oceniane jako smaczniejsze xD Dla mnie był to kolejne potwierdzenie hipotezy, że w dużej części to nie sam smak, a otoczka jemu towarzysząca buduje odbiór - nauczyłem się tego za czasów studenckich, gdy butelka po 18-letniej szkockiej wypełniona tanią lurą z biedronki wzbudzała cmokanie i uznanie studenciaków-koneserów, a ta sama zawartość w butelce z logo owaga wywoływała co najwyżej pobłażliwy uśmiech;) Tak czy siak, zaopatrzenie budy w zapas mąki, wody, jajek w proszku, cukru, soli i oleju oraz kupno dedykowanego miksera zdjęło ze mnie jeden z obowiązków i pozwoliło rozwiązać dużo problemów logistyczno-zaopatrzeniowych.
Drugim związanym z menu problemem jaki stał przede mną były farsze. Naleśniki obiadowe, z farszami miały zasadniczy problem - były za dobre. Za duże, za tanie, zbyt smaczne - farsze z kolei były czasochłonne w przygotowaniu i niemożliwe do wytworzenia w waunkach polowych. Potrzebowałem jakieś pozycji "pośredniej" - czegoś, co będzie lżejsze (nie tak sycące), łatwiejsze w przygotowaniu, niewymagające dedykowanej kuchni i w jakimś stopniu "modułowe" -> to znaczy, że z pewnej ilości bazowych składników będę w stanie wytworzyć kilka różnych kombinacji. Z czasem również i tutaj udało się znaleźć odpowiedź: do naleśnika, który był bazą wrzucaliśmy element "główny" (np. szynkę parmeńską, sadzone jajko, chorizo, grillowany ser lub grillowane warzywa) a do tego rukolę, warzywa, kiełki, różne sosy i inne dodatki. Taki naleśnik zajął miejsce tego z farszem, cena tego z farszem z kolei została podniesiona, żeby skompensować zwiększony koszt. Oczywiście powyższe przykłady nie znaczą, że podejmowaliśmy same słuszne decyzje, co to, to nie;) Moje podejście było na tym etapie bardziej ideowe niż biznesowe, tzn. tworzymy wartość wszędzie, a nie tylko tam gdzie klient jej potrzebuje. Stąd rozmaite dziwaczne pomysły, typu fikuśne jednorazowe talerzyki (dwukrotnie droższe od zwykłych), biodegradowalne, jednorazowe sztućce, bambusowe deski do podawania jedzenia które potem ginęły itd.
No dobra, skoro kwestie menu i jego ewolucji już omówiłem, to został jeszcze jeden MEGA istotny element prowadzenia gastrodziałalności - energia. Jej źródło w jakiejś postaci jest oczywiście niezbędne do prawidłowego funkcjonowania biznesu, ja na tyle na ile było to możliwe chciałem być niezależny, stąd co tylko się dało funkcjonowało na gaz. No ale już takie rzeczy jak lodówki, różnego rodzaju drobne urządzenia, oświetlenie - wszystko to potrzebowało zasilania w prąd. I chyba to właśnie prąd, a może raczej jego ciągły brak był największym utrapieniem w pierwszym roku mojej działalności. Brak prądu, brak kabla, kabel o nieodpowiedniej długości, brak przyłącza, brak prądu w gniazdku, nieogarnięcie po stronie organizatorów danej imprezy, wywalanie korków w instalacji, plątające się pod nogami przedłużacze i kable ze względu na, bądź co bądź, nieco prototypowy charakter zabudowy budy - praktycznie non-stop występował przynajmniej jeden z tych problemów, a zwykle kombinacja kilku.
Co do alternatyw, takie oczywiście istniały, ale miały swoje minusy - instalując duże baterie w kombinacji z przetwornicą i tak trzeba byłoby je gdzieś ładować, z kolei generator generował prąd ale i spory hałas. Rozwiązaniem optymalnym było załatwienie prądu z sieci, tu jednak było kilka problemów. Część działających w miejscówce bud miała dostęp do skrzynki z prądem, którą sobie ogarnęli - natomiast za udostępnienie jej chcieli dodatkowo dwa tysiące do łapy plus rzecz jasna same opłaty, jednocześnie bez gwarancji na ile dostęp do prądu będzie stały. Postawienie zaś własnej skrzynki było inwestycją krótkoterminową, bo gdzieś w kuluarach i cieciówce parkingu (rada: ciecie i sprzątaczki to zwykle najlepiej zorientowani ludzie, trzeba z nimi dobrze żyć) krążyły plotki, że żywot miejscówki jest już przesądzony i firma nią zarządzająca zdecydowała się o sprzedaży terenu pod budowę biur. Ostatecznie wydawało się, że moją walkę o prąd udało się zakończyć z sukcesem - dogadałem się z firmą, która znajdowała się nieopodal, że za 50% zniżki na wszystko mogę ciągnąć prąd bez ograniczeń. Zwykle człowiek uczy się na błędach, moim było to że kabel puściłem po terenie, po którym jeździły samochody - po kilku dniach przedłużacz uległ uszkodzeniu i przestał działać. Kolejne kilka dni korzystałem z generatora, na koniec wreszcie dogadałem się z parkingowym cieciem, że prąd będę ciągnął po kryjomu od niego - w zamiast za parę złotych przekazywane do ręki.
I tak mijały pierwsze tygodnie działalności, a wkróce, po minięciu fali entuzjazmu i spojrzeniu na ogólny wynik finansowy okazało się jednak że ponoszone przeze mnie koszty (finansowe i czasowe) są nijak niewspółmierne do wyników. Liczyłem jednak, że los się wkrótce odmieni, bo oto zbliżała się moja pierwsza, duża impreza - Orange Warsaw Festival. O tym może już w kolejnym wpisie.


Zaloguj się aby komentować
Dawno, dawno temu, jeszcze w początkach swojego harlejkowego hobby (czyli jakieś półtora roku temu) wygrałem na aukcji, trochę przypadkiem, motocykl który wyróżniał się nieprzeciętną wręcz brzydotą. Harley Davidson Sportster w wersji Custom już bazowo nie należy do atrakcyjnych wizualnie jednośladów, ale tutaj ktoś ewidentnie włożył jeszcze sporo wysiłku aby sprzęt dodatkowo oszpecić. Niepasujące ani stylem ani wizualnie elementy, jakieś dodatki kupowane i zakładane w myśl zasady "więcej = lepiej" oraz przeprowadzane amatorsko naprawy lakiernicze były tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Gdy motocykl dotarł do mnie w początkach 2025 roku na światło dzienne zaczęły wychodzić kolejne niespodzianki. Elementy klejone silikonem sanitarnym i klejem budowlanym oraz malowane sprejem bez ściągania ich z motocykla. Amatorsko przeprowadzane modyfikacje. Najgorsze było jednak totalne ZACHLEWIENIE i ZANIEDBANIE. Sprzęt miał zrobione raptem 30tys km i nie miał nawet 15 lat, a wyglądał lekko na drugie tyle - mnóstwo elementów było w opłakanych stanie. Licznik trzymał się na słowo honoru. Opony były z 2001 roku (serio!). Łożyska kół nie chciały się kręcić. Chrom łuszczył się tu i tam.
Najgorsza była jednak z tego wszystkiego wszechobecna korozja - nie pamiętam, żebym miał w przeszłości do tego stopnia pogniły motocykl. Ogniska rdzy były na ramie, na wahaczu, skorodowany, miejscami na wylot, był przedni błotnik. Ruda wychodziła nawet z uszczelniaczy lag xD Wszystko to i jeszcze więcej wyszło przy okazji szybkich oględzin a wciąż był to motocykl, który w najlepszych wypadku finalnie będzie co najwyżej "przeciętny". No ale nic, trzeba robić.
Na start poszło pozbycie się korozji - wahacz poszedł do piaskowania i malowania proszkowego, powierzchowne ogniska rdzy na ramie z kolei potraktowałem szlifierką kątową z zamontowaną mosiężną, drucianą szczotką oraz farbą olejną w roli lakieru do zaprawek. To był jednak dopiero początek, demontaż wydechu był istną drogą przez piekło, każdą śrubkę lub opaskę trzeba było ciąć lub traktować terapią wstrząsową za pomocą klucza udarowego, bo inaczej nie szło tego ruszyć. Podobnie wyglądała walka z innymi elementami, albo były one brudne albo zardzewiałe albo gwinty były rozrywane - a często wszystko to na raz.
Przednie zawieszenie było w kiepskim stanie - golenie były utlenione, oleju w lagach było tyle co kot napłakał, panewki zużyte, uszczelniacze skorodowały xD Bez pełnej regeneracji z wymianą wszystkich elementów ani rusz. Łożysko główki ramy - klasycznie, śmietnik. Tylne zawieszenie motocykla wymieniłem na nowe-używane - amortyzatory były akurat dobrej jakości, ale jakoś nie pasowały mi do finalnej koncepcji. No właśnie, bo oto gdzieś w trakcie zaczynała w mojej głowie kiełkować wizja, jak wyciągnąć z tej paskudy coś, na co przynajmniej da się patrzeć. Chrom, dodatki przesuwające wizualnie motocykl w stronę retro, zmienione malowanie. Miałem w głowie ogólny pomysł tego, co chcę osiągnąć, brakowało zapału xD
Tymczasem trwały prace nad tym, by sprzęt zarejestrować. Przy próbie odpalenie okazało się, że silnik nie chce kręcić xD Pół dnia rozkminy i udało się znaleźć winnego - rozrusznik w środku był tak skorodowany, że wyglądał jakby wsadzono go do motocykla po uprzednim wyciągnięciu z wraka Titanica. Zestaw naprawczy załatwił sprawę, silnik zakręcił i odpalił. RYK w garażu był niesamowity. Wydech Vance & Hines Straigh Shots, pozbawiony db-killerów darł mordę tak głośno, że przyprawił mnie o ból głowy podczas 3-minutowej trasy na pobliską stację benzynową. Autentycznie nie dało się tym jeździć, było to aż niesmaczne. Po paru dniach udało mi się wyciszyć wydech przy pomocy dorobionych db-killerów, dalej było głośno, ale w granicach zdrowego rozsądku i dobrego smaku. Jazda testowana i okazało się, że gruz nie jeździ aż tak źle - owszem, są drobne niedociągniecia i poprawki, które trzeba będzie zrobić, ale wszystko wyglądało obiecująco. Udało się zdobyć przegląd i rejestrację, ale motocykl odłożyłem tymczasem na bok - miałem inne, ciekawsze projekty do robienia.
Fast forward tydzień albo dwa do przodu w garażu powitał mnie ciekawy widok - kałuża oleju na ziemi pod motocyklem. Wyglądało jak wyciek spod pokrywy sprzęgła. Znajduje się tam uszczelka, która często przecieka, a którą akurat miałem na stanie. Wymieniłem, nie pomogło, olej dalej kapał - więc podłożyłem tylko pod spód jakieś naczynie do zbierania go i zostawiłem tak. Fast forward kolejne kilka tygodni do przodu i prace nie posunęły się zbyt wiele do przodu. Udało mi się zdemontować zbiornik paliwa i wysłać do blacharza oraz zdjąć elementy, które planowałem pomalować. Motocykl znów wyglądał jak rozgrzebany projekt, do tego nie miałem jasnej wizji, kiedy go skończę.
Fast forward o kolejne kilka tygodni. Udało mi się wymienić (samemu!) opony na nowe z retro bieżnikiem, pomalować felgę a także zlikwidować źródło wycieku oleju. Na początek myślałem, że była to wspomniana wcześniej pokrywa - nie. Potem prześledziłem, skąd kapał olej i dotarłem do oringu - też nie. Źródłem wycieku był zerwany gwint w otworze, w który wkręcana jest linka sprzęgła a na niej oring - przez to, że gwint został zmielony oring nie pełnił swojej funkcji i olej wyciekał. Na szczęście ktoś wymyslił helicoile w rozmiarach calowych a te załatwiły sprawę.
Mijały kolejne tygodnie, nastała zima a wraz z nią zniknęły moje nadzieje na pomalowanie elementów i ukończenie motocykla w 2025. Wykorzystywałem czas na jakieś drobne modyfikacje: relokację stacyjki, zmiana gripów, czyszczenie tego i owego (motocykl nie był przeze mnie myty od przyjazdu z USA). No i w końcu, przyszła wiosna, zrobiło się ciepło, mogłem w końcu wziąć się za malowanie. Czas naglił, bo na dniach kończył się przegląd, który musiałem podbić, a ciężko byłoby to zrobić motocyklem pozbawionym baku, błotników i siedzenia. Malowanie zrobiłem na wariata i na chwilę obecną jest niekompletne. Poważnie zastanawiam się nad namalowaniem pasów na błotniku oraz "łat" po bokach zbiornika w bardzo ciemnym, prawie czarnym kolorze oraz zrobieniem szparunków. Będę musiał też usunąć wtrącenia w klarze, poprawić dwa zacieki oraz położyć kilka dodatkowych warstw lakieru bezbarwnego, bo za pierwszym razem położyłem go nierówno i za mało, co wygląda bardzo źle. No ale motocykl znowu jeździ a do tego wygląda całkiem fajnie. A myślę, że po finalnym ukończeniu będzie jeszcze lepiej. Całkiem nieźle jak na gruza, który początkowo bardziej przypominał coś ze stajni Dona Wasyla.
#motocykle #motoryzacja #harlejekzusa





Zaloguj się aby komentować
Jestę blacharzem-lakiernikiem vol. 2.
Jakieś półtora roku temu @Man_of_Gx użyczył mi garażu do pomalowania zbiornika w harlejku. Zajęło to łącznie kilka dni, głównie z uwagi na konieczne poprawki po każdym z etapów (jak się uczyć, to na żywca) ale efekt końcowy był całkiem znośny. W międzyczasie miałem to szczęście, że kolejne motocykle nie wymagały integencji blacharsko-lakierniczych. Przynajmniej w pewnym sensie, bo od roku w garażu mam rozkręconego harlejka który czeka na skończenie. A do skończenia brakuje pomalowania obu błotników i baku z czym właśnie jakoś nie bardzo było mi po drodze. Bo najpierw trzeba było wszystko zdemontować, potem wysłać zbiornik do blacharza, potem wysłać jeszcze raz bo kurier uszkodził go ponownie, potem dać do wypiaskowania elementy... Ja nie miałem ciśnienia, bo harlejek mi się nie podobał, tak więc w międzyczasie wiosna zmieniła się w lato, lato w jesień, jesień z kolei ze złotej zrobiła się zimna - a zimno i malowanie outdoorowe niespecjalnie idą ze sobą w parze. Zostało czekać na cieplejsze dni, a gdy wreszcie przyszły - a ja nie chciałem już też nachodzić bogu ducha winnych ludzi w ich garażach - skompletować jakiś prosty zestaw do malowania, co też trochę trwało.
W końcu wszystko udało mi się zebrać do kupy wszystkie elementy - kupić kompresor, wąż i filtry (pistolety już miałem), zamówić farbę, zaplanować z grubsza cały proces. Dodatkowym motywatorem był zbliżający się przegląd techniczny - no a jak tu pojechać na przegląd motocyklem bez baku, błotników i siedzenia? Doszedł też jeszcze element komplikujący cały proces - konieczność załatania dziur w zbiorniku. Nie wiem, czy to przez korozję czy może zbyt mocne piaskowanie w jednym miejscu, ale zbiornik miał kilka małych otworów, za które też trzeba było się wziąć. I tak oto miniony weekend okazał się być TYM terminem - miało być w miarę ciepło, jednocześnie przegląd mam do środy więc trzeba było się pospieszyć bo kolejna szansa będzie dopiero za jakieś 2 tygodnie. Trzeba działać.
Swoją getto-lakiernię zbudowałem z wieszaków z Ikei jako stojaków, folii malarskiej jako podłogi i namiotu-szklarni z allegro jako pomieszczenia. Chiński, dwutłokowy kompresor dostarczać miał powietrza, zamówiłem też wąż i dodatkowy filtr-odwadniacz-odolejacz. Całość zamknęła się w nieco ponad tysiaku, za tyle nie wiem, czy znalazłbym kogoś, kto pomalowałby mi bak nie mówiąc o reszcie elementów, więc wydaje mi się znośnie. No, i dodatkowo większość tych elementów zostanie po robocie.
Na pierwszy ogień poszło cynowanie. Byłem pełen obaw co do tego procesu, niepotrzebnie. Całość wręcz dziecinnie wręcz prosta, największym problemem jest sensowne uformowanie płynnej cyny w sensowny kształt tak, żeby oszczędzić sobie roboty ze szlifowaniem. 20 minut roboty i dziury były załatane a zbiornik wstępnie wyszlifowany. Następnym etapem był podkład epoksydowy i tutaj było widać sporą poprawę w porównaniu do mojego poprzedniego podejścia - warstwa wyszła gładka i siadła duuuużo lepiej niż przy moim pierwszym w życiu malowaniu. I tutaj dzień pierwszy się zakończył, bo słońce zaczęło zachodzić, temperatura spadać a wg. instrukcji producenta chemii minimalna temperatura do pracy to 15 stopni. Sam podkład też potrzebuje kilku godzin na przeschnięcia, więc było innej opcji jak poczekać do następnego dnia.
Na następny dzień zaplanowałem sobie dwa cele - ambitny, czyli skończyć całą robotę do końca dnia, łącznie z klarem oraz cel minimum - czyli przygotować powierzchnię a zakończenie malowania zostawić sobie na któryś kolejny weekend. Okno czasowe, w którym mogłem pracować nie było długie a moim głównym ograniczeniem była temperatura: według prognozy pogody miałem maksymalnie 7 godzin pracy, od około godziny 12:00 (temperatura powinna osiągnąć już 15 stopni) do około godziny 19:00 (zachód słońca, wzrost wilgotności, spadek temperatury), stąd też presja czasowa była silna. Etap kolejny - podkład poliestrowy i szpachla oraz szlifowanie - poszedł sprawnie, największym problemem był czas oczekiwania na utwardzenie. Etap trzeci - podkład akrylowy, również tutaj wyszło duuuuuużo lepiej niż przy moim pierwszym malowaniu, podkład siadł prawie wszędzie gładko i było potrzebne tylko drobne przeszlifowanie przed kolorem. Problemem był czas konieczny na utwardzenie kolejnych warstw - gdy byłem gotów na położenie koloru bazowego, było już mocno po 17:00 a słońce zaczynało się pomału chylić ku zachodowi. No, ale stwierdziłem, że nie ma co, ogień i lecimy.
Kolor okazał się sporo ciemniejszy niż się spodziewałem, siadł przyzwoicie POZA JEDNYM MIEJSCEM gdzie zrobił mi się zaciek i które przez kolejne pół godziny probowałem ratować. Czas się kończył, a został jeszcze klar. Położyłem go już totalnie na wariata, kończąc pracę w połmroku i świecąc czołówką, więc z jednej strony nie spodziewam się szału, z drugiej nie widziałem też, żebym jakoś ewidentnie coś zepsuł (poza wtrąceniami, które klar jakoś tak ma, że przyciąga je jak wściekły). Zostawiłem elementy do wyschnięcia na noc i dziś pojadę je odebrać, zobaczyć co z tego wyszło.
Garść spostrzeżeń po robocie:
- chiński kompresor 2.2kw mocy daje radę przy malowaniu elementów motocyklowych, na malowanie auta byłby chyba trochę za słaby z uwagi na potrzebę ciągłem pracy - ale tak to jest git
- getto-lakiernia z folii zdała egzamin, aczkolwiek przydałoby się w niej jakieś dorobić oświetlenie i prowizoryczny wyciąg - przy malowaniu klarem w środku była mgła niczym na XVIII wiecznym polu bitwy
- malowanie na powietrzu, zwłaszcza wczesną wiosną to ciągła walka z czasem i temperaturą, lepiej poczekać aż będzie ona regularnie osiągać 20 stopni w ciągu dnia, no ale właśnie - kto ma na to czas?
- nie umiem kłaść klaru, nie wiem czy warunki były złe czy dawałem za cienko, ale w niektórych miejsach zostawał mi taki jakby "pyłek" na powierzchni zamiast gładkiej warstwy a w innych skórka pomarańczy. Chyba po prostu dawałem za cienko, bo położyłem tylko jedną pół-warstwę a na to jedną docelową, która też jakaś za gruba nie była. No ale tak czy siak klar jest jeszcze w miarę łatwo poprawić, najwyżej potraktuję papierem ściernym i dam więcej przy kolejnej okazji
No i to póki co tyle, na pewno nie będzie to ostatnia zabawa w lakiernika w tym sezonie, bo mam jeszcze lekko dwa harlejki, gdzie planuję ingerencję blacharsko-lakierniczą zanim będą skończone:)
#motocykle #motoryzacja #diy





Zaloguj się aby komentować
No i dobra, parę dni temu ostatni harlejek został ogarnięty na tyle, że dostał przegląd i można nim na legalu jeździć. Roboty trochę jeszcze zostało, zarówno przy tym jak i przy pozostałych, ale Minimum Viable Product został osiągnięty w przypadku każdego z nich - teraz już tylko poprawianie, kosmetyka i jakieś niedociągnięcia czy kwestie wymagające serwisu, ale nie do końca pilne. Udało się też już wszystkie przerejestrować na standardowe tablice - koniec z ganianiem na tymczasówkach.
Road King, którego poskładałem na końcu należy do rodziny Touring, czyli największych krów, jakie harlej produkuje. W harleju gama modelowa jest o tyle ciekawa, że mają ramę i silnik - a do tego doczepiają resztę gratów tworząc różne modele. Koła szprychowane lub odlewane, owiewka albo jej brak, chromy lub czerń, kierownica wysoka czy niska, bak taki lub inny - harlej odkrył przed laty ten jeden prosty trick jak produkować na dobrą sprawę to samo, a jednocześnie mieć w ofercie kilkanaście rozmaitych modeli. No ale odbiegam od tematu.
Road King Classic to taki najbardziej "klasycznie" wyglądający przedstawiciel rodziny Touring, z tym, że mój został niestety przerobiony przez kogoś w Stanach. Niestety, ponieważ bazowo motocykl wychodził z kołami szprychowanymi, a one w połączeniu z oponami z białym pasem, wysoką kierownicą, długimi wydechami i jakimś zwariowanym malowaniem to idealny materiał do przerobienia motocykla w stylu "chicano" pic rel, który od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. No, ale że ktoś dorzucił koła z nowszego modelu a wydawać kasy na nowe nie mam ochoty myslę, że motocykl zostawię w formie zbliżonej do obecnej, może zmieniając tylko kolor malowania. Aha, na zdjęciu z myjni brakuje kufrów oraz błotnika które zdjąłem do naprawy, więc obecny obraz motocykla vs planowany końcowy jest ciut zaburzony.
Co do samych wrażeń z jazdy i tego, jak przemieszcza się sprzęt o wadze dwóch Suzuki SV650 to powiem tak. Nie jest źle, z drugiej strony nie jest jakoś super. Na pewno jest PRZEWYGODNIE. Siedzenie jest OGROMNE i fajnie wyprofilowane, nie wiem czy dlatego że jest akcesoryjne i projektowane pod amerykańskie d00psko czy po prostu ten typ tak ma. Podesty pozwalają wygodnie trzymać stopy. Kierownica jest dość wygodna ale do zmiany, nie wiem czy jest lekko skrzywiona czy po prostu najzwyczajniej mi nie leży - ani pozycją ani stylem. Hamulce radzą sobie całkiem dobrze z zatrzymywaniem tego kolosa, rozpędza się też całkiem przyzwoicie, chociaż na pewno nie jest stworzony do szybkiej jazdy po autostradach, 120kmh to prędkość w górnych granicach tego, co chce się na nim jechać. Jedzie bardzo stabilnie, o ile jedzie przed siebie - do skrętu trzeba już używać całkiem sporo energii. Co ciekawe, masa motocykla nie jest aż tak wyczuwalna na postoju. Pamiętam, że zdjęcie go z lawety oraz przestawianie z miejsca na miejsce wymagało używania takiej siły, że aż wzbudzało to moje lekkie przerażenie. Ale wydaje mi się teraz, że mogła to być po prostu kwestia zastanych hamulców - po zrobieniu kilkunastu kilometrów nie jest znacząco bardziej oporny od innych harlejków a momentami mam wrażenie, że łatwiej jest mi go przestawiać z kąta w kąt. Na pewno niespecjalnie dobrze robi się nim manerwy przy niskich prędkościach, chociaż tutaj składowych tego problemu jest kilka - raz, że kierownica tego nie ułatwia, dwa że źle poustawiałem sobie klamki, trzy że po prostu motocykl ze względu na masę niespecjalnie to ułatwia. Ale na pewno nie ma odczucia, że wystarczy jeden fałszywy ruch, a sprzęt wyląduje na glebie - my z kolei będziemy dzwonić po dźwig do postawienia go pionowo.
A właśnie, skoro o odczuciach z jazdy mowa, to są one na mój gust zdumiewająco... nijakie. Tak jak każdy harlejek którym do tej pory jeździłem dostarczał MASĘ pozytywnych wrażeń i emocji, tak tutaj jest tak trochę nudno. Podejrzewam, że ma to po prostu związek z charakterem motocykla - jego głównym zadaniem jest pokonać kilkaset kilometrów jednego dnia w umiarkowym tempie i jednocześnie dużym komforcie kierującego i pasażera. Wiąże się to chyba jednak z pewnego rodzaju "odizolowaniem" od drogi. Nie zrozumcie mnie źle - dalej charakterystyka pracy silnika czy skrzyni biegów przewodzą na myśl sprzęt rolniczy, po prostu jakoś te mniejsze modele (Dyna, Softail, Sportster) w jeździe wydawały mi się bardziej zawadiackie, bardziej "cool". Tutaj mamy taki po prostu turystyczny sprzęt do nawijania kilometrów przy włączonym tempomacie z możliwością posłuchania sobie radia, oparcia pleców lub napicia się gazowanego napoju słodzonego z uchwytu na napój. Ale jednocześnie trochę brakuje tej charyzmy, zawiadiackości i wyczuwalnego nieokrzesania za które lubię tę markę.
Gdybym miał podsumować w statystykach:
Osiągi: 3/10
Wygląd: 4.5/10
Wygoda: 8/10
Frajda: 5/10 (7.5/10 gdy puści się Country z głośnika zamontowanego na kierownicy)
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
No dobra, nadszedł czas na ogarnięcie ostatniego harlejka. Podchodziłem do niego przez ostatnie trzy miesiące jak pies do jeża, bo był najcięższy, najbrzydszy oraz najbardziej toporny - no i ilość widocznych na pierwszy rzut oka uszkodzeń do ogarnięcia wydawała się największa. Powstaje pytanie - to po cholerę go kupiłem? Otóż wpadł mi w oko przypadkiem, gdy przeglądałem sobie aukcje - zauważyłem, że ktoś założył do niego tuningowe głowice silnika i uznałem, że skoro wpakowano dobrych parę tysięcy w same głowice oraz ich wymianę w motocyklu, który przez 15 lat zrobił nieco ponad 12 tysięcy kilometrów, to istnieje spora szansa, że w środku znajdę również inne, ciekawe części. Póki co wszystko wskazuje, że miałem rację - dolot, wydech, komputer sterujący silnikiem, kit zwiększający pojemność, tuningowe głowice, akcesoryjna chłodnica oleju - nawet nie licząc dodatków "wizualnych" kosztowało to kogoś spore pieniądze a całkiem możliwe, że również wewnątrz silnika znajdę kilka fajnych gratów.
Motocykl można powiedzieć, że jest archetypem tego, co przeciętny człowiek ma na myśli mówiąc "harlej". Ogromne rozmiary, gigantyczna kanapa, mnóstwo chromu, kufry, ilość oświetlenia porównywalna z pasem startowym oraz wieśniackie dodatki z czaszkami - wszystko to, a nawet więcej. Z tyłu zamocowano hak holowniczy (xD) z uciągiem do tony (xDD), skrzynia została przerobiona tak, że ma bieg wsteczny - a na kierownicy zamontowany pokaźnych rozmiarów głośnik bluetooth, któy udało mi się już uruchomić i sparować z telefonem. Puszczana z niego playlista z muzyką country sprawiła, że jeszcze nigdy dłubanie nie było tak przyjemne;) Lista braków i elementów koniecznych do naprawy z jednej strony jest dość długa, z drugiej - nie ma tam jakichś straszliwych rzeczy a i obejmuje sporo kosmetycznych punktów, które nie są wymagane do tego, żeby motocykl mógł poruszać się normalnie po drodze, a bardziej takich, które wychwyciłem i które będe chciał zrobić, żeby doprowadzić go do perfekcji.
No bo właśnie, to co początkowo kupiłem jako potencjalne źródło ciekawych części z możliwością sprzedaży dalej... jakoś nagle zaczęło mi się podobać. Tak jak nigdy nie przemawiały do mnie harlejowe krążowniki szos tak dzisiejsza sesja dłubania sprawiła, że obudził we mnie zew przygody i chęć niespiesznego pokonywania kolejnych kilometrów, zacząłem wyobrażać sobie śmiganie bocznymi drogami, doświadczania przestrzeni, cieszenie się jazdą:
https://youtu.be/4ZGMuMXpmJw?si=cd2Liu4kQWBUQCJZ&t=60
Znajomy z którym rozmawiałem planuje w lato wyjazd do Turcji grupą kilku motocykli i pytał czy nie chciałbym się wybrać, kto wie? Może właśnie składam sobie sprzęt na wyjazd? Jak na razie muszę ogarnąć go do czwartku, kończy mi się tymczasowa rejestracja, a nie chcę jechać do urzędu celem jej przedłużenia. Pierwszego harlejka ogarniałem niemal rok, tutaj mam nadzieję zamknąć się w cztery wieczory w stanie "surowym, zamkniętym" żeby za jakiś czas pobawić się w różne fanaberie, typu zmiana koloru na inny - no, ale to może spokojnie poczekać.
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Cztery z pięciu kupionych na jesieni harlejków ogarnięte - w tym sensie, że jeżdżą, skręcają, trąbią, świecą i można nimi na legalu już ganiać po ulicy - natomiast zostało trochę kosmetyki i mniej lub bardziej istotnych napraw do zrobienia zanim będę mógł powiedzieć, że wszystko zostało zrobione.
Numer cztery to chyba najbardziej podobający mi się model - fajne połączenie czarnego, chromu/aluminium i czerwonych akcentów; jednocześnie klasyczna sylwetka, przyzwoita moc i kilka modyfikacji w hamulcach i zawieszeniu poprawiających jazdę. Wydech jest tak w sam raz głośny - dość głośny w porównaniu do zwykłego, fabrycznego moto, jednak cichy jak na harlejka - a jednocześnie hałasuje dopiero wtedy gdy mocniej odkręci się gazu, nie cały czas. Motocykl trafił na licytację po tym, jak przewrócił się na bok na postoju lub przy niewielkiej prędkości i uderzenie spowodowało, że poluzowała się kostka przy stacyjce i sprzęt przestał odpalać. Naprawa zajęła niewiele czasu, natomiast zanim prześledziłem i znalazłem źródło problemu minął mniej więcej cały dzień. Poza tym większych zniszczeń nie stwierdzono, co więcej znalazłem nawet kilka ciekawych dodatków, których się nie spodziewałem.
Niestety wczoraj podczas jazdy próbnej zwróciłem uwagę na jakieś odbiegające od normy dźwięki dochodzące z okolic skrzyni biegów/primary. Czym jest primary? Otóż w harlejkach skrzynia biegów nie jest zespolona z silnikiem jak w większości cywilizowanych motocykli, za to stanowi osobny, odkręcany element. Z silnikiem natomiast łączy ją łańcuch ukryty wewnątrz obudowy i ta właśnie obudowa oraz ukryty w niej łańcuch to owo "primary". Dźwięk o którym wspomniałem prawdopodobnie pochodzi od zużytego łożyska których kilka się tam znajduje i naprawa jest upierdliwa, ale nie powinna być trudna. Oczywiście zakładając, że prawidłowo zdiagnozowałem źródło problemu. Czeka mnie jeszcze wymiana uszczelki miski olejowej (podcieka), podmianka tylnego koła, żeby pasowało do przedniego no a poza tym trochę kosmetyki i powinno być dobrze.
Został mi do zrobienia ostatni, piąty sprzęcior i zarazem najbardziej paskudny. X pomocą czata GTP udało mi się wykonać wizualiację jak mógłby wyglądać po przebudowie, zmianie koloru i paru zmianach stylistycznych i jest całkiem obiecująco. No, zobaczymy. Na razie trzeba go doprowadzić do porządku na co mam jeszcze nieco ponad tydzień.
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Dałem trochę atencji swoim motoryzacyjnym nabytkom zamiast w kółko tylko dłubać zgruzowane harlejki albo regulować gaźniki znajomym do 2 w nocy i wyszła z tego bardzo fajna sobota.
Z samego rana kurs na Tor Uć na track day; byłem ciekaw, czy doświadczenia zdobyte przez kilka tygodni jazdy za wirtualną kierownicą sim riga przełożą się w widoczny sposób na czasy na torze. Pojechaliśmy z kumplem na dwa auta (Merolek C63 + BMW 330i) z cwanym planem podwojenia funu i wrażeń z track daya jednym prostym trikiem - mianowicie poprzez zapisanie się do dwóch różnych grup, żeby na zmianę jeździć jako kierowca lub pasażer. A przynajmniej tak miało być w teorii, bo w praktyce zrobiliśmy po dwa takie podwójne kółka a potem okazało się, że lepiej wykorzystać ten czas na ochłonięcie lub pogadanie z innymi zajawkowiczami. Ekipa była mocna, auta naprawdę grube, poza częstymi Megankami RS, M2 i Yarisami GTR były też takie ciekawostki jak Lambo Huracan lub Lotus Exige. Zapisałem się do grupy średnioszybkiej, trochę pechowo - bo na jednym z pierwszych okrążeń w aucie innego uczestnika strzelił silnik i trzeba było dość szybko zjeżdżać z toru. Miałem też w grupie wolniejszego gościa, który niespecjalnie chciał puszczać szybsze auta, co trochę wkurzało. No, ale poza tym było fajnie.
Jak sprawił się merolek? Tym razem obyło się bez awarii, niestety mimo umiarkowanej temperatury otoczenia olej dość mocno się grzał dochodząc do 125C tak więc przed kolejnym wyjazdem trzeba będzie chyba w końcu wziąć i założyć tę większą chłodnicę (skitrałem ją póki co w mieszkaniu pod kanapą, bo nie ma gdzie trzymać xD). Zabrałem też ze sobą kamerkę do nagrywania, ale za dużo się nie zarejestrowało, bo w którymś momencie odczepiła się z mocowania i zaczęła obserwować głównie dywanik w aucie xD A wrażenia z jazdy? Samo auto jeździ baaaardzo fajnie i przewidywalnie; dodawanie gazu przyjemnie zacieśnia zakręty, kontrola trakcji w trybie sport (bez trochę się cykam) czasem ingeruje ale ogólnie połączenie sztywny zawias + szpera + duża moc daje radę. Tym, co nie daje sobie ewidentnie rady są opony. Mam drogowe Continentale SportContact 7 i są dobre na pierwsze 3-4 kółka, później przegrzewają się, zaczynają pływać i zdecydowanie gorzej trzymać. Nie pomaga duża masa auta oraz fakt, że opony są wąskie (merolek ma szerokość 235 i 265 mm, dla porównania Ford Mustang o zbliżonej masie i mniejszej mocy ma już chyba 255/275 a idzie chyba założyć nawet 315). Spróbuję zarzucić kiedyś jakieś semi-slicki i zobaczyć wtedy.
Czy doświadczenia z sim racingu udało się przenieść na track day? Tak i nie. Nie, bo wrażenia z jazdy prawdziwym autem vs wrażenia z jazdy symulatorem to jednak dwa różne światy, w symulatorze nie strach cisnąć ile się da, najwyżej zrobisz reset. Jednocześnie prawdziwość daje dużo lepsze wyczucie samochodu, więc można powiedzieć, że jest remis;) Natomiast faktem jest, że po iluśtam godzinach na wirtualce udało mi się urwać ok 1-1.5 sekundy na kółko w stosunku do zeszłego roku, co jest naprawdę fajnym wynikiem! Myśle, że semislick mógłby odjąć jeszcze dodatkowe 1-1.5 sekundy teoretycznie dając ogólny czas na poziomie 1:03 co jak na ciężkie, tylnonapędowe kombi z problemami z trakcją byłoby naprawdę niezłe:)
Filmik z pierwszej sesji, przy okazji na 4:01 widać dymiącą Hondę:
Trzy godziny na torze (z czego godzina faktycznej jazdy) minęły szybko i nadszedł czas na powrót do domu, ale uznałem że skorzystam jeszcze z dobrej pogody i zafunduję jednemu z harlejków kurację odchlewiającą - mycie, polerkę i ceramikę. Poszło całkiem sprawnie, na tyle że zdążyłem nawet wymienić ojcu termostat w jego aucie xD Kiedy uporałem się z robotą była już noc - miejski przejazd ogarniętym retro sprzętem na cichych, zupełnie nieharlejkowych wydechach (dorobiłem db killery) daje naprawdę dużo przyjemnych wrażeń estetycznych. Jestem zdania, że muzyka na słuchawkach jest nieodłącznym elementem przemieszczania się na motocyklach tego typu i znalazłem idealną playlistę do starego Fat Boya. Niespieszne tempo jazdy, żarówkowe oświetlenie, kolor, chromy, toporność, praca silnika i wydawane przez motocykl dźwięki kojarzą się ze starym amerykańskim autem z lat 50-60 i dokładnie coś takiego mi tu pasuje. Ścieżka dźwiękowa dowolnej części starego filmu Lody na Patyku zgrywa się z tym idealnie, więc jeśli ktoś szuka nuty na nocne bujanie się retro cruiserem po mieście, polecam;)
Podsumowując, Merolek pojadł sobie opon i popił wachy, harlejek pobulgotał po mieście, sobota była udana.
#motoryzacja #motocykle

Zaloguj się aby komentować
Jeszcze debadging i domalować naklejkę Nurburgring na klapie i można będzie pomylić z prawdziwością
#motoryzacja trochę #modelarstwo

Zaloguj się aby komentować
Pamiętam, że jak za dzieciaka oglądałem Terminatora 2 ze Szwarcenegerem duże wrażenie zrobił na mnie motocykl, którym latał. Wydawało mi się, że to jakiś megamocny i megaszybki sprzęt, dlatego w dość dużym szoku byłem gdy po latach dowiedziałem się, że miał on raptem pięćdziesiąt parę koni, czyli niewiele więcej niż dość rachityczny Suzuki GS500, który był moim pierwszym motocyklem a który był wóczas uznawany za idealny sprzęt dla początkującego - ważąc jednocześnie prawie połowę tego, co harley.
Parenaście motorków później jednak chęć poczucia się jak T-800 i pośmigania Fat Boyem, do tego jeszcze na starym silniku Evo i gaźniku powróciła i tłukła mi się w głowie od pewnego czasu. W lato zeszłego roku roku jakimś cudem udało mi się się trafić egzemplarz z samej końcówki produkcji, a do tego ze śmiesznymi uszkodzeniami i dobrej cenie. Fast forward kilka miesięcy do przodu i oto wczoraj pierwszy raz udało mi się nim wyjechać na drogę.
Jak wygląda kontakt z jakby nie patrzeć dość legendarnym motocyklem? Mając doświadczenie z paroma innymi harlejkami mogę powiedzieć, że cechy charakterystyczne tej marki są jeszcze bardziej widoczne a wady uwypuklone. Wibracje są odczuwalne, zwłaszcza na podestach przy prędkościach powyżej 100kmh ale też motocykl wcale nie zachęca do szybszej jazdy i najlepiej czuje się jadąc te 90-95 kmh. Większe prędkości rozwija ospale, z drugiej strony duży moment dostępny od samego dołu nie pozwala się nudzić. Hamulce bardziej spowalniają niż hamują. Praca silnika, zwłaszcza na wolnych obrotach jest przyjemna - aczkolwiek poziom hałasu jest zbyt duży jak na mój gust (głośność oceniam na jakieś 7.5/10 i zbiłbym to chętnie na 5.5/10 - trzeba będzie dorobić jakieś db-killery do pustych rur). Wszystko działa topornie, ale też dość pewnie dając fajne wrażenie obcowania z solidnym kawałem żelastwa. Ogółnie motocykl konstrukcyjnie dalej osadzony jest w latach 80., co jest tym zabawniejsze że w tym samym roku w którym był wyprodukowany można było wyjechać z salonu pierwszą generacją Yamahy R1;)
Z serwisowych rzeczy, które udało mi się wyłapać klasycznie jak chyba w każdym HD którego miałem łożysko główki ramy będzie wymagało regulacji lub wymiany, przejrzę też chyba przednie zawieszenie oraz chciałbym zajrzeć do rozrządu - interesuje mnie, czy ktoś wsadzał akcesoryjny wałek a także chciałbym wymienić popychacze oraz łożysko na którym znajduje się wałek rozrządu - zakładając, że jest tam wciąż seryjne.
No i w sumie tyle, motocykl oceniam pozytywnie jako fajną bulwarówkę i sprzęt do latania w niedalekie wyjazdy tak do 200-300km bocznymi drogami - zwraca uwagę ludzi zarówno podczas jazdy (hałasem xD ale mimo wszystko reakcje widziałem raczej pozytywne) oraz gdy stoi zaparkowany więc chyba się podoba - a dalej jest jeszcze brudny i nieogarnięty wizualnie po podróży w kontenerze. Ogólnie daję lekko naciągane 7/10
#motocykle #harlejekzusa

Zaloguj się aby komentować
Ciasto francuskie znalezione w zamrażarce, które stara kupiła chyba jeszcze przed covidem. Szkoda wyrzucić to zrobiłem własnie z niego krosanty - mam nadzieję, że przeżyję konsumpcję xD
#gotujzhejto

Zaloguj się aby komentować
@LaMo.zord miał przyjechać dorobić db-killer a tymczasem przechodzi transformację w MoTo.zorda
Jak na szkodę całkowitą, to nie wygląda źle ten harlejek - ogarnąć wgniotkę w zbiorniku, pogięty błotnik i przerysowane sakwy i nikt się nie zczai, że poskładałem go z trzech. No a sam motocykl to zwykły sportster 1200, za to w niezwykłym malowaniu, bo kombo fioletowy+ciemny fioletowy robili tylko przez pół roku w 2016. Finalnie po wyczyszczeniu i polerowaniu myślę, że będzie wyglądać naprawdę fajnie.
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Dawajcie swoje ulubione zwroty z ogłoszeń motoryzacyjnych, które już na start wieszczą, że sprzedaje janusz lub będą kłopoty. Na start trzy ode mnie:
pierwszy właściciel (w Polsce)
samochód przed wypadkiem 100% sprawny
polecam na inwestycję, ceny już tylko rosną
#glupiehejtozabawy #motoryzacja
@knoor brak vinu lub vin z d⁎⁎y w ogłoszeniu
słabe zdjęcia albo ich brak (tych coraz mniej)
cena z kosmosu
czasem syf na zdjęciach
zdjęcia jak z sesji ślubnej, pozdrawiam radom i wysoką mazowiecką
180k km przebiegu bez względu na rocznik
januszowe koraliki / nakładka na kierownice / pokrowce na fotelach
Zaloguj się aby komentować
- Fordy Mustangi to beznadziejne auta i nadają się tylko do hałasowania na mieście pod klubem i wpadania bokiem w krawężniki
- Ale tu stoi Ford Mustang i chce go pan licytować
- Aaaa, no licytuję bo reklamowali że tanio
Jak powszechnie wiadomo, cena czyni cuda i również w moim przypadku tą parafrazą scenki o handlu w niedzielę i bardzo ładnej karkówce można podsumować niekonswekwencję w podejściu do aut. A skąd owa zmiana? Otóż od jakiegoś czasu przestałem oglądać licytacje motorków z USA (w końcu ile można mieć harlejków, będę musiał na wiosnę sprzedać ze dwa) i przerzuciłem się na oglądanie licytacji organizowanych przez komorników i izby skarbowe z myślą, że może trafię na nich coś ciekawego. Zwykle jednak albo nie znajduję nic albo to coś kosztuje w moim przekonaniu za dużo albo może i cena i przedmiot są ciekawe, ale przecież nie będę jechał na drugi koniec Polski po jakąś pierdołę. Stąd też o ile w licytacjach gruzów z USA interesujące pozycje się się trafiają a jeśli jest się cierpliwym, to trafiają się też dobre ceny - tak te nasze specjalnie nie zachwycały. Aż do niedawna.
Obczajałem też od pewnego czasu jakieś chamskie, amerykańskie auta z dużym silnikiem. Szczególnie do gustu przypadła mi stara corvette C6 (sentyment do Need For Speed Carbon robi swoje), jednak oferty nie wyglądały dobrze. Wersje Z06, nawet mocno uszkodzone, chodziły w jakichś chorych pieniądzach, znowu wersji z manualną skrzynią jest mało, a ewentualny koszt wychodzi taki, że chyba lepiej dołożyć i kupić coś nowszego... Ale oto na krótko po Nowym Roku na stronie izby skarbowej pojawiło się ogłoszenie o licytacji Forda Mustanga w wersji Bullitt. Auto zostało zabrane właścicielowi za jazdę po pijaku, miało co prawda już sześć lat ale też symboliczny przebieg niecałych 3000km i od dwóch lat stało sobie i gniło na parkingu policyjnym. Do tego skarbówka już raz próbowała go sprzedać za 160tys, bezskutecznie. Zrobiłem szybką analizę. Jest duży silnik. Jest manualna skrzynia. Do tego auto jest w miarę świeże i da się upalać jako daily. Wygląd w tej wersji w miarę - jak na Mustanga - stonowany. Pochodzenie z polskiego salonu. I możliwe, że wyjdzie taniej niż 20-letnia bita Corvette ze Stanów. Zacząłem patrzeć na cyferki.
Skarbówka dała wartość oszacowania na poziomie 223k PLN - moim zdaniem z d⁎⁎y, bo tyle to auto kosztowało katalogowo w 2020 roku w salonie, a sześć lat, mimo niskiego przybiegu, zrobiło swoje. Dodatkowo z salonu można było je wziąć i odliczyć sobie VAT. Wersja Bullitt może i jest fajna, ale nie licząc malowania i paru bajerów to generalnie zwykły Mustang w wersji GT, do tego natłukli tego kilka tysięcy egzemplarzy, więc może i jest ładny - ale na pewno nie unikatowy. Muszę mieć też na uwadze, że kiedyś trzeba będzie to komuś sprzedać. Mustangów na rynku jest zatrzęsienie, ceny w ogłoszeniach startują w okolicach 100tys PLN. Na takie auto trzeba znaleźć amatora, który będzie miał trochę wolnej gotówki i kaprys, żeby wpadkować ją w, bądź co bądź, nie najnowsze już ani nienajszybsze auto zamiast brać, przykładowo, coś świeżego w leasing. Dodatkowo tani dolar i łatwość w sprowadzaniu pojazdów z USA tworzą moim zdaniem mechanizm, że tych aut na rynku będzie przybywać szybciej niż ludzi z kasą gotowych na ich zakup - bo sprzedawane będą zarówno te kupione "na handel" jak i te, które po prostu znudziły się właścicielowi - a trend ten moim zdaniem będzie się jeszcze pogłębiać powodując presję na spadek cen. Trzeba też wziąć poprawkę na to, że na zakup auta "w ciemno" trzeba przyjąć sobie jakąś premię za ryzyko, tak lekko licząć z 10-15%. Analizę zakończyłem sprawdzeniem tego, co oferuje rynek. W Niemczech Bullitty wiszą w okolicach 35-42tys EURO (plus złodziejska akcyza przy sprowadzeniu), z kolei niedaleko mnie Mustang GT z polskim pochodzeniem i paroma bajerami sprzedał się w okolicach 140tys z fakturą. Z mojej analizy wyszło ostatecznie, że zakładając oszczędnie utratę wartości na poziomie 35% przez sześć lat oraz premię za ryzyko - zakup w przedziale 110k (cena wywoławcza) do ok. 140k będzie relatywnie dobrym dealem. Wszystko powyżej mojej górnej granicy - no cóż, można ale po co, skoro można po prostu kupić coś z rynku i przy tym powybrzydzać.
Po tej analizie wiedziałem już jakimi stawkami z grubsza powinienem operować, została kwestia licytacji. Ta również mieć miała inny charakter niż te, do których przywykłem na amerykańskich portalach. Tam online i w masowej ilości - tu osobiście i jedno auto. Uznałem, że będzie to bądź co bądź ciekawe doświadczenie i w głowie stworzyłem sobie trzy możliwe scenariusze zdarzeń:
scenariusz 1, jestem jedynym zainteresowanym i zgarniam auto po cenie wywoławczej. Prawdopodobieństwo oceniłem na jakieś 2% xD
scenariusz 2, liczba chętnych jest mała i są to mocni zawodnicy, góra dwie-trzy osoby. Zastanawiałem się, czy nie będzie tu dobrze dogadać się między sobą, że jeden bierze auto a reszcie odpali kilka tysięcy za rezygnację z licytacji. Ostatecznie każdy by na tym wygrał, darmowe kilka tysięcy albo auto w korzystnej cenie. Alternatywnie, w przypadku niedogadania się po prostu licytowanie do swojego maksa z nadzieją że wygram. Oceniłem, że szansa na to to jakieś 30%
scenariusz 3, który wydał mi się najbardziej prawdopodobny - liczba chętnych będzie bardzo duża a wylicytowana cena będzie znacznie ponad limit który sobie ustaliłem
Żeby zostać dopuszczonym do licytacji trzeba było wpłacić wadium co rzecz jasna zrobiłem i oto wczoraj rano nadszedł wielki dzień, pojechałem na oględziny (były możliwe tylko w dniu licytacji i przez godzinę). I już na starcie widziałem, że mogę w zasadzie dać sobie chyba spokój xD Na parkingu gdzie stoi auto MASA zaparkowanych samochodów, wokoł samego pojazdu również MASA oglądających. Na oko w 15 minut przewinęło się jakieś 30 osób. Samo auto, no cóż. Lekko porośnięte mchem, trudno było mi ocenić stan z zewnątrz (śnieg i szron), zauważyłem na szybko brak rozpórki w komorze silniku, powierzchowną rdzę tu i tam na elementach silnika, seryjne fotele (za dopłatą były Recaro) oraz nie udało mi się sprawdzić, czy ma ulepszone zawieszenie czy seryjne. Ogólnie - fajny, ale bez szału. Co do oglądających, szeroki przekrój. Sporo handlarzy, sporo gości z kasą, sporo randomków (jak ja xD). Sama licytacja odbywała się godzinę po oględzinach i miała miejsce w budynku urzędu skarbowego, ze względu na liczbę chętnych (łącznie chyba 40 osób) rejestracja zajęła szmat czasu. No a gdy się już zaczęła, mogę powiedzieć jedno: emocje wzięły górę. Ostatecznie sześcioletniego Mustanga z niewielkim przebiegiem, niesprawnym akumulatorem, bez przeglądu, bez rozpórki zawieszenia, płynami i oponami do wymiany oraz po dwóch latach stania na parkingu pod chmurką kupił niepozorny gość. Za ile? Możecie obstawiać, odpowiedź dałem poniżej.
Mustang po długiej walce został sprzedany za 195k PLN xDDD Dla mnie totalny absurd. Chyba jednak prawdą jest, że w licytacji emocje potrafią wziąć górę nad logiką, bo w ogóle nie jestem w stanie pojąć motywacji kupującego, w tej kasie można kupić praktycznie dowolnego Mustanga i po dołożeniu nawet próbować wyłapać Shelby GT350, który jest dużo lepszym i rzadszym modelem.
PS. Ciekawostka, dosłownie dzień czy dwa temu na grupie na FB z Mustangami ktoś wrzucił Bullitta z podobnie symbolicznym przebiegiem za 220k, został wyśmiany. Dziś pojawił się za 185k i dalej ludzie uważają że jest to jednak sporo za dużo.
PS2. Znajomy kupił kiedyś motocykl na kredyt (było tego może 10 tysięcy), w międzyczasie motocykl zaliczył glebę a on kredyt przestał spłacać. Chciał sprzedać na szybko motocykl za jakieś 4 tysiące, ale stan był słaby (połamane plastiki i owiewki, dziurawa opona) i w końcu motocykl został zajęty przez komornika i trafił na licytację. Po licytacji znajomy dostał jeszcze prawie dwa tysiące, bo cena sprzedaży pokryła wartość długu i trochę zostało xD Wniosek: chcesz coś dobrze sprzedać? sprzedawaj na licytacji komorniczej/skarbówkowej na żywo z niską ceną startową
#motoryzacja

@dez_ wadium właśnie zwrócili, więc całkiem sprawnie poszlo
@LuigiGDA @SzubiDubiDU czytałem kiedyś reportaż z takich aukcji komornicznych jak to kupujący byli dogadani między sobą albo że osoby z zewnątrz praktycznie nie miały wstępu, ale na ile to była prawda a na ile tekst został wyssany z palucha redaktora (reportaż czytałem dobre 20 lat temu), to nie wiem. Inna sprawa, że ojciec mi opowiadał historyjki jak takie licytacje wyglądały w latach 90 i że wstęp był tylko dla "odpowiednich" osób, więc po częsci jestem w stanie w to uwierzyć
@Ten_koles_od_bialego_psa serio? a co z nim się dopatrzyłeś nie tak? ja wczoraj generalnie widząc tłum chętnych już sobie dałem spokój z poważniejszymi oględzinami, natomiast jeśli faktycznie coś tam było kombinowane to jestem ciekaw na jaką minę wpadł nowy właściciel za tę kasę. Sprzedawał US Pszczyna, no ale praktycznie te same okolice a poprzednia licytacja była chyba w grudniu i z tego co słyszałem od chłopaków z Izby Celnej było dwóch chętnych i żaden się nie zdecydował, może to było o Tobie?:)
Zaloguj się aby komentować
Od jakiegoś czasu traktuję swoje harlejkowe hobby jak grę RPG - kupuję sobie ciekawego gruza na aukcji, ściągam z niego fajne itemki a resztę ulepszam tym, co akurat mam w ekwipunku. Itemki albo sprzedaję dalej albo wrzucam w inne motocykle craftując coś nowego. W efekcie mój "główny" harlejek ma fajne graty a pozostałe przechodzą przemianę w coś nowego, co potem mogę opierdzielić dalej.
W ten właśnie sposób zostałem posiadaczem poniższego sprzęta. Jest bardzo podobny do "głównego" harlejka, do którego wsadzam wszystkie graty i uznałem, że będzie niezłym dawcą części. Bak identyczny jak mój tylko w lepszym stanie, akcesoryjny wydech i dolot, podwójne tarcze hamulcowe i ładne felgi, fajne zawieszenie, sakwy i trochę innych dotatków - i kto wie co jeszcze w tych ukrytych częściach, może jopek? Jednocześnie mam sporo luźnych rzeczy, które mógłbym do niego wrzucić i zrobić na koniec ciekawe moto.
Udało się go dostać w całkiem przystępnych jak na HD pieniądzach, choć trochę martwiła mnie adnotacja "mechanical damage" i jednocześnie brak większych, widocznych oznak upadku lub kolizji - no ale stwierdziłem, że raz się żyje, co mi tam. Motocykl przyszedł po dłuższej podróży w kontenerze klasycznie mocno zachlewiony, ale poza tym wyglądał naprawdę spoko - uszkodzenia z zewnątrz były marginalne, kilka rys po upuszczeniu motocykla na ziemię, trochę zapoceń, dość spory przebieg - i tak naprawdę tyle.
Dwa wieczory dłubania pozwoliły zdemontować część gratów z którymi przyjechał, wymienić risery i kierownicę oraz zrobić ogólny przegląd i ogarnąć parę innych pierdół. Nadszedł czas, żeby spróbować próbnie uruchomić moto i ewentualnie zczytać błędy z kompa. No i schodzę do garażu, przekręcam kluczyk, światła się zapalają... i tak naprawdę tyle. Pompa paliwa się nie włącza, część elektroniki nie działa. No dziwne, ale miałem już coś podobnego, pewnie bezpiecznik się spalił. Przeglądam bezpieczniki - wszystkie dobre. No dobra, no to może bezpieczniki są dobre, ale lekko zaśniedziałe, wyczyszczę. Wyczyściłem bezpieczniki i styki - to samo. Hmm, no dobra, może kabelek się gdzieś urwał. Przeglądam kabelki - wyglądają ok poza jednym lekko nadtopionym konektorem, ale on nawet nie był do niczego wpięty.
Kombinuję dalej, może przekaźnik od kompa jest walnięty? Podmianka na działający nie pomogła. Hmm, a może w takim razie jest jakiś problem z modułem alarmu, który blokuje elektronikę jeśli nie wykryje kluczyka? Tylko jak to sprawdzić? Po kilkunastu próbach zauważyłem jednak, że motocykl reaguje gdy kluczyka nie ma w pobliżu, więc raczej nie to jest problemem. Może w takim razie ECU jest walnięty? Ten model harlejka ma dwa komputery, podmieniłem na pewności oba podbierając je z innego moto, ale (ku mojej uldze - komp jest dość drogi) nic z tego. Zauważyłem też trochę korozji na originalnym komputerze, który steruje modułem alarmu, jednak wydawało mi się że jest to raczej fałszywy trop. Wróciłem do analizowania diagramu z kabelkami i zauważyłem ciekawą rzecz. Większość elektroniki, która w moim przypadku nie działała zasilana jest od stacyjki jednym kablem. Po sprawdzeniu multimetrem gniazd bezpieczników podpiętych pod ów kabel okazało się, że prądu faktycznie na nim nie ma. Więc wydawało się, że prąd ginie gdzieś na odcinku między stacyjką a bezpiecznikiem. Zacząłem się rozglądać za jakimś ukrytym włącznikiem ale niczego nie znalazłem, więc do sprawdzenia została stacyjka - ta jednak wydawało się, że działa, bo podawała prąd po przekręceniu kluczyka. Stwierdziłem jednak, że spróbuje. Stacyjka zamocowana jest w ramie, ale idzie ją w miarę łatwo wydłubać. Wyciągam, dociskam kostkę, przekręcam i udało się, gruz ożył! Czyli stacyjka, a dokładnie częściowo wypięta kostka stacyjki była problemem dla którego chyba motocykla nie udało się po przewróceniu odpalić i dostał całkę
No ale ja tam jestem zadowolony - obejrzałem jeszcze na szybko kamerą wnętrze silnika i zrobiłem pomiar kompresji i nie dość, że gładzie cylindrów są w świetnym stanie to kompresja też ma fabryczne wartości, więc wydaje się, że z motocyklem wszystko jest w porządku. Zostało mi jeszcze trochę drobnych modyfikacji, usunięcie wycieków i rzecz jasna gruntowne czyszczenie - i kolejny sprzęt będzie gotowy.
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Kolejny harlejek kupiony na aukcji jesienią na zasadzie: specjalnie mi się nie podoba, ale nie jest mocno zepsuty, to dużo ogarniania nie będzie a chociaż sobie podłubię - rzucę jakąś śmieszną kwotę i a nuż się uda. No i udało się, motocykl przyjechał do mnie prawie dwa tygodnie temu i po szybkim sprawdzeniu faktycznie - dużo przy nim robić nie trzeba.
Z usterek naliczyłem:
- brakujące siedzenie - zrobione
- brakujący przedni błotnik - zamówiony
- przebita przednia opona i tylna zużyta - kupione, przednią wymieniłem już w garażu, tylna musi poczekać aż znajdę chwilę
- brak kluczyka - zamówiony
- brak mocowań przednich kierunkowskazów - zrobione
- brak śrub od jednego z mocowań silnika do ramy - muszę poszukać
- zużyty filtr powietrza - zamówiony
Do tego trochę kosmetycznych drobiazków - na baku i na błotniku jest kilka miejsc wymagających korekty/zaprawek (z tym akurat mam już całkiem niezłe doświadczenie więc nie powinno być problemu), klamka hamulcowa jest lekko przytarta to może wymienię na inną. I tak naprawdę można to tak zostawić, ew ogarnąć jeszcze typowo esploatacyjne rzeczy, typu oleje, płyny i łożysko główki ramy (bo założę się, że jest do wymiany) i gotowe.
Sam motocykl to Sportster o pojemności 1200cc, w chyba najbrzydszej wersji jaka była, czyli Custom. Czemu najbrzydsza? Bo jakaś taka nijaka - ani to ładne ani zgrabne ani nie próbowało nawet udawać jakiegoś konkretnego stylu. Fotkę "stockowego" możecie zobaczyć poniżej. W USA ktoś go dodatkowo schlewił dodając wysoką kierownicę i mnóstwo czaszkowych dodatków które za bardzo do wszystkiego nie pasowały. Dlatego zaraz po wygraniu motocykla zacząłem zastanawiać się, co z nim zrobić, żeby bardziej cieszył oko.
Skupiłem się na kilku widocznych cechach tego sprzętu:
- grubych, baloniastych oponach
- masywnych felgach
- dużej ilości chromu
I uznałem, że najlepiej pasować będzie styl "chromowanego bobbera". Tak naprawdę zmiany są minimalne - inna kierownica i siedzenie - a motocykl od razu wygląda lepiej, a nawet nie czyściłem go specjalnie odkąd przyjechał - ot, przetarłem z wierzchu ścierką. Po porządnym czyszczeniu i polerce na wiosnę myślę, że będzie to naprawdę ładny sprzęt;)
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Jakoś szybko poszło, czekam jeszcze na oryginalne mocowanie tylnego kierunkowskazu (kierunkowskaz mam) a potem wymienić płyny, może zajrzeć do gaźnika i rozrządu dla pewności i można bzikać. Śmiechu warte, 3 godziny roboty i motocykl po całce ogarnięty xD No, poza tym, że dalej brudny ale to już na wiosnę zrobię.
Teraz chyba wbrew woli muszę zostać tapicerem, bo oddałem kierownicę w SAAB-ie do obszycia i spierdzielili koncertowo, a może przy okazji jeszcze starą harlejkową kanapę zrobię.
#motocykle #harlejekzusa


Zaloguj się aby komentować
Mieliśmy szukać z kumplem jakiegoś auta do torowania na przyszły rok typu Mazda MX-5 ale raz, że nie już ma gdzie tego trzymać, a dwa że znając życie to pewnie i tak pojechalibyśmy na ten tor max kilka razy w ciągu roku... no i postanowiłem, że zamiast tego zostanę sim racerem xD bo raz, że gry podobno potrafią obecnie całkiem realistycznie oddać rzeczywistość, a do tego jest sporo taniej i nie trzeba czekać na track day.
Graty przyszły w zeszłym tygodniu, poskładałem całość i pograłem trochę w Asseto Corsa, bo wszyscy polecali to jako jeden z lepszych symulatorów do ścigania. No i po paru dniach mam już jakieś pierwsze wrażenia, przede wszystkim to, że gra faktycznie potrafi dobrze oddać zachowanie auta.
Miałem okazję polatać trochę Mercedesem C63 na torze w Łodzi i tak dobrze się składa, że zarówno auto jak i tor w grze również są, więc mogłem sobie porównać praktycznie jeden do jednego:) No i zarówno w prawdziwości jak i w rzeczywistości wirtualnej odczucia są baaardzo podobne, z pewnymi wyjątkami:
przejazd toru Łódź w rzeczywistości jest szybszy niż w grze, ok 5-8 sekund różnicy. Podejrzewam, że ma to związek z tym, że tor był tworzony przez amatora bez dokładnych pomiarów i z tego wynikają jakieś błędy (tor Poznań np był skanowany laserowo i podobno jest oddany praktycznie 99,9% tak jak jest naprawdę). Najlepszy czas jaki wykręciłem w grze póki co wynosił 1:12, podczas gdy w "życiu" było to 1:05
sam tor też jest nie do końca dobrze odwzorowany, jeden zakręt jest sporo ostrzejszy niż w realu, a do tego dwie minimalne "hopki" w grze są duuuużo bardziej agresywne niż w życiu (podejrzewam, że źródło problemu - jak wyżej, leży w niedokładnym odwzorowaniu)
rzeczywistość wirtualna albo pozwala na znacznie mniej albo po prostu czucie auta jest upośledzone xD bo tak jak w rzeczywistości z toru nie wyleciałem ani razu i tylko raz na kilkadziesiąt przejazdów lekko poleciałem bokiem, tak w ścigance regularnie wylatywałem z toru lub często obracało mnie na jednej ze wspomnianych hopek
niestety sprzęt nie potrafi oddawać uślizgów tylnej osi więc albo trzeba słuchać opon albo pobawić się ustawieniami kierownicy i próbować zrobić to tam (co ciekawe, lekkie poślizgi przodu gra oddaje megadobrze, praktycznie 1:1)
prawdziwa kontrola trakcji w aucie albo robi więcej (w trybie sport) albo kontrola trakcji w grze nie robi nic albo wreszcie: czucie auta jest upośledzone - jeździłem w rzeczywistości zarówno na kontroli trakcji w trybie sportowym jak i na całkiem wyłączonej i auto było duuużo bardziej przewidywalne niż w grze, w krytycznych sytuacjach dawało się też wyciągnąć łatwo gazem, podczas gdy w grze kończy się obrotem lub wypadnięciem z toru
No i to na razie tyle, ogólnie poza wspomnianymi powyżej lekkimi niedociągnięciami wrażenia są naprawdę fajne, lata się też naprawdę git, do tego idzie zorganizować wieczorek gierczenia i pośmigać furą po piwerku;) więc ogólne moje odczucia są mega pozytywne. Może jak znajdę chwilę, to skleję onboard z prawdziwej i wirtualnej jazdy i będzie widać jak to wygląda.
#motoryzacja #gry

@knoor dobrej zabawy!
Ja trochę się odbiłem niestety czasowo i sprzetowo. Nie mam wprawdzie żadnego doświadczenia w jeździe sportowej ponad spróbowanie gokarta na torze, ale brakowało mi tego czucia dupką co się dzieje z autem. Myślałem, że to kwestia samego symulatora (akurat testowałem project cars) i sprzętu, który mam zdecydowanie bardziej podstawowy :D Na plus to właśnie same odczucia z sił przenoszonych nawet na prostą kierownicę z FF i uślizgów przedniej osi. Ciężko było mi opanować kontrolę nad autem bez tego czucia przeciążeń i pracy zawieszenia co często właśnie kończyło się obrotami/wypadnięciem gdy chciałem wyczuć limit.
Dawaj znać jak Ci się bedzie jeździło :) frajda oczywiście spora, więc chyba o to chodzi. Totalny pożeracz czasu :D
Zaloguj się aby komentować
Uff, dobrze że właśnie przyjechał kolejny gruz do dłubania, bo już pomału nie miałem co robić jesiennymi wieczorami
#motocykle #harlejekzusa

Zaloguj się aby komentować
Byłoby śmiesznie, gdyby był to ten z licytacji, co dziadek po pijaku jechał;) ale chiba nie jest
@Ten_koles_od_bialego_psa
#bekazgieldyklasykow #motoryzacja

Zaloguj się aby komentować