To film, z którym miałam ogromy problem w czasie jego hajpu - ostatecznie po 30-40 minutach porzuciłam seans.
Doszłam wczoraj do wniosku, że czas wykorzystać czas mojego peaku tolerancyjnego i nadrobić seans, do pełna, do końca.
Aż przeleje się woda.
No i cóż, było fajnie akurat na te 40 minut, które ledwo wtedy przetrwałam, ale przetrwałam. Tolerancja wzrosła, film dokończyłam. I kurde to jakby zrobić bajkę dla dzieci w stylu Wesa Andersona ale z motywem typu "Amelia".
Długo się zastanawiałam czy by nie dać w związku ze swoją "powiększoną tolerancją na filmy" jednak 6/10 a nawet 7/10, bo przecież jakoś źle się nie bawiłam, ale czy to byłoby fair wobec filmów, które tak oceniłam a zawsze mam z nimi pozytywne wrażenia? Niezbyt.
BTW, ten film tłumaczy mi niską gadkę Potwora z Frankensteina. Stwór ma być dziwny, milczący, przypominający zwierzę i TA-JE-MNI-CZY!
Co ja mam napisać o tym filmie? Nie wiem o co w nim chodzi. Ale jest zrealizowany tak dziwnie, tak inaczej. Dla mnie niezwykłym jest, że tak ponadczasowym w epoce bardzo czasowej (PRL) był Królikiewicz. Co w sumie nie jest trudne jeśli kreślisz kino artystyczne, dziwaczne, eksperymentalne wręcz.
Dziś czytam w opisach filmów "art house na sterydach", albo sama tak piszę o tych filmach, a tu się okazuje, że taki typ jak Królikiewicz to na spokojnie kręcił w czasach PRL-u. Czysty arthouse.
Już przy seansie sztandarowego filmu tego reżysera, czyli "Na wylot", było mi ciężko. Tutaj też nie ma ułatwień, dla takiego prostego umysłu filmoznawcy jak mojego. Ale, wiecie co? nie do końca! Bo jak tak myślę w czasie pisania tej notki - były ułatwienia. Ułatwienia realizacyjne - sporo długich jednoujęciówek, z czego jedna dosłownie kilka minut nakręcona z ręki i biegania - dogma style! dwie dekady zanim dogma powstała. Realizacyjność filmu podawała wiele dyrektyw - zamiast hańbiąc swoją inteligencję na zrozumieniu fabuły, mogłam wykorzystać doświadczenie filmoznawcy - what a fun, szczególnie na tak mało znanym tytule.
Nie umiem określić dokładnie fabuły, zresztą ktokolwiek odważy sobie sprawić ten seans zrozumie, że fabuła tu jest tłem, o ile jakaś jest. Więc nie będę paradować z fabularnym opisem, bo tam nawet rzucenie jajkiem wyodrębnia kilka wszechświatów interpretacji.
Kto widział "Na wylot" wie czego się spodziewać, kto nie widział, może lepiej zacząć od tego sztandarowego dzieła Królikiewicza, bo one chociaż jest do złapania w formę fabularnego opisu.
W każdym razie "Wieczne pretensje" jest pie⁎⁎⁎⁎⁎ięty. Silność i bezsilność głównych bohaterów, że tak napiszę, po prostacku - ryje banie.
Ogólnie polecam, ale tak jak piszę - to jest twardy arthouse! zwykłym widzom bym tego nie polecała, ba! samej sobie sprzed 5-10 lat bym tego nie polecała.
Znalazłam coś takiego w necie, w sensie opisu fabuły przez samego reżysera:
"Królikiewicz tak opisywał swój zamysł: Polska, lata 70-te, współczesne czasowi realizacji filmu. Świeżo reaktywowany działacz partyjny – jak się domyślamy, dopiero co zdjęto z niego klątwę – dostaje nowe bojowe zadanie, wykonaniem którego ma się zrehabilitować wobec wymagających zwierzchników, ci godzą się z nim rozmawiać tylko przez telefon, wydając rozkazy nie podlegające dyskusji. To zadanie to natychmiastowa superkontrola w rzeźni wielkomiejskiej, gdzie korupcja i niekompetencja grożą wybuchem buntu załogi. W despotycznych systemach każdy bunt zaczyna się od afery wokół mięsa, toteż do takiej kontroli potrzebni są superlegalni wykonawcy, a takich nie ma. Działacz partyjny znajduje jednak takiego wykonawcę w przypadkowo spotkanym, skatowanym oszuście i złodzieju, na którym własna szajka nie zdążyła wykonywać wyroku za zagrabienie łupu"
Będę pisać z pozycji czytelnika-miłośnika książkowego pierwowzoru.
Jestem maniaczką książki - chyba żadnej innej książki nie przeczytałam tyle razy co "Wielki marsz". Co nie jest wcale trudne, bo to nie jest długa rzecz, ot jedno kilkugodzinne posiedzonko.
Ale tam gdzie padłam jak żołnierz w okopie pod wpływem stresu (przeżywanego nie raz, ile razy bym to czytała - zawsze tak samo), łez, wrażeń - film to oddał mi w ramach ekranizacji.
Nie jestem namiestnikiem oddawania wierności źródłu, więc tolerancyjnie przyjęłam ową ekranizację i sam fakt, że dał mi ten film tak wiele uczuć, które za każdym razem przeżywam podczas lektury - do mnie to wystarczająco przemówiło.
Więc ocena czysto subiektywna. Chociaż mi akurat książkowa końcówka bardziej przypasowała, była bardziej realistyczna IMO na poziomie emocjonalno-psychicznym bohaterów, w filmie to trochę takie wynaturzenie - jakby film miał kilka końcówek, a nie tylko jedną.
Ale sam klimat wielkiego śmiertelnego spaceru dla mnie został oddany. Still... nie jest to jednak TA KSIĄŻKA, więc na więcej niż 8/10 nie może liczyć ta ekranizacja. I powiem wam jeszcze coś - do książki na pewno wrócę jeszcze nie raz - ale czy do filmu będę potrzebowała? Tego jeszcze nie wiem, na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że nie.
Ocena: 8/10 (było 6/10 gdy pisałam pierwszy akapit :D)
Nie powiem, po poprzednich "vargach" miałam spore oczekiwania, ale ten film ich nie spełnił. "Bez dachu i praw" i "Cleo od 5 do 7" sprawiły, że siedziałam zadumiona i zdumiona, były ożywczymi filmami, które od razu dostały 9/10.
Tymczasem "Jedna śpiewa, druga nie" nie ma już tego drygu, który potrafi kinomana zmusić do zachwytu. Owszem, to fajny film, ogląda się dobrze, ale brakuje tej boskiej iskry.
Obserwujemy życie dwóch przyjaciółek - częściej osobno niż razem - Pomme i Suzanne. Obie są feministkami, ale każda z nich prowadzi inny tryb życia. Pomme jest wolnym duchem, poświęciła się śpiewaniu i występom, natomiast Suzanne to samotna matka, która musi walczyć nie tylko o przeżycie, ale także o swoją wolność istnienia. Akcja tej przyjaźni rusza w roku 1962 i trwa kilkanaście lat.
Film jest bardzo feministyczny, więc nie każdemu może przypasować. Mi ten wydźwięk nie przeszkadzał, ale śmieszyły niektóre rzeczy, jak np. to, że Pomme zachwala swojego faceta Dariusa, Irańczyka, który wydaje się jej równy w byciu feministą, ale gdy dziewczyna zachodzi w ciążę i wyjeżdżają do Iranu okazuje się, że wspaniały Darius niczym nie różni się od reszty facetów, przynajmniej tych z jego ojczystego kraju - chce mieć żonę i matkę swoich dzieci zamkniętą w domu.
Piękna jest scena gdy się o to kłócą, Pomme wyrzuca argumenty, że jest tu samotna, nie ma z kim rozmawiać, a Darius na to "ale przecież moja siostra mówi po francusku. Trochę...".
Fajne są też piosenki, występy grupy wędrownej Pomme (na przykłąd taka pioseneczka "Engels to powiedział. W dzisiejszej rodzinie mężczyzna jest burżuazją, a kobieta proletariatem. Miał rację papcio Engels…”).
Ogólnie im dłużej piszę o tym filmie tym coraz bardziej zaczyna mi się podobać - całkiem możliwe, że ocena więc może skoczyć - mam tak często, po paru rozmowach, czy czytaniu recenzji lub esejów w necie, potrafię diametralnie zmienić zdanie i wtedy w mózgu światełko robi pik, bo moja reakcja na film przeskoczyła gdzieś dalej. To moja otwartość na filmy, szczerze mówiąc, trzymając się twardo własnych reakcji na siłę, straciłabym już dawno miłość do kina.
W każdym razie byliście świadkami jak z filmu 6/10 w trakcie pisania tej krótkiej notki film awansował na 8/10.
Do obejrzenia na Mubi, tam można też zobaczyć jej wyżej wspomniane filmy plus kilka innych jeszcze. Te oczywiście też będę nadrabiać.
@bojowonastawionaowca Nigdy nie umiałam oceniać filmów "na świeżo". Jak coś jest średniakiem to łatwo dać 7/10, ale czasami z innymi ocenami mam problem.
Tutaj akurat próbowałam sobie przypomnieć co mi się podobało w tym filmie i w czasie pisania dotarło do mnie, że to, że ten film nie podobał mi się tak bardzo jak poprzednio oglądane "Vargi" to nie powód by tak zjechać z oceną, mimo że przecież to dalej dobry film.
BTW, na letterboxdzie mam opis "Movies are like drugs - you build your tolerance through consumption." To chyba dużo mówi o moim ocenianiu filmów
Czasem patrzę na filmweb czy inne portale jakie dawałam oceny filmom oceny kilka lat temu i łapię się za głowę XD
Fabuły omawiać nie będę - każdy praktycznie zna ten film.
Dla mnie na pewno to lepsza przygodówka niż sajfaj. Ogólnie pokładałam spore nadzieje w tym rewatchingu, ale niestety - nie zrobił na mnie wrażenia za pierwszym razem i teraz też nie zrobił.
Ale fun był, a to najważniejsze, więc cieszę się z seansu.
Lata 60. XX wieku, 16-letnią Heather rodzice wysyłają do szkoły z internatem dla dziewcząt. Na początku wydaje się, że jedynym problemem Heather w tych nowych warunkach będą bully-koleżanki i upierdliwe nauczycielki, ale gdy zaczynają znikać uczennice nasza bohaterka będzie próbowała uratować się z tej sytuacji - ale przerażające wizje i coraz dziwniejsze wydarzenia związane z pobliskim lasem bardzo to utrudnią.
Solidne, choć mało straszące kino. Bardziej plusuję za klimat i aktorstwo - w roli dyrektorki znakomita jak zawsze Patricia Clarkson. Bardzo fajne, szerokie ujęcia - choć moim zdaniem pojawiają się za rzadko, ale rozumiem, to horror, czasem sceny wymagają dynamicznego cięcia.
PS. SPOILER poniżej!
/kiedy do szkoły przyjeżdża ojciec Heather by ją stamtąd zabrać, grany przez Bruce'a Campbella, i szuka w szopie narzędzia do ubicia złych wiedź-nauczycielek, byłam na 99 procent pewna, że wyjdzie z szopy z piłą mechaniczną XD, to by było niezły easter egg horrorowy!/
Bez oceny, bo była zdecydowanie zawyżona z powodu sympatii do serialu.
Jakoś ostatnio nie mam weny do oglądania ambitniejszego kina. Włączyłam sobie film Dead Like Me, bo zawsze kochałam ten serial, więc obejrzenie słabego filmu, który miał robić za zakończenie serii urwanej po 2 sezonie, wydawało się w miarę.
No niestety, film nie stał koło serialu, jest krótki, pocięty, wymiana aktorów, fabuła posklejana na szybko. Resztę ratują ci znani z serialu.
Ogólnie polecam wyłącznie tym, co widzieli serial, dla tych co nie widzieli - nie ma sensu tego oglądać.
Dziesięcioletnia Polly musi ukrywać się wraz ze swoim ojcem przed złymi ludźmi. On dopiero co wyszedł z więzienia i natychmiast ruszył na pomoc córce, bo wie, że skoro odciął się od silnie nacjonalistycznej grupy przestępczej to wyrok na niego i jego rodzinę już zapadł.
Dużo akcji, ale też sporo smętów. Dużo różnych rozwiązań realizacyjnych. A jednak to nie stworzyło dla mnie ogółem dobrego rozrywkowego kina. Gdzieś zaszlachtowano duszę tego filmu po drodze.
Po prostu wygląda jak kolejne popowe akcyjne kino, które ma zachwycić zwykłego widza streamingów.
@pszemek prequel. Cały film się zastanawiamy, czemu stara siedzi z tyłu, a film buduje napięcie. Czy się pokłócili? Czy ją bije? A może ją porwał i tylko kłamie, że to jego żona?
Dopiero na końcu filmu wjeżdża plottwist że ona jedzie z przodu
Tytuł: Czy to wystarczająco czarne?!? Renesans czarnego kina
Rok produkcji: 2022
Kategoria: Dokumentalny / Muzyczny
Reżyseria: Elvis Mitchell
Czas trwania: 2h 15m
Ocena: 7/10
Dla miłośników kina.
Kawałek historii czarnego kina. Od jego początków do boomu blaxploitation. O trudnościach rasowych, o tym jak spory wpływ miało czarne kino na kino ogólnie. Dość prężna filmowa "encyklopedia" kina afroamerykańskiego. Łatwa w odbiorze, choć czasem miałam wrażenie nadinterpretacji pewnych wątków, no ale film jest opowiadany i zrealizowany przez czarnego krytyka filmowego, więc trudno by nie patrzył on na to ze swojej perspektywy.
W każdym razie interesujący dokument o filmach, czyli to co takie potworki jak ja - bardzo lubią - filmy o filmach.
Ot dokument o Arturze Szpilce. O jego życiu i karierze. Dla mnie dość fascynująca postać, bo swego czasu był chodzącym pijarem boksu (niekoniecznie można to ocenić dobrze, no ale był), jego przeszłość zostawia wiele do życzenia: koleś od dzieciaka bił się z kim popadnie, był ultrasem i chuliganem, siedział w "więźniu".
Ale to mnie właśnie fascynuje w Szpilce - że miał, mimo zaczątków kariery sportowej w wieku nastoletnim, wszelkie papiery na zostanie chuliganem, recydywistą, ćpunem i hazardzistą do potęgi. To niemalże cud, że jednak ta kariera sportowa popędziła go w trochę inną stronę - nadal mógł być sobą, czyli nieogarniętym głupcem, nadal mógł bić, ale już bez tego wątku bycia szkodnikiem społeczeństwa. Ba!, można nawet napisać, że przysłużył się społeczeństwu, bo zaczął mu zapewniać rozrywkę.
W filmie jest też aspekt problemów psychicznych - nawet taki "arbuz" intelektualny jak Szpilka musiał zmierzyć się ze swoimi wewnętrznymi demonami. To tylko pokazuje, że depresja może dotknąć każdego.
Ogólnie interesujący dokument dla kogoś kto interesuję się boksem lub MMA (to ja!), więc nie będzie to czas stracony. Szpilka nie świeci inteligencją, ale faktem jest, że ma wymaksowaną charyzmę, więc od oglądania go gadającego nie będzie nas raczej boleć głowa.
@kodyak W sumie tak, też mnie irytuje ten trend, szczególnie że jako fanka tenisa już jestem przeżarta kontentem serialowo-dokumentalnym o tym i to jest tak strasznie nudne...
Ale Szpilka ma charyzmę, plus, jeśli się interesuje jego karierą sportową (żadna ze mnie fanka, ale znam coś tam z jego osiągnięć i porażek), to wchodzi na lekko ten film.
@Mahjong komentarz znajomego o tym "dziele": "nudny dokument o neandertalczyku ktory ma IQ rośliny, no ale dobra w tych czasach nie potrzeba ani grama inteligencji aby osiągnąć sukces w jakiejkolwiek dziedzinie xD"
Chyba nie miałam jednak nastroju na komedię wczoraj wieczorem. Pośmiałam się przez pierwszą połowę filmu, potem już trochę rzadziej.
Mimo to wciąż lepsza komedia niż killery i inne niepłaczące chłopaki - przynajmniej dla mnie.
Pewien żołnierz przypadkiem bierze do niewoli niemieckiego generała. W jego radosnych poczynaniach pomaga mu radziecka żołnierka Marusia. I to ich relacja jest główną osią filmu, a nie jakiś tam generał.
Na początku para nie przepada za sobą, acz jest zmuszona razem przebywać. Jednak jak to bywa "kto się czubi ten się lubi" i po serii ciętych ripost w swoją stronę para żołnierzy zaczyna do siebie pałać uczuciem.
Lekko propagandowy ton nie przeszkadza w sumie w oglądaniu, bo tam prawie każda scena i każdy dialog ma charakter humorystyczny.
Na filmwebie skarżą się na wersję bez napisów - to fakt, w filmie wiele dialogów jest po rosyjsku i niemiecku. Znalazłam wersję zrekonstruowaną ładnie na 35mmonline i tam można włączyć napisy jak coś - podaję info.
Chyba już żaden film Wajdy nie zrobi na mnie takiego wrażenia jak "Kanał", ale to nie powód by nie nadrabiać filmografii mistrza kina.
"Wszystko na sprzedaż" to film w filmie. Film o aktorze, który nigdy się nie pojawia na planie i nigdy się już nie pojawi. Hołd dla Zbigniewa Cybulskiego.
Oglądamy rozterki aktorów, reżysera ale także sceny z powstającego filmu, które niewiele się różnią od rzeczywistości. Aktorzy grają pod swoimi imionami, a reżyser to Andrzej - tropy wiodą oczywiście ku prawdziwym emocjom towarzyszącym Andrzejowi Wajdzie po śmierci Cybulskiego, które możemy łatwo rozkodować. Za to rozkodowanie samego aktora, którego już nie ma, wydaje się przedsięwzięciem praktycznie niemożliwym ani dla samego filmu, ani dla jego bliskich i twórców.
Ciekawa koncepcja, ciekawy film, jednak mi osobiście czegoś zabrakło - wszystko jest trochę dla mnie wynaturzone, sztuczne, wymuszone, ale czy czasem czymś takim nie jest praca na planie filmowym pod pływem śmierci głównego aktora? Nie wiem, ale może we "Wszystko na sprzedaż" jest gdzieś ukryta odpowiedź.
Bardzo wojenne kino - jest wrzesień 1944 roku. Alianci rozpoczynają operację Market Garden.
I tyle - o tym jest ten film, o operacji wojennej, która fajnie wyglądała na papierze, ale rzeczywistość wojny jest nieprzewidywalna i nagle wszystko może być przeszkodą.
Film trwa prawie trzy godziny chyba tylko po to by wklepać całą plejadę gwiazd! Tylu męskich gwiazd aktorstwa na jednym obrazie to chyba za wiele nie ma takich filmów! Sami sprawdźcie obsadę - mindblogwing!
Mimo, że film jest dość sztywny - raczej wrzuca nas wraz z bohaterami w akcję, nie ma pogłębienia postaci, to jednak oddaje wojnę bardzo dobrze - jest dość wierny w detalach, ciągle coś się dzieje, a kolejne problemy, które napotykają żołnierze mogą przyprawić o ból głowy.
Ogląda się więc świetnie - dla miłośników historii II wojny światowej ten film musi być nie lada gratką.
Książki nie czytałam, więc nie mogę ocenić na ile to wierna adaptacja, ale czy to ważne? Wierność adaptacji czy wierność Salomei?
Małgorzata Pieczyńska (ależ piękna była w młodości!) w roli Salci Brynickiej i Franciszek Pieczka jako Szczepan to gruba podstawa sukcesu tego filmu - sukcesu na pewno w oczach widza. Sam Olgierd Łukaszewicz jakoś mnie nie przekonał, ba! wydawał mi się nawet bardziej akceptowalny gdy w połowie zabandażowany, czasem coś jęczał, i błąkał się wkoło dworku jak zombie i nie wypowiadał wiele słów.
Sama historia jest straszne melodramatyczna: Salomea mieszka sama w dworku z wiernym (ach ta wierność w tym tytule!) sługą Szczepanem, który praktycznie służy też jej za ojca. Udziela pomocy rannemu powstańcowi, i równocześnie ukrywa go przez Kozakami (rewelacyjne są sceny wstępne, gdy chłopi grabią zwłoki zabitych powstańców, i trafia się jeden żyw).
Samotna Salomea natychmiast zakochuje się w rannym mężczyźnie i potrafi zrobić bardzo dużo by mu pomóc.
Ich miłość rozkwita gdy Józef jest już całkiem zdrowy, ale nagle pojawia się kolejna przeszkoda - Józef jest księciem i jego matka, choć wdzięczna za uratowanie życia, nie pozostawia Salomei złudzeń - że z tego żadnego związku nie będzie.
Smutna to historia.
Gdyby ktoś miał uraz do szkolnych lektur to na serwisie 35mmonline jest zrekonstruowana wersja (naprawdę sztosik, żyleta obraz, piękne kolorki!) z napisami (nie każdy umie po rusku).
Jest jeszcze adaptacja z roku 1936 Buczkowskiego, zapewne niepełna jak to bywa z przedwojennymi filmami - nie oglądałam, ale znając prawidła kinematografii z tamtych czasach to zapewne tkliwe romansidło na tle historycznym.
Jeśli tak jest, to wersja Chmielewskiego jest naprawdę zacna. Ma wiele warstw, świetną grę aktorską i cudowne zdjęcia. Polecam.
Tym razem bez oceny - daję na razie 5/10 - neutralnie, pana lubię, ale myślałam, że dostanę jakieś widowisko albo faktycznie film, ani to musical, ani film, ino taki rozwleczony teledysk.
Jak doszło do wybuchu I wojny światowej? No i tyle. Dość wyczerpująca historia o tym jak doszło do Wielkiej Wojny.
I tyle! Macie spokój ode mnie na kilka dni - będę raczej wieczorami kończyć swoje seriale i książki, więc czasu na filmy zabraknie, przynajmniej na jakiś czas :)
Załóż swój tag z filmami i dodawaj do recenzji. Oglądasz nietuzinkowe i jednak mało popularne produkcje, wiesz o czym piszesz, masz konkretny gust - fajnie byłoby mieć natychmiastowy dostęp do wszystkich Twoich wpisów, żeby się czymś poczęstować
Fajne. Porządnie zrobione i wyczerpujące, ale w necie są tylko napisy w językach południowosłowiańskich i jak są wypowiedzi po niemiecku, czy francusku, to musiałem się domyślać z serb-chorwackiego.
Dokument o Aileen Wuornos , prostytutce która zabiła siedmiu mężczyzn na Florydzie. W sumie historia mi znana, i chyba włączyłam tylko by popatrzeć archiwalne zdjęcia morderczyni i urywki rozmów z nią oraz sceny z sądu.
Ale jednak dowiedziałam się z tego filmu czegoś nowego - że Wuornos mogła wywinąć się od kary śmierci. Jej pierwsze morderstwo było praktycznie samoobroną, brutalnie zgwałcona kobieta była przekonana, że niebawem zginie i wykorzystała fakt posiadania broni i udało jej się zabić sprawcę nim on zabił ją.
Prokurator (typowy republikański snajper na zdegenerowane baby) na rozprawie przedstawia pierwszą "ofiarę" Wuornos jako nieskazitelnego Amerykanina (pomijając fakt, że korzystał z usług prostytutek), nie zbaczając na to, co o samej sprawie opowiadała Wuornos - w sądzie opisała wstrząsającą scenę gwałtu.
Jedna z reporterek znajduje papiery, że ten "nieskazitelny" mężczyzna odsiedział chyba z 10 lat w oddziale zamkniętym za gwałt i agresywne zachowanie. Reporterka papiery znalazła na to w ciągu jednego dnia, co zresztą wypomina prokuratorowi, który udaje, że mu to nie wyskoczyło i ciężko było się tak daleko cofać w przeszłości zabitego mężczyzny. Na koniec uśmiecha i mówi, że i tak jeden uj, koleś był spoko, a baba na krzesło.
Wuornos była winna tych morderstw, ale paranoją jest to, że już za pierwsze morderstwo, które można by było spokojnie wybronić gdyby nie prokurator, została od razu skazana na karę śmierci!
W roli głównej piękna jak zawsze Ingrid Bergman w roli kobiety, która po wojnie szuka swojego miejsca na ziemi. W ostateczności postanawia wyjść za młodego włoskiego żołnierza, razem wracają na jego rodzinną wyspę Stromboli.
To kraina surowa, z wiecznie grożącym katastrofą wulkanem. Młoda Karin chyba myślała, że jej życie będzie wyglądać bardziej komfortowo, jest coraz bardziej rozczarowana i sfrustrowana. Pomiędzy jej emocjami wije się mąż, który próbuje z jednej strony dać wszystko pięknej żonie, a z drugiej strony staje się opresyjny i wprost jej każe przyzwyczaić się do nowego życia.
Mnie rozjebała scena łowienia tuńczyków. Ogólnie polecam, bo to Rossellini + Bergman.
Nie no, każdy kto mnie zna wie, że mam wysoką tolerancję na polskie filmy, ale to już przesada.
Drewniany aktor jako deskorolkarz, główny bohater - no może wygląda ok, ale gra aktorska o wiele gorsza niż jazda na desce...
Fajne zdjęcia, historia taka sobie.
Na plus takie zamieszanie lekkie kulturowe (Wrocław i Romowie, itp) i zdjęcia. Sam fakt, że nawet nie chce mi się dużo pisać o tym filmie chyba sporo mówi.
/nie ma dla mnie wolnego... teraz muszę uzupełnić to, co oglądałam w ostatnich dniach, ale spokojnie - to tylko kilka filmów a od dwóch dni robię sobie przerwę na seriale /
Jednak "branaghowski" Franek był lepszy, ale jak ktoś chce to na siłę można i docenić wersję del Toro. Jest w niej jakiś czar, zapewne dzięki Oscarowi Isaacowi i Mia Goth.
Jakoś nie przekonał mnie potwór, i te obrzydliwe efekty CGI . No i ta miłość... Gdyby nie genialna Goth to chyba tylko głupiec by uwierzył, że od razu się zakochała laseczka w potworze.
Jednak ta adaptacja też ma klimacik, ładne zdjęcia, oglądalny i nawet sporo frajdy daje.