Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

757 + 1 = 758


Tytuł: Mała apokalipsa

Autor: Tadeusz Konwicki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Więc odsłoniło się znowu niebo, tak niewinne i czyste jak kiedyś, kiedy było naprawdę niewinne i czyste. Dziś niebo to zasmrodziły rakiety, zadeptali skwapliwi filozofowie w poszukiwaniu prawy, której, być może, nie ma.


22 lipca roku… No właśnie, na skutek przekraczania tudzież nie wykonywania opracowanych planów i związanych z tym manipulacji czasowych – żeby w papierach, a może w przekazie albo w propagandzie(?), wyglądało, że wszystko jest w porządku; wszak władza w końcu nie może się mylić – nie do końca wiadomo którego. W każdym razie 22 lipca czyli kolejna rocznica powstania Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tylko że akurat ten 22 lipca roku nie wiadomo którego jest wyjątkowy. Jest wyjątkowy jeśli idzie o skalę narodową, do Warszawy przyjeżdża bowiem radziecki wódz (o nieco azjatyckich rysach) ażeby to dołączyć Polskę do Związku Radzieckiego jako wolną, niezawisłą Polską Republikę Radziecką. Ale jest też wyjątkowy jeśli idzie o skalę osobistą, bo do Tadeusza K., narratora tej opowieści, przybywa w osobie dwóch jego kolegów-literatów delegacja opozycji. Składają mu oni propozycję żeby w akcie protestu dokonał o godzinie ósmej wieczorem aktu samospalenia. Tadeusz K. został bowiem wytypowany jako osoba, która najlepiej będzie się do tego nadawać.


Tadeusz K. to człowiek o usposobieniu melancholijnym, depresyjnym wręcz. Jeszcze zanim złożono mu propozycję często zdarzało mu się rozmyślać o śmierci. Otrzymawszy jednak taką propozycję, kiedy to myśli te mają okazję się urzeczywistnić, waha się. Podejmuje jednak działania i, choć niepewny jeszcze swojej decyzji, wybiera się pod wskazany przez delegatów adres gdzie ma zostać zapoznany z częścią techniczną swojego zadania. Ta pierwsza część książki była dla mnie dużo lepszą ilustracją powiedzenia „umieramy samotni” niż Śmierć Iwana Iljicza, która to pozycja podobno ilustruje to hasło wyjątkowo dobrze. Niesamowita była obojętność osób zaangażowanych w organizację mającego nadejść wydarzenia, ich skupienie się na zadaniu z całkowitym pominięciem człowieka, który zadanie miał wykonać.


Później Tadeusz K. spaceruje po Warszawie w towarzystwie Tadzia Skórko, jego wielbiciela, który przy okazji nosi kanister z benzyną mającą być jednym z rekwizytów wieczornego spektaklu. Drugim mają być zapałki. Porządne, szwedzkie. Kupione za dewizy. Tadeusz K. przez cały dzień spotyka rozmaitych ludzi i obserwuje rozmaite sytuacje, a wniosek z tego wszystkiego jest jeden: świat się rozpada. W tym rozpadającym się świecie absurd goni absurd, a ludzie, z wielkimi hasłami na ustach zajęci są głównie swoją wygodą – najlepszy przykład: opozycjoniści, którzy, za zgodą chyba władzy, z opozycyjności uczynili sobie sposób na życie.


To chyba jedna z najgłośniejszych cichych książek. Cichych, bo początkowo wydawanych w podziemnym obiegu. Głośnych, bo ponoć nikt wcześniej przed panem Konwickim nie mówił tak wprost o rzeczywistości. Nie nazywało się wówczas w literaturze (przynajmniej krytycznej) Związku Radzieckiego Związkiem Radzieckim. Ale dla mnie nie tylko w tym tkwi jej siła, choć zdaję sobie sprawę, że przez to prawdopodobnie Mała apokalipsa zdobyła swój rozgłos. Ta książka jest po prostu świetnie napisana. Malowniczy, momentami poetycki język, którym narrator opisuje obserwowaną przez siebie rzeczywistość, obrazowość tego, co kreśli sprawiają wyjątkową przyjemność w czasie czytania. A dodatkowo ta tak wspaniale opisana rzeczywistość zderzona z racjonalno-melancholijnym spojrzeniem na nią, jakim cechuje się ta opowieść powoduje, że czułem przy lekturze Małej apokalipsy to, co niektórzy twierdzą, że czują przy czytaniu Procesu pana Kafki: jakiś rodzaj niepokoju. Ja przy Procesie niczego takiego nie czułem. Może Mała apokalipsa trafia do mnie bardziej dlatego, że, choć równie absurdalna, to jednak ten jej absurd mocniej wrośnięty jest w rzeczywistość jaką znam.

921e555b-a63c-419c-b5a9-71482c512595

Zaloguj się aby komentować

756 + 1 = 757


Tytuł: Człowiek, który znał mowę węży

Autor: Andrus Kivirähk

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 8/10


#bookmeter


Żmije nie mieszały się w nieswoje sprawy, jak długo nie wchodziło im się w drogę. Uważały, że każdy, jeśli ma takie życzenie, ma prawo żyć tak głupio, jak tego pragnie.


Ponownie, w niedługim odstępie czasowym, zrobiłem sobie wycieczkę do Estonii w towarzystwie pana Andrusa Kivirähka. I ponownie była to ogromna przyjemność, choć ta Estonia z jednej strony była inna niż Listopadowych porzeczkach, to z drugiej tak bardzo była podobna.


Człowiek, który znał mowę węży nie wydaje się w żaden sposób, może poza osobą autora, związany z Listopadowymi porzeczkami. A jednak teraz, kiedy piszę te słowa, przychodzi mi do głowy, że można doszukiwać się – trochę na siłę – jakiegoś ciągu logiczno-historycznego między tymi dwoma utworami. Bo ile późniejsze Listopadowe porzeczki opowiadają o życiu w estońskiej wsi a „antagonistą” jest dwór, tak wcześniejszy Człowiek, który znał mowę węży opowiada o życiu w lesie, a „antagonistą” jest wieś. Człowiek, który znał mowę węży opowiada z jednej strony o postępie, przyniesionym z zewnątrz, a z drugiej strony o tradycji i przywiązaniu do niej, którą ten przyniesiony z zewnątrz postęp wypiera. Albo zabija czy niszczy. I opowiada chyba też o tym, że obojętnie jakich wartości człowiek sobie w życiu nie wybierze, to schematy jego zachowań i tak pozostaną takie same, choć mogą wynikać z innych przyczyn.


Świetne jest zestawienie wiejskiego sołtysa (pastora?) Johannesa z leśnym szamanem Ulgäsem. Bezkrytyczny zachwyt tego pierwszego nad wszystkim co nowe i przyniesione „zza morza”, albo w ogóle ze świętego miasta Rzymu, jego chęć naśladowania i wiara (albo nadzieja), że pracą i poświęceniem uda się dogonić ludy postępowe kontra wiara w leśne duchy tego drugiego (albo jego cynizm, bo nawet po zakończonej lekturze nie do końca wiem co o tej postaci sądzić; ale to dobrze, ja to poczytuję za plus) zostały wyśmienicie przedstawione jako coś w rodzaju kolejnych stadiów ewolucji społecznej. Fantastyczne jest przedstawienie tego, jak szybko można w zachwycie nad nowością zapomnieć o swoich korzeniach, co uosabia Peetrus (wcześniej Pärt) – „_Zostałem ochrzczony i od teraz jestem Peetrus. Bóg nie lubi tych, którzy noszą imię Pärt. Ale Peetrusów kocha i gdy go o coś poproszę, to mi to da._” No i właśnie, jeszcze przy tym ostatnim cytacie – kapitalne przedstawienie „chłopskiego rozumu” mieszkańców wsi i takie jakieś swojskie rozumienie nowoprzyniesionej religii, w czym zresztą (to już mój domysł) przybywający z nią „misjonarze” musieli mieć swój udział. Bo przecież żeby zdobyć nowych wyznawców trzeba ich czymś skusić. A że ludzie to nieświatli, tacy, którzy dopiero co (i to dosłownie) wyszli z lasu, to i swój, jak byśmy dziś powiedzieli: marketing musieli dostosować do, jak byśmy dziś powiedzieli: targetu.


To, co opisałem wyżej, to oczywiście nie wszystko co w tej wciągającej powieści (wciągnąłem za jednym posiedzeniem) można znaleźć, ale to rzeczy które szczególnie z niej zapamiętałem. I zapamiętałem z niej jeszcze osadzenie tych wszystkich problemów – do czego pan Kivirähk już w Listopadowych porzeczkach mnie przyzwyczaił i czym rozpieścił – w fantastycznym świecie. Tym razem nie ma w nim magii, jak przy tworzeniu kratów. Jest za to coś w rodzaju druidyzmu, bo to siły natury, nie ujarzmione przez człowieka, ale przez tego człowieka poznane, pozwalają mu funkcjonować w lesie i żyć w zgodzie z przyrodą. Przyjaźń ze żmijami, niedźwiedzie łase na ludzkie kobiety, udomowione wilki – to wszystko oferuje ten wspaniały, barwny, opisany przez pana Kivirähka w Człowieku, który znał mowę węży świat.


W tym wydaniu, które czytałem, na końcu zamieszczone jest jeszcze posłowie napisane przez tłumacza, panią Annę Michalczuk-Podlecki. W nim jest kilka informacji o tym czym ta powieść jest (albo czym może być), ale najciekawszą dla mnie rzeczą była informacja o tym, jak pani podeszła do przekładu. Otóż okazało się, że starała się unikać w wypowiedziach mieszkańców lasu słów pochodzenia łacińskiego. Ciekawy pomysł na zwiększenie wiarygodności tekstu i fantastyczne (chyba) wyzwanie, jakie postawiła sobie w czasie pracy.

edb1e129-d04b-403d-83fc-ceb5b42071b3

Zaloguj się aby komentować

co jest k⁎⁎wa, nic nie działa

bij na alarm moja służka

bijesz mocno aż ci chwałą

oto jest dla ciebie gruszka


jednak chyba dałaś ciała

niekt nie jedzie, pusta dróżka

całą noc syrena grała

nic nie dali, pusta puszka


dwie rymowanki, nie powtarzałem rymów, bo jak to tak, dalem bardzo podobne

Budzik na 4:45


W Gdańskim porcie grzmią działa

obudzony wcześniej, zanim zrobi to służka

na Westerplatte wykuwa się wieczna chwała

szkoła odwołana, z tornistra wyjęta już gruszka

Zaloguj się aby komentować

748 + 1 = 749


Tytuł: Starość aksolotla. Hardware dreams

Autor: Jacek Dukaj

Kategoria: fantasy, science fiction

Ocena: 4/10


#bookmeter


Wódeczki jeszcze?

A poproszę.

Stalowe paluchy z chirurgiczną precyzją obejmują delikatne szkło. Są do tego specjalne programy wspomagające motorykę, do picia wódki. Oczywiście nie piją wódki, te trunki to atrapy. Niczego nie piją, niczego nie jedzą, ćwierćtonowe mechy w barze Chūō Akachōchin, mogę tylko odgrywać te gesty życia, z mozołem powtarzać przyzwyczajenia przebrzmiałej biologii.


Przez Ziemię przetoczyła się śmiercionośna fala. Czy był to skutek wyrzutu neutronów przez jakąś gwiazdę, czy było to atak (kto atakował?) – tego nie wiadomo. Wiadomo na to, że fala przesuwa się ze wschodu na zachód. Względem Ziemi. Bo można też przyjąć, że stoi w miejscu, a to Ziemia, obracając się, przesuwa swoją powierzchnię względem nieruchomej bariery, która zabija wszelkie życie. Wszelkie. To znaczy w tej książce nie ginie tylko ludzkość, jak w niektórych innych z gatunku postapo, które z większą bądź mniejszą (choć raczej mniejszą) przyjemnością zdarzało mi się czytać. Giną również zwierzęta, giną rośliny, bakterie. Ginie życie biologiczne – czy jest jakieś inne?


To właśnie to pytanie jest jednym z problemów stawianych przez autora w Starości aksolotla. Bo niektórym udaje się „przeżyć” – a może bardziej „przetrwać”? – poprzez zmapowanie swoich mózgów za pomocą prototypowego urządzenia, przygotowanego z myślą o graczach. Tylko tak: po pierwsze to nikt nie wie na ile te mapy mózgów, ta przeniesiona świadomość, jest skopiowana dokładnie. No i po drugie, czy taki plik (który można skopiować, wykasować, albo modyfikować – w tym przypadku za pomocą malware zwanego Zarazą) zainstalowany w jakimś sprzęcie wchodzącym w skład Internetu Rzeczy albo w humanoidalnym (lub niehumanoidalnym) robocie to dalej jest życie? Bez zmysłów, bez snu. Bez biologii.


Książka przedstawia świat na chwilę przed Zagładą (tak nazywane jest to zdarzenie w książce) i to jest ciekawe – szczególnie prezentacja rozmaitych zachowań ludzi w obliczu nieuniknionego. To jest faktycznie wypunktowane interesująco, ale pan Dukaj prześlizgnął się tylko po temacie. Chętnie przeczytałbym coś (byle było dobrze napisane), gdzie byłyby zaprezentowane właśnie rozmaite postawy na kilka godzin przed pewną zagładą.


Później są kolejne części, logarytmicznie przesunięte w czasie, a więc obejmujące okres tysiąca, dziesięciu tysięcy i stu tysięcy dni po Zagładzie. W tych punktach autor przedstawia jak ci, którzy „przetrwali”, przystosowują się do nowego świata. I ta początkowa część, ta związana z tęsknotą za biologiczną powłoką (tutaj pozwolę sobie przypomnieć opowiadanie kolegi @splash545 w naszej zabawie #naopowiesci ), zachowania będące skutkiem przyzwyczajenia do posiadania ciała, sprawiła mi trochę przyjemności i skłoniła do przemyśleń. Ale później już – z mojej perspektywy – było tylko gorzej.


Wydaje mi się, że w zbyt małej objętości autor chciał zmieścić zbyt dużo. Ogrom rozmaitych koalicji, które tworzą się po katastrofie, które wchodzą ze sobą w alianse ale też konflikty, które rywalizują o zasoby – bo przecież jeśli nie musimy już walczyć o żywność czy bogactwo, to robotom potrzebny jest prąd elektryczny a także możliwość magazynowania danych – jest przedstawiony bardzo skrótowo. O ile dobrym i realistycznym pomysłem wydaje mi się podzielenie „nowego świata” na tyle frakcji, o tyle nie ma w tej książce miejsca na to, żeby się ten geopolityczny wątek rozpędził. Dla mnie w tym temacie to było skakanie od jednej grupy do drugiej. Ot, wymienianie ich po kolei. Z bardziej zajmujących rzeczy wymieniłbym jeszcze skutki ekologiczne zniknięcia z powierzchni Ziemi życia, choć to też zostało tylko wspomnianie.


W ogóle im dalej w las tym dla mnie było mniej ciekawie – „bez serc, bez ducha, to robotów ludy”, chciałoby się wręcz powiedzieć. Ale to może dlatego, że nie jestem fanem sf (a hard sf to już w ogóle) i jest to wynik moich osobistych preferencji. A może dlatego, że później wszystko w tej powieści było tak mało plastyczne a bardzo techniczne? Albo za mało ludzkie? Problemy i aspiracje globalne zdominowały tak narrację jak i zdeterminowały działania bohaterów. Mało w tym wszystkim było człowieka. I nawet jeśli był to celowy zabieg autora, coś co chciał pokazać – a tak mi się wydaje – to mimo że z wnioskami się zgadzam, tak sposób ich przedstawienia i doprowadznia do nich zupełnie do mnie nie trafił.


***


EDIT: Jeszcze jeden zarzut do autora. Panu Dukajowi zdarzyło się zapomnieć, że w takim świecie nie byłoby komarów, co ja uważam za jego zdecydowany plus, bo książkę czytałem wieczorem w pobliżu rzeki.


No i jeszcze jedna rzecz, którą tej lekturze zaliczam z osobistych powodów na plus: zawsze myślałem, że to zwierzę nazywa się "aksolot". A tu jeszcze jedno "l", jak larwa, na końcu jest mu potrzebne, jak się okazuje.

ff58e5b2-8e6c-430c-9ef8-d0ea3006518f

Zaloguj się aby komentować

747 + 1 = 748


Tytuł: Imperium. Jak Wielka Brytania zbudowała nowoczesny świat

Autor: Niall Ferguson

Kategoria: historia

Ocena: 8/10


#bookmeter

\

Takie nieprawdopodobne opowieści utwierdzały łatwowiernych ludzi w kraju w przekonaniu, że powstanie było walką między dobrem a złem, białymi a czarnymi, chrześcijanami a poganami. I jeśli klęskę powstania próbowano interpretować jako przejaw boskiego gniewu, to ukazała ona tylko, że nawrócenie Indii rozpoczęło się za późno, aby mogło to się spodobać Bogu.


To była dla mnie książka z gatunku „nie tego wprawdzie szukałem, ale jest na tyle ciekawie, że szkoda byłoby jej nie skończyć”. Bo faktycznie, szukałem pozycji, która opowie mi o codziennym życiu w koloniach brytyjskich (szczególnie na Zachodnim Pacyfiku) na początku XX wieku. Jasne, nie spodziewałem się, że cały ten tom będzie o tym, aż tak to nawet mnie nieczęsto zdarza się pomylić. Liczyłem jednak, że choć jakieś fragmenty uda mi się na ten interesujący mnie temat znaleźć.


Hańba. Wstyd. Kompromitacja. To tyle, jeśli chodzi o mnie. A właściwie nie o mnie całego, ale o moją ignorancję. Bo owszem, zdawałem sobie sprawę, że Wielka Brytania była kiedyś potęgą kolonialną, ale nie wiedziałem, że aż do tego stopnia. Że jedna czwarta mapy świata była kiedyś pomalowana imperialną czerwienią, jak to z upodobaniem przez całą książkę pan Ferguson powtarzał. No ale przeczytałem i teraz już wiem.


Wiem nawet trochę więcej. Dowiedziałem się bowiem z tej lektury również wielu innych rzeczy. I tak, zachowując porządek zaproponowany przez autora, dowiedziałem się dlaczego to właśnie Wielka Brytania, która do wyścigu kolonialnego przystąpiła dość późno, stała się z upływem czasu tego wyścigu liderem. Dowiedziałem się o sposobach jakimi tworzące się Imperium zdobywało nowe ziemie i o sposobach jakimi te ziemie utrzymywało. I o tym, że sposoby te w różnych częściach świata były pod pewnymi względami różne. Dowiedziałem się o problemach, jakie Brytyjczycy napotykali w rozmaitych częściach podległego sobie świata i sposobach którymi próbowali sobie – skutecznie bądź mniej skutecznie – z nimi radzić. Poznałem mnóstwo postaci, które w mniejszym bądź większym stopniu wpłynęły na kształt i kierunek brytyjskiego imperium. Dowiedziałem się jak „doktryny” i cele były adaptowane zależnie od napotykanych okoliczności i jak elastyczna momentami była imperialna postawa i moralność. I dowiedziałem się o tym dlaczego i jak imperium „upadło”. Oraz o tym, że – z perspektywy – ten „upadek” to była najsłuszniejsza i najwłaściwsza wówczas droga.


Dowiedziałem się też, ale to już po zakończonej lekturze, dlaczego sporo jednak czasu zdecydowałem się poświęcić na czytanie książki, w której – już na początku – wiedziałem, że nie znajdę tego, czego szukam. To chyba przede wszystkim zasługa sposobu, w jaki pan Ferguson opowiedział mi tę historię Imperium Brytyjskiego. Płynna, interesująca narracja, zgrabnie przechodząca z perspektywy globalnej – od opisów warunków ekonomicznych i stosunków pomiędzy ówczesnymi mocarstwami kolonialnymi – do perspektywy lokalnej – przedstawienia i analizy wydarzeń z życia pojedynczych ludzi, którzy tę historię tworzyli: ich celów, motywacji, sukcesów i porażek. I tak się zastanawiam: dlaczego podręczniki historii nie są (a przynajmniej „za moich czasów” nie były) pisane w taki sposób jak Imperium – z jednej strony kompleksowo, pokazując liczne i skomplikowane powiązania pomiędzy poszczególnymi obszarami życia społecznego, a z drugiej po prostu ciekawie. Może było to celowe? Może było już wiadomo, że potrzeba nam mniej historyków, a więcej inżynierów i był to sprytny sposób Imperium Polskiego na zniechęcenie młodzieży do zainteresowania się tą dziedziną wiedzy?


A tak zupełnie serio, to po lekturze Imperium, z którego dowiedziałem się ogromnie wiele i moja ignorancja wydaje się jakby ciut mniejsza, pozostały mi dwa pytania. Być może ktoś z szanownych użytkowników tagu będzie w stanie mi choć na jedno z nich odpowiedzieć?

1. Czy po tej książce warto brać się jeszcze za Brzemię białego człowieka pana Kazimierza Dziewanowskiego? Czy ktoś czytał obie i mógłby je porównać?

2. Czy ktoś znam może jakąś pozycję, która opisywałaby życie Brytyjczyków w koloniach na Zachodnim Pacyfiku na początku XX wieku?


EDIT: A, no i okładka ładna. Taka imperialna.

b46161d0-c06b-4b7e-bd76-d1f88cd7fad5

Zaloguj się aby komentować

746 + 1 = 747


Tytuł: Opowieść o dwóch miastach

Autor: Charles Dickens

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Muszkieterowie plądrowali w St. Giles, szukając bandytów, a tłum strzelał do muszkieterów, zaś muszkieterowie strzelali do tłumu, i nikomu nie przyszło na myśl że jest w tych zdarzeniach coś niepokojącego.


To może być rodzaj jakiejś (lekkiej – przynajmniej taką mam nadzieję) perwersji, ale uwielbiam te kobyły ogromne, te tomiszcza opasłe, te długie i nudne dziewiętnastowieczne powieści. Uwielbiam ten staroczesny, jak mawia – on akurat o sobie, ale dlaczego nie poszerzyć znaczenia tego (o ironio!) neologizmu i nie objąć nim również literatury? – pan Marek Niedźwiedzki, styl narracji. Uwielbiam te przerysowane dialogi i interakcje między postaciami, odznaczające się przesadą i jakąś wręcz teatralnością. Uwielbiam te barwne porównania i przydługie opisy, a także te przydługie, barwne opisy porównawcze, jak choćby, akurat w przypadku Opowieści o dwóch miastach, kilkustronicowy opis wina, które rozlało się z pękniętej beczki, a które w wizji autora miało być zapowiedzią nadchodzącego rozlewu krwi w czasie Rewolucji Francuskiej. Rewolucji Francuskiej, w czasie której wielu straciło głowy na rzecz tego, żeby głową państwa został lud. W ten sposób powstała Republika Wolności, Braterstwa i Równości lub Śmierci, którą pan Dickens opisał z błyskotliwą uszczypliwością, którą nota bene, również uwielbiam.


Ale dostało się nie tylko Francji. W tej powieści historycznej, drugiej, po Barnabie Rudge, w dorobku autora dostaje się również i Anglii końca XVIII wieku – w powieści zawarty jest szeroki i o dużej rozpiętości katalog występków, za który karano tam i wówczas śmiercią. To wszystko jednak o czym pisałem do tej pory to jedynie szczegóły, dodatki do opowieści, która przecież jest istotą tej pozycji.


A opowieści tworzone przez wielkich tamtych czasów, to trzeba im przyznać, mają rozmach (to zresztą w nich również uwielbiam!). Nie będę tutaj pisał o samej historii – nie chcę spoilerować, poza tym można to sobie znaleźć na Wikipedii , ale napiszę o motywach, które w Opowieści o dwóch miastach są obecne. I to obecne silnie, a –mało tego! – wyeksploatowane w sposób fantastyczny. Mamy w tej powieści i miłość (jakże by inaczej?) i poświęcenie (dla miłości – jakże by inaczej?) i mamy śmierć, i mamy też zemstę. To właśnie zemsta wydaje mi się motywem głównym całej historii, choć pojawia się dość późno (przynajmniej ta, o której piszę, bo zemst jest tutaj więcej – jak choćby zemsta powzięta prze lud Francji na tego ludu wrogach). Ta zemsta jest pokazana nie tylko w sposób fantastyczny, stawiający samego mszczącego się w sytuacji nie dość że niekomfortowej, to i dość zaskakującej. Niech się schowa pan Dumas ze swoim Edmundem Dantesem! – ja wiem, to stwierdzenie odważne i kontrowersyjne być może, ale nigdy nie ukrywałem, że, jeśli chodzi o ligę francuską, to jestem chuliganem z obozu pana Hugo i z panem Dumasem mam – no nie ma co ukrywać – jednak kosę.


Czytałem wydanie opublikowane przez Wydawnictwo Psychoskok (dokładnie to z tą okładką ilustrującą wpis) i wspaniałe jest w nim to, że zostało opracowane na podstawie pierwszego polskiego (anonimowego) przekładu (nie mam pojęcia, czy istnieje jakiś innym) z roku 1936 opublikowanego wówczas nakładem Wydawnictwa J. Przeworskiego. Chwała Psychoskokowi (choć pewnie podyktowane to było raczej względami ekonomicznymi niż literacko-ideowymi) za to, że nie wpadli na pomysł uwspółcześnienia tego tekstu! Obcowanie z tym pięknym, archaicznym, przedwojennym językiem polskim (bronzowy, paznogcie, nie mówiąc już o składni i długich, melodyjnych, pięknie złożonych zdaniach) naprawdę sprawiło mi już od pierwszych stron mnóstwo frajdy. Bo to też jest coś, co w tych długich, nudnych dziewiętnastowiecznych powieściach uwielbiam.


Na koniec jeszcze ciekawostka. Największym książkowym bestsellerem jest biblia. Szacuje się, że sprzedała się w ponad pięciu miliardach egzemplarzy. Szacuje się, bo – z różnych przyczyn – nie da się ustalić konkretnej liczby. Wysoko jest również koran (~ 800 milionów) a także Czerwona książeczka Mao Tse-tunga (wg różnych źródeł pomiędzy 800 milionów a 6,5 miliarda). Pomijając jednak teksty religijne i polityczne to właśnie Opowieść o dwóch miastach przedstawiana jest jako najlepiej sprzedająca się książka wszech czasów – źródła podają 200 milionów kopii. Ogromnie się cieszę, że mogłem (o ile przeczytanie na Legimi wlicza się do statystyk) dodać do tej liczby i swój wkład. Bo zdecydowanie było warto.

7dfc4642-891b-4eb9-9cc4-7d2cf7632e06

Uwielbiam te przerysowane dialogi i interakcje między postaciami, odznaczające się przesadą i jakąś wręcz teatralnością. Uwielbiam te barwne porównania i przydługie opisy, a także te przydługie, barwne opisy porównawcze


To przykre, ale nie martw się, każdy ma jakieś psychiczne skrzywienia xD


Ja też probowalem to przeczytać jak się właśnie dowiedziałem o popularności tej książki, ale odbiłem się po 50 stronach

Zaloguj się aby komentować

Sześć:


***


Syreny


Nic pan nie może, panie armatorze.

Bo od działania istoty nadprzyrodzonej

statek, niestety, jest nieubezpieczony.

Jeśli pan życzy, to OWU przedłożę.


Tak, gdyby na mieliznę był okręt zniesiony

mielibyśmy prawne ku temu podłoże

ażeby sumę wypłacić co skorzej.

Należy fakt przyjąć jednostki straconej.


I pocieszenia w murach kościołów

a później w tawernach, w pijackim znoju,

armator szukał. A słabł na rozumie.


Ubezpieczyciel zaś, posłyszawszy syrenie pieśni

kolejne zadanie im pobiegł obwieścić:

– Bo tam jeszcze jeden stoi na cumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


No i sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Piąty proszę:


***


Syrenka


W moim garażu, albo też „norze” –

jak pada z ust małżonki wkurzonej –

ostatni projekt mam już ukończony,

choć trudno było mi zgryźć ten orzech.


Tak było wcześniej, że dowożony

nad brzeg na prom czekałem w pokorze.

A teraz nie straszne mi nawet i morze! –

to dzięki śrubie w tył przykręconej.


Moją Syreną, jak Krzysztof Kolumb,

mogę wypłynąć, ale nie że „to łódź”;

bo mam amfibię – powód ku dumie!


Rozglądam się teraz pośród rupieci

aż nagle – jakby mnie ktoś oświecił –

że „jak dodać jej skrzydła, to może pofrunie?”


***


#nasonety

#zafirewallem


No i wpis z utworem di proposta

Zaloguj się aby komentować

No to jeszcze jeden:


***


Syrenka


Tak uradziliśmy z naszym farorzem,

że tej przy Wiśle kobiety z ogonem

biust ma natychmiast być zasłoniony!

Bo od golizny – uchowaj nas, Boże.


A konserwator zabytków wzburzony

brak zgody na nasze działania orzekł

i coś tam bąknął o prokuratorze

i że to symbol tradycji jest. Czy obrony?


– Proboszczu! Synod czym prędzej ty zwołuj!

Nie będą tutaj czcić nam chochołów

ni cycka kłaść nam na naszej dumie!


I konserwator ze stołka leci

chociaż wciąż jeszcze krzyczy że „sprzeciw!”.

No ale Syrenkę mamy w kostiumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


I sonet di proposta

Zaloguj się aby komentować

Wielkości produkcji sonetów na poziomie założeń FSO z roku 1953 dotyczących produkcji Syreny raczej nie osiągnę, ale choć tę końcóweczkę, czyli trzy sztuki, to opublikować mi się udało:


***


Syrena


A na Żeraniu, tam za Żoliborzem,

w dzielnicy silnie uprzemysłowionej,

projekt najnowszy został wdrożony.

W ruch poszły frezy i tokarskie noże.


A plan przyjęty był przekroczony:

bo trzy tysiące sztuk – no, cztery, być może –

rocznej produkcji i miało być dobrze.

Hej, przodownicy! W podzięce – ukłony!


To dwusuw – więc razem z olejem pospołu

benzynę spalał, i napęd dalej, wałem ku kołu… –

ach, całe dwadzieścia dwa kunie!


A wczoraj widziałem model sto trzeci

jak na złomowisko, czyli do śmieci,

gnał. Przy śpiewie klaksonu, przy wiatru szumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


Wiersz di proposta

Zaloguj się aby komentować

A, jeszcze jeden proszę:


***


Syrena


To najdziwniejsze jest z morskich stworzeń:

przy tej istocie, w pół z ryby złożonej,

marynarz staje wyborem zdumiony:

z kwiatami do niej podejść czy z nożem?


Bo chce mu się – daleko jest przecież od żony –

jednako dzielić z kobietą łoże

jako i strawy na swym jęzorze

smak innej poczuć, niż tej przez koka warzonej.


Więc marzy mu się rozkosz cudzołóstw

lub rozkosz może świeżego rosołu? –

decyzję próbuje podjąć w zadumie.


Bo, jak by nie liczyć, to już rok trzeci

gnany wiatrami po morzach leci:

a tu i zjeść, i r⁎⁎⁎ać ją można. Po rumie.


***


#nasonety

#zafirewallem


I wpis z utworem di proposta.

@George_Stark

a tu i zjeść, i r⁎⁎⁎ać ją można. Po rumie.

Ten wers oczywiście najlepszy. xd Czyli jednak jest bardzo wszechstronny pożytek z takiej syreny.

@bartek555 jak to jest z Wami i syrenami? Bardziej się je je czy r⁎⁎ha? A może jedno i drugie ale w jakiej kolejności? Prosimy o wypowiedź eksperta

Zaloguj się aby komentować

Otwieram więc XXXIX edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem publikując swój pierwszy wytwór-odpowiedź na zadany sonet di proposta . A jak syrena, no to


***


Syrena


Po cichym, spokojnym letnim wieczorze

niebo nabrzmiało: złe, zachmurzone.

I deszcz spadł. I blaski nastały. I gromy.

Trafiło stodołę. I płonie. O Boże!


Już sąsiad z sąsiadem, ledwo przebudzony,

z wiadrem tam biegnie, pomaga jak może,

lecz cóż dadzą wiadra, gdy jest coraz gorzej?

Stodole przyglądam się, na wpół spalonej.


I wtedy rozległ się, jak śpiew aniołów,

z remizy sygnał, co wzywał do boju,

a był on głośniejszy niż ty, piorunie.


I przyjechali w blasku, jak święci,

ogień stodołę zżarł, lecz oszczędził

dom – ocalił go wody strumień.

Zaloguj się aby komentować

725 + 1 = 726


Tytuł: Wczoraj

Autor: Juan Emar

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 4/10


#bookmeter


Zegar w poczekalni wybił godzinę, odliczając stracony czas.


Nie mam pojęcia jak to jest, ale jest tak, że o ile lubię surrealizm w malarstwie, tak w literaturze zupełnie mi ten gatunek nie podchodzi. Po co za tę książkę się więc zabrałem? Ano nie wiem. Chyba nie miałem co czytać, a akurat była na czytniku (skąd?!). Albo może dlatego, że od czasu do czasu zabieram się za autorów rodem z Ameryki Południowej. I zwykle kończy się to źle. Tak było i tym razem.


A zaczęło się świetnie. Zaczęło się od ścięcia. Absurdalny opis procesu Rudecindo Malleco rozbudził mój apetyt na tę lekturę. Epizodyczna postać brata Canuto Co Wie Wszystko (a właściwie samo tylko jego imię) spowodowała, że wciągnąłem się w lekturę. Mój zapał został jednak szybko ścięty, niemal tak jak skazany Malleco.


Ta książka to opis spaceru z żoną w czasie którego narrator odwiedza kilka miejsc w Sam Agustin de Tango. W każdym z tych miejsc dzieje się coś surrealistycznego a on – taką ma widać naturę – analizuje zdarzenia (ale i obiekty, niekoniecznie prawdziwe, a też i ludzi) poprzez prowadzenie niekończących się niemal wywodów opartych na skojarzeniach, analogiach czy pytaniach. Ta opowieść snuta jest z jakąś wewnętrzną logiką i w zgodzie z charakterem narratora, tutaj nie mogę nic autorowi zarzucić. Chciałbym go tylko zapytać: – „Po co to wszystko?”.


Odpowiedź na to pytanie przychodzi pod koniec lektury i w jakiś sposób ją ratuje (i ratuje ją jeszcze, w mojej ocenie, oprócz opisu procesu z samego początku, podniesienie problemu witryn sklepowych). I tak się zastanawiam, bo zapytać autora nie mogę, jaki był cel powstania Wczoraj? Bo literacko nie ma w niej nic szczególnego (być może kwestia tłumaczenia), opisane sytuacje, poza tymi wymienionymi wyżej są czasami wręcz idiotyczne (jak cała scena w zoo). Miała pokazać – w jakimś szerszym ujęciu – bezsens codzienności? Wtedy może jej powstanie miałoby jakiś sens.


I, żeby nie było, ja nie twierdzę, że ta książka jest zła (może poza tą sceną w zoo). Mnóstwo myśli (a nie były to myśli z gatunku „a rzuć to w cholerę!”) i skojarzeń przychodziło mi w czasie lektury do głowy, a to zawsze plus. A jednak te myśli były tak rozproszone, że nie doprowadziły do żadnych, nawet najogólniejszych wniosków. Przeczytałem coś i nie jestem w stanie klarownie powiedzieć co i po co. Jeśli taki był zamysł autora, a być może był – to przecież surrealizm, to mu się udało. Nie doznałem też w czasie lektury nie tylko jakichś rozkoszy artystycznych, ale również zwykłej przyjemności. I właśnie dlatego, że nie do końca tę książkę rozumiem, nie twierdzę, że jest zła. Twierdzę tylko, że mnie nie bardzo się podobała.

b49934ca-8911-4b41-8a24-626b7ac4e086

Zaloguj się aby komentować

724 + 1 = 725


Tytuł: W kleszczach lęku

Autor: Henry James

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Jeśli dziecko tak potęguje atmosferę grozy, to cóż powiecie o dwójce dzieci…?


Jakiś czas temu została mi polecona książka Portret damy autorstwa pana Henryego Jamesa. Dowiedziałem się wtedy, że autor ten w ścianach tekstu, które tworzył, niesamowicie potrafi ukazać zawiłości psychiki – w przypadku Portretu damy psychiki kobiecej. Odkładałem tę książkę od dawna. Od tak dawna, że plik z nią gdzieś mi zaginął. Ostatnio, kiedy byłem na wyjeździe z błogosławieństwem ograniczonego dostępu do internetu, przeglądałem sobie czytnik i okazało się, że mam inną powieść tego autora. – „W zasadzie” – pomyślałem sobie – „to czemu by nie spróbować?”


W kleszczach lęku to powieść gotycka – gatunek dziś już chyba wymarły, a będący jednym z protoplastów współczesnego horroru. Wydana po raz pierwszy w 1898 roku, napisana jest zgodnie z panującą wówczas szeroko w literaturze modą, jako opowieść w opowieści. We wstępie czytelnik jest świadkiem rozmowy, z której wnioskuje, że zgromadzeni w jakimś zamku goście opowiadają sobie wieczorami przerażające historie. Jeden z nich, w reakcji na to, co usłyszał, posyła po będący w jego posiadaniu dziennik guwernantki, która pełniła służbę w posiadłości Bly. I to właśnie ten dziennik jest właściwą treścią tego utworu. A ja uwielbiam ten, zaniechany już chyba dziś, zabieg literacki!


Sama treść dziennika jest prowadzona w taki sposób, że niewiele się dzieje. Guwernantka zostaje przyjęta do pracy, przybywa do posiadłości, gdzie wuj dzieci, którymi ma się opiekować prosi tylko o jedną rzecz: żeby mu nie zawracała głowy i zajmowała się wszystkim sama. Następnie poznaje panią Grose – kogoś w rodzaju gospodyni w Bly a także Florę i Milesa – dzieci, którymi ma się zajmować. A później nie dzieje się niemal nic, choć to co się dzieje, jest niezwykłe.


Sprawdziło się to, co o tym autorze zostało mi powiedziane: ściany tekstu i dość głębokie wejście w postaci to zdecydowanie coś, co w tej książce można znaleźć. Rozbicie każdego zachowania i myśli na najdrobniejsze części buduje niesamowity klimat, ale też czyni tę książkę ciężko w odbiorze. A jednak, tak uważam, warto było. Choćby dla tego, że czułem w czasie lektury coś, czego dawno nie zdarzyło mi się czuć przy czytaniu: lekką nerwowość objawiającą się mrowieniem w dolnej części pleców, jakby wynikającą ze świadomości że „coś tam może w tej ciemności być, kiedy ja idę siku, a nie chce mi się światła zapalać”. A to, że wrażenia te zostały wywołane u mnie wyłącznie nastrojem lektury – bo, już pisałem, w niej w zasadzie nic się nie dzieje – w moim odbiorze wskazuje na kunszt autora. Bo to chyba najtrudniejszy sposób wywołania wrażeń u czytelnika. Coś jak to, co słyszałem o twórczości pana Lovecrafta, że u niego nie jest straszne to co widać, nawet nie to, co jest za rogiem, ale to co może być za rogiem. I choć akurat panu Lovecraftowi nie udało się przekonać mnie, że Cthulhu mógłby istnieć, tak pan James sprawił, że jeśli Bly istniałoby naprawdę, to za nic nie chciałbym zostać tam guwernantką. Już chyba wolałbym być przedstawicielem handlowym.

0c17b885-66ea-4ce3-b18c-079cd4a59ed4

Zaloguj się aby komentować

723 + 1 = 724


Tytuł: Wciąż o tobie śnię

Autor: Fannie Flagg

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Mogła zostać również stewardesą, ale w tamtych czasach byłe Miss Alabamy nie zostawały stewardesami, tylko wychodziły za mąż i rodziły dwa i pół dziecka.


Czasami mam tak że, mimo czekających stosów „poważnej literatury” – czy to traktującej o faktach czy też rozdrapującej człowieka tak mocno, że zostaje z niego tylko te dwadzieścia jeden gramów, które to podobno stanowią duszę, nachodzi mnie ochota na jakąś prostą, ciepłą opowieść. Czasami takie książki przychodzą do mnie same, trochę przez przypadek – tak zdarzyło się na przykład ze Spacerującym z książkami. Ale kiedy przez dłuższy czas nie chcą jakoś przyjść, sam się ku nim kieruję. Zabieram się wówczas do jednego z dwójki autorów: pana Fredrika Backmana albo do pani Fannie Flagg właśnie. Pana Backmana w ostatnim czasie naczytałem się tyle, że mam lekki przesyt, więc tym razem wybór dokonał się sam przez się.


Tak mi się wydaje, że są autorzy obdarzeni niezwykłą umiejętnością opowiadania i nie sama treść tego, co mi przekazują jest istotna, ale chodzi raczej o sposób w jaki to robią. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że z taką pasją czytałem o byłej Miss Alabamy (obecnie po menopauzie), która zajmuje się handlem nieruchomościami? Żaden przecież z wymienionych obszarów nie jest dla mnie interesujący! – no, może gdyby Maggie, bo tak na imię ma agentka, była jeszcze przed menopauzą, to może patrzyłbym na to wszystko inaczej. Z drugiej strony jak tu nie zapałać sympatią, jak nie utożsamić się z Maggie, która (trochę jak ja) do tej pory, po latach prób nie nauczyła się parkować równolegle a w dzieciństwie naoglądała się stanowczo za dużo filmów i niepotrzebnie spodziewała się szczęśliwego zakończenia? Tak, pani Flagg ma wyjątkową zdolność do tworzenia sobie właściwych wyraźnych, choć trochę pierdołowatych i przesłodzonych postaci. Ale na tym polega właśnie ich ciepło i urok.


Sama treść Wciąż o tobie śnię to zmagania opisanej wcześniej Maggie (i jej dwóch współpracownic-przyjaciółek) z… życiem, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Takim życiem przeciętnym, zwykłym, choć akurat przedstawionym w momencie życiowego dołka. I właśnie o tym pisałem w tym akapicie wcześniej. Bo to wszystko jest przedstawione w taki lekki, sympatyczny sposób, że aż chce się o tym czytać. Tej nocy, kiedy zabrałem się za tę książkę nie śniłem. Wciągnąłem ją na raz. A jeśli komuś jest mało albo nudno czytać o takim przeciętnym, zwykłym (choć kapitalnie przedstawionym) życiu, to i jakiś tam trup w szafie się znajdzie. Bo w książce jest i drugi ciekawy wątek – kryminalno-historyczno-przygodowy, powiedzmy.


I mógłbym tutaj narzekać, że to wszystko za słodkie (bo to prawda), że już w zasadzie od początku wiadomo, jak się problem głównej bohaterki rozwiąże (jeśli zna się twórczość pani Flagg), że przemiana głównej bohaterki zachodzi nagle i trochę za sprawą deus ex-machina (a tak w ogóle to nie jest tak do końca przemianą), że feministyczne, że kolejny raz w opowieści jest postać, która swoje problemy „zajada”, że wątki rasistowskie są wprowadzone w zasadzie niepotrzebnie. I na coś tam jeszcze pewnie mógłbym narzekać. No ale wiedziałem przecież na co się piszę sięgając po książkę autorstwa pani Flagg i to właśnie dostałem: noc z miłą, cukierkową bajeczką, ale bajeczką podnoszącą jednak na duchu, więc narzekać nie będę.


***


A z takich rzeczy, przy których uśmiechnąłem się mocniej, to dowiedziałem się, że Amerykanie (a przynajmniej niektórzy) również trzymają kosz na śmieci pod zlewem. Ciekawe czy zakładają też skarpetki do sandałów?

bd1fec80-d89c-495e-9a1d-e769f62313d3

Zaloguj się aby komentować

722 + 1 = 723


Tytuł: Joseph Conrad i narodziny globalnego świata

Autor: Maya Jasanoff

Kategoria: biografia

Ocena: 6/10


#bookmeter


Nie da się znaleźć źródła rzeki, stojąc w jej środku, ale można tam określić jej prąd.


Trochę przypadkiem sięgnęło mi się po tę książkę, bo szukałem informacji na temat życia codziennego w Londynie na przełomie XIX i XX wieku albo czegoś na temat codziennego życia w brytyjskich koloniach w tymże okresie. No i tak przeglądałem sobie tytuły z tagiem „kolonializm” aż tu w oczy wpadła mi ta pozycja. Kraj się z moimi wymaganiami zgadał, okres mniej więcej też, to pomyślałem: – „A, co mi tam. Spróbuję!”. No nie tego szukałem.


To znaczy książka nie jest zła, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę przyjemność z jej odbioru. Mój osobisty zarzut dotyczy tego, że nie znalazłem w niej tego czego akurat szukałem. No ale to akurat wynika głównie z mojej ignorancji i choć wygodnie byłoby mi zrzucić winę za to na panią Jasanoff, to jednak tego nie zrobię. Wytknę jej za to kilka innych rzeczy.


Po pierwsze zastanawiam się do kogo ta książka była adresowana. Bo jeśli wziąć pod uwagę jej wartość merytoryczną, to nie będzie to kompletna biografia opowiadająca o pisarzu. Na to jest w niej za mało faktóe. Owszem, autorka dotarła do mnóstwa rozmaitych źródeł (książka zawiera 934 przypisy, z których większość to cytaty pochodzące z dzieł pana Conrada, z jego korespondencji czy rozmaitych dokumentów). Owszem, przedstawiła wydarzenia w porządku chronologicznym: od narodzin Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego w Berdyczowie na dzisiejszej Ukrainie (niech o szerokości jej researchu świadczy fakt, że przytoczyła w tekście przysłowie „pisz do mnie na Berdyczów”), przez jego kariery: żeglarską i pisarską aż do śmierci autora. Owszem, na końcu książki znajdujemy kalendarium (tak bardzo mi go brakowało w biografii profesora Bronisława Malinowskiego!). Zrobiła to jednak (moim zdaniem) trochę po łebkach.


Nie będzie to też opowieść o człowieku. Bo jako człowieka za mało pana Conrada udało mi się poznać. Owszem, jest w książce kilka fragmentów demaskujących bzdury, jakie panu Conradowi zdarzało się o sobie opowiadać i wypisywać. Zostały one skonfrontowane z relacjami świadków dotyczących tych samych zdarzeń i wychodzi na to, że autor Jądra ciemności był nie tylko powieścio- ale i bajkopisarzem. Przynajmniej jeśli chodzi o opis siebie. Z drugiej strony nie ukrywał tego, że pewne rzeczy ubarwia. Ale, tak czy tak, za mało dostałem opisów tej ludzkiej strony pana Josepha Conrada żeby uważać, że jest to coś w rodzaju fabularyzowanej biografii.


Nie będzie to też, wbrew tytułowi, opowieść o narodzinach globalnego świata. Ani globalnego świata jako takiego ani też o tych narodzinach widzianych przez pryzmat (czy oczami) pana Conrada. Bo tego „świata” zwyczajnie też w tej książce jest za mało. Owszem, jest informacja o zastępowaniu żaglowców parowcami (i o niechęci pana Conrada do tych drugich). Owszem, jest trochę o koloniach (głównie o belgijskim Kongu Leopolda II) i metodach stosowanych przez kolonizatorów (ukrywanie w dłoni baterii przy podawaniu ręki miejscowym ażeby ci, porażeni prądem, byli w stanie uwierzyć w nadnaturalne moce białych! – a to jedna z najłagodniejszych). Ale też nie tyle, żebym mógł napisać, że to książka o kolonializmie. W ogóle dziwi mnie to jak mało miejsca (w tym, ale i również w innych opowieściach o tamtym okresie rozpatrywanym jako ten, który rozpoczął globalizację) poświęca się telegrafowi. No ale to już uwaga na marginesie.


Czym zatem jest ta książka, którą przeczytałem? Ująłbym to tak: jeśli biografie rozpatrywać jako opowieści przeszłości ludzi to można by wówczas znaleźć dla nich miejsce w gatunku „historia”. Jeśli zaś historię brać jako naukę, to ja Josepha Conrada i narodziny globalnego świata nazwałbym wówczas książką popularnonaukową. Owszem, napisaną ciekawie, wciągająco. Rzucającą światło nie tylko na postać, o której autorka zdecydowała się napisać, ale też na czasy w jakich tej postaci przyszło żyć. Tylko że to światło jest dość słabe – jakby z trochę przykręconej lampy naftowej. Jeśli ktoś byłby zainteresowany głębszym poznaniem czy to pana Conrada czy przełomu XIX I XX wieku to można potraktować ją jako wstęp do tego (raczej do tego pierwszego jednak niż drugiego). A jeśli ktoś chciałby sobie po prostu o jednym bądź drugim poczytać dla czystej przyjemności, to do tego nada się zdecydowanie jeszcze lepiej.

6ba49c89-0c8a-4fa5-9ab5-19a6fc57639a

Zaloguj się aby komentować

Literatura osiemnastowieczna:

było ich dwoje: piękna i bestia.

Tak to było w opowiadaniu

przez jakąś francuską napisanym panią.


Wieki nam jednak szybko mijają

i dziś zadanie Wam wspólnie zadają

piękna @moll

i brzydki troll:


rymy: najlepiej – szybko – sklepie – śliwką

temat: suszone pomidory


Wesołej zabawy!


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


A koledze @CzosnkowySmok przypominam, że przydałoby się podsumować nasz inny konkurs. Mówiłem, że z tym jest trochę roboty?

Suszone pomidory smakują najlepiej

Jednak na wiór mogą wyschnąć szybko

Więc uważnie trzeba je dobierać w sklepie

Jak się nie uda można uraczyć się śliwką

Żona kazała kupić suszone pomidory


Na roślin podziale znam ja się najlepiej,

do działu owoców podążam więc szybko,

Chcę z kierownikiem, bo nie ma na sklepie!

Skończyło się w domu pod okiem śliwką…

Wino z suszonych pomidorów smakuje najlepiej

jednak jeśli chcesz sponiewierać się szybko

lepiej poszukaj loga z owadem na sklepie

przejdź labirynt z palet, kup nalewką ze śliwką

Zaloguj się aby komentować

Zdaję sobie sprawę z tego, że czasoprzestrzeń trochę mi się rozjechała w tym opowiadaniu, no ale cóż. Licentia poetica, prawda?


Opowiadanie to powstało trochę za sprawą jednego z pomysłów podrzuconych przez koleżankę @moll , tyle że „ martwa mysz na wycieraczce ” okazała się być kozą na klamce. Martwą jednak, więc w zasadzie się zgadza:


***


Turath Almaeiz


Kiedy mijałem wczoraj drzwi do mieszkania sąsiadki zobaczyłem przywiązaną do ich klamki kozę. Nie była już pierwszej świeżości. Oczy miała wybałuszone, jęzor na wierzchu, a jej futro było zmierzwione i w odcieniu bieli, która długo poddawana była działaniu kurzu oraz czegoś żółtawego – być może piasku albo jakiejś gliny. Nie ma co tego ukrywać: koza nie żyła. Ktoś powiesił martwą kozę na klamce pani Malinowskiej.


Początkowo nie wiedziałem co mam zrobić. No bo jak? Zadzwonić? Zapukać? Malinowska otworzy i co? – „Dzień dobry, sąsiadko. Nie wiem, czy pani zdaje sobie sprawę, ale ktoś powiesił na pani drzwiach kozę.” – Tak miałem jej powiedzieć? Zresztą, po co w ogóle mówić? Drzwi przecież otwierają się do wewnątrz, pani Malinowska pewnie sama by ją zauważyła zanim w ogóle zdołałbym się odezwać. – „Jak by zareagowała?” – zastanawiałem się. – „Przecież kobieta jest już starsza, może się wystraszyć. Z drugiej strony, przecież kiedyś w końcu otworzy te drzwi i wtedy tę kozę zobaczy. Sama. Jeszcze zejdzie na zawał i wtedy to nie tylko koza będzie martwa, ale i pani Malinowska również. To może lepiej zrobić to w kontrolowanych warunkach? W razie czego pomogę przecież. Wezwę pogotowie albo coś takiego…” – Po chwili wahania wdusiłem dzwonek.


Później wdusiłem go jeszcze drugi i trzeci raz. Nikt nie otwierał. Nawet zastanawiałem się czy poczekać. Może sąsiadka wyszła do sklepu i za chwilę wróci? Ostatecznie jednak zdecydował za mnie głód. Szedłem wtedy do sklepu żeby kupić coś na śniadanie. Postanowiłem zrobić zakupy i w drodze powrotnej spróbować ponownie.


Panią Malinowską spotkałem przy wyjściu z klatki schodowej. Niemal zderzyliśmy się w drzwiach.

– Dzień dobry, chłopcze – zaczęła rezolutna sąsiadka. – Coś na zdenerwowanego mi wyglądasz. Stało się coś? Może mogę ci jakoś pomóc?

Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie wiedziałem jak zacząć.

– Nie, nic się nie stało. Nie trzeba mi pomóc. To może raczej pani trzeba pomóc, bo… – zacząłem i nie wiedziałem jak skończyć.

– Mi? A w czym? – zapytała zdziwiona pani Malinowska. – Chyba, że chcesz wnieść te torby? Bo wiesz, wnuczek jutro przyjeżdża i trochę zakupów zrobiłam. A w ogóle to jadłeś już śniadanie? Wy młodzi, wiem to po moim Patryku, to w ogóle nie dbacie o siebie. Mało jadacie, a śniadań to już w ogóle. A śniadanie jest przecież najważniejszym posiłkiem dnia! To co, możemy się tak umówić, że pomożesz mi wnieść te siaty, a ja w zamian zrobię ci coś do jedzenia? Zawsze to przyjemniej porozmawiać z kimś przy posiłku, jak tak człowiek sam zostanie.


Zgodziłem się. Wziąłem w ręce siatki i podążyłem za panią Malinowską po schodach w górę. Sąsiadka cały czas szczebiotała coś radosnym głosem, zadowolona widać z mojego towarzystwa, ja jednak jej nie słuchałem. Układałem sobie w głowie zdania, którymi w delikatny sposób mógłbym jej przekazać wiadomość o tym co zastanie, kiedy już dotrzemy do trzeciego piętra, na którym mieszkała. Z każdym kolejnym stopniem te myśli ciążyły mi coraz bardziej. Bardziej nawet niż dźwigane – skądinąd nielekkie wcale – zakupy sąsiadki.


Nie udało mi się ubrać myśli w odpowiednie słowa. Ogarnęła mnie panika kiedy dotarliśmy na półpiętro i pani Malinowska postawiła stopę na pierwszym stopniu ostatniego odcinka schodów. Sam postawiłem wówczas siatki na ziemi i zamarłem w oczekiwaniu na to co za chwilę się stanie. Jeszcze krok, jeszcze dwa w górę, obrót głowy w prawo i wówczas sąsiadka ujrzy to, co zostało przywiązane do jej klamki. Obserwowałem jej stopy z założonymi na nie tanimi pantoflami, które, jak w zwolnionym tempie, na przemian odrywały się od kolejnego stopnia po to, żeby za chwilę znaleźć oparcie te kilkanaście centymetrów wyżej. W końcu, po nieskończenie długim z mojej perspektywy oczekiwaniu ujrzała to, co ujrzeć musiała. Na chwilę zamarła.

– Wahib – wyszeptała, kiedy oprzytomniała. – Tyle lat minęło, a on jednak pamiętał.


***


– Miała być jajecznica, ale przy takiej okazji musi być szakszuka – powiedziała pani Malinowska. – Upiekłam też libański chleb, choć na patelni nie da się go zrobić tak jak należy, nie smakuje tak, jak pieczony nad ogniskiem.

Siedziałem przy stole w kuchni pani Malinowskiej czekając na śniadanie, które przygotowywała. Martwa koza leżała na balkonie. Zgodnie z życzeniem gosodyni pomogłem jej ją tam przeciągnąć.

– Nie mogę pani nie zapytać o co chodzi z tą kozą – powiedziałem w końcu, kiedy jako tako oswoiłem się z tą, niecodzienną jednak, sytuacją.

– To dłuższa historia – powiedziała pani Malinowska. – Pozwól mi najpierw skończyć śniadanie, a później wszystko ci wyjaśnię.


***


– Zdarzyło się tak, że władza radziecka zsyłała Polaków na Syberię. Również i na mnie też trafiło, za odmowę niesienia sztandaru w pochodzie pierwszomajowym. Stare dzieje, zresztą to akurat jest w tej opowieści nieistotne. Istotne jest to, że żołdacy, którzy mieli nas pilnować, popili się i coś im się w tym zamroczeniu alkoholowym pomyliło. Zamiast na mroźne krańce radzieckiego imperium trafiliśmy na Bliski Wschód. Syria, Syberia – co to w końcu za różnica, szczególnie przy kilku promilach. Zostaliśmy zostawieni gdzieś na środku pustyni, w pobliżu niewielkiej osady. Miejscowa ludność szybko zorientowała się, że w okolicy pojawili się przybysze. Nakarmiono nas i napojono, wskazano miejsce gdzie możemy założyć obóz, w czym również uzyskaliśmy znaczną pomoc od miejscowych. Rozpoczynaliśmy tam razem w nowe życie wspomagając się nawzajem i radząc sobie wspólnie z ciężkim losem, jaki stał się naszym udziałem.


Po kilku dniach, kiedy żołnierze Armii Czerwonej spostrzegli swoją pomyłkę, a może dlatego, że zabrakło im alkoholu, który u miejscowych nie był produkowany, zdecydowali się zrobić zapasy przed czekającym ich powrotem. Zgodnie z radziecką doktryną wojenną wdarli się do wioski i rabowali co tylko się dało. Zawsze byłam optymistką i zawsze też byłam zainteresowana kuchnią a i z nawiązywaniem kontaktów nie miałam nigdy problemów. To dlatego tak szybko odnalazłam się w tej nowej sytuacji. Byłam wtedy w wiosce. Gościłam u Zahiba, miejscowego kucharza, czerpiąc z wiedzy którą posiadał, a którą przekazywał swojemu synowi, Wahibowi. To właśnie tam nauczyłam się jak robić taką szakszukę, jaką teraz jesz. Smakuje ci, prawda? Straszny krzyk rozległ się wtedy na zewnątrz. Wszyscy troje wybiegliśmy z chaty Zahiba. Widok, jaki ukazał się naszym oczom był przerażający. Krasnoarmiejcy trzęsący się w delirium spowodowanym brakiem alkoholu szarpali się z miejscowymi mężczyznami. Przewaga oczywiście była po lokalnej stronie, przynajmniej tak długo, aż napastnicy nie sięgnęli po karabiny. We mnie wtedy coś pękło. Za całą dobroć okazaną mi przez naszych gospodarzy, za opiekę jaką nas otoczyli, postanowiłam stanąć w ich obronie. Złapałam ciągniętą przez jednego z żołnierzy kozę za róg – co ciekawe, nawet zwierzęta, przeczuwając jakby swój los, nie chciały poddać się woli grabieżców; obracały się tyłem do kierunku, w którym próbowano je ciągnąć, zapierały się nogami w ziemi, ryczały tak przejmująco, że aż żal się ich robiło. Dlatego właśnie mogłam złapać za róg. Sołdat, który ciągnął na postronku tę kozę obrócił się w moim kierunku i opierając karabin o biodro, ponieważ w drugiej ręce dzierżył postronek, wycelował w moim kierunku. Widok skierowanej ku mnie lufy otrzeźwił mnie. Już żegnałam się z życiem, kiedy wydarzyło się coś niespodziewanego: kozi róg złamał się i został w mojej ręce. Przewróciłam się, nagle tracąc oparcie, róg wypadł mi z ręki, a żołnierz popatrzył na mnie z pogardą.

– Ty głupsza niż koza – powiedział i splunął w moim kierunku. Odwrócił się jednak i odszedł pozostawiając mnie przy życiu.

Wstałam wówczas i uciekłam. Pobiegałam ku gościnnej i przyjaznej chacie Zahiba. Długo nie mogłam dojść do siebie. Pocieszał mnie Wahib, parząc przy okazji ziołowe napoje, które mnie uspokoiły na tyle, że udało mi się usnąć wśród dźwięków dobiegającego zewsząd lamentu.


Ze snu wyrwały mnie krzyki, głośniejsze i zabarwione inną emocją niż te, przy których zasnęłam. Ta emocja to było coś jakby radość. Nie bardzo potrafiłam wyobrazić sobie co w takiej sytuacji może być powodem do radości, wyszłam więc z chaty aby się przekonać. Zobaczyłam ogromne zgromadzanie w miejscu gdzie upadłam. Ruszyłam w tamtym kierunku. Kiedy dotarłam na miejsce, kiedy przedarłam się przez tłum, w którym niektórzy tańczyli, niektórzy śmiali się, a inni płakali ze szczęścia, zobaczyłam leżący na ziemi ułamany róg kozy, a wokół niego mnóstwo pożywienia, które cięgle jeszcze się z niego wysypywało. Czego tam nie było! Jaja, mleko, owoce, warzywa, suszone mięso! Słowem wszystko, co było potrzebne, a nawet jeszcze więcej. Pożywienie, którego róg dostarczał pozwoliło przetrwać nie tylko osadzie, ale i nam, zesłańcom.


– A co było dalej z zesłańcami? – zapytałem zaciekawiony.

– Część z nas osiedliła się tam. Inni, jak ja, zatęsknili za ojczyzną i postanowili wrócić. Przedostawaliśmy się do Libii, do Bejrutu albo do Trypolis, tam znajdowaliśmy statki handlowe płynące do Europy. Mnie w powrocie pomógł Wahib, syn Zahiba, który wybrał się ze mną w długą podróż do Trypolis, pomógł znaleźć okręt, wyposażył na drogę i wrócił dopiero wówczas, kiedy statek zniknął za horyzontem.

– To nie koniec darów – powiedział mi wówczas – za to, że nas ocaliłaś, będę modlił się za ciebie do końca życia. A jeśli kiedyś pojawię się w Europie, spodziewaj się ode mnie darów.


***


Historia opowiedziana przez panią Malinowską zrobiła na mnie takie wrażenie, że musiałem ją sobie na spokojnie przetrawić. Zawsze najlepiej myślało mi się przy spokojnej muzyce, podszedłem więc do półki z moją kolekcją płyt kompaktowych. Wybrałem Popular problems Leonarda Cohena, bo do tego, o czym miałem zamiar rozmyślać wyjątkowo pasował mi pochodzący z tej płyty utwór Almost like the blues. Włączyłem wieżę. W głośnikach rozległ się głos spikera, na antenie wczoraj przeze mnie słuchanej stacji radiowej trwał właśnie serwis informacyjny:

– … do wysadzenia Kremla przyznała się syryjska organizacja _Turath Almaeiz_…


***


1524 słowa


***


#naopowiesci

#zafirewallem

@George_Stark świetne połączenie tematu tej edycji z gatunkiem i wstępem edycji poprzedniej. Muszę pochwalić za sposób prowadzenia narracji i budowanie napięcia, czytało mi się bardzo przyjemnie. Najbardziej podobała mi się początkowa sytuacja w jakiej znalazł się bohater i jego absurdalne rozważania z nią związane. No i ta Syria zamiast Syberii i wysadzenie Kremla też super.

Zaloguj się aby komentować

Wszystkie rodzaje dna


Technicy obecni na miejscu już od jakiegoś uwijali się w pocie czoła, kiedy na scenę wkroczył as miejscowego wydziału kryminalnego, kapitan Plusk. Z grubsza zlustrował wzrokiem pokój w którym znaleziono denata po czym bez zwłoki czujnym spojrzeniem obrzucił zwłoki.


Mężczyzna zdecydowanie nie żył. Co więcej: nie żył już od jakiegoś czasu. Świadczył o tym przede wszystkim wygląd ciała: zsiniałe usta i widoczne plamy opadowe. Plusk był na tyle doświadczonym śledczym, że w tym zakresie nie potrzebował czekać na opinię lekarza. Sam potrafił stwierdzić pewne fakty. Pozwalało mu to nie tracić czasu i rozpoczynać śledztwa natychmiast po przybyciu, co nie pozostawało z kolei bez wpływu na jego wyjątkową skuteczność.


– „Ofiara nie jest w stanie udzielić żadnych użytecznych informacji, wobec czego należy przyjąć metodę dedukcyjną” – skonstatował detektyw. Wrócił do oględzin miejsca zbrodni. Pokój w mieszkaniu położonym na trzecim piętrze bloku na jednym z osiedli Mińska Mazowieckiego nie odbiegałby może aranżem od innych, znajdujących się na wyższym bądź niższym piętrze, a może nawet i w sąsiednim budynku, gdyby nie wiszące na ścianie ogromne łopaty łosia.


– „Ciekawe czy to on, czy może raczej to jego żona?” – pomyślał Plusk przyglądając się porożu. Ta myśl niespodziewanie wybiła go z rytmu. Przypomniał sobie wówczas o własnej, byłej już żonie. Życie Pluska sypało się bowiem wówczas na wszystkich frontach.


***


Wszystko zaczęło się poza domem. Zaczęło się w pracy. Pewnego dnia partner Pluska, jego przyjaciel, a może nawet ktoś więcej, ktoś w rodzaju przyszywanego brata, człowiek z którym od początku ramię wspinali się po szczeblach kariery zawodowej, zaczynając nawet nie od szkoły oficerskiej w Szczytnie, ale już od szkoły podstawowej w Szydłowcu, gdzie wspólnie rozwiązali zagadkę zaginionych dzienników lekcyjnych, oświadczył wchodząc do gabinetu:

– Odchodzę.

– Gdzie? – zapytał Plusk.

– Do konkurencji – powiedział Jerzy Ostrowski, tak bowiem się partner Pluska nazywał.

Plusk o nic więcej nie pytał. Nie próbował nawet zgadywać czy Ostrowskiemu chodzi o CBA, CBŚ, ABW czy może o jakąś jeszcze inną tajną organizację, której akronimu mógł nawet nie znać. Wiedział, że ten etap kariery, który właśnie osiągnął Jerzy objęty jest już tajemnicą. Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy. Zresztą, kiedy człowiek poświęca się takiej służbie, w jego życiu przestaje istnieć cokolwiek innego poza pracą – nie ma się czasu wolnego, nie ma się znajomych. Wszystko staje się tajne. Plusk wiedział też że Jerzy jest człowiekiem ambitnym. Ambitniejszym – jak się okazało – nawet od niego. Komenda Miejsca Policji w Mińsku Mazowieckim była dla Ostrowskiego tylko kolejnym przystankiem na drodze do wielkiej kariery.


A przecież z Pluskiem kiedyś było podobnie. Być może dalej podążałby wraz ze swoim partnerem w górę tymi kuszącymi schodami, które prowadziły do Komendy Głównej Policji, a – kto wie? – może i jeszcze wyżej? Może nawet aż do Ministerstwa Sprawiedliwości? Na drodze stanęła mu jednak kobieta. Kobieta, która najpierw stała się jego dziewczyną, później narzeczoną, następnie żoną, a wszystko to tylko po to, żeby dziś być dla niego byłą żoną i źródłem większości jego utrapień.


Odejście ze służby Ostrowskiego wpłynęło na Pluska bardziej niż mógłby wcześniej przypuszczać. Został mu co prawda przydzielony jakiś szczyl, świeżo po szkole oficerskiej.

– „Czego oni ich tam teraz uczą?!” – zastanawiał się kapitan, kiedy młody nie potrafił rozwiązać najprostszej sprawy, w której należało wykazać się myśleniem wykraczającym choć odrobinę poza zalgorytmizowane metody opisane w policyjnych podręcznikach. Przyzwyczajony do długich i burzliwych dyskusji z Ostrowskim, Plusk musiał nauczyć się nowych metod samodzielnej pracy. Brał wówczas karabin, który przewieszał przez ramię i spacerował po przyległym do budynku komisariatu ogródku, w którym zajadał się papierówkami. Zjadał ich ogromne ilości, a długie spacery, które uprawiał dynamicznym, marszowym krokiem, powodowały obijanie się jabłek w żołądku oficera. Obite w ten sposób owoce fermentowały, co stało się przyczyną alkoholizmu w który popadł Plusk.


Stąd prosta już droga poprowadziła Pluska wprost na dno. Odeszła od niego żona, zabierając przy okazji wszystkie pająki jakie udało im się zgromadzić przez te lata w miarę spokojnego pożycia. Jako oficer policji nie miał przyjaciół poza branżą – nikt w końcu nie ufa policjantom, każdy ma przecież mniejsze bądź większe grzeszki na sumieniu. W pracy Plusk przez swoją przenikliwość i rozliczne sukcesy budził zawiść, więc – chociaż był szanowany – nie udało mu się nawiązać bliższych relacji z żadnym ze współpracowników. Może poza Ostrowskim, który był równie wybitny jak on, ale Ostrowski przecież odszedł ze służby. Plusk na równi zatopił się wówczas tak w pracy, jak i w alkoholu.


***


– Ma pan już jakieś pomysły, kapitanie? – z zamyślenia wyrwało Pluska pytanie zadane przez jednego z techników.

– To Jerzy Ostrowski – odpowiedział Plusk.

– Skąd pan to wie?!

– Przy ciele leży teczka z jego nazwiskiem.


***


– Zdradziła cię dna.

– Chyba zdradziło – oburzył się Jerzy, który zawsze był purystą w sprawach językowych. – Mówi się raczej „to DNA”. Co, swoją drogą, jest jakimś dziwnym uzusem, bo przecież ten skrót oznacza „kwas dezoksyrybonukleinowy”. Kwas, który niewątpliwie jest przecież rodzaju męskiego. Idąc więc tym tokiem myślenia, a więc kierując się logiką, poprawnie powinno się raczej mówić „ten DNA”.

– Ta dna. – z naciskiem powiedział Kapitan Plusk, który obstawał przy swoim zdaniu. Na potwierdzenie swojego stanowiska położył przed podejrzanym znalezioną przy denacie teczkę.

– Moje skierowanie! – wykrzyknął Jerzy. – Ty! Faktycznie gdzieś mi się zapodziało. Szukałem go wszędzie. Byłem ostatnio u lekarza, i wiesz, podejrzewają u mnie dnę moczanową. Kazali mi zrobić jakieś badania. – Jerzy zastanowił się przez chwilę. – I tak, masz racę. W tym przypadku faktycznie należałoby powiedzieć „ta dna”. W każdym razie: dzięki Plusk!

Jerzy wyciągnął rękę w kierunku teczki, ale jego były partner natychmiast odsunął ją poza jego zasięg.

– Wiesz gdzie ją znalazłem? – zapytał.

– Domyślam się. No cóż, Plusk. Tym razem okazałeś się ode mnie sprytniejszy.

Na chwilę w pokoju zapadła cisza, po czym Jerzy kontynuował:

– Ile za to dostanę? Z dobrym papugą to pewnie nie więcej niż piętnastaka? Po siedmiu, może dziewięciu powinienem wyjść za dobre sprawowanie. Termin mam na 2034. To chyba uda mi się zdążyć?


***


963 słowa (według LibreOffice Writer)


***


#zafirewallem

#naopowiesci

@George_Stark Podoba mi się, że Plusk "ma racę". Od razu go sobie wyobraziłam jako kibola.

A tak na poważnie, to wciągnęło! "Że na tym etapie nie ma się już przyjaciół i nie mówi się o tym, co w pracy." - to jest bardzo dobre zdanie, świetnie podsumowałeś znaczenie tego awansu w tak prosty sposób.

@George_Stark bardzo mi miło i się czytało też miło. Szydłowiec, papierówki(powodem alkoholizmu xd) i nawiązanie do łopatowego kolegi z Mińska Mazowieckiego - nawiązania prima sort. Tak w ogóle to tytuł bardzo mi się spodobał. A i jeszcze to końcowe skierowanie. W każdym razie uśmiałem się przy czytaniu.

Zaloguj się aby komentować

No dobrze.


Zszedłem w piątek z poetyckiego Parnasu przekazując obowiązki organizacyjne w innej naszej zabawie, więc niedziela będzie już zupełnie prozaiczna. A będzie prozaiczna z tego względu, że nadszedł czas ażeby podsumować VI edycję konkursu #naopowiesci , która przez ostatnie dwa tygodnie trwała w kawiarence #zafirewallem , a więc konkursu prozatorskiego.


W tym wspomnianym wyżej okresie zajmowaliśmy się obyczajowością kóz, zgodnie z zadaniem, które zaproponowałem we wpisie otwierającym kończącą się właśnie edycję.


Do konkursu przystąpiło pięć osób (w tym jedna rzutem na taśmę) zgłaszając pięć opowiadań (w sumie pięć, czyli każdy po jednym). A oto i (w kolejności chronologicznej) nadesłane prace:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark ;

Pan Szczepan autorstwa @moll ;

Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo ;

Pożeraczka autorstwa @splash545 ;

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee .


***


Skandalem (ale jakże cieszącym!) jest skala nieposzanowania zasad przez uczestników tej edycji konkursu! Dwa tylko opowiadania spełniły, niewygórowane przecież, wymagania formalne dotyczące objętości napisanej pracy! Były to:


Doktor Koziełło autorstwa @George_Stark –1020 słów;

oraz Pan Szczepan autorstwa @moll – 1462 słowa (o ile dobrze policzyła, bo nie sprawdzałem).


Pozostałe trzy opowiadania (a więc 60% nadesłanch prac, czyli większość) objętościowo znalazły się poza określonymi granicami. I tak:


Przepychacze i podgrzewacze autorstwa @Wrzoo , które składa się z 2010 słów (10 ponad normę);

Pożeraczka autorstwa @splash545 , które składa się z 646 słów (254 słowa poniżej normy);

Opowiadanie bez tytułu autorstwa @KatieWee , które składa się z 709 słów (191 słów poniżej normy).


***


Wobec powyższego, aby docenić nonszalancję i nonkonformizm, w tej edycji postanowiłem nagrodzić autora, który najlekcej sobie poważył zasady i w ten oto sposób zwycięzcą VI edycji konkursu #naopowiesci zostaje @splash545 ! Gratuluję serdecznie!


#podsumowanienaopowiesci

@George_Stark Szok i niedowierzanie, bo nawet inny licznik słów z google docsów mi jeszcze inaczej liczy. Ech, zero zaufania do maszyn mam od teraz.

4c0539ae-c601-48fa-8289-9f8ff2e6e2b0

Zaloguj się aby komentować