Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Podpuszczony (albo zachęcony) przez kolegę @splash545 postanowiłem uprzyjemnić przyszły piątek koledze @CzosnkowySmok . On jeszcze nie wie jak wygląda zakończenie edycji z perspektywy prowadzącego! Z tego miejsca zachęcam również innych do wyjątkowo aktywnego udziału w tej edycji konkursu!


***


Jak smakuje zwycięstwo


Tak to już jest, że gdy otwierać

edycję nam przyjdzie, gdy wiersz wybierać,

do którego przez tydzień będziem rymowali,

to dobrze jest wówczas byśmy narzekali.


Zwycięstwo bowiem to zaszczyt jest miły

lecz i obowiązki się z nim pojawiły:

bo co powinien zrobić zwycięzca?

Pachę, by coś skrobnęła, zachęcać.

Użerać się z tymi, co nie chcą siebie

na podium widzieć – bo wolą na glebie.

Wreszcie, u prowadzonej edycji schyłku,

należy włożyć trochę wysiłku,

a schodzi, zanim się ją podsumuje.

A więc Ci, Smoku, raz jeszcze winszuję!


***


#nasonety

#zafirewallem


I wiersz di proposta

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ organizator XXXVIII edycji konkursu #nasonety nie zachował tradycji i nie narzeknął, zrobię to zatem za niego: ale dziś gorąco!


Bo faktycznie, gorąc dziś taki, że widzę tylko dwie możliwości: albo można wyjść na zewnątrz i umrzeć albo można też zostać i pisać wiersze. Wybrałem opcję drugą, niemniej jednak to opcja pierwsza zainspirowała mnie do napisania tego co poniżej. A więc, Panowie i Panie, oto:


***


Ostatnie pożegnanie


Ach, jakżeś kilometry pożerał!

Do setki z minuta – ale od zera.

A ileż to wespół żeśmy się nazwiedzali!

Choć i tak było, żeś wziął i nawalił.


A teraz tu stoisz: progi przegniły;

silnik już z nazwy, bowiem bez siły;

zresztą rozrusznik już cię nie rozkręca –

tak moja miłość umiera chłopięca.


A tu list przyszedł, co o potrzebie

że OC zapłacić muszę za ciebie

donosi. I tak to się zdarza już od lat kilku.


A więc żegnaj mi, mój automobilku!

Bo chociaż podle z decyzją się czuję,

to cóż mogę zrobić? Nic. Cię zezłomuję.


***


#zafirewallem


I wpis z utworem di proposta .

@George_Stark wzruszający. A @CzosnkowySmok za ten brak narzeku czeka kara bo wyjątkowo płodna edycja już jest w tym momencie to będzie miał roboty przy podsumowaniu. Mógłbyś jeszcze mu tam kilka sonetów dołożyć to następnym razem będzie pamiętał, że lepiej dochować tradycji i narzeknąć

Zaloguj się aby komentować

Co róży nie służy


Badyle – nie zgadniesz z jakiego to ziela –

parapet zdobią w kraju Karela

króla, co żeśmy go sobie z czeska nazwali.

Z czeska, bo w tym sonecie będziemy się śmiali.


Aromat miała rozsiewać miły

plan był by od jej piękna oczy łzawiły

lecz gospodyni wiecznie zajęta

przez swe zaniechanie ziele uśmierca.


Cóż z tego, że była w kwaskowej glebie?

Że miała dość światła ku fotosyntezie?

Bez wody nie kwiat to, a kilka kijków.


Dotrwała biedna suchego schyłku,

jedyne co teraz robi to kłuje:

to właśnie róża, co Pacha hoduje.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta

Zaloguj się aby komentować

W nawiązaniu do wydarzeń z poprzedniej edycji poniżej publikuję wytwór powstały poprzez wyciągnięcie z tych wydarzeń wniosków:


***


Jak się nie umie pisać, to zawsze się można „zainspirować”


To była nasza ostatnia niedziela…

O Ela! Straciłaś przyjaciela!

Piękni jak okręt pod pełnymi żaglami,

a tak łatwopalni! Tak śmiesznie mali.


Nie odnajdę cię, mój miły!

Choćbym i statkiem-tango do Piły,

płynęła: kamienie. Benzyna w butelkach.

Sytuacja, w której serce klęka.


Teraz nie ma, nie ma ciebie;

dałabym po ślubie siebie.


I co, krakowski smoku-osiłku?

No bo ja sonet ten bez wysiłku

napisałem. I właśnie go publikuję.

Tam, napisałem! Ukradłem! Ale nie, nic nie żałuję!


***


#nasonety

#zafirewallem


No i tekst di proposta

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Ponieważ dziś już jest piątek, 16-08-2024, zgodnie więc z pkt. 1.1 §1 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety należy obecną, XXXVII edycję konkursu #nasonety zakończyć, co też niniejszym wpisem czynię.


***


Do obecnej, kończącej się właśnie XXXVII edycji konkursu #nasonety zostały zgłoszone następujące wytwory (podaję chronologicznie, wraz z punktacją, uwzględniającą pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety ; stan na godzinę 14:11):


wytwór bez tytułu użytkownika @RogerThat – 15 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY RAZEM 20 PIORUNÓW;


wytwór Poezja to jedyny znieczulacz duszy użytkownika @ErwinoRommelo15 PIORUNÓW;


wytwór Copyright Infringement użytkownika @entropy_12 PIORUNÓW;


wytwór Nowy dokument tekstowy(17) użytkownika @entropy_14 PIORUNÓW;


wytwór Wiersz fatalistyczny użytkownika @moll13 PIORUNÓW;


wytwór Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem użytkownika @George_Stark – 13 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonetyRAZEM 18 PIORUNÓW;


wytwór HEJTO CITY użytkownika @Dziwen13 PIORUNÓW;


wytwór Modlitwa użytkownika @splash545 – 16 piorunów + 5 piorunów zgodnie z pkt. 2.3 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonetyRAZEM 21 PIORUNÓW;


wytwór To, co cenniejsze od biletu do Ameryki użytkownika @Wrzoo17 PIORUNÓW;


wytwór Do miłości lata użytkownika @UmytaPacha24(!) PIORUNY;


wytwór Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów użytkownika @George_Stark21 PIORUNÓW;


wytwór Z dzieciństwa pamiętam już tylko papierówki użytkownika @Wrzoo14 PIORUNÓW;


wytwór Trochę krótsza podróż maga użytkownika @CzosnkowySmok18 PIORUNÓW;


oraz wytwór Czekając na jesień użytkownika @George_Stark9 PIORUNÓW;


***


Zanim jednak przejdę do ogłoszenia wyników tej, XXXVII edycji konkursu #nasonety , rozdam nagrody niespodzianki, nieuwzględnione w REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety :


nagrodę Najlepszego Brygadzisty otrzymuje użytkownik @RogerThat ;


nagrodę Ciemnego Jądra otrzymuje użytkownik @ErwinoRommelo ;


Nagrodę imienia Kamila Ślimaka otrzymuje użytkownik @entropy_ ;


nagrodę Złotego Środka otrzymuje użytkownik @moll ;


nagrodę Za Dodatkowe Zwrotki nie otrzymuje użytkownik @Dziwen , bo to on mnie wkopał w prowadzenie tej edycji, a tak jak cieszy ogrom sonetów, tak nie cieszy mnóstwo pisania w tym podsumowaniu;


nagrodę Za Krótkiego (Sonetu) otrzymuje użytkownik @splash545 ;


nagrodę Papierowego Biletu do Ameryki otrzymuje użytkownik @Wrzoo ;


i wreszcie nagrodę Najlepszego Organizatora XXXVII Edycji Konkursu #nasonety otrzymuje użytkownik @George_Stark .


***


W tym miejscu pora ogłosić kolejną moją organizatorską decyzję, zgodną z pkt. 3.1 §3 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety , tj. nowelizację tego regulaminu.


W związku z tą nowelizacją, pkt. 2.1 §2 REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #nasonety otrzymuje następujące brzmienie (zmiany wytłuszczono):


2.1 Zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostanie Poeta, który nigdy do tej pory nie dostąpił zaszczytu poprowadzenia żadnej edycji konkursu #nasonety , a którego najbardziej piorunowany (bez uwzględnienia piorunów dodatkowych, o których mowa w pkt. 2.2 §2) wytwór osiągnie najwyższą w tej edycji liczbę piorunów.


***


A więc, moi Drodzy, w świetle znowelizowanego REGULAMINU XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY ogłaszam wszem i wobec, że zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostaje użytkownik @CzosnkowySmok ! Gratuluję!


Wszystkim pozostałym uczestnikom dziękuję. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, że nikt nie jest niezadowolony ani pokrzywdzony, a niektórzy być może to się nawet ucieszyli.


***


#nasonety #podsumowanienasonety #zafirewallem


***


Aha, nagrodę dodatkową Nie ma za co (chociaż jest) otrzymuje użytkownik @UmytaPacha .

@George_Stark

Stópki Ojcze twe całuję

z serca głębin Ci dziękuję

życzę zdrówka i pieniędzy

i byś nigdy nie żył w nędzy!


@CzosnkowySmok pa jakie mam cygańskie moce że ci zwycięstwo wywróżyłam

cd2f2834-b5de-4827-a69e-8268d7d6bce2

Zaloguj się aby komentować

701 + 1 = 702


Tytuł: Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich; Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji. Miłość, małżeństwo i życie rodzinne u krajowców z Wysp Trobrianda Brytyjskiej Nowej Gwinei.

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne

Ocena: 7/10


#bookmeter


Poznawanie obcej kultury przypomina naukę obcego języka; najpierw sama asymilacja i surowe tłumaczenie, pod koniec całkowite oderwanie się od pierwotnego środowiska pomocniczego i kompletne opanowanie nowego.


W wydanym w 1980 roku przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe drugim tomie Dzieł autorstwa pana Bronisława Malinowskiego zamieszczone zostały dwie jego prace: Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich (1926) oraz Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji (1929). Dlaczego zapadła decyzja żeby publikować dzieła tego autora w takiej właśnie kolejności, nie mam pojęcia. Faktem jest, że początkowo próbowałem czytać je zgodnie z kolejnością zaproponowaną przez polskiego wydawcę, jednak ogrom odnośników do Argonautów Zachodniego Pacyfiku (1922) szybko sprawił, że najpierw zabrałem się za tę tak często wspominaną pozycję, opublikowaną w ramach tej samej serii jako trzeci tom Dzieł.


Co do zawartości tomu drugiego. Zwyczaj i zbrodnia jest niejako rozwinięciem krytycznego stanowiska, jakie pan Malinowski zajmował wobec metod współczesnej mu antropologii, tym razem jednak nie wywodzącego się z przesłanek teoretycznych ale podpartego badaniami terenowymi, jakie w latach 1914 -1918 (z przerwami) prowadził w rejonie Melanezji. Praca to zwięzła, syntetyczna, bardzo przeglądowa i nie wnikająca głębiej w istotę rzeczy. Przykłady podane są w tej rozprawie w formie czegoś w rodzaju krótkich relacji pokazujących skutki i przyczyny.


Dopiero później, w Życiu seksualnym dzikich przykłady, często powtarzające się względem Zwyczaju i zbrodni zostają osadzone w szerszym kontekście. Autor stara się na podstawie swoich obserwacji terenowych wyciągnąć wnioski i opisać współczesną mu rzeczywistość melanezyjską tym razem spoglądając na nią przez pryzmat płciowości. Nie ma jednak tutaj, o czym sam we wstępie ostrzega, pornograficznych i szczegółowych opisów plemiennych orgii, stosunków panujących w grupowych małżeństwach (w tych przypadkach głównie dlatego, że takowe, z małym wyjątkiem, u badanych ludów nie występują), nie ma też pisanych z literackim zacięciem (tak mi się wydaje, bo nie czytałem) w stylu pani E. L. James (tutaj głównie z powodu tego, że życie płciowe dla Trobriandczyków jest w jakimś stopniu sprawą intymną i nie afiszują się z nim tak bardzo, jak niektórym mogłoby się wydawać).


Co zatem jest w tej książce, skoro ustaliliśmy czego w niej nie ma? Ano jest przegląd funkcji społecznych, jakie w tamtejszym systemie społecznym zajmowały jednostki ze względu na swoją płeć; jest przejście przez całe życie życie człowieka z uwzględnieniem jego seksualności, to jest jej początków, rozwoju, rozkwitu i zaniku; jest opis instytucji społecznej jaka się z ludzką seksualnością mniej lub bardziej wiąże, a jaką jest małżeństwo; jest opis tego małżeństwa, od prowadzących do niego dróg, poprzez jego przebieg aż do rozwiązania – czy to przez śmierć jednego z małżonków, czy przez rozwód; jest opis ciąży i związanej z nią magii; jest opis magii (w tym przypadku magii miłosnej i magii piękności), bo na ówczesnych Trobriandach nie było chyba dziedziny, w której magia nie miałaby swojego udziału; jest wreszcie osadzenie tego wszystkiego w kontekście kulturowym czy folklorystycznym, bo z rodziną w każdej chyba kulturze wiążą się pewne obyczaje.


To polskie wydanie opracowane jest na podstawie trzeciego wydania brytyjskiego, do którego autor napisał specjalny wstęp. W tym wstępie z jednej strony wyraża zadowolenie z ciepłego przyjęcia jego dzieła, z drugiej jednak pisze o zawodzie, który spotkał go w związku z tego dzieła odbiorem. Bo, jak twierdzi, a też jak dowiedziałem się z kilku innych źródeł, najczęściej i najżywiej dyskutowanym faktem przedstawionym w Życiu seksualnym dzikich był ten dotyczący pojęcia ojcostwa. Trobriandczycy wówczas nie zdawali sobie sprawy z biologicznego ojcostwa (kobiety, według ich wierzeń, zachodziły w ciąże za sprawą duchów i mężczyźni byli im do tego prawnie zupełnie niepotrzebni). Wszelkie próby skorygowania ich wiedzy przez obecnych już tam białych (misjonarzy, plantatorów, kupców) spełzały na niczym, miejscowi mieli bowiem swoje argumenty. Argumenty w rodzaju macierzyństwa kobiet tak brzydkich, że spółkowanie z nimi było dla nich czymś niewyobrażalnym („idź spółkuj z nią” było wręcz czymś w rodzaju żartobliwego przekleństwa), czy narodziny dziecka po dłuższej, ponadrocznej na przykład, nieobecności męża.


Przykładów takich lokalnych wierzeń jest w książce mnóstwo i „łowca egzotycznych niezwykłości” z pewnością znajdzie tutaj wiele przyjemności. Z całego tego zbioru obserwacji powstaje jednak zsyntetyzowany przez autora obraz społeczności. Społeczności, w której obowiązują co prawda tabu narzucane przez prawo, tradycję lub zwyczaj, ale które czasami są łamane. Przykładem takiego tabu niech będzie kazirodztwo (w totemicznym ustroju rozumiane jednak dość specyficznie). Oczywiście, w relacjach zdawanych antropologowi przez miejscowych w zamian za laskę tytoniu będą oni opowiadać o tym, jak życie powinno wyglądać – co mówi zwyczaj. Będą o kazirodztwie mówić z odrazą, o ile w ogóle będą o tym chcieli mówić. Będą opowiadać, że karą za ten występek jest lo’u – samobójczy skok z palmy kokosowej. Dopiero dłuższa obserwacja, poznanie miejscowego języka (z jego subtelnościami), a być może też zdobycie w pewien sposób zaufania pozwoli wniknąć w tę sprawę głębiej. Okaże się wówczas, że tabu, w tym to kazirodcze, oczywiście są łamane. W jaki sposób winowajcom udaje się uniknąć konieczności wymierzenia sobie kary? Ano, o złamaniach tabu zwyczajnie nie mówi się głośno. Dopiero kiedy w jakiś sposób wychodzą one na jaw, wtedy nie ma już wyjścia i karę należy sobie wymierzyć. (Znamy to to skądś?) Oczywiście, i od tego jest ucieczka – zamiast skakać z palmy, co niechybnie kończy się śmiercią, można również spożyć powstałą z wydzielin pewnej ryby truciznę. Na tę truciznę istnieje jednak antidotum i zwykle niedoszłemu samobójcy udaje się uratować życie. Razem z jego honorem.


Mimo że ciekawa, ta książka wydała mi się mniej pasjonująca niż Argonauci Zachodniego Pacyfiku. Być może ze względu na tematykę, na jej rozłożystość i skomplikowanie, które nie pozwalało prowadzić prowadzić opowieści tak jasno, jak przy opisie poszczególnych etapów wyprawy zamorskiej. Być może ze względu na narrację, bardziej naukową, a mniej epicką; choć i to dzieło czytało się raczej lekko, a sam autor nie poszczędził gdzieniegdzie delikatnych złośliwości w punktowaniu licznych niekonsekwencji lokalnych wierzeń. Czy obraża to powagę pracy naukowej czy też może uprzyjemnia lekturę, to już pozostawiam do osobistej oceny ewentualnemu czytelnikowi. Mnie się jednak całkiem podobało.


***


A tak zupełnie na marginesie, swój wpis dotyczący Argonautów Zachodniego Pacyfiku zacząłem od wątpliwości dotyczących tego, jak sprawy na wyspach Trobrianda wyglądają dziś. Udało mi się znaleźć (choć jeszcze nie szukałem jakoś specjalnie) film, który pokazuje, że rytualny podział żywności sagali (w tym przypadku po zakończeniu okresu żałoby) praktykowany jest do dziś. Tak samo jak tradycyjne tańce , choć tutaj wydaje mi się, że mogą być one już dziś czymś w rodzaju atrakcji turystycznej. Tak czy inaczej mnie, po lekturze obu książek dotyczących tamtejszej społeczności miło było zobaczyć jak mogło to wyglądać.

16d901ab-7a74-49f1-9f82-0489008a1ec7

Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji.

w sumie niewiele się zmieniło poza krajami gdzie dzicy gwałcą i popełniają inne zbrodnie. nowoczesna europa przyjmuje z uśmiechem multikulti

Zaloguj się aby komentować

Nic tak nie inspiruje jak krzywda. Wszak najlepsza poezja, jak wiadomo, rodzi się z bólu. W tym przypadku (całe szczęście!) z bólu cudzego :


***


Czekając na jesień


Obsrany Pacha już ma zad

bowiem nadciąga, tak jak kat,

zwycięstwa cień. Nie chcesz by spadł?


Zasady przejrzyste są, niczym mgła

czym wobec nich wola twa?

Do di proposty już szykuj się!


Doceniam mocno to „O nie!

Ten kielich ty ode weź!”

Lecz zaakceptuj – wybierz zen.

(i niech ci nawet nie drgnie brew)


Bo pierunami wybraliśmy,

przybraliśmy w triumfalny róż

Pachę, co do jesiennych liści

tęskni. Spokojnie: jesień jest już tuż tuż.


(tak jak i triumf Twój)


***


#nasonety

#zafirewallem


No i, dl porządku, utwór di proposta

Zaloguj się aby komentować

695 + 1 = 696


Tytuł: Bajki robotów

Autor: Stanisław Lem

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 6/10


#bookmeter


Sporządzić mogę wszystko, co mi przyjdzie do głowy – mówił Mikromił – ale znów nie wszystko do niej przychodzi. To ogranicza mnie, jak i ciebie – nie potrafimy bowiem pomyśleć wszystkiego, co jest do pomyślenia […]


Czy jest na sali ktoś, kto Bajek robotów nie czytał, czy też może jestem ostatnim, który zapoznał się z tą pozycją? Bo, wnioskując choćby z niektórych rozmów prowadzonych w czasie ostatniego spotkania Kawiarni „Za Firewallem”, mam czasami wrażenie, że wszyscy tę książkę znają. _„Tak wiele książek, tak mało czasu_” – tym będę usprawiedliwiał to, że zabrałem się za nią dopiero ostatnio.


Ileż to pochwał nasłuchałem się na temat tych króciutkich opowieści autorstwa pana Lema! A jednak do książki podszedłem z ciekawością raczej niż z jakimiś nadziejami. I może dobrze, bo wtedy chyba bym się sparzył.


W Bajkach robotów znajduje się piętnaście historii przedstawionych przez autora w konwencji bajek, z tym, że umiejscowionych w świecie fantastyczno-naukowym. Jeśli już o konwencji, to jedną z rzeczy, która podobała mi się szczególnie była z tą konwencją zabawa. Ogromnie ucieszył mnie zabieg jaki pan Lem zastosował w Przyjacielu Automateusza, kiedy to prowadząc narrację posługiwał się czymś w rodzaju metapoziomu, za pomocą którego na początku opowiadania wprowadził do niego część elementów. Jestem ogromnym fanem takich zabiegów! W ogóle zresztą, w tym zbiorze tym, co wywołało u mnie najmocniejsze wrażenia były szczegóły. Tak jeśli chodzi o słowotwórstwo, nazywanie bohaterów (konstruktor Kreacjusz!), jak i poboczne elementy budujące rzeczywistość (pociągnął łyk z butelki lejdejskiej). Podobała mi się część spostrzeżeń, których zdradzał nie będę, nie chcąc odbierać przyjemności z lektury tym, którzy – być może – gdzieś tam się jeszcze bez znajomości Bajek robotów uchowali.


Nie podobał mi się za to – i to jest coś, co od książek zwykle mnie odrzuca – sposób narracji pana Lema. O ile doceniam te szczegóły, o których pisałem wcześniej, tak – dla mnie – było ich trochę za dużo. Za dużo świetnych, bo takie były, pomysłów upchniętych w krótkiej formie rozwlekało opowieści czyniąc je mało dynamicznymi. I, o ile potrafię taką niedogodność znieść, kiedy w tekście zafascynuje mnie co innego – czy to świat przedstawiony, a kosmos nie jest moją bajką, czy to wyraźni bohaterowie, a w Bajkach, z racji tego, że były bajkami, bohaterów określała jedna cecha – tak tutaj jednak moje osobiste preferencje czytelnicze sprawiły, że niekoniecznie Bajki robotów okazały się być dobrym wyborem. No ale przeczytałem i już nie będę musiał, jak jakiś robot, świecić w towarzystwie oczami.

1c2e6e2a-f950-40f6-a620-eb53bb901532

Zostały mi jeszcze dwa opowiadania. Bardzo podoba mi się świat wykreowany, ale zgadzam się, że jest zbyt szczegółowy. Konwencja bajek jest super, świetnie wykorzystany pomysł, opowiadania są różne- lepsze i gorsze, przy czyn gorsze to nadal dobra lektura. Tylko te opisy... jak u Orzeszkowej ^^ dla mnie na razie 7/10

Zaloguj się aby komentować

693 + 1 = 694


Tytuł: Argonauci Zachodniego Pacyfiku. Relacje o poczynaniach i przygodach krajowców z Nowej Gwinei

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne

Ocena: 9/10


#bookmeter


Około godziny dziewiątej wszyscy byli już zebrani na wybrzeżu. Słońce, znajdujące się jeszcze po wschodniej stronie nieba, zaczynało doskwierać upałem, choć do zenitu, gdy padające prostopadle promienie stwarzają martwotę tropikalnego południa, kiedy cienie zamiast uplastyczniać i uwydatniać szczegóły, zacierają płaszczyzny, zamazują kształty i pozbawiają je wszelkiego wyrazu – było jeszcze daleko.


Nie wiem jak jest tam dziś, choć mam pewne, mało jednak optymistyczne przypuszczenia, ale jeszcze na początku XX wieku w północno-zachodniej Melanezji rytm miejscowego życia wyznaczał obyczaj nazywany Kula. Polegał on na rytualnej, a więc związanej z obrzędowością stałej wymianie dóbr. Nie były to jednak dobra codziennego użytku. W kula wymieniano skarby! A przynajmniej skarby w miejscowym rozumieniu tego terminu (który, zresztą w miejscowym języku brzmiał vaya’gu). Przedmiotami wymiany były naramienniki ( soulava ) i naszyjniki ( mwali ). Krążyły one w tym obszarze, często pomiędzy wyspami odległymi od siebie o setki mil. Obieg ten charakteryzował się kilkoma osobliwościami. Po pierwsze, naramienniki poruszały się zawsze w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, naszyjniki zaś w przeciwnym. Po drugie, przedmioty te, uroczyście przekazywane z ręki do ręki, nie stawały się niczyją trwała własnością. Osoba, w której posiadaniu były aktualnie cieszyła się, do czasu przekazania ich dalej, z ich posiadania, a także cieszyła się splendorem, jaki spływał na nią bądź to w związku z posiadaniem okazów wyjątkowych bądź też mniej wyjątkowych, ale za to licznych. Ta wymiana nie następowała z rąk do rąk, określona była przez szereg rytuałów i wspomagana magią. Istotnym jest zaznaczyć, że nie był to handel, w naszym, europejskim (dzisiejszym, ale również pochodzącym z tamtego czasu) rozumieniu. Przedmioty te były przekazywane w formie darów.


Autor, który około dwóch lat spędził wykonując badania terenowe w tamtym rejonie świata raczył opisać miejscowe obyczaje (w wielu różnych dziełach, w każdym skupiając się na spojrzeniu na nie przez jakiś pryzmat – tu, w Argonautach, przez pryzmat wymiany Kula właśnie). Zrobił to w kontraście do ówcześnie panujących trendów w antropologii, przy okazji obalając mnóstwo obowiązujących wówczas twierdzeń (żeby nie napisać „dogmatów”). I choć polemiki, jakie wyprowadza pan Malinowski w swoim dziele są ciekawe, to jednak nie o tym tu chciałem.


Chciałem tutaj o tym, jaki obraz krajowca i jego obyczajów wyłania się z Argonautów. A jest to obraz niezwykle interesujący. Czytelnik dostaje w tej książce krok po kroku pełny opis rytuału, począwszy od budowy i zaklinania czółna, na którym odbędzie się wyprawa po kosztowności, przez drogę do miejsca docelowego, przybycie na miejsce, samą wymianę i wreszcie powrót. Osadza to w szerszym kontekście, w kontekście obyczajów i społecznej organizacji życia plemiennego w badanym obszarze (niestety, nad czym ubolewa w tekście, poddającego się już wówczas zmianom narzucanym, czasami siłowo, przez białych kolonizatorów). A robi to wszystko z literackim zacięciem, w sposób tak malowniczy i obrazowy, że czasami, pod względem językowym, tę naukową, bądź co bądź, monografię czyta się jak pasjonującą powieść. I to jest tylko jej dodatkowa zaleta.


Oczywiście doktor Malinowski nie wyczerpuje tematu. Nie opisuje w szczegółach każdego geograficznego etapu wymiany – po pierwsze był jej świadkiem tylko na stosunkowo krótkim jego wycinku, po drugie procesy te w większości są do siebie zbliżone, po trzecie książka musiałaby mieć wówczas ogromną objętość. Wyraźnie rozgranicza w dziele elementy, których sam był świadkiem, wiadomości zasłyszane od tubylców: pochodzące z mitów czy podań oraz swoje własne wnioski z obserwacji. W tym ostatnim przypadku zawsze chyba podaje też przebieg swojego syntetycznego myślenia, za pomocą którego do tych wniosków doszedł, trzymając się, w przeciwieństwie do wielu mu współczesnych antropologów, faktów, bez próby uzupełnienia ich często wyssanymi z palca – byle pasowały do całości – łatami. W ten sposób nie daje pełnego obrazu podejmowanego zagadnienia, a jedynie to co udało mu się ustalić. Jak choćby w kwestii genezy Kula. Melanezyjczyk, zapytany o to dlaczego robi to co robi (w tym przypadku uczestniczy w Kula) najpewniej odpowiedziałby: „_bo mój ojciec tak robił i mój dziadek też tak robił_”. I w tym właśnie zasadza się istota i wyjątkowość (ponoć do dziś) tego jednego z pionierskich opracowań: przedstawione są w nim fakty. Czasami fakty są takie, że czegoś nie da się ustalić i wówczas, stosując naukowe, a nie literackie czy hochsztaplerskie podejście, należy jasno to stwierdzić i być może podać przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo inaczej nie mamy do czynienia z nauką, a raczej z fantazją.


Świetna jest to książka, nie tylko ze względu na swoją wartość naukową, nie tylko ze względu na momentami (nawet dłuższymi) wrażenia literackie, ale przede wszystkim ze względu na podejmowaną tematykę. Na przedstawienie i próbę zrozumienia człowieka, którego postrzeganie świata jest tak odmienne od naszego, że rozpatrywanie tego postrzegania za pomocą naszych wartości prowadzić może nas wyłącznie na manowce. Z pasją czytałem o codziennym życiu Melanezyjczyków, o ich rzeczywistości, w której każda codzienna czynność przeplata się z magią. O rzeczywistości, w której pan Bronisław Malinowski spędził mniej więcej dwa lata i z której w tak kapitalny sposób zdał relację.

64436c20-bf34-4b4d-9c59-a1cf081b5774

Zaloguj się aby komentować

Zainspirowany stworzonym w mojej durnej głowie duetem Stanisław Lem i @Wrzoo , w odpowiedzi do jej ostatniego wytworu publikuję coś takiego:


***


Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów


Ponoć pan Lem powiedział tak

a kontrdowodów do dziś brak,

bo weźmy nasz przykład:

@moll nic tylko obiad,

@Dziwen i jego squad,


czy Katie i jej liczne Anie,

lub @Wrzoo i jej nawodnienie.

Pacha co chce brukselkę jeść,

Aureliusz nasz grudziądzkich scen

i Smok z czosnkowym oddechem.


Na końcu Dżordż co mu się iści

że wieszczem będzie. Próżny trud.

Dołączcie więc młodzi artyści,

idiota znajdzie tu ogrom muz.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Pierunów dostałem więcej niż płci,

i za to zwycięstwo przypadło mi!

Wobec tego, moje Misie

dam zadanie Wam na dzisiej:


rymy: pacha - róże - macha - dłużej

temat: pisanie sonetu


Doskonałej zabawy życzę, a i na efekt uboczny liczę.


#naczteryrymy

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Nie napisze znów sonetu @UmytaPacha

Zamiast tego wącha bąki i zbija róże

Od tego zapachu skrzydełkiem macha

Licząc, że zostanie przy niej na dłużej

Z wycieńczenia śmierdzi mi pacha

Niestety nie są to świeże róże

Dłoń z piurem ciągle mi macha

Chciałbym umieć pisać sonety dłużej

Zaloguj się aby komentować

Widzę, że w tej edycji prowokacje i wszelakie zabawy słowne idą jak z płatka, to postanowiłem się dołączyć ze swoim wytworem, który również chciałem utrzymać w stylu zabawy słowami.


***


Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem


Słodkawy napój w kolorze white,

czy pełnotłusty, czy wersji light,

można też podać go w wersji „_bite_”:

tak zwany cheese. (I wtedy smile.)

I wapń ma, więc z kośćmi będzie all right.


Ale – to zgroza – o mamo! Bo mleko sklepowe pasteryzowano!


Smakuje teraz jak fake and gay

ten płyn co w kartonie się kupuje

więc może lepiej pojechać na wieś

i w życie wcielić nasz mleczny sen?

Hej! Gospodynie! Udójcie nam! Hej!


– My mleka właśnie wam udoiłyśmy,

skopek na stole stoi tuż tuż…

Lecz się przewrócił! Nasz koszmar się ziścił!

But: don’t cry, baby! Wytrzyjcie obrus!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


No i wpis z zadaniem konkursowym .

Zaloguj się aby komentować

681 + 1 = 682


Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu - tom I

Autor: Jarosław Grzędowicz

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 8/10


#bookmeter


- Kiedy zacznie się wiec? - pytam.

- Nie wiesz? Już trwa.

Czuje się jak w szkole. Dlaczego zawsze wszyscy skądś wszystko wiedzą, a ja nie. To jak zły sen. "Do kiedy trzeba zaliczyć chemię? - Nie wiedziałeś? Do wczoraj.". A potem tak samo przez całe życie.


To dla mnie powrót sentymentalny, bo kilka lat temu, o czym już pisałem przy okazji wpisu o Księdze jesiennych demonów, właśnie za sprawą pana Grzędowicza i jego sagi Pan Lodowego Ogrodu na nowo rozkochałem się w czytaniu książek. Nie miałem co prawda zamiaru czytać znów całej sagi, nie miałem nawet zamiaru w ogóle do niej wracać, ale kiedy dowiedziałem się, że w miejscowym (czymś w rodzaju) dyskusyjnego klubu książki ten właśnie tom będzie na najbliższym spotkaniu omawiany, zdecydowałem że, jeśli chcę tam pójść i podyskutować, wypadałoby go sobie odświeżyć.


Lubię wracać tam gdzie byłem śpiewał pan Zbigniew Wodecki i te słowa doskonale opisują moje wrażenia związane z powtórnymi odwiedzinami Midgaardu – planety na drugim końcu wszechświata, na której rozgrywa się akcja całej sagi. Na tę planetę zostaje wysłana kilkuosobowa ziemska misja badawcza, po której jednak słuch zaginął. Wobec tego, zgodnie z ziemską moralnością należy wysłać po tych ludzi ekspedycję ratunkową. Samotnie, z pewnych względów, wysłany zostaje na nią Vuko Drakkinen, chorwacko-fińsko-polski śmiałek, wybrany spośród kilku kandydatów. W odróżnieniu więc od wyprawy badawczej na wyprawę ratunkową wyrusza tylko jedna osoba. Jedna osoba, ale za to jaka!


Świetnie są zbudowane postaci uczestniczące w tej historii. Zacząwszy od Drakkinena, jednego z głównych bohaterów, o którego wyborze do przydzielonego mu zadania zadecydowały przede wszystkim cechy jego osobowości – ciekawe i konsekwentnie przez cały ten tom określające jego zachowanie – a na dodatek jeszcze „ulepszonego” w laboratorium. Tak, Drakkinen jest superbohaterem, posiada nadprzyrodzone zdolności. Ten nadprzyrodzone zdolności są jednak równoważone jego słabościami, a użycie ich ma swoje konsekwencje. Balans tej postaci autor zachował w sposób wyśmienity.


Drugim z głównych bohaterów, którego z jakichś, chyba niezrozumiałych do końca dla mnie powodów, polubiłem bardziej, jest następca Tygrysiego Tronu, wywodzący się z rodu Kirenenów syn cesarza podbitego Amitraju. Młodzieniec, którego historię poznajemy od momentu rozpoczęcia nauki, przygotowania do objęcia władzy (rozdział Odwrócony Żuraw – coś, co przy pierwszym czytaniu te kilka lat temu zrobiło na mnie tak piorunujące wrażenie, że większość opisanych wydarzeń pamiętałem do dziś, coś co moim zdaniem obroniłoby się – i to fantastycznie – jako samodzielne opowiadanie), a który to zostaje w wyniku okoliczności rzucony w wir wydarzeń związanych z nastaniem na planecie nowego porządku. Postać tak kontrastowa w stosunku do Drakkinena wrzucona do tego samego świata nie tylko pozwala przedstawić go z dwóch różnych perspektyw (Drakkinen, który nie rozumie świata, do którego przybył i musi się sam go nauczyć oraz młody następca tronu, którego tego świata uczą), ale czyni tę historię niesamowicie ciekawą.


Kapitalny pomysł miał pan Grzędowicz na sposób opowiedzenia tej historii. Wątki Drakkinena i młodego cesarza prowadzone są oddzielnie, opisywane w co drugim rozdziale i w tym pierwszym tomie nie krzyżują się ze sobą. Płacąc za jedną książkę dostajemy więc dwie oddzielne historie! – moim zdaniem to się opłaca! Dodatkowo – świetne rozwiązanie narracyjne – przygody Drakkinena opowiadane są z perspektywy trzeciej osoby, zwykle aż do momentu kiedy zaczyna się dziać coś dynamicznego, narracja wówczas przechodzi w pierwszoosobową. Efekt? Kapitalny!


W ogóle sposób w jaki pan Grzędowicz snuje tę (i nie tylko tę, za to bardzo cenię tego autora) jest tak obrazowy, tak gawędziarski, że czystą przyjemnością jest chłonąć jego słowa dla samego tylko ich rytmu, dla porównań, dla pomysłów. Jasne – te pomysły nie wszystkie są jego. Mamy w Panu Lodowego Ogrodu między innymi kruka, który nazywa się Nevermore , a cały pomysł oparty jest (o czym zresztą w książce jest wprost) na obrazie Ogród rozkoszy ziemskich autorstwa szesnastowiecznego niderlandzkiego malarza, Hieronima Boscha. Czy to źle? Absolutnie. Przynajmniej dla mnie. Odnajdywanie inspiracji autorów zawsze jest dla mnie świetną zabawą. Zapoznawanie się zaś z tym, w jaki sposób autorzy te inspiracje przetworzyli zwykle sprawia mi mnóstwo przyjemności.


Kilka jeszcze szczegółów na koniec, które najwyraźniej zapamiętałem z tego pierwszego tomu, już w formie listy:

– jeden z cytatów, który z jakiegoś powodu najbardziej zapadł mi w pamięć, a który otwiera ten wpis; pamiętałem, że pochodzi on z tej sagi, ale nie że z pierwszego jej tomu; ogromnie się ucieszyłem, kiedy go tutaj znalazłem;

– postać Lemiesza – Amitraja, który uważa, że jest Kirenenem; świetna prezentacja tego, jak wyobrażamy sobie inne, „lepsze” od nas kultury, pomijając już to, że w historii ta scena w jego dworze jest zwyczajnie odprężająca, a i dość zabawna;

– sposób w jaki pan Grzędowicz wprowadza tajemniczość, jak przede wszystkim rozmowa z Kruczym Cieniem w Żmijowym Gardle, a raczej tej rozmowy zakończenie;

– koncepcja religii Amitraju, ale to głównie ze względu na to, że równolegle studiuję sobie wierzenia ludów pierwonych.


Jest w tej książce kilka nieścisłości, ale bardzo drobnych. Gdybym nie był literackim pedantem, pewnie bym ich nawet nie zauważył. Jest też trochę deus-ex machina, ale nie żeby jakoś bardzo to raziło. Nie wpływają te – w mojej ocenie – potknięcia na odbiór historii (być może irytowałyby mnie, gdyby była ona nudniejsza lub napisana gorzej?). Jest też tutaj cała ta – naiwna jednak – otoczka fantasy ze wszystkimi jej wzniosło-teatralnymi zachowaniami postaci, z Niesamowicie Napuszonymi Nazwami czy to regionów, czy też bohaterów. No ale, taką konwencję ma fantastyka i, jeśli się tę konwencję łyknie, a przez pana Grzędowicza w tym pierwszym tomie Pana Lodowego Ogrodu podana jest ona w wyjątkowo apetycznej formie, to lektura tej pozycji powinna być wyjątkową przyjemnością. Przynajmniej dla mnie była.


I tylko końcówka tej pierwszej części mniej mi się podobała i w zasadzie zniechęciła do sięgnięcia kolejny raz po kolejne tomy tej opowieści. Dla mnie było tego wszystkie już tam zbyt dużo, zbyt bardzo i zbyt jednak fantastycznie. Losy bohatera, jego zmagania ze światem przedstawionym są dla mnie zdecydowanie bardziej pasjonujące niż największy nawet rozmach tego świata przedstawionego. A, z tego co pamiętam i z tego co wnioskuję po zakończeniu tej pierwszej części, dalej nacisk położony będzie raczej na tę drugą, mniej mnie zajmującą sprawę.

3cc93f89-ff4e-4b46-9f98-f3d899c67ac3

@George_Stark genialny cykl ale zbluźniłeś i nie zostanie Ci to wybaczone:

Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że spłodził go ich lodowaty, wściekły bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.

Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.

Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą, podczas jednej z jego wędrówek po świecie pod postacią włóczęgi.

Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie w burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagla statku swojego ukochanego. Martwa, powiła płomienie i wojownika.

Mówili, że pojawił się wprost z nocy. Jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.

Mówili różne bzdury.

Było całkiem inaczej.

Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Ostatnim razem, kiedy to mnie spotkał zaszczyt i niewątpliwa przyjemność poprowadzenia XXXII edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem, zadałem Wam (nam) zadanie muzyczne . Układaliśmy wówczas nasze odpowiedzi do tekstu zaczerpniętego z tego wspaniałego gatunku muzycznego jakim niewątpliwie jest polski rap (choć – moim zdaniem – z tego niezbyt licznego, a wyśmienitego jego przedstawicielstwa). Tym razem również będzie to tekst muzyczny, jeden z tych które ostatnio mi się przypomniały, chodzą mi po głowie i jakoś za nic nie chcą z niej wyjść. Sięgniemy jednak w zupełne inne rejony muzyczne niż te, w których można odnaleźć taką na przykład Paktofonikę.


Chodził kiedyś (EDIT: O, szczęśliwie dalej chodzi!; a myślałem, że już nie!) po świecie taki śpiewak jak pan Julio Iglesias (ojciec boskiego Enrique). Pochodzący z Hiszpanii muzyk, który światową karierę zrobił za sprawą duetu, do którego zaprosił go niejaki Willie Nelson . My, niesieni wzbierającą patriotyczną (a może matriotyczną? – wszak „ojczyzna” to jednak rodzaj żeński) falą nie będziemy jednak rymować ani w obcych językach, ani nawet do obcych języków. Dlatego dobrze się składa, że świetną wersję tego utworu , do tekstu w polskim przekładzie wykonali panowie Krzysztof Krawczyk i Bohdan Smoleń. I to właśnie czternaście pierwszych wersów tego tłumaczenia będzie naszym zadaniem #diproposta w tej, rozpoczynającej się w chwili publikacji tego wpisu, XXXVII edycji zabawy #nasonety .


A oto i fragment teksu, do którego proszę żeby zostały wytworzone Wasze (nasze) piękne wytwory:


Jak bardzo nam się zmienił świat

przybyło nam za wiele lat

wspomnienia porwał wiatr

i człowiek rad nie rad

po uszy już w kompleksy wpadł


Na głowie już i włosów mniej

wieczorem wcześnie spać się chce

i w kościach strzyka gdzieś

i wzrok już też nie ten

i wolniej w żyłach krąży krew


Dziewczyny, które mam na myśli

powychodziły za mąż już

jedynie my - recydywiści

trzymamy wciąż samotny kurs


***


Niestety, nie jestem w stanie ustalić kto jest autorem zarówno oryginalnego teksu, ani kto przełożył go na język polski.


Powodzenia! A przede wszystkim dobrej zabawy!


***


REGULAMIN XXXVII EDYCJI KONKURSU #NASONETY:


§ 1 ZASADY UCZESTNICTWA


1.1. XXXVII edycja konkursu #nasonety trwa od piątku, 09-08-2024, od opublikowania wpisu rozpoczynającego edycję, do piątku, 16-08-2024, do opublikowania wpisu zamykającego edycję.

1.2. Aby przystąpić do konkursu należy w wyżej oznaczonym terminie opublikować w społeczności Kawiarnia „Za Firewallem” wpis zawierający własny wytwór. We wpisie należy zawrzeć również (co najmniej) tagi: #nasonety #zafirewallem .

1.3. Własny wytwór (di risposta) powinien charakteryzować się tym, że końcówka każdego wersu będzie rymować się z końcówką wersu utworu di proposta (dla ułatwienia słowa te zostały powyżej pogrubione).

4. Kategorycznie zabronione jest powtarzanie słów, które kończą wersy utworu di proposta. Indeks Słów Zakazanych stanowi załącznik do niniejszego regulaminu.

1.5. Od powyższego kategorycznego zakazu przewiduje się wyjątek. W przypadku, gdy wytwarzającemu swój wytwór Poecie słowo użyte w oryginalnym utworze akurat pasuje, może, w ramach licentia poetica, wykorzystać je w swoim dziele. Wyjątek ten nosi nazwę licencja na powtarzanie.


§ 2 ZASADY OCENIANIA


2.1 Zwycięzcą XXXVII edycji konkursu #nasonety zostanie Poeta, którego najbardziej piorunowany wytwór osiągnie najwyższą w tej edycji liczbę piorunów.

2.2 W przypadku osiągnięcia przez jeden lub więcej wytworów takiej samy najwyższej liczby piorunów zobaczy się.

2.3. Przewiduje się możliwość uzyskania dodatkowych 5 piorunów za dodanie pomiędzy pierwszą a drugą strofą dodatkowego wersu, rymującego się z wypowiedzianym w oryginalnym wykonaniu przez pana Bohdana Smolenia zwrotem „mam tak samo”.


§ 3 POSTANOWIENIA KOŃCOWE


3.1 W sprawach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem stosować się będzie widzimisię Organizatora bieżącej edycji. Ze względu na widzimisię Organizatora zmiana (bez konieczności uprzedzenia, komunikowania i bez okresu uprawomocnienia) może dotyczyć również dowolnego z punktów Regulaminu w dowolnym momencie trwania konkursu.


***


ZAŁĄCZNIKI


ZAŁĄCZNIK 1: INDEKS SŁÓW ZAKAZANYCH


świat, lat, wiatr, rad, wpadł, mniej, chce, gdzieś, ten, krew, myśli, już recydywiści, kurs

licencja na powtarzanie.

Skąd Wy bierzecie te licencje. Na icentia poetica się nie załapałem i za każdym razem muszę prosić @splash545 żeby machał swoją

XD

Zaloguj się aby komentować

!!! --> SPRAWA ORGANIZACYJNA <-- !!!


Kochani!


Akcja jest taka,

że mamy cwaniaka!


Zarymowałem, więc do kawiarenki #zafirewallem wpis już się nadaje. No to teraz do rzeczy.


Okazało się, w tym skandalicznym komentarzu , że kolega @Dziwen rozgryzł system i tym sposobem dłuuugo udawało mu się uniknąć zwycięstwa w naszej zabawie #naczteryrymy . Szkoda byłoby jednak takiego artysty nie docenić, prawda?


Czy możecie mi pomóc w przyznaniu mu nagrody publiczności? Trzebaby cofnąć swoje pioruny tym, którzy mają ich więcej bądź tyle samo co nasz artysta, a dać je jemu, żeby miał ich więcej niż inni.


Z góry dziękuję. 

Dżordż

Zaloguj się aby komentować

Doktor Koziełło


Kiedy doktor Koziełło mijał wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczył przywiązaną do ich klamki kozę. Zatrzymał się i zastanowił – „Co też tej pani Kozłowskiej mogło przyjść do głowy?”


Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Drzwi uchyliły się i sąsiadka wyszła z mieszkania na klatkę schodową.


– Dzień dobry, doktorze – powiedziała grzebiąc w nosie. Wydłubała z niego ogromną kozę, którą wytarła o zarzuconą na siebie podomkę.


– Dzień dobry pani – odpowiedział doktor – a cóż to, remont się w domu szykuje? – zapytał.


– A, wie pan, tak sobie pomyślałam: Putin, stary cap, kurek nam z gazem zakręcił, zima idzie, a te, jak sam pan pewnie zauważył w tej epoce globalnego ocieplenia coraz to zimniejsze są. Starego mi do kozy zamknęli, to i pieniędzy tyle co kot napłakał, to pomyślałam, że wstawię sobie do kuchni piecyk taki. No bo co w końcu, mam marznąć? Niedoczekanie! A tak to zawsze człowiekowi ciepło chociaż będzie. Napalę sobie czy to sztachetami od płotów z ogródków, czy tymi kartonami po telewizorach, co to na klatce sąsiedzi je co i rusz wystawiają…


Tyradę pani Kozłowskiej przerwało trzaśnięcie drzwi na górnym piętrze. Zaraz po nim rozległ się dźwięk ciężkich butów uderzających o kolejne stopnie. Czarny kształt śmignął pomiędzy rozmówcami potrącając doktora Koziełłę. Tylko ciemne rozwiane w pędzie włosy powiewały jeszcze przez chwilę, kiedy kształt zniknął za załomem półpiętra.


– A, to ta głupia koza, Kozielska, patrz pan. A taka dobra dziewczyna z niej była! Do kościoła chodziła, w chórze śpiewała, a teraz co? Matka nie dopilnowała to i stoczyła się córeczka! Na czarno ubrana chodzi, na koszulkach jakieś diabły nosi, kozie łby w tych gwiazdach szatańskich! Kto wie co ona tam jeszcze wyprawia? Co to się ze światem porobiło?


Doktor zignorował uwagę sąsiadki. Przypomniał sobie swoją własną młodość, zresztą jeszcze wczoraj, w czasie sprzątania, znalazł starą koszulkę z kozim łbem na piersiach i z sentymentem wspominał dawne czasy, kiedy to nauczyciele nieraz za „nieobyczajny wygląd” kazali mu po lekcjach zostawać w kozie. Straszyli, że źle skończy jeśli dalej tak się będzie prowadził. Chyba jednak nie skończył tak źle? Choć przecież zawsze mogło być lepiej. Poza tym lubił młodą Kozielską, która mieszkała z nim przez ścianę. A już szczególnie cenił jej talent muzyczny. Przyjemność sprawiało mu słuchanie piszczałek, kiedy dziewczyna grała na swoim nietypowym instrumencie, bo grała na kozie. Czasami przystawiał sobie bliżej ściany swój gimnastyczny kozioł i przykładał do ściany szklankę, przez którą słuchał koncertu młodej instrumentalistki. – A to jakiś kozioł pod tę kozę trzeba by chyba zbudować? Żeby podłogi nie poniszczyć – zmieniając temat zapytał pani Kozłowskiej kiedy wyrwał się z tej chwilowej zadumy.


– A trzeba, trzeba. Racja. Pan doktor fachura widzę, nie tylko w swojej dziedzinie. Ja już nawet kozę mam – tu sąsiadka wyjęła zza drzwi deskę z uchwytem i pokazała doktorowi – tylko cegieł jeszcze nie udało mi się zorganizować. Ale w parafii, to wie pan, kościół teraz budują i…


Pani Kozłowska zdała sobie chyba sprawę, że powiedziała ciut za dużo, przerwała bowiem kiedy doktor Koziełło spojrzał na nią dziwnym wzrokiem i pogładził się po swojej koziej bródce.


– A wie pan... – tym razem to sąsiadka próbowała zmienić temat, ale urwała zmieszana, nie bardzo wiedząc na jaki. Z pomocą przyszła jej chyba jednak opatrzność boska, bowiem nad głowami rozmówców rozległy się nagle regularne, rytmiczne uderzenia. – O właśnie! Widzi pan doktor! Taka to cała rodzina tych Kozielskich! Córka, głupia koza, tylko ubiera się na czarno jak szatanistka jakaś, zresztą kto to wie, może i jest tą szatanistką, uchowaj Boże! – tutaj Kozłowska przeżegnała się nabożnie – A ten ich synek, wcale nie lepszy! Nic tylko tą piłką kozłuje po całych dniach! Koszykarzem jakimś chce zostać! Człowiek własnych myśli nie słyszy! No ale co się dziwić, jak dzieci same z matką zostały. Ten ich ojciec, cap stary, kozioł głupi, a uparty, w świat wyruszył. Zboże spławia po rzekach! Widział to kto! Kozą sobie pływa, a domu nie ma kto pilnować! Nie ma kto ma dzieci wychowywać? No bo kto ma, jak ojca nie ma, pytam się pana? A złą to miał robotę? Złą? No sam pan powiedz. Węgiel wozem rozwoził, na koźle sobie siedział, to go ten kozioł w d⁎⁎ę uwierał. Bolała go ta d⁎⁎a! A właśnie! Co do bólu, przypomniało mi się! Bo ja to bym do pana doktora sprawę miała, tak zapytam. Zapytać nie zaszkodzi, raz w końcu kozie śmierć, prawda? Bo mnie tak plecy, o tu na dole, tak bolą, jakby mi kozioł rozpędzony w nerki rogami uderzył. Nie spojrzał by pan doktor może?


– Spojrzę – odpowiedział doktor Koziełło. – Spojrzę, pani Kozłowska, ale jutro, jak z pracy wrócę. Dyżur, sama pani rozumie. No, muszę już pędzić. Do widzenia.


I popędził doktor. Zbiegł po schodach w dół, wybiegł z klatki schodowej i ruszył na parking.


Na parkingu czekała doktora Koziełłę nieprzyjemna niespodzianka. Okazało się, że w nocy ktoś ukradł mu koła. Alufelgi, co prawda dość zdarte i nie najmodniejsze, na których już kupił to auto, okazały się być komuś potrzebne.

– „Dobrze, że chociaż na koziołkach go zostawili, a nie tak na glebie” – pomyślał. Wyjął telefon i zadzwonił po taksówkę.


Taksówkarz był mrukliwy, doktor Kozłowski zresztą też nie był w nastroju do rozmów. – „Trzeba było, cholera, nie być upartym! Trzeba było posłuchać Kozietulskiego, kiedy radził żeby po studiach zostać w Poznaniu.” – myślał – „To nie! Spokoju mi się zachciało! Małego miasteczka! Co mnie na te Kozy podkusiło? Już chyba w Pacanowie byłoby mi lepiej!”

– Sto trzy złote się należy – z zadumy wyrwał go głos taksówkarza. Sięgnął po portfel, wyjął z niego dwa banknoty, ten z Władysławem Jagiełłą i ten z Kazimierzem Wielkim.

– Nie mam jak wydać – odezwał się taksówkarz patrząc na pieniądze w ręku doktora Koziełły.

– No dobrze, reszta dla pana.


Doktor wbiegł po schodach, dotarł do swojego gabinetu. Był chwilę przed czasem. Zdążył jeszcze nasypać karmy do akwarium, natychmiast do powierzchni podpłynęła koza, jego ulubiona jasnożółta rybka z ciemnymi plamami.

– Głodna byłaś, co? – zapytał rybki doktor. Kolejne pytania skierował już sam do siebie: – A może by tak zadzwonić do tego Kozietulskiego? Zapytać? Może coś tam u niego się zwolniło?


Dzwony na kozieńkim ratuszu rozkołysały się, obwieszczając swoim dźwiękiem, że właśnie nastało południe, początek dyżuru doktora Koziełły. W tym samym czasie na poznańskim ratuszu, naprzeciw zadłużonej willi, koziołki ocierały się o siebie częściami, których niektórzy woleliby nie mieć.


***


1020 słów.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


EDIT: Ja mam tylko nadzieję, że koleżanka @moll , której komentarz zainspirował to opowiadanie miała inny pomysł. Jeśli nie, to przepraszam.


No i muszę narzeknąć na formatowanie tekstu na tym serwisie, znowu. Trochę dziwnie to musiałem podzielić, bo inaczej wyszła ściana tekstu, której nie dało się czytać. Teraz też się czyta trudno, ale mniej trudno niż wcześniej. Chyba.

Zaloguj się aby komentować

676 + 1 = 677


Tytuł: Jądro ciemności

Autor: Joseph Conrad

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Nazywano ich zatem zbrodniarzami, a pogwałcone przez nich prawo, tak jak i pękające pociski, przybyły zza morza – niezbadane, tajemnicze.


W czasie rejsu po Tamizie niejaki Marlow, o którym dowiadujemy się w zasadzie niewiele, choć i tak więcej niż o pozostałych uczestnikach tego rejsu, opowiada historię, która przydarzyła mu się w czasie wyprawy do niezbadanych wówczas jeszcze rejonów świata. To stamtąd, z miejsca gdzie obóz założył niejaki Kurtz, do centralnego obozu przysyłane są ogromne transporty kości słoniowej, ilościowo przekraczające sumę dostarczą przez pozostałych kolonizatorów. Jednocześnie z placówki objętej przez Kurtza dochodzą niepokojące informacje dotyczące jego stanu. Marlow dostaje zadanie dotarcia tam i sprawdzenia co się dzieje.


Temat ważki, bo dotyczący tej drugiej strony kolonializmu, tego co działo się gdzieś daleko i o czym ludzie nie wiedzieli bo nie zastanawiali się nad tym, bądź wiedzieć nie chcieli, bo spojrzenie przesłaniało im bogactwo, jakiego dostarczały kolonie, bądź wiedzieli (zwykle ci, którzy byli na miejscu), ale przyjmowali to jako naturalny porządek rzeczy, bo przecież Murzyni to zwierzęta i biały człowiek ma nad nimi naturalną przewagę w każdym aspekcie. Temat ważki, a jednak przedstawiony przez pana Conrada w sposób tak fatalny, że momentami to – krótkie jednak – opowiadanie męczyło mnie niemiłosiernie. Nie ciężkim tematem, ale chaosem. Konstrukcją scen, fragmentarycznym traktowaniem bohaterów, opisem zamiast scenami. Nie bardzo potrafiłem się w tym wszystkim odnaleźć, nie mówiąc już o tym, żebym się poczuł jakbym był w środku akcji.


Sam pomysł na fabułę świetny. Końcówka – od spotkania Kurtza przez opis tego jak się na tej swojej placówce urządził aż do rozmowy z jego narzeczoną pomyślana rewelacyjnie. Z tego co mi wiadomo wówczas, kiedy Jądro ciemności zostało wydane, wzbudziła dyskusję. Bo faktycznie, zwraca uwagę na kilka problemów: na to, jak chciwość (nie tylko w sensie materialnym, a więc może i próżność) potrafi zawładnąć człowiekiem, ale też na to jak, by zachować nasz obraz świata (a może „poprawność polityczną”, z tym, że inną niż dziś, taką z przełomy XIX i XX wieku), prawda ustępuje miejsca budowaniu obrazów o ludziach. Szkoda tylko, tak jak pisałem wyżej, że wykonanie (przynajmniej dla mnie) pozostawia wiele do życzenia.


Językowo jest tak sobie. Być może to stylizacja na chaotyczną opowieść – wszak na opowiadającym Marlowie zdarzenia te odcisnęły swoje piętno – a być może (do tego wniosku przychylałbym się – nawet na podstawie własnych doświadczeń z twórczością pana Conrada – bardziej) po prostu brak umiejętności literackich autora. Zresztą, do dziś, zdaje mi się, postać pana Josepha Conrada budzi kontrowersje. Są głosy, że ten polskiego pochodzenia autor nie posługiwał się językiem angielskim na tyle dobrze, żeby był w stanie sam napisać swoje książki. Jak było naprawdę? Nie mam pojęcia. Piszę tylko o tym co gdzieś tam zasłyszałem, a oceniam efekty, a nie przyczyny.


Literacko, jak pisałem, tak sobie. W całej książce podobało mi się tylko jedno określenie: Mefistofeles z papier maché – pisane właśnie tak, a nie, jak być powinno, "mâché". Jeśliby ktoś natomiast z jakichś powodów chciał zapoznać się z tym dziełem, nie polecam wydania, które ja czytałem (to z tą okładką ilustrującą wpis), opublikowanego przez wydawnictwo Liber Electronicus (sic!). To jest jakiś, takie mam wrażenie, robiony na szybko i nie sprawdzony OCR. Nagminne są w tym tekście literówki, tak charakterystyczne dla tej metody przetwarzania tekstu: „me” zamiast „nie”, „aa” zamiast „za” czy „na”. Nie tylko utrudniało to mi odbiór i tak już niełatwego tekstu, ale zwyczajnie mnie irytowało.

ec4139b0-ac5d-46b8-be23-82a6536ad646

@moll Ja czytałem jeszcze Lorda Jima, też nie polecam. Choć, w świetle tego co napisał @jelonek, mogę teraz zrozumieć skąd uznanie dla pana Conrada, tak w środowisku brytyjskim, jak i u nas: "naszego chwalo!" w końcu.

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden. Krzywdzący stereotyp, kiepski rym i zupełny brak miary – wszystkie moje znaki firmowe w jednym wytworze. Proszę bardzo:


***


Płody rolne

czyli Tradycyjna gościnność


Winogron puszcza już pierwsze soki,

już samogony po szopach pędzą,

kiełbasy też już powoli wędzą:

Dożynki! Zabawa! Jak w zeszłe roki!


Scenę już postawili w rynku chłopoki,

już przeczekali przemowę księżą,

wójt ze sołtysem jeszcze coś ględzą,

my – zaczynamy! Do dna weź dopij!


Zjechało się do wsi szacownych gości

z miastową próbują narzucać się modą.

Że kulturalni. No a my – prości.

My ich żegnamy. Co? Nie odchodzą?


Z rolniczych płodów, darów prawdziwych,

każdy pod okiem doczekał się śliwy.


***


#nasonety

#zafirewallem

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta .

Zaloguj się aby komentować

Skandalem moim zdaniem jest formatowanie teksu na tej stronie. Chcąc zrobić wcięcie muszę się do jakichś dziwnych sztuczek uciekać!


Skandalem są również prowokacje. Szczególnie te wymierzone we mnie. Bo te wymierzone przeze mnie to już nie. Niemniej wywołany w zasadach do tablicy , podporządkowuję się tym zasadom. Bo przecież zasady to zasady!


***


I bez pomocy szewczyka smok owcę połyka


Wiadomo: owcami żywią się smoki.

Cóż z egzystencją bowiem tak nędzną

zwierzę to marne, pokryte przędzą,

zrobić by mogło? Jakie widoki

mieć może wełną zakrytooki?


O bojowym nastawieniu co prawda coś ględzą

lecz w owczym swym pędzie wprost w paszcze pędzą

smocze. A to, co zostanie, rozdziobią sroki.

Bo przecież nie kruki. Nie wrony. Litości!

Te ptaki szlachetne go nie podziobią!

Już wolą głód znosić swoich wnętrzności.


Takie to plotki po hejto chodzą

że moderator jest pamiętliwy.

Chciałeś sonetu? To proszę.

------------------------- Życzliwy.


***


#nasonety

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

@Wrzoo


Do tego również owca się nada

by szkocki góral się nią najadał.

Gdy z przymrużonym spojrzeć by okiem:

czy taki góral mógłby być smokiem?

Mógłby być smokiem, a nawet Francuzem

Bo Francuz nie puściłby owcy luzem

Byle nie sięgał po owcze pachy:

Stamtąd niezbyt apetyczne zapachy…

Zaloguj się aby komentować

673 + 1 = 674


Tytuł: Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego. Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu; O zasadzie ekonomii myślenia.

Autor: Bronisław Malinowski

Kategoria: nauki społeczne


#bookmeter


Wiedza o człowieku nigdy nie uniknęła tego okresu surowego racjonalizmu i w zawiązku każdej gałęzi socjologii i etnologii spotykamy zawsze teorie starające się wytłumaczyć „początki” danego wierzenia czy instytucji społecznej przez hipotezę „człowieka pierwotnego” tak pedantycznie logicznego i racjonalnego jak sam uczony, który snuje te teorie.


Jeszcze na początku XX wieku antropologię (lub, szerzej: etnologię) uprawiało się zza biurek. Opierano się wówczas na relacjach, opisach, ale również i przedmiotach dostarczanych do cywilizowanego świata z dzikich rejonów przez tych, którzy te rejony odwiedzali: kupców, urzędników kolonialnych, misjonarzy – nie byli to jednak naukowcy. Naukowcy zaś, na podstawie dostarczonych im – materialnych lub nie – elementów wywodzących się z obcych, pierwotnych kultur w zaciszach swoich gabinetów wywodzili rozmaite teorie. Zdarzało się nader często również i tak, że z szerokiego zbioru dostępnych im przesłanek wybierali sobie te, które ułożoną teorię uprawomocniały ignorując jednocześnie te, które jej przeczyły. Trochę jak w wypaczonym słynnym zdaniu Hegla: „Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów”.


W tej „zabiurkowej” antropologii dominowały wówczas dwa podejścia: podejście ewolucjonistyczne i dyfuzyjne. Pierwsze z nich zakładało, że etapy rozwoju życia społecznego przebiegają dla wszystkich kultur tak samo. Wniosek, jaki z tego założenia został wyciągnięty brzmiał tak, że badając pierwotne kultury (kultury dzikich) jesteśmy w stanie odtworzyć przeszłość naszej własnej społeczności, a w konsekwencji zrozumieć mechanizmy, jakie w niej zachodzą. Drugie podejście, podejście dyfuzyjne zakładało z kolei wspólny dla całej ludzkości początek kultury (z jakiegoś powodu upatrywano go w starożytnym Egipcie) i rozpowszechnianie się jej elementów w kolejnych regionach (dyfuzję tych elementów kultury). Zadaniem, przed jakim według tego podejścia stała nauka, było prześledzenie drogi, którą kultura z Egiptu rozprzestrzeniła się na cały świat. I voilà! – jesteśmy w domu! Czy, w tym przypadku bardziej pasowałoby może: poza domem.


Totemicznym (tu, w trochę jednak wypaczonym znaczeniu, jako „wielkim”) dziełem tamtego okresu było dzieło Złota gałąź Sir Jamesa Georga Frazera. To właśnie to dzieło wywarło na Bronisławie Malinowskim wrażenie tak silne, że zrozumiał, że antropologia jest wielką nauką, godną takiego samego oddania, jak którakolwiek ze starszych i bardziej od niej ścisłych dyscyplin.


W Wierzeniach pierwotnych i formach ustroju społecznego wówczas jeszcze doktor Malinowski (ta praca w zamyśle miała być jego rozprawą habilitacyjną) poddaje jednak dzieło Frazera (a także inne współczesne mu publikacje dotyczące podejmowanego tematu) krytyce – Wierzenia pierwotne… to jednak praca naukowa i, jako taka, rozpoczyna się przeglądem aktualnej wiedzy. Krytyka ta dotyczy wniosków oraz sposobu ich wyciągania (opisanego wyżej), jakie autorzy wyciągali z dostępnych im faktów. Pan Malinowski docenia jednak ogrom wiedzy (choć i tak niewystarczającej do nakreślenia pełnego obrazu) zgromadzonej w dostępnych mu dziełach. Decyduje się przeprowadzić własne rozumowanie, próbuje zrozumieć człowieka pierwotnego, który nie ma czasu na głęboką, czasami wręcz filozoficzną analizę zjawisk i „świadome” tworzenie systemu wierzeń. Źródeł religii upatruje raczej w codzienności – w emocjach, które towarzyszyły „dzikim” w życiu polegającym na ciągłej niemal walce o przetrwanie. Wyciąga stąd wniosek, że to właśnie w prozie życia i związanych z nią afektach – gniewie, strachu, rozpaczy; najsilniejszych elementach fizjologicznych niezbędnych do zachowania życia – głodzie i jego zaspokajaniu (jedzeniu) oraz popędzie seksualnym należy upatrywać źródeł religii. Dopiero później efekty tych swoich teoretycznych rozważań poddaje konfrontacji ze znanym wówczas efektami obserwacji dzikich plemion. Wyniki tego porównania wydają mu się zadowalające. Na koniec, na podstawie stworzonego poglądu na genezę religii i jej funkcje społeczne, rozpatruje ustrój społeczeństw totemicznych (a więc ustrój klanowy – w całym niemal świecie zorganizowany w zbliżony sposób) dowodząc, że, z wielu punktów widzenia, lecz szczególnie ze względów ekonomicznych (czy też technicznych) jest to jedyny możliwy w takich społeczeństwach ustrój.


Rozważania te prowadzone są w sposób niezmiernie ciekawy i interesujący, a jednocześnie przystępny. Doktor Malinowski podaje obrazowe przykłady odnosząc się nieraz do naszej, cywilizowanej codzienności. My sami przecież, na krótki choć moment, jeszcze dziś nadajemy cechy istoty żywej (animizujemy) choćby kamieniowi, o który się potkniemy, a któremu w ramach „zemsty” wymierzamy kopniak (bądź rzucamy w jego stronę „o motyla noga!”) .


Nie mam pojęcia jak na dziś wygląda wiedza o początkach religii, nie wiem też czy doktor Malinowski w tym roku 1915, kiedy pracę opublikował, miał rację (całkowicie albo częściowo), ale nie z chęci poznania prawdy obiektywnej po tę pozycję sięgnąłem. Sprawiło mi przyjemność samo zapoznanie się z traktem naukowy sprzed przeszło stu lat. Obcowanie z ciekawym (choć nie bardzo odbiegającym od dzisiejszego) językiem, poznanie myśli, jakie wtedy zajmowały naukowców, prześledzenie toku rozumowania człowieka uznanego za jednego z najwybitniejszych w swojej dziedzinie, który przyczynił się do przełomu w badaniach antropologicznych.


Druga część tego tomu, O zasadzie ekonomii myślenia, która decyzją wydawcy została włączona jego zakres (być może ze względu na ekonomię druku, tj. na optymalne wykorzystanie arkuszy wydawniczych?) to rozprawa doktorska Bronisława Malinowskiego z roku 1910. Dla mnie mniej zajmująca, dotycząca przede wszystkim problemu czy umysł nasz ma tendencję do szukania sposobów wymagających najmniejszego możliwego wysiłku (to w ogóle porównane jest do matematyki i mechaniki, ujęte w matematyczne terminy funkcji, co zwiastuje już przyszłe podejście Malinowskiego również do badań antropologicznych, wszak (współ)stworzona przez niego szkoła nazwana została szkołą funkcjonalną). Dla mnie była to część mniej zajmująca, mocno syntetyczna i dość niejasna. Przede wszystkim ze względu na odwoływanie się myśli innych uczonych (Avenariusa i Macha) ze skrótowym i pobieżnym ich omówieniem co dla mnie, tych myśli nieznającego, było mocnym utrudnieniem w odbiorze. Fakt, że też z tą pracą zapoznałem się raczej pobieżnie i nie szukałem rozwinięcia prezentowanych stanowisk, bo ten temat interesował mnie jednak mniej niż pogląd doktora Malinowskiego na genezę religii. Ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu, rzecz jasna.

665919f3-dd5d-4dcf-bc55-4589beae8d96

Zaloguj się aby komentować