Zdjęcie w tle

fonfi

Gruba ryba
  • 503wpisów
  • 3643komentarzy

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Wczorajsze szeleszcząco-pieszczące deszczem dreszcze zdobyły Państwa uznanie na tyle, że znowu mam przyjemność organizować zadanie. A jako że trawa w ogrodzie, łaskocząc mnie źdźbłem w pewną nieskromną część ciała, przypomniała dzisiaj, że sezon koszenia można zdecydowanie uznać za otwarty, to przychodzę z następującą propozycją.


Temat: Oda do prac ogrodowych

Rymy: trawo! - prawią - kosiarka - …arka


Życzę udanej zabawy i miłego rymowania.


#naczteryrymy  #zafirewallem

Oda do prac ogrodowych


Czemuż, oh czemuż tak szybko rośniesz trawo!

Głupstwa - ci co ogrodu nie mają - prawią,

Że by dbać o Cię, starczy jeno kosiarka.

Lecz nie da się kosić bez puszki browarka.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Skoro vox populi zadecydował, że na mnie kolej, to dzisiaj ja stawiam w kawiarence. A jako, że jestem w środku zdawania matur(y), to proszę bardzo - pomęczcie się ze mną.


Temat: Matura to bzdura

Rymy: lalka - dziady - pralka -przysiady


Miłego rymowania i czekam na Państwa prace do oceny


#naczteryrymy  #zafirewallem

W tej sali każda laska ma oczy jak lalka

Komisja z kolei jak proszalne dziady

Wspina się na wyżyny jak TOPR Alka

Mnie zostają tylko z łopatą przysiady

W kraju tym nie matura, lecz chęć szczera...


W kraju tym ponurym nie wiedzą co to "Lalka"

po ulicach szwędają się zapijaczone dziady

na wojnie cennym łupem jest WC albo pralka

reszta robi za chałupiną do dwójeczki przysiady

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Zapraszam na kolejną porcję wierszy z Punktu Wymiany Poezji przy Wrzeniu Świata.


Smacznego


Dzisiejszy wiersz z ramki:


——————————


Człowiek


Kruche futerały

nieodwracalne zmiany

choć jesteśmy pełni niepewności

i okrutnie świadomi naszej śmiertelności

ciężko znaleźć chwilę na po prostu bycie

bo mamy tylko jedno życie


Chichy poeta


——————————


Oraz te, z "centralnej dystrybucji", które powiesiłem:


——————————


Wiersz z nagłówków


Tam gdzie szum wiatru, śpiew ptaków i góry

Gdzie las i potok spokój mi dają

I gdzie wieczorem słońce tak pięknie

Zbocza oświetla i świerszcze grają.

W drewnianej chatce z okiennicami

Czując pod palcem zmarszczki na skórze

Wspominać będę Ciebie mój Miły

I w mej pamięci się cała zanurzę.

Przywołam chwile piękne gdy mogłam

Być blisko Ciebie i tak otwarcie

Mówić Ci Miły co czuję i myślę

Wiedząc, że wciąż kocham Ciebie uparcie.

Wtedy już jedno mi tylko zostanie

Mieć wciąż nadzieję szczerą i małą,

Ze gdzieś tam w środku mnie jeszcze pamiętasz

Trochę szaloną i niedoskonałą.

Więc szumcie drzewa i płyń potoku

Zaczekaj na mnie chatko drewniana

Bym mogła kiedyś w górach zamieszkać

W Tobie mój Miły wciąż zakochana.


Eve


——————————


Masz kompleksy

Wytykając komuś swoje błędy.

Masz mało wiary w siebie

Krytykując czyjś ruch.

Dowartościowujesz się

Cudzą krzywdą.

Patrząc usatysfakcjonowaną miną.

TOKSYNO!

Kąpiesz ludzi w swym świecie

Pełnym jadu, bez składu.

Słowo w twych ustach to nóż

Bawi cię gdy mordujesz nim, cóż.

Ciebie to nie wzrusza.

Ma kompleksy,

Inni mają mieć kompleksy.

Wierz mi

Karma się zemści.

Toksyno!

Precz!

Odcinam Cię szybko.


Adrianna Jarzynka


——————————


Kropla


dotkniesz

-- rozpłacze się

szepniesz do niej

-- zadźwięczy

stanie się lustrem

-- gdy spojrzysz w jej oczy

kiedy poczuje twój oddech

-- uśmiechnie się

na widok słońca

-- tęczą się rozleje

spadnie

-- gdy ziemia zawoła


Anna Niesłuchowska - Michnowska


——————————


#zafirewallem #punktwymianypoezji - tag do czarnolistowania

abd427c1-4788-4e62-b3cc-0720f78d6dd1
f31f4924-399f-4d6b-8a5e-402304ec0c27
5d12c07e-47bf-43e2-9ae7-c1bc65fa0173
b8bc0d6a-52de-411a-ad7b-26a057e35a25

Zaloguj się aby komentować

782 + 1 = 783


Tytuł: Jeden dzień Iwana Denisowicza

Autor: Aleksandr Sołżenicyn

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Rebis

Format: e-book

ISBN: 978-83-8188-269-9

Liczba stron: 101

Ocena: 9/10


Prywatny licznik: 9 + 1 = 10


Dlaczego ta książka i dlaczego teraz? Ano stało się tak, że przeczytałem ostatnio opowiadanie, którego autor przyznał, że inspirację zaczerpnął właśnie z tej noweli Sołżenicyna. Opowiadanie to, poza wieloma podobieństwami w formie czy w narracji, w sposób równie “nieformalny” traktowało o problemie ważnym, czy też raczej poważnym. Przy tej okazji zastanawialiśmy się również z autorem wspomnianego opowiadania nad rolą puenty. Konkretnie nad tym czy puenta jest zawsze konieczna? A jeśli jest, to czy należy zostawić miejsce czytelnikowi na jej znalezienie, czy też należy mu ją podać, za przeproszeniem, na tacy. Tak dyskutując zeszło na puentę u Sołżenicyna, o której autor powiedział, że ona tam jest. A ja, żeby móc się z nim zgodzić, albo nie, musiałem ten Jeden dzień Iwana Denisowicza przeczytać.


I muszę się teraz Państwu przyznać, że ja mam problem z takimi książkami. Książkami traktującymi o prawdziwych ludzkich tragediach a napisanych w tak przystępny - żeby nie powiedzieć - atrakcyjny sposób. Jeden dzień Iwana Denisowicza autorstwa Sołżenicyna, to kolejna taka pozycja obok Pięciu lat kacetu Grzesiuka, podczas czytania której doznałem uczucia wstydu. Wstydu przed samym sobą.


Sołżenicyn pisze o przetrwaniu, o walce człowieka o resztki jakiejkolwiek godności, posługując się formą i językiem tak prostymi i lekkimi, że momentami wywołują na twarzy uśmiech.


Uśmiech! Zamiast łez.


Wielokrotnie przyłapywałem się na tym, że mnie się bezczelnie podoba to co czytam. Podoba mi się w sposób absolutnie egoistyczny. Że dla własnej “rozrywki” czytania sobie na kanapie chciałbym tej historii dostać więcej. Więcej losów głównego bohatera. Więcej - kIedy ta historia, w cywilizowanym świecie, nie powinna w ogóle mieć miejsca. Zupełnie jakbym czytał jakąś powieść przygodową. A to jest przecież dziennik. Dziennik tragiczny. Przerażam sam siebie…


Najbardziej uderzające w tej krótkiej opowieści jest to, jak mocno więźniowie sowieckiego łagru są pogodzeni ze swoim losem. Jak doskonale potrafią się w tym piekle urządzić. Praktycznie cała ich uwaga skupia się na jednymm jedynym celu - przeżyciu. I wszystko co robią - a robią to zachowując pogodę ducha - temu celowi jest podporządkowane. Ten ich optymizm jest do bólu tragiczny.


Dlatego, Aloszka, że modlitwy te to jak podania: albo nie dochodzą, albo skarga jest nieuzasadniona.

Nie mniej szokujące jest, że w tej beznadziejnej rzeczywistości, znajdują jeszcze miejsce na budowanie pozorów normalności. Na pielęgnowanie człowieczeństwa. Bo jak inaczej odczytać poniższy dialog, egzystujących na skraju przetrwania, więźniów sowieckiego łagru:

— Jeśli mamy być obiektywni, to musimy przyznać, że Eisenstein jest geniuszem. „Iwan Groźny” - no, czy to nie genialne? Taniec opryczników z owczym runem! Scena w soborze!

— Wydziwnione! - X-123 rozgniewał się, nie doniósł łyżki do ust. - Tyle w tym sztuki, że to już przestaje być sztuką. Pieprz i mak zamiast chleba powszedniego! A poza tym najbardziej obmierzły sens polityczny, usprawiedliwienie tyranii jedynowładztwa. To wyszydzanie świętej pamięci trzech pokoleń rosyjskiej inteligencji!


Co może być bardziej ludzkiego niż wrażliwość na sztukę czy emocje z nią związane. Nie będę ukrywał, że kiedy dotarłem do powyższego fragmentu w książce, to dysonans, którego doznałem był jak uderzenie obuchem. Bo z jednej strony ten dialog między więźniami jest tak niesamowicie abstrakcyjny - aż ma się wrażenie, że to jakiś błąd w druku, ale jednocześnie jest tak, kurcze, na miejscu.


No dobrze, ale co z tą puentą? Puenta jest. Przewija się między wierszami przez cały czas, by na koniec już całkiem wprost wybrzmieć w poniższym fragmencie.


Zasypiał Szuchow w pełni zadowolony.

Wiele mu się tego dnia udało: nie poszedł do karceru, brygady nie pognano na Socgorodok, przy obiedzie podprowadził kaszę, brygadzista dobrze załatwił normę, dobrze się Szuchowowi murowało, nie podpadł na kipiszu ze swoim kawałkiem stali, wieczorem zarobił u Cezara, kupił tytoń. I nie zachorował, przetrzymał.

Minął dzień niczym nie zamącony, nieomal szczęśliwy.

W jego wyroku było takich dni od gwizdka do gwizdka trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt trzy.

Z powodu lat przestępnych doszły trzy dni dodatkowe...


Bo najważniejsze jest niepopadanie w rozpacz. Odsunięcie nadziei gdzieś na dalszy plan i skupienie się na docenianiu bieżących - kurcze jak to tutaj nie pasuje - drobnych “radości”. Bo wtedy


Człowieka można obracać i tak, i owak...


a człowiek i tak będzie w stanie odnaleźć namiastkę szczęścia.


#bookmeter #ksiazki

dd6e4218-8318-4117-9298-1039ba5ff01a

Tegoż autora jest jeszcze "Archipelag GUŁag", trzytomowa sążnista kobyła opisująca w detalach cały sowiecki system łagrów od momentu aresztowania do wywózki w tajgę. Powstało przy współudziale bodajże 200 byłych więźniów, którzy przeżyli i opowiedzieli co ich spotkało. Ciężar gatunkowy o całe tony większy niż "Jeden dzień...".

To jest wszystko prawda co piszesz. Taka prawda, że się z nią zgadzam, no bo tę prawdę też jakoś wypadałoby zdefiniować. Ale dla mnie siła, może nie cała, ale znaczna jej część opowiadania, jest właśnie w tym lekkim języku. Bo uważam, że właśnie tak pan Sołżenicyn pokazuje, również w tej warstwie nie wprost, to co chciał w tym utworze zawrzeć. A poza tym, ja w całej rozciągłości zgadzam się z panem Wiesławem Myśliwskim, że w książce nie ma nic ważniejszego od jej języka.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Przybywam jak zwykle spóźniony z wytworem do zakończonej już LXXIV edycji zabawy #nasonety . Chociaż tym razem to całkiem nie z mojej winy. Ja, proszę Państwa, to sobie wszystko dokładnie wyliczyłem, zaplanowałem, rozplanowałem i zrealizowałem. A ten plan mój dokładny, przebieg jego realizacji oraz efekt końcowy - poniżej nawet opisałem. W każdym razie kiedyś się jeszcze uda. Na pewno.


Bez happy endu


Choć chciałby bardzo, nie może dać rady:

Bo rytm nie taki, bo nie brzmi mu fraza,

Do tego żeby nie stracić posady,

Musiał nie rymy, lecz raport pokazać.


Na szczęście w pracy pogasił pożary,

I do majówki szeroko się szczerzy,

Bo uciec z miasta ma zamiar z zamiarem

Skończenia rymów na kraju rubieży.


Na spacer poszedł, by natury być bliżej,

W błogi się wsłuchał trel ptaszków w oddali,

Oczęta zatopił w nieba szafirze,

A swoje wzruszenia w wierszu utrwalił.


Lecz gdy go wrzucał pod tag #nasonety ,

Wpadł w rozpacz czarną i załamał dłonie,

Bo Goerge z liczeniem ma kłopot niestety,

I dzień za wcześnie odtrąbił był koniec...


#nasonety #zafirewallem #diriposta

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Tym razem, tak dla odmiany postanowiłem wyrobić się na czas. No bo termin mija chyba dopiero jutro o godzinie 19:00 czasu środkowoeuropejskiego, prawda? Prawda?!


Przyznam się szczerze, że na początku miałem zupełnie inną koncepcję na to opowiadanie. Ale jak to z koncepcjami bywa, one sobie, a życie sobie. Tak więc kiedy w końcu siadłem i zacząłem pisać, to moje myśli non stop wędrowały w kierunku @Dziwen a. Czy wysyp wszelkiego rodzaju postów związanych z #perypetiedziwena w ostatnich dniach mógł mieć na to wpływ? Nie wiem. Ale tego nie wykluczam. W każdym razie możliwości jakie otworzyła przede mną misja Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej wydają się tak nieograniczone i tak kuszące, że nie potrafiłem się im oprzeć. Po raz kolejny. No cóż, ten drugi pomysł będzie musiał poczekać na jakąś kolejną edycję. Albo może nie będzie musiał bo znajdę trochę czasu, żeby go skończyć pozakonkursowo...?


W każdym razie oddaję Państwu kolejny, świeży, jeszcze gorący odcinek space opery o międzygalaktycznej arce Santa Maria.


Miłej lektury.


************


It's full of stars...


Od dobrych kilku minut Dziwen siedział jak sparaliżowany, a w uszach ciągle dźwięczało mu echo płaczu. Płaczu małego dziecka. Bał się wykonać jakikolwiek, choćby najmniejszy ruch, chociaż kubek z gorącą kawą parzył go w dłonie. Ale to pieczenie - tak ku⁎⁎⁎⁎ko nieznośne - było jedyną rzeczą, która podtrzymywała jego poczucie rzeczywistości. Chwycił się go jak tonący brzytwy, żeby tylko nie oszaleć. 


Najpierw ostrożnie rozluźnił palce na kubku, czując że jeśli tego nie zrobi, naczynie za chwilę pęknie i pokaleczy mu ręce. Skupił się na dźwiękach otoczenia upewniając się, że płacz naprawdę już przebrzmiał, a to słabnące poczucie czyjejś obecności to wytwór jego wyobraźni. Rozejrzał się powoli po jasno oświetlonym kambuzie, pozwalając by oddech mu się całkiem uspokoił. Jedyne co teraz słyszał to szum wymienników powietrza systemu wentylacyjnego międzygalaktycznej arki Santa Maria oraz sporadyczne pikanie robotów kuchennych.


Jak tylko szok minął i całkiem odzyskał zdolność poruszania się, pobiegł do ambulatorium. Położył się pod automatycznym skanerem i wystukał na panelu polecenie uruchomienia pełnej diagnozy, wraz ze szczegółowym rezonansem mózgu. Kiedy aparatura ożyła i przystąpiła do badania, Dziwen zaczął się zastanawiać od kiedy ma te… No właśnie, co? Zwidy? Halucynacje? Doliczył się siedmiu “epizodów”, jak je do tej pory nazywał. Pierwszy pojawił się już pierwszego dnia, tuż po uruchomieniu prototypowego napędu i wykonaniu skoku w bliżej nieokreśloną przestrzeń kosmiczną. Jednak wtedy zrzucił to na ogromne ciśnienie i stres w jakim przyszło mu funkcjonować. Nagła ucieczka z Ziemi, pierwsze użycie napędu skokowego, które równie dobrze mogło odparować całą arkę wraz ze wszystkimi uciekinierami albo zmaterializować ich w centrum czarnej dziury lub we wnętrzu jakiejś gwiazdy. I to wszystko wyłącznie na jego głowie.


Wrócił myślami do tych wydarzeń. Przypomniał sobie jak w jednym momencie, poprzez wibracje, czuł przeciążenie generowane przez potężne silniki wyrywające Santa Marię ze studni grawitacyjnej Ziemi. Pamiętał końcówkę odliczania przed skokiem. A chwilę potem klęczał już na pokładzie mostka wymiotując. Nie potrafił dokładnie opisać jak przebiegał sam skok. Miał tylko wrażenie, że ktoś wywrócił go na lewą stronę i wyrzucił w upstrzoną gwiazdami czarną otchłań, po czym szarpnął jak za smycz i sprowadził z powrotem na pokład. Do pozycji klęczącej. W której wrażenie przenicowania znajdowało ujście za pomocą gwałtownych torsji. Wtedy właśnie to poczuł. Głęboki niepokój, jakby coś monstrualnego przyglądało mu się z zaciekawieniem zza ciężkiej, niewidzialnej zasłony. Po kilku sekundach uczucie zniknęło, ale on był już wtedy zbyt zajęty kontrolą systemów statku, żeby zawracać sobie tym głowę.


Z zamyślenia wyrwało go piknięcie i komunikat “skanowanie zakończone” wypowiedziany syntetycznym głosem komputera medycznego. Dziwen wywołał wyniki badania na ekran i gorączkowo przewijał długą listę w poszukiwaniu jakichkolwiek odstępstw od normy. 


Nic. Tak samo jak przy poprzednich skanach.


— Jak tak dalej pójdzie to od samych tych skanów zwariuję, albo będę świecił w ciemnościach - pomyślał, schodząc ze stołu medycznego i kierując się z powrotem w stronę kambuza. 


Dziwen, choć od samego początku uczestniczył w pracach Grudziądzkiej Centralnej Agencji Kosmicznej przy projektowaniu systemów symulacji dla krio-kapsuł, to na stanowisko Głównego Kreatora został przydzielony w ostatniej chwili, dosłownie na kilka godzin przed startem. Wszystko potoczyło się wtedy szybko i gwałtownie. Inwazja, strach, ucieczka, start i skok… A teraz już pół standardowego roku przemierzał samotnie kosmiczną przestrzeń, nadzorując pracę arki. 


Samotnie - jeśli nie liczyć kilku tysięcy zahibernowanych ocalałych.


Po pierwszym epizodzie, co do którego Dziwen cały czas miał jeszcze wątpliwości, czy jednak faktycznie nie był efektem intensywnego stresu, drugi wyrwał go z głębokiego snu na początku trzeciego miesiąca tułaczki. Obudził się gwałtownie z takim samym intensywnym uczuciem bycia obserwowanym. Ale wtedy też zignorował wrażenie, tłumacząc je sobie po prostu złym snem. 

Kolejne zdarzały się coraz częściej i przyjmowały coraz bardziej intensywne, niemalże realne formy. Od poprzedniego minęło raptem dwa dni.


Dziwen wszedł do kambuza, rozejrzał się na wszelki wypadek i zabrał ze stołu kubek z zimną już kawą. Nie lubił zimnej kawy. Wylał zawartość do zlewni, podstawił kubek pod ekspresem i nacisnął przycisk. Ekspres zaterkotał młynkiem i w pomieszczeniu rozszedł się przyjemny zapach świeżo mielonych ziaren. Oparł się rękami o szafkę i czekając aż ekspres skończy przygotowywanie napoju przycisnął czoło do miłej, zimnej powierzchni białych drzwiczek, dając myślom zupełnie odpłynąć. Ekspres skończył parzenie i znowu nastała cisza, urozmaicona jedynie szumem wentylacji. 


Zabrał gorący napój i spojrzał na stolik przy którym przed chwilą tak wyraźnie słyszał płacz dziecka. Zdecydował, że woli się jednak przespacerować i skierował kroki w stronę znajdującej się nieopodal hali widokowej. Usiadł ostrożnie na miękkiej kanapie. Naprzeciwko miał wielkie panoramiczne okno, o rozmiarach ekranu kinowego, osłonięte przez większość czasu przez grube pancerze chroniące przed radioaktywnym promieniowaniem. Systemy arki pozwalały na otwarcie osłon na nie dłużej niż 15 minut w jednym cyklu dobowym. Chociaż w przestrzeni kosmicznej nie było ani dnia ani nocy, to komputery pokładowe utrzymywały 24 godzinny cykl zegarowy, a kalendarz pracował w tzw. systemie standardowym, bazującym na Ziemskim kalendarzu gregoriańskim.


Dziwen wyjął z kieszeni terminal, z którym nigdy się nie rozstawał, rzucił okiem na ogólne podsumowanie systemów sterujących, a nie widząc tam nic niepokojącego uruchomił system hali widokowej i otworzył osłonę. Wraz z jej otwarciem, rozbłysły zewnętrzne reflektory oświetlając statek. Jego oczom ukazało się monstrualne “cielsko” Santa Marii w całej swojej okazałości.


Większość pomieszczeń “socjalnych” znajdowała się na ogromnym pierścieniu obracającym się wokół głównego kadłuba. Obrotowy ruch pierścienia zapewniał pokładom sztuczną grawitację, natomiast w centralnej części panował stan nieważkości. Tam też znajdowały się hangary, magazyny, wszelkiej maści pomieszczenia techniczne i komory z prototypowymi systemami napędowymi. Dziwen podszedł do okna i oparł się o szybę przyglądając się temu niesamowitemu wytworowi grudziądzkiej myśli technologicznej. 


W pewnym momencie kątem oka dostrzegł ruch. Skupił wzrok w tym miejscu i zauważył na zewnątrz jakąś skuloną postać. Poczuł jak znowu ogarnia go panika. Jego umysł nie mógł poradzić sobie z przetworzeniem informacji, że w pustej, zimnej przestrzeni kosmicznej unosi się… dziecko! Mała dziewczynka! A kiedy uświadomił sobie, że postać nie jest na zewnątrz, ale że wpatruje się w jej odbicie w szybie, odwrócił się jeszcze bardziej przerażony. 


Na kanapie, na której przed sekundą siedział on sam, kucała mała - mniej więcej 7 letnia - przestraszona dziewczynka. Zrobiło mu się ciemno przed oczami a kubek wypadł mu z ręki i z brzękiem roztrzaskał się na twardej podłodze. To przywołało go do rzeczywistości.


— Co tu się, k⁎⁎wa, dzieje?! - zdołał z siebie wydusić


Na dźwięk jego głosu, dziewczynka cofnęła się, wtuliła mocniej w miękkie oparcie kanapy i rozpłakała się. W tym samym momencie na statku zamrugały światła a terminal zasygnalizował zakłócenie w systemie zasilania. Zdezorientowany Dziwen nie bardzo wiedział jak ma zareagować. Zacisnął pięści, aż paznokcie wbiły mu się w dłoń, głównie po to żeby upewnić się, że nie śni.


Dziecko nie przestawało kwilić. I wpatrywało się w niego wielkimi, czarnymi, praktycznie pozbawionymi białek oczami.


Zrobił krok w stronę kanapy. 


Kolejny. 


Dziewczynka szlochała ale nie spuszczała z niego wzroku. Jej intensywne spojrzenie natychmiast przywołało to silne, znajome już uczucie bycia obserwowanym. Nie wiedzieć czemu, cały strach, który przed chwilą go tak paraliżował, teraz gdzieś zniknął. Usiadł na krawędzi, wyciągnął zachęcająco rękę w jej stronę i zapytał:


— Masz jakieś imię?


— Nazywam się Santa Maria — odpowiedziała. A w jej czarnych oczach zamigotały gwiazdy.


************

1138 słów


#zafirewallem

#naopowiesci

@fonfi Dobre! Podoba mi się jak konsekwentnie ciągniesz to swoje uniwersum 🙂


No i zdążyłeś. Już się bałem że nikt nie napisze xD

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Tak jak obiecałem, co jakiś czas będę wrzucał tutaj wytwory, które przypadkowi ludzie zostawią pod ramką Punktu Wymiany Poezji przy Wrzeniu Świata w Warszawie i oznaczał je odpowiednim tagiem: #punktwymianypoezji - można obserwować, można czarnolistować. Jako, że to pierwszy wpis, to w kilku zdaniach opiszę na czym w ogóle polega idea PWP.


W różnych miejscach w Polsce (ale nie tylko - mapka tutaj ) znajdują się ramki pod którymi dyndają takie kolorowe zwisy zakończone najczęściej jakimś spinaczem albo innym klipsem. Każdy, kto ma na to ochotę może swój wiersz, myśl, sentencję czy cokolwiek innego czym chciałby się podzielić, przymocować do ramki przy użyciu wspomnianego mechanizmu mocującego. Może też poczęstować się wiszącymi tam karteczkami. Co jakiś czas, opiekun danej ramki - np. ja - sprawdza czy coś nowego (co nie zostało zabrane przez przypadkowego przechodnia) nie pojawiło się pod ramką. Taki nowy wiersz, jest fotografowany i przesyłany do "centrali". Centrala przygotowuje wiersze zebrane od opiekunów, i dystrybuuje w postaci pliku, ozdobione grafikami z AI. Wiersze te opiekunowie drukują i rozwieszają pod swoimi ramkami. W ten sposób wiersz powieszony przez kogoś w jednym miejscu trafia do pozostałych ramek. Proste jak 20m drutu w kieszeni.


A poniżej wiersze, które znalazłem dzisiaj po drodze do pracy:


——————————


Gdy patrzysz mi w oczy,

myślę, ile czasu upłynie,

gdy pozwolisz, bym okrył Cię

kocem mej miłości.


Robert Traczyński,

poeta młodego pokolenia,

z tomu “Oczy mrużę"


——————————


Flower Moon

self-discovery journey

by shibari rope


MxChX


——————————


Oraz te, z "centralnej dystrybucji", które powiesiłem (na zdjęciu, to te kolorowe karteczki z grafikami):


——————————


Wiersz z nagłówków


Są wytyczne

Zmieni się

Przyjeżdża

Rozjechał

Będzie nowe

Powiedział ten i ten

Powiedział, zrobił, zapisał,

Nagrał, przeprosił, zwyzywał...


Mikołaj Godyń


——————————


Jesienne nastroje


Rozkochała się w świecie barwami,

W sto kolorów całuje ustami,

Ciepłym wiatrem powiewa w zachwycie,

Mgłami tuli mokre łąki o świcie,

Już jesiennie jest, pięknie i barwnie,

Łąka strojna w kolory powabnie,

Lasy w brązach, czerwieni i złocie,

Czasem ciepłe, a raz w deszczu słocie,

Gdzieś nad głową klucz żurawi w odlocie,

Jesień kroczy w kolorowej kapocie,

Słońce krócej i słabiej ogrzewa,

Ciszej ptak obok mnie dzisiaj śpiewa,

Tęskno robi się czasem po lecie,

Na dwór trzeba wyjść w ciepłym żakiecie,

Pozamieniać garderobę na szale,

Trzeba lato pożegnać, choć z żalem.


Jolanta Gołowska


——————————


5-7-5


Jeżeli jesteś

Proszę nie mów nic więcej

To ja mam wierzyć


——————————


#zafirewallem #punktwymianypoezji - tag do czarnolistowania

3b369665-94b0-4c16-bfad-3f5e0e56a785
107b0a53-2b02-4d26-bcf4-928a0da2f016
9f022856-5875-4d8a-b142-1fa06dd5d760

Zaloguj się aby komentować

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Pan @sireplama chyba nie zauważył, że wygrał. A w kawiarni cisza - nikt się nie odzywa, nikt się o rymy nie upomina...

No to niech będzie, że znowu wystąpię w zastępstwie.


Temat: Leniwy wieczór

Rymy: cisza - umyka - klisza - muzyka


Miłego rymowania


#zafirewallem #naczteryrymy

Po wyjściu z kina nastała cisza

sens decyzji scenarzystów mi umyka

miało być epicko, a wyszła Netflixa klisza

Janko Muzykant to teraz John Muzyka

Wieczór z przyjaciółmi


Po bąku zwykle zapada cisza,

bo błyskotliwość z gazem umyka;

rozmowa rwie się jak urwana klisza,

a kiedy się skończy zapadła cisza,

symfonią rozbrzmiewa dęta muzyka.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Pan @cebulaZrosolu pochłonięty jest sadzeniem brukselki, a skoro nikt inny się nie kwapi, to przychodzę do Państwa w zastępstwie:


Temat: Metoda na podryw

Rymy: pączka - zdrowie - ramiączka - powie


Miłego rymowania


#zafirewallem #naczteryrymy

Wypełnij różą tłustego pączka

Kwiaty nie wpłyną na zdrowie

Gdy zgrubnie opuści ramiączka

Brzydsza łatwiejsza, każdy to powie

O jednego na randce za dużo pączka

a miało być tak dobrze, na zdrowie

w myślach już zsuwałem jej ramiączka

lecz ostatnie słowo w tej historii mój zwieracz opowie


z dedykacją dla @Fafalala

Obficie GHB wypełniam pączka

No trudno, źle wpływa trochę na zdrowie

Patrzę się w lustro, opuszczam ramiączka

Gwałce sam siebie, nikt nic mi nie powie

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Nie będę ukrywał, że zostałem zainspirowany wstępniakiem Pana @George_Stark . A konkretnie wstępem do tego wstępniaka. A jeszcze konkretniej, to frazą "miało wyjść inaczej", która to fraza jakoś tak idealnie zarezonowała z moim nastrojem, kiedy znad kartki zatytułowanej "Matematyka - poziom rozszerzony, symbol aruksza MMAP-R0-100-2406" spoglądałem na piękne okoliczności przyrody za oknem. I rowery wiszące na ścianie...


Krótka historia o rodzicielstwie


Rad bym sobie usiadł gdzieś na brzegu ruczaja,

W słońca promieniach co w porannej tańczą rosie,

W ptaków, się zatopił śpiewie, natury chaosie,

Okolicznościom przyrody dał się nastrajać.


Lecz smakiem się obchodzę przez syna hultaja,

Gdy maturalne zestawy - a jest ich krocie -

Rozwiązujemy wespół, walcząc w czoła pocie...

Toż niewiele już czasu zostało do maja.


Dość mam serdecznie szukania w ciągach granicy,

Liczenia wielomianów co są w stopniu n-tym,

Szkicowania rysunków co są pomocnicze,

A funkcje wykładnicze - niech będą przeklęte!


I choć maj już za pasem - to we mnie coś ryczy:

Bo jeszcze maturę muszę z córką zaliczyć...


#nasonety #zafirewallem #diriposta #tworczoscwlasna

Ja chciałem tylko koledze podziękować serdecznie za odkrywanie przede mną kolejnych zalet nie tylko starokawalerstwa, ale i również bezdzietności.


Choć roweru też na chwilę obecną akurat nie posiadam.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Przepraszam bardzo za spóźnienie, więc bez zbędnych wstępów - szybciutko i tendencyjnie:


Temat: Święconka

Rymy: koszyczek - kosmyczek - baranka - ubranka


Miłego rymowania i z góry przepraszam Panie @bojowonastawionaowca


#zafirewallem #naczteryrymy

Koszyczek z wodą święconą


Pełen już w monopolowym koszyczek

nie zmieści się nawet włos, kosmyczek

wypiję wszystko ukryty przed wzrokiem baranka

a potem uwalę się na łóżko, nie zdjąwszy ubranka

Stukasz zbreźliwie w blaszany koszyczek,

Zestroszył się z lęku więźnia kosmyczek,

Złapałeś do klatki modrego baranka,

Wkrótce wyciągniesz go z jego ubranka.

Jaj kolorowych pełen koszyczek,

Kiełbasy zapleciony kosmyczek.

Wszystkiego strzeże bojowy baranek –

Zostało wdziać odświętny komplet ubranek.

Zaloguj się aby komentować

168 100 + 23 + 24 + 25 = 168 172

Pracdomy z tego tygodnia. Z powodu świątecznego stołowania się w weekend zapewne nic nowego się nie wydarzy. Ale może w poniedziałek...?


W każdym razie, korzystając z okazji życzę Państwu kilometrów, równych asfaltów, szutrowych autostrad, wiatru w plecy, szczelnych dętek oraz siodełek miękkich jak chmurka a zadków twardych jak ławki w kościele.


Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik #rower

Zaloguj się aby komentować

700 + 1 = 701


Tytuł: Rozdroże kruków

Autor: Andrzej Sapkowski

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: superNOWA

Format: książka papierowa

ISBN: 9788375782073

Liczba stron: 292

Ocena: 6/10


Prywatny licznik: 8 + 1 = 9


I kolejna książka, która wywołała we mnie sprzeczne emocje. Ale może to dobrze. To znaczy dobrze, że książka w ogóle wywołuje jakieś emocje, bo chyba po to się przecież czyta książki. A że sprzeczne... No cóż.


Bardzo lubię prozę Sapkowskiego, którą czytałem jeszcze zanim to było modne. Ba! - nawet byłem na tyle odważny by nawiązać do tej prozy na maturze z języka polskiego, kiedy ta matura nie była jeszcze skrojona "pod klucz" i pozwalała na daleko idącą swobodę. Niestety z miernym skutkiem. Miernym literalnie, bo na Sapkowskim poznano się dopiero parę lat po mojej maturze.


Dlatego troszkę się tym razem zawiodłem.


Przede wszystkim zmęczyła mnie ogromna ilość "makaronizmów" z języków wszelakich. Po prostu jest tego za dużo. Ja wiem, że Sapek chwali się swoją znajomością 1000 i jednego języka, ale to nie znaczy, że trzeba tak męczyć czytelnika.


Po drugie historia - choć ciekawa - wydała mi się dość płytka i miejscami mocno okrojona. Wydaje się, że można było swobodnie rozwinąć ją na przynajmniej dwa razy tyle tekstu. Niektóre postacie aż proszą się o bogatsze historie i wątki. Im bliżej końca, tym więcej skrótów.


Na koniec najważniejsze - zabrakło Jaskra. Nawet tak młodego i naiwnego jak Geralt. No chyba, że o nim powstanie osobna książka...?


Podsumowując - dość ciekawe, szybko się czyta, ale biorąc pod uwagę termin premiery, odnoszę wrażenie, że dobrze zaczęta historia kończona była na szybko byle by zdążyć przed prezentowym okresem Świąt Bożego Narodzenia 2024.


Opublikowano za pomocą https://bookmeter.xyz


#bookmeter #ksiazki

8dfcdbc5-d468-41e5-a80d-69b9e164e920

Czy Ty jesteś jakimś moim alter ego? Również czytałem zanim to było modne i również o tym mówiłem na maturze ustnej z polskiego


Brak Jaskra był zrozumiały - nie znali się wtedy.

Wiedźmini żyją dłużej, więc Jaskier prawdopodobnie jeszcze się nie narodził.

A książka...

Po prostu słaba. Ja po przeczytaniu tej wróciłem do opowiadań, żeby sprawdzić czy to ja, czy Sapkowski się zmienił. Wyszło, że Sapkowski, bo opowiadania wciąż bardzo przyjemnie się czyta.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Okna umyte, ciasta upieczone, jaja ugotowane i pomalowane, warzywa na sałatkę pokrojone - nie ma jak świąteczny odpoczynek. Teraz tylko wspólne obżarstwo, rodzinne kłótnie przy stole, jęki dzieciaków "kiedy pojedziemy do domu" - ot! świąteczna atmosfera.


W związku z powyższym, wszystkim Państwu, utworem poniższym życzę tego, czego się życzy na święta i jeszcze zdrowia i cierpliwości. I pieniędzy. Tych też Państwu życzę, chociaż z wystarczającą ilością zdrowia i cierpliwości to na pieniądze można się doczekać.


Bardzo lubię święta, bardzo lubię święta, bardzo...


Matka drze się w kuchni - ojca uspokaja,

Córka bez smartfona stado much ma w nosie,

Syn uwalił krawat jedząc żur jak prosię,

A za politykę - ciotka wuja łaja.


Potraw różnorodność - jeśli lubisz jaja,

Stare o ślub brata wypytują ciocie,

Wszystkim z zaskoczenia stryjek strzela focie,

Jeden przez drugiego - drze się cała zgraja.


Szlag już zdążył trafić cały mój stoicyzm,

Kiedy biedna głowa świąt "urokiem" brzęczy,

Więc przed całym światem chowam się w piwnicy,

I sam - w błogiej ciszy - nad sonetem ślęczę.


A tak przy okazji, chciałbym wszystkim życzyć,

By się radowali, miast - jak ja - tetryczeć...


#nasonety #diriposta #zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

167 934 + 27 = 167 961

Ciągnąc dalej temat Punktu Wymiany Poezji, do zainteresowania się którym zainspirował mnie w tym miejscu @zuchtomek, podjechałem dzisiaj po drodze do pracy zostawić pod rameczką jeden z wytworów z #naczteryrymy z naszej Kawiarni #zafirewallem. Zostawiłem też na karteczce 4-rymowy "hasztag", więc kto wie - może ktoś nowy do nas zechce dołączyć?

Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

#rowerowyrownik #rower #roweremdopracy

bb9bb3e2-9c6f-4805-8b61-b03712dd31c1
2b714e17-f505-4dd1-a1c5-ede4f9a576b8
e0b70e7f-1f8b-4403-9fcd-0a405802d3f1

Zaloguj się aby komentować

@fonfi PICIE!


Dzisiaj właśnie mi brakło picia na trasie, na szczęście już pod koniec. Jednak na takie temperatury trzeba już brać 2, a nie 1 bidon hah

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry wieczór się z Państwem,

Wypadło na mnie, więc w ten ciepły - żeby nie napisać upalny - wieczór taka propozycja:


Temat: Niespodziewany atak lata

Rymy: pogoda - swoboda - lusterko - futerko


Zasady dla debiutantów i formalności:

Rymujemy używając powyższych słów, mniej więcej na zadany temat.

Zwycięzca, który będzie miał najwięcej piorunów do jutra do godziny 20 otwiera kolejną edycję.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Muszę na rower iść, taka piękna pogoda

W sumie to nic nie muszę, w końcu swoboda

Jednak skończyła się, gdy popatrzyłem w lusterko

Wychodzi po bokach coś co wcześniej kryło futerko

Specyficzna teraz jest ta pogoda

Pełnego ubioru swoboda

Każdy w okno patrzy jak w lusterko

Zastanawiając się czy założyć szorty czy futerko.

Zaloguj się aby komentować

Dzień dobry się z Państwem,

Czy tym razem zdążyłem?


Aha - wszelkie podobieństwo do jakichkolwiek osób jest zupełnie przypadkowe i niezamierzone. No mówię Wam, że tak jest


************


Wielka Księga Moderacji


7… 8… 9… 10… 

Doliczył w myślach do końca i otworzył oczy. Zorientował się, że kuca między dwoma samochodami. A właściwie tym co z nich zostało. Zardzewiała karoseria, brak kół, powybijane szyby i zdemolowane wnętrza. Wyjrzał ostrożnie spomiędzy wraków i stanął przed budynkiem, którego stan był równie opłakany. Kawałki szkła we framugach okien, dziury w elewacji, sterczące resztki elementów konstrukcyjnych i wystające zewsząd dziko rosnące rośliny sprawiły, że przez chwilę się zawahał czy to na pewno ten. Jego wątpliwości szybko jednak się rozwiały, kiedy między liśćmi dostrzegł blady, ledwie już widoczny napis “DATA CENTER”.


— No dobrze, nie ma co dłużej zwlekać. Bardziej gotowy nie będę - zdecydował, mrucząc pod nosem Max.


Spojrzał do góry, czy na błękitnym niebie, które stanowiło przeraźliwie radosny kontrast do otaczającego go mrocznego krajobrazu, nie dojrzy jakiś dronów. Te przypominające obłoczki (“albo raczej puchate owieczki” - poprawił się w myślach) france potrafiły unosić się bezgłośnie i nim się człowiek zorientował mogło być po wszystkim. Na szczęście nigdzie nie dostrzegł ich najmniejszego śladu.


Zachowując czujność ruszył w kierunku drzwi. Przyczaił się pod ścianą i zerknął na zamontowane na ręce urządzenie, które według zapewnień miało skanować okolicę i informować go o jakimkolwiek ruchu. Ze środka małego wyświetlacza leniwie mrugała do niego jedynie zielona kropka, oznaczająca jego pozycję.


Chwycił i - wstrzymując oddech - pociągnął za klamkę. Zaskoczyło go, że drzwi otworzyły się bezgłośnie.


— Na całe szczęście - pomyślał, brakowałoby mi tylko, żeby narobić tutaj hałasu.


Wślizgnął się do środka i zlustrował pomieszczenie, w którym się znalazł. Niewielka klatka schodowa, kilka kolejnych par drzwi i metalowe schody prowadzące na wyższe piętra. Tutaj również niekontrolowana przyroda zaczynała opanowywać przestrzeń, wdzierając się do środka przez puste oczodoły okien. Z informacji, które dostał wiedział, że szukać musi na pierwszym piętrze. Powoli wszedł na schody, patrząc gdzie stawia kroki. Żałował, że nie ma ze sobą broni - jakiegoś noża albo chociaż czegoś co mogłoby posłużyć za pałkę. A fakt, iż doskonale wiedział, że taka broń na nic by się zdała, zupełnie nie poprawiał mu humoru.


Dotarł na piętro. Wszedł do kolejnego małego pomieszczenia. Zbutwiałe, podziurawione resztki jakiejś kanapy w kącie i okienko w ścianie po prawej, w którym ostała się - najwyraźniej wzmacniana - szyba sugerowały, że to recepcja. Przed nim znajdowały się masywne, przeciwpożarowe drzwi zabezpieczone, martwym teraz zamkiem cyfrowym. Sprawdził klamkę, chociaż i tak wiedział, że drzwi nie puszczą. Ocenił wysokość szpary pod szybą w oknie, przecisnął się, lądując niezgrabnie w stróżówce po drugiej stronie i zamarł na chwilę. Zerknął na skaner bo wydawało mu się, że brzeg wyświetlacza zapalił się na ułamek sekundy na czerwono. 


— Musiało mi się chyba przywidzieć - skwitował po kilku długich sekundach, przez które wpatrywał się pojedynczą zieloną kropkę na środku urządzenia.


Odczekał jednak jeszcze dobrą minutę, zanim postanowił ruszyć dalej.


Z pomieszczenia ochrony, wyszedł na długi korytarz, który po jakiś stu metrach skręcał pod kątem prostym w lewo. Przemieszczał się ostrożnie, uważając żeby nie potknąć się o pozwijane wszędzie pnącza i łodygi. Co kilka kroków stawał, sprawdzał skaner i nasłuchiwał. Po lewej i prawej stronie mijał szerokie, podwójne drzwi, oznaczone napisami “STREFA” z kolejnymi numerami. Niektóre były zamknięte, inne otwarte a jeszcze inne wisiały na jednym zawiasie jakby wyrwała je z framug jakaś eksplozja wewnątrz pomieszczenia. Dotarł w końcu do zakrętu. Uspokoił oddech i wyjrzał ostrożnie za róg. Przez chwilę przyglądał się zarośniętej przestrzeni. Kiedy nic nie wzbudziło jego podejrzeń ruszył dalej. Minął kolejne dwie pary drzwi, aż zauważył oznaczenie: STREFA 21-37. 


— Są. Dokładnie tak jak mówił. Na szczęście chyba nie są zamknięte. - pomyślał, zerkając na wąską szczelinę.


Ostrożnie uchylił je bardziej. W pomieszczeniu, które kiedyś było serwerownią panował całkowity mrok. Ostrożnie wślizgnął się do środka i przywarł do ściany z nadzieją, że wzrok mu się przyzwyczai do ciemności. Zaczął co prawda dostrzegać niewyraźne kształty, ale nie na tyle, żeby móc się bezpiecznie poruszać. Sięgnął ręką do pasa po latarkę, skierował ją w głąb pomieszczenia i nacisnął włącznik. W nagłym rozbłysku światła zdążył tylko zauważyć poziome, prostokątne źrenice, które z przerażającą szybkością rzuciły się na niego. Ostatnie co zapamiętał to przeraźliwy, beczący głos…


************


Max ocknął się przerażony. Uspokoił się jednak szybko, czując pod sobą miły chłód automatycznie dostosowującej się do ciała, wkładki żelowej fotela antyprzeciążeniowego międzyplanetarnej arki Santa Maria.


@Dziwen , mogłeś mnie, k⁎⁎wa, o nich uprzedzić… - warknął, otrząsając się z resztek symulacji, do siedzącego przy pulpicie sterowniczym Głównego Kreatora.

— Max, przecież ci mówiłem, że symulacja się sypie. Nie dość, że nad niektórymi obszarami tracę kontrolę, to w niektórych nie jestem w stanie nawet podejrzeć wizualizacji. Wszystkie ślady, jakie udało mi się namierzyć prowadzą w obszar STREFY 21-37 - bronił się Dziwen i dodał - To tam musi być źródło problemu.

— Wiem, wiem mówiłeś. Pewnie dlatego też, wysiadła akurat kapsuła 21.37. Biedna Pacha… Doszła już do siebie?

— Jeszcze dochodzi. Chociaż szczęśliwa to nie jest. Nie na to się pisała. 

— Nikt z nas się nie pisał na to, co właśnie się dzieje. Dobra, chyba musimy spróbować ponownie. Rozumiem, że dalej nie wiesz czego szukamy? - upewniał się Max

— Nie. Ale myślę, że jak znajdziesz to będziesz wiedział o co chodzi. - zapewnił go Dziwen, przekrzywiając głowę na bok w charakterystyczny dla siebie, “sowi” sposób.

— Przynajmniej teraz wiem czego się spodziewać. - pocieszał się Max

— Nooo… Właściwie to niekoniecznie… Ten obszar symulacji “żyje własnym życiem”. W logach wygląda to tak jakby się cały czas sam modyfikował.

— Żartujesz sobie?! Chcesz mi powiedzieć, że cholera wie co tam teraz zastanę? - zdenerwował się Max - Też się nie na to nie pisałem… Dobra, podłączaj mnie. - dodał zrezygnowany


************


7… 8… 9… 10… 

Otworzył oczy. 

Błękitnie niebo, budynek i samochody. Jednak tym razem wszystko w idealnym stanie.


— Szlak! - podsumował widok Max - Chociaż tyle, że zaczynam w tym samym miejscu.


Rozejrzał się za dronami, sprawdził skaner na ręku i trochę pewniej niż ostatnim razem, ruszył w stronę budynku z - tym razem - wyraźnym napisem DATA CENTER. Drzwi otworzyły się tak samo lekko jak ostatnio. Klatka schodowa lśniła nienaturalnie sterylną czystością. Przystanął nasłuchując. W przeciwieństwie do poprzedniego wejścia w symulację, tym razem zamiast martwej ciszy słyszał gdzieś w oddali szum pracujących urządzeń. Wszedł na piętro. Kanapa w poczekalni zachęcała miękkimi poduchami, a zamek cyfrowy na drzwiach mrugał czerwoną diodą. Max zajrzał ostrożnie do stróżówki, przez pancerną szybę ale nikogo nie zauważył.


— Ciekawe, kogo się spodziewałem tutaj zastać - zaśmiał się duchu


Na biurku, przy włączonym monitorze, na którym widać było obraz z kamer bezpieczeństwa, leżało kilka plastikowych kart dostępu. Sięgnął po nie ręką przez szparę pod szybą, przez którą poprzednio się przeciskał. Zerknął na kawałek plastiku i na zamek przy drzwiach.


— To się nie może udać - próbował przekonać sam siebie


Przyłożył kartę do czytnika. Dioda zmieniła kolor z czerwonego na zielony, elektro-zwora puściła z charakterystycznym “pyknięciem” i drzwi się uchyliły.


— Za łatwo idzie tym razem… - pomyślał


Pomimo coraz większych podejrzeń, otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Ruszył powoli w kierunku zakrętu. Tym razem wszystkie, mijane po lewej i prawej stronie, drzwi były zamknięte, a przy każdych z nich mrugały aktywne systemy kontroli dostępu. Na korytarzu było dość głośno przez pracującą na wysokich obrotach wentylację. Krok za krokiem zbliżał się do zakrętu. Tak jak poprzednio, uspokoił oddech, sprawdził skaner i wyjrzał za róg. Tym razem widoku nie zasłaniały żadne dzikie pnącza. Było zupełnie pusto.


Zebrał się w sobie i ruszył w stronę drzwi oznaczonych napisem STREFA 21-37. Tak jak wszystkie pozostałe - były zamknięte, a czytnik przy drzwiach mrugał na niego diodą. Na myśl o tym, co ostatnio czekało na niego za tymi drzwiami, oblał go zimny pot. Niestety nie było odwrotu. Przyłożył kartę a zamek odblokował dostęp. Nie zastanawiając się dłużej, żeby przypadkiem się nie rozmyślić, szarpnął gwałtownie za klamkę. Drzwi stanęły otworem. Światła w środku automatycznie się włączyły, ukazując rzędy szaf z szumiącymi głośno serwerami różniej maści.


Stał tak przez chwilę, w obawie czy tym razem też go coś przypadkiem nie zaatakuje, ale na tyle na ile był w stanie stwierdzić, w pomieszczeniu nikogo nie było. Pomiędzy rzędami szaf, dostrzegł na końcu pomieszczenia biurko z terminalem. Podszedł bliżej. Ekran terminala, pomimo że włączony, był cały czarny i tylko na środku świeciły się dwa jasne prostokąty. Miejsca na wpisanie loginu i hasła. Obok monitora i klawiatury leżała książka.


— Książka?! - zapytał sam siebie zaskoczony Max


Wziął ją do ręki, żeby przyjrzeć się jej dokładnie. Książka zupełnie nie pasowała do nowoczesnego wnętrza centrym danych. Była oprawiona w skórę, z bogatymi, mosiężnymi zdobieniami, zamknięta na zatrzask. Na okładce widniała głowa barana z wielkimi zakręconymi rogami. Żadnych napisów, żadnego tytułu - nic co mogłoby sugerować zawartość. 


Otworzył zamek i ostrożnie uchylił grubą okładkę. Na pierwszej stronie, wypisany ozdobnym pismem i mieniącym się atramentem widniał tytuł: 


WIELKA KSIĘGA MODERACJI


a pod nim tekst, który wyglądał na ostrzeżenie:


Gdy T0m@s2-H@jt0 zatwierdzisz enterem,

Nie będziesz jeno marnym luserem,

Lecz władzę ogromną do ręki dostaniesz,

I panem ich losu natychmiast się staniesz!


Przekartkował książkę, gdzie na kolejnych stronach drobne, odręczne pismo przeplatało się z ozdobnymi szkicami, wykresami i notatkami na marginesach aż zatrzymał się na ostatniej stronie. Tam, na samym jej środku widniał odręczny rysunek głowy barana, identyczny z tym na okładce a pod nim tylko jedno zdanie:


“Wszyscy są równi, ale Owce są równiejsze!”


Wiedział już, że znalazł to po co przyszedł. Wiedział, że musi zabrać księgę i wynieść na zewnątrz, żeby Dziwen mógł w niej znaleźć rozwiązanie i przywrócić kontrolę nad symulacją. Wiedział. Jednak nie mógł oderwać wzroku od mieniącej się złoto-zielonym sheenem głowy barana i wiedziony jakimś dziwnym impulsem położył ręce na klawiaturze i uzupełnił obydwa pola: 


- admin 

- T0m@s2-H@jt0


Nacisnął ENTER.

Szum serwerów zniknął gdzieś w oddali.


************


Dziwen aż krzyknął z przerażenia kiedy urządzenia monitorujące funkcje życiowe Maxa zawyły alarmami. 


— Max?! K⁎⁎wa!!!! Kurwaaaaa!!!! Co tam się dzieje!!!!!


Jego palce biegały nerwowo po klawiaturze pulpitu sterowniczego, przeglądając wszystkie możliwe logi i podprogramy w poszukiwaniu odpowiedzi - bez rezultatu. Nagle ekran jego monitora zgasł na moment by po chwili znowu się uruchomić. Ale zamiast znajomych okien i narzędzi - na czarnym tle mrugał tylko biały, prostokątny kursor.


Jesteś tam Max? - Dziwen niepewnie wpisał pytanie, chociaż wiedział, że ten obszar symulacji jest poza jego kontrolą.


Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle pytanie zniknęło, a na ekranie pojawił się napis:


— Maxa już nie ma. Od dzisiaj zwracaj się do mnie @bojowonastawionaowca . I taguj, jak ze mną rozmawiasz!!!


************

1662 słowa

#zafirewallem

#naopowiesci

4a5957f9-ca15-4303-8e7f-def40988250c

Tak było... Nie wiem czy wiecie, ale pierwotnie na hejto nie miało być tagów, ale Owcen zagroził rodzinom adminów i specjalnie dla niego wprowadzili :]


Opowiadanie prima sort

Zaloguj się aby komentować