Film o tym, że nie powstał film. Koleś miał nakręcić dokument o gliniarzu, który uważał, że zidentyfikował mordercę posługującego się pseudonimem Zodiak, ale ostatecznie film nie powstał, więc koleś nakręcił film o tym, że film nie powstał, powstawiał jakieś ujęcia, swój głos z offu, czasem demaskując schematy powstawania filmów dokumentalnych true crime.
Wynudziłam się i nie brało mnie to. Ale to tylko moja ocena, na przykład koleżance podobał się.
Na pewno jeden z moich filmów festiwalu AFF 2025. "Suweren" zostawił mnie w tak wielkiej rozterce, że do dziś myślę o tym filmie.
Joe jest nastolatkiem, który uczy się w domu. Powodem tego jest tego ojciec, który jest takim totalnym antysystemowcem i po prostu nie uznaje prawie żadnych instytucji, więc uważa, że nie musi także przestrzegać prawa. Przez to ojciec wciąż ma jakieś problemy - a to eksmisja z mieszkania, bo Jerry nie uznaje długów, a to pobicie przez policjantów bo przecież człowiek nie musi posiadać prawa jazdy i może odstąpić od kontroli policyjnej - chociaż nie może, policjanci traktują opór Jerry'ego poważnie i biją go na oczach syna.
Kolejna kontrola policyjna skończy się tragedią.
Ale zanim tam dotrzemy, do kulminacji, obserwujemy relację ojca i syna, który z jednej strony chciałby być zwykłym nastolatkiem a z drugiej strony nie raz widzi jak system traktuje jego ojca (nie bez powodu oczywiście, skoro Jerry nie uznaje systemu).
Jerry Kane był powiązany z ruchem „sovereign citizens” — to taka amerykańska mieszanka skrajnego antyrządowego myślenia, paranoi o „nielegalnych podatkach i licencjach”, przekonania, że prawo USA nie obowiązuje „prawdziwych obywateli suwerennych”.
Czyste fakty - bowiem "Suweren" opowiada historię prawdziwą, która wydarzyła się w 2010 roku w Arkansas. Natomiast sama relacja ojca z synem może być wynikiem twórczym, ale czy na pewno? W tle druga relacja ojciec-syn, dwóch policjantów.
Wstrząsający seans, szczególnie gdy uświadomisz sobie, że ta historia wcale nie jest taka jednoznaczna.
@Mahjong Nie oglądałem Suwerena, ale od razu przypomniała mi się tragedia na Ruby Ridge. Grupka antysystemowców kupiła sobie tam rancho, żyli zupełnie spokojnie, w odcięciu od świata, nikogo nie niepokoili. Ale władzom się to nie podobało, otoczyli posiadłość, no i doszło do tragedii.
Jon Ronson poświęcił temu jeden z odcinków miniserii "Secret Rules of the World", bardzo polecam:
@Lemon_ i kolejna taka opowieść... Mnie to przeraża, z jakim uwielbieniem i brakiem refleksji Amerykanie korzystają z broni. Kolejny dowód na to, że lepiej urodzić się w Polsce niż w USA. To już pisałam kilkanaście filmmeterów wcześniej przy okazji dokumentu "Idealna sąsiadka", że możesz sobie odstrzelić na własnym podwórku sąsiadkę, która cię wkurwia i po przesłuchaniu wypuszczą cię do domu.
@Mahjong czytając różne reportaże książkowe o USA dochodzę do wniosku, że oni mają inną mentalność. Żyją trochę w swoim osobnym wszechświecie, który dla Europejczyka jest w dużej mierze niezrozumiały. Trochę, jak Ruscy, tylko Amerykanie mają dużo fajnej ekonomicznie i kulturowo i nie srają do dziury w podłodze, no i faktycznie są potęgą a nie kolosem z dykty i gówna.
Co do broni, to oni mają to tak wbite do łbów przez historię swojego kraju, jak Brytyjczycy picie herbaty i mecze piłki nożnej.
Czas na film, który pięknie mi się oglądało. Przypadek sprawił, że wiele miesięcy temu trafiłam dokument o Christy Martin, jednej z najlepszych bokserek świata. Historia była wciągająca i kończyła się... dość niewyobrażalnie. Na tyle wstrząsająco, że pierwsze co pomyślałam "ta historia nadaje się na film!".
I tadam! Powstał film, na dodatek z Sydney Sweeney w roli głównej. Jarałam się i ten seans na festiwalu był dla mnie obowiązkowy.
Ogólnie: rola Sweeney solidna, sam film solidny, historia też solidnie zrealizowana. A jednak ostrzegam, że nadal to typowy biopic, tyle że z tym twistem historii samej Christy.
Z jednej więc strony szkoda, że twórcy nie zaryzykowali czymś, czymkolwiek, a z drugiej strony przecież wciąż powstają zwykłe filmy, a ten przynajmniej ma za sobą dobrą produkcję, świetną historię i profesjonalnych aktorów - Ben Foster w roli trenera/męża Christy = miodzio!
Film trwa ponad dwie godziny, ale są takie momenty, że siedziałam na skraju fotela. Niby wiedziałam jak to wszystko się skończy, a jednak oglądałam ową historię jakby znowu na świeżo, tyle że w wersji fabularyzowanej.
Nie wiem na ile różnią się pewne szczegóły, ale ten najważniejszy i zarazem najstraszniejszy wątek tej historii pozostał bez zmian.
Film nie notuje sukcesu finansowego, superhitem raczej nie będzie, ale w moim sercu zawsze będzie zajmować specjalnie miejsce i już wiem, że na przestrzeni zbliżających lat powtórzę z chęcią ten seans!
To są filmy z festiwalu 6-11 listopada tego roku. Jak już wrzucę wszystko co tam widziałam znów wrócę do poziomu mojego zwykłego, czyli raczej jeden film dziennie, choć nie zawsze się udaje, ale w tygodni zawsze kilka ogarnę.
@Mahjong Ej, zupełnie nie poznałbym jej xD na 3 zdjęciu miałem takie "coś jakbym kojarzył ją skądś, ale pewnie jakaś drugo/ trzecioplanowa aktorka i tyle". Oglądnę jak będzie gdzieś dostępne
Alexandre O. Philippe był gościem festiwalu AFF we Wrocławiu. Ogólnie to jak sam o sobie mówi - jest typem, który kręci filmy o filmach.
Tutaj akurat nie cały film, a jedna konkretna scena, która potrząsnęła światem kina - słynna scena prysznicowa w "Psychozie" Alfreda Hitchcocka. Mamy tam wspominki, które dają nam więcej wiedzy o tym jak powstawała owa scena, ale także typowe geekowskie "gogglebox" na kanapie (Elijah Wood między innymi).
Dla maniaków kina, ciekawskich i lubiących filmy o filmach. Ogólnie - zabawa na tym dokumencie gwarantowana.
Już jestem trochę zmęczona tym wrzucaniem filmów z festiwalu, ale samodyscyplina musi być - jeszcze parę dobrych filmów przede mną do wpisania na tag zresztą zostało. Robię to dla siebie - zauważyłam, że wystarczy krótka notka by lepiej zapamiętać dany film - przy takiej częstotliwości oglądania jest to wskazane wręcz. Więc wytrzymajcie ze mną jeszcze trochę
"Pod światło" to historia nastolatka cierpiącego na ataki padaczki, przez to musi żyć nieco inaczej niż reszta rówieśników, ale on znowu bardzo chce żyć jak reszta rówieśników i jego największym marzeniem jest iść na prombal, chociaż tam przez stroboskopowe światła na pewno czekać go może mocny atak epilepsji.
Ogólnie film o znaczeniu przyjaźni i rodziny. Do obejrzenia, ale nic niezwykłego.
Poprawne kino o ludziach ubogich w majątek, ale bogatych w empatię.
Potężne pożary zabierają rancho głównego bohatera. Zmuszony jest mieszkać na malutkim osiedlu przyczep na pustyni. Kowboj Dusty (grany przez Josha O'Connora) musi teraz wymyślić na nowo swoje życie. W jego głowie rodzi się pomysł by wyjechać i pomagać siostrze na farmie w innym stanie, ale z drugiej strony zostawi tu córkę ze swoją byłą partnerką, z którą do dziś się przyjaźni.
Mała społeczność ludzi, którzy teraz stracili majątek pomoże mu podjąć właściwą decyzję.
Piękny, prosty i wzruszający film. Dla mnie takie 7,5/10!
Pierwszy dokument na liście obejrzanych filmów z AFF 2025 i zarazem drugi z filmów, które oceniam wyżej niż 7/10.
Videoheaven to niemal trzygodzinna przygoda z historią wypożyczalni kaset video w USA. Dostajemy pełny przekrój tematu, przeplatany scenami z filmów, które w całości albo choć na moment przenoszą nas do wnętrza wypożyczalni.
Dla mnie był to też zarazem pewien filozoficzny esej o kinie na podstawie sposobu oglądania, wybierania i spędzania czasu jakim były wypożyczalnie video.
Bardzo interesujący to dokument, i może w Polsce nie rządziły takie multipleksy wypożyczalniowe jak w USA, ale też przeżyliśmy w naszym kraju erę zwaną video.
*Na zdjęciu scena z jednego z seriali (Stranger Things) użytych w dokumencie i zarazem lektorka offowa tego dokumentu - Maya Hawke.
Czy polecam? Dla miłośników nostalgii oraz ery VHSów - lektura obowiązkowa!
Ten film mnie totalnie zmęczył, może o to właśnie chodziło by pokazać trudy życia słomianej samotnej matki - dziecko chore cały czas wymaga opieki, w mieszkaniu zawalił się sufit (dosłownie!), mąż daleko w robocie, wredna kasjerka nie chce sprzedać butelki wina bo za 2 minuty nocna prohibicja, w pracy same problemy i natrętni klienci.
I tak obserwujemy poczynania głównej bohaterki, która powoli stacza się w odmęty lekkiego szaleństwa z powodu samotności.
Zestresowany życiem człek postanawia wymusić na doradcach finansowych przeprosiny, za to, że zrujnowali jego interes. Bierze więc obrzyna, idzie do siedziby firmy i drutem przywiązuje trzymaną broń do szyi doradcy (oryginalny tytuł to "Dead Man's Wire").
Teraz ten stanie się jego zakładnikiem, póki nie zostaną spełnione warunki głównego bohatera.
Bardzo dobrze się ogląda, głównie dzięki młodszemu z familii Skarsgardów, który wbija się na aktorskie wyżyny.
Aż się boję wrzucać tu swoją opinię na temat tego filmu, bo wiem, że komedia obrosła kultem dla niektórych, sam fakt, że puszczano to na festiwalu w ramach jakiś tam komedii amerykańskich, może o tym świadczyć oraz wypowiedź prowadzących sekcję, którzy wprost powiedzieli, że zazdroszczą tym, którzy będą oglądać ten film po raz pierwszy.
To ja. Nie widziałam wcześniej "Jaj w tropikach".
Napiszę krótko: przez pierwsze pół godziny śmiałam się jak po⁎⁎⁎⁎na. Potem był koniec śmiania, czułam się jakbym oglądała polsatowskie kabarety.
Przepraszam fanów tej komedii, mi nie pykła, miałam dość tych dowcipów po 30 minutach już.
@Mahjong - rozumiem, że dla niektórych "włączających myślenie" to może być kultowy film bo może być odbierany jako naśmiewający się z politycznej poprawności - niemniej przy głębszej analizie (chociaż nie trzeba wcale kopać głęboko) wcale nie popiera rasizmu czy kulturowego zawłaszczania
Mnie osobiście część rzeczy w nim śmieszy - ale większość gagów odbieram jako meh (zwłaszcza po drugim obejrzeniu w tamtym roku zastanawiałem się nad skalą miałkości tego filmu i oceniam go na 5/10).
Najnowszy film Kelly Reichardt to antyheist movie. Mamy bohatera, który na początku wydaję się kolejnym sprytnym cwaniakiem chcącym zarobić na kradzieży dzieł sztuki. Plan wygląda niby ok, ale z czasem się okaże, że ten napad na muzeum to zwykła porażka, a główny "mastermind" musi się zmierzyć z jej konsekwencjami.
Kolega wychodził z kina zrozpaczony, bo zamiast ambitnego akcyjniaka dostał nieciekawą historyjkę, błąkającego się nudnawo bohatera, który unika odsiadki. Dla mnie to było fajne, że film zdemaskował takiego cwaniaka i zamiast superbohatera filmowego niczym z serii Ocean's (podaj dowolny numerek) dostajemy zwykłego lesera, który myślał o prostym zarobku i skrewił co tylko można było skrewić w swoim planie.
Więc ostrzegam - jeśli ktoś poleci na "o, jaki fajny opis, akurat Luwr okradli, zobaczmy!", to się może mocno rozczarować, bo ten film ma tylko podobny punkt wyjścia i cała reszta nie idzie dalej gatunkowo w stylu heist.
Skopiuję opis z w filmwebu: młody policjant Lucas dostaje zadanie: ma uwodzić mężczyzn w toalecie centrum handlowego, by aresztować ich za nieobyczajne zachowania. Kiedy jednak spotyka Andrew, rutynowa operacja przeradza się w coś niebezpiecznie intymnego.
I dosłownie czymś takim jest ten film. Parę fajnych scen, ale ogólnie to nie ma tam nic wyjątkowego, widzieliśmy takich historii już setki - zmagania się w własną tożsamością.
Film jest komediowy, przez to wytraca ładunek, szczególnie pod koniec.
Bogaty, rozpieszczony Balthazar zainspirowany ćwiczeniami w szkole na wypadek napadu masowego shootera, postanawia umówić się sposobem z pewnym typem z Texasu, który napisał mu, że planuje urządzić sobie strzelanie w szkole.
Balthazar nie myśli w sumie wcale o tym, że zrobi coś dobrego - każdy normalny by po prostu pokazał rozmowy z anonem z netu policji. On chce być KIMŚ, bohaterem, dzięki temu zyska należny mu fejm, który nie jest tak łatwo zdobyć na rolkach w internecie, choć Balthazar nawet nauczył się płakać do kamerki telefonu, byle zyskać jak najwięcej lajków i komentarzy.
Konfrontacja napuszonego nastolatka z prawdziwym biednym incelem oczywiście skończy się nie tak, jakby życzyłby sobie główny bohater.
Linklater znów zabrał się za prawdziwych ludzi. Tym razem jeden wieczór z życia Lerenza Harta, autora broadwayowskich piosenek - jak własnie np. "Blue Moon", tuż po premierze musicalu "Oklahoma!".
Cały film to praktycznie słowotok wypowiadany ustami Ethana Hawke'a, który gra Harta. I chyba na tym miało to polegać. Mnie czasem męczył ten słowotok, ale umiem docenić rolę Hawke'a.
Nie wiem jak ja się wyrobię z tym wrzucaniem filmów z AFFa, no ale samodyscyplina musi mi jakoś pomóc - byle chociaż 2/3 tytuły wrzucać dziennie - a przecież filmów oglądałam około 5 dziennie! Zapewne łatwiej jest oglądać filmy niż o nich pisać, nawet gdy to się lubi.
Biopic o życiu Bruce'a Springsteetan..., nie! czekajcie, to nie jest typowy biopic "od zera do bohatera". Tutaj the Boss jest już blisko statusu gwiazdy, co prawda "Born in the USA" zawita nieco później na listy przebojów, ale już jest w jego głowie. Tymczasem obserwujemy dość cichego, depresyjnego Springsteena, który walczy z własnym projektem - płytą "Nebraska". Oprócz tego walczy ze swoimi problemami psychicznymi.
Jeremy White jako Bruce jest bardzo przekonywujący i bardzo podobny. Oglądamy więc rockmana oderwanego od stereotypowego otoczenia - Bruce nie nadużywa alkoholu, nie bierze narkotyków, czasem żyje tak mocno muzyką, że nie potrafi wskoczyć znów w zwykłe społeczne relacje.
Ogólnie polecam, nie ma wiele złego w tym filmie, jego jedyną wadą, że jest to, że niczym nie zaskakuje w sensie realizacji, ale na pewno spodoba się, nawet jeśli nie jesteśmy fanami the Bossa.
Staram się oglądać wszystkie filmy Astera, i fakt, zjazd jest lekki od Hereditary i Midsommar. Ale jednak wciąż to jest znakomite kino, chociaż w "Bo się boi" odleciał już nieźle reżyser.
O Eddington też naczytałam się, że to nie jest to i w ogóle słabe. Ale ja bawiłam się dobrze, fakt, film jest ździebko za długi, ale mi bardzo dużo wynagrodziła pięknie akcyjna końcówka.
Ot, dość taki flegmowaty szeryf grany przez Joaquina Phoenixa postanawia kandydować w wyborach na burmistrza miasteczka. Spór z obecnym burmistrzem (w tej roli Pedro Pascal) walczącym o drugą kadencję zaczyna się ostro załączać, do tego do miasteczka przybywa epidemia koronawirusa oraz "epidemia" wzburzonych ludzi zabiciem George'a Floyda.
Aster nie pozwala nam polubić właściwie żadnego z bohaterów. Prawie każdy z nich jest zwykłym chujkiem, czy to mężczyzna czy kobieta. Nagle z małego, sympatycznego miasteczka Ellington staje się poligonem walk.
Po takim znakomitym filmie jak "Chronologia wody" (mój wpis wcześniej) wpadasz w takie gówno jak to na festiwalu.
Isabel jest w ciąży, widać że rozwiązanie niebawem, ale i tak wdaje się w dość pokraczny i dziwaczny romans z przystojnym i dziwakowatym wokalistą równie dziwakowatego zespołu.
Ten romans jest osią filmu, chociaż nie zawsze go oglądamy, ale przebija się praktycznie wszędzie. Tajemniczy Elliot zanim wdał się w romans z ciążowatą i zamężną Isabel, wdał się także w "romans" z fanami swojego zespołu, którzy bardzo poważnie oczekują jego ostatniej płyty. Ta jednak nie nadchodzi i faza fanów zespołu z tym związana uderza bezpośrednio w samą Isabel.
Jeśli musicie to obejrzeć, to obejrzyjcie. Jeśli nie musicie, no cóż, moim zdaniem wiele nie stracicie. Może "Chronologia wody" była popierdolona, ale trzymała mnie cały czas na krawędzi kinowego fotelu, tutaj tylko odliczałam niecierpliwie czas do końca seansu.
Wracam z festiwalu American Film Festival, będę się starała wrzucać po parę filmów dziennie (na festiwalu byłam na 25 seansach). Jeśli kogoś by to denerwowało to dodaję dodatkowe tagi, do zczarnolistowania. Ale mam nadzieję, że ciekawskie filmowe umysły hejtowskie zerkną chociaż na kilka moich wpisów
FILM
Spójrzcie na reżyserię. Tak, to ta aktorka od "Zmierzchu". Z nią w ogóle jest ciekawa historia, bo po uzyskaniu międzynarodowej sławy wydawało się, że zawita na dłużej w Hollywood, i tak się też stało. Ale pani Stewart w pewnym momencie zaczęła bardziej zwracać uwagę na role. I tak, dalej zdarzały się typowe mejnstrimy, ale zdarzały się także role w filmach francuskiego twórcy Oliviera Assayasa. I podejrzewam, że tam łyknęła europejski styl, który przebrzmiewa z pełną wyrazistością w jej reżyserskim debiucie "Chronologia wody".
Rzadko się zdarza by pierwszy film festiwalu od razu był "tym" filmem festiwalu.
"Chronologia wody" nie jest więc typowym amerykańskim filmem, ba! stawiam nawet założenie, że to mniej amerykański film od "Do utraty tchu" Godarda, który też btw leciał na AFF.
To historia pisarki, która całe życie mierzyła się ze swoją przeszłością i swoją teraźniejszością, taka laska, w której faceci się zakochują, ale oprócz tych kilku adoratorów nie jest łatwo ją polubić. Lidia mogła zostać pływaczką, ale zaprzepaściła to. W pewnym momencie przebranżowiła się z niespełnionego sportowca w pisarkę.
Obserwujemy więc jej drogę, jej przeszłość i teraźniejszość, pełną dziwnych sytuacji, połamania psychicznego, które mocno wpływa na otoczenie i jej uzależnień od używek. Taka to chronologia uwolnienia traumy by pisarze.
Film nie jest łatwy, bo nie jest podany na tacy, to nie jest typowy biopic, czy to fałszywy jak "Tar" czy prawdziwy. To film pogłębiony, czasem eksperymentalny, produkcja może jest amerykańska, ale widać, że przygoda z europejskim kinem przysłużyła się Stewart.
Jeśli kochacie kino za to, że daje wam przygodę, akcję, śmiech czy łzy, to możecie ominąć ten tytuł, ale jeśli europejskie klimaty nie są wam obce to może was właśnie czekać największe zaskoczenie roku. Sama nie wiem czy za chwilę nie dam sztosowej oceny, czyli 10/10.
Jak na debiutantkę jest to bardzo dojrzałe dzieło. Z niecierpliwością będę czekać na kolejne reżyserskie filmy Kristen Stewart. Zapamiętajcie to nazwisko, nie już jako aktorki (tej od Zmierzchu), a ambitnej reżyserki, która zapewne będzie szukać swojego autorskiego rysu.
SŁOWO KOŃCOWE
Rozpisałam się, postaram się streszczać przy kolejnych opisywanych filmach festiwalu. Dodam jeszcze tylko tyle, że przez to, że widziałam tak znakomity film pierwszego dnia festiwalu to trudno mi było oceniać kolejne filmy w kolejnych dniach, ale na szczęście szybko się rozluźniłam.
Bo muszę przyznać, że "Chronologia" trzymała mnie przez cały seans na bardzo mocnym napięciu!
Film o tym, że rzeczywistość, nawet gdy przybierze bajeczne barwy filmowego realizmu, to i tak postawi cię na koniec do pionu. Ale co z tego, skoro kolejne filmy czekają za rogiem by ukoić cierpienia codziennego życia.
Mia Farrow w roli głównej jest po prostu za⁎⁎⁎⁎sta. Cudownie oddaje "taki se" świat głównej bohaterki, która ma gównianą pracę i męża darmozjada, który może bije tylko w ostateczności, ale za to woli spędzać czas z kolegami i innymi kobietami. Nic więc dziwnego, że Cecillia woli spędzać wolny czas w kinie, gdzie w pełni oddaje się ekranowej fantazji i może zapomnieć o zwykłej codzienności.
Jednak pewnego dnia z kinowego ekranu wychodzi jeden z bohaterów filmów z przekonaniem, że jest w niej zakochany. Dalej nie zdradzam, kto nie widział niech obejrzy, bo to dość ciekawy film Allena o kinie samym w sobie.