Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

Pan Zbigniew Herbert w swoich esejach o sztuce europejskiej poświęcił trochę miejsca Holandii . Absolutnie nie próbując się do niego w żaden sposób porównywać, ani tym bardziej konkurować, wspominam o tym fakcie, bo po dzisiejszej chwili oddechu nad morzem i mnie się o Holandii sonet napisało. Albo może nie o samej Holandii, a o czymś innym, a tylko Holandią zainspirowany? Jakby jednak nie było, to z tym właśnie sonetem przystępuję do XXXI już edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem , odpowiadając na utwór di proposta :


***


Hoek van Holland


Jest takie miejsce, van Holland Hoek,

w zachodniej części Kraju Wiatraków.

To tutaj fal morskich miarowy mruk

koi po rotterdamskiej męce hałasów.


To tutaj wiatr goni piasek, jak duch;

tu światło na wodzie: eksplozja blasku.

Ach! Został bym tutaj, gdy tylko bym mógł,

a nie tak wpadał – od czasu do czasu.


To właśnie tu ta myśl pojawia się że,

z rzeczywistością nie bardzo zżyty,

w morza otchłani mógłbym się schować.


Poznawałbym wtedy ten świat nieodkryty

z nadzieję, że może to tu ta słona woda

ukrywa to, co nazwałbym "szczęściem".


***


#poezja

#tworczoscwlasna

70b492f4-511c-4db4-af10-43ef7411eb8a

O! Wtopa! Jedenasty wers powinien się kończyć "się schować" a nie "schować”! Bo co mógłbym "schować"?


@bojowonastawionaowca, możesz coś poradzić?

Zaloguj się aby komentować

553 + 1 = 554


Tytuł: Dziewięć

Autor: Andrzej Stasiuk

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Ale to nie było zajmujące. Nie skracało czasu, bo przypominało resztę świata.


Zastanawiam się, już po lekturze, jak to jest, że to, co tak doskonale w moim odczuciu sprawdza się w esejach pana Andrzeja Stasiuka, w ogóle nie potrafi mi zagrać w jego powieściach. Ta jego książka, Dziewięć, posługując się jego własnymi słowami, nie była dla mnie zajmująca. Nie skróciła mi czasu.


Ale może właśnie tak miało być? Również już po zakończeniu lektury przejrzałem kilka opinii na jej temat i przychylam się szczególnie do jednej z nich . Do tej, której autor stwierdza, że jest to chyba przede wszystkim opowieść o mieście. Bo tak, tej Warszawy końca lat dziewięćdziesiątych jest w Dziewięć mnóstwo. Autor przedstawia ją nie tylko przez pryzmat (to w ogóle ciekawy pomysł) linii tramwajowych, którymi podróżują bohaterowie. Albo i nie podróżują; czasami po prostu gdzieś w narracji pojawia się przebieg takiej linii i opis miejsc przez które prowadzi. I są to opisy mało cukierkowe. Są to opisy brzydoty, pędu, hałasu, beznadziei. Choć ta brzydota, pęd, hałas i beznadzieja opisane są pięknie. Czasami wręcz poetycko.


W to wszystko jest wpisana jakaś historia. Jest jakiś biznesmen, który ma oddać komuś pieniądze, ale tych pieniędzy nie ma. Czy ten dług to rzeczywiście dług, czy, jak to bywało w latach dziewięćdziesiątych, to tylko „dług”, nie bardzo mam pojęcie. Odbiór narracji jest trudny i skomplikowany. Często nie wiadomo o kim akurat w danym fragmencie mowa – autor unika podawania imion, jakby oczekując od czytelnika, że sam sobie elementy układanki dopasuje. U czytelnika jednak, a przynajmniej kiedy tym czytelnikiem jestem ja, powoduje to zagubienie. Część tych puzzli udało mi się poukładać, części nie. I w zasadzie to w ogóle nie mam pojęcia o czym ta historia była. Nie bardzo mam też pojęcie jak dokładnie się potoczyła ani jak się skończyła. Przypuszczam, że może autor zrobił to celowo, żeby oddać klimat miasta z tym całym jego chaosem. Jeśli taki był jego zamiar, to uważam, że mu się tu udało. Cel artystyczny został spełniony. Tylko czytelnik, a przynajmniej taki jak ja, nie znajduje w tym wszystkim żadnej przyjemności.


Bohaterowie tej lektury też nie są szczególnie zapadający w pamięć, zwłaszcza, że czasami ciężko ich rozróżnić. Znów: być może to celowy zabieg przeprowadzony po to, żeby pokazać, że w gruncie rzeczy w wielkim mieście ludzie, przynajmniej w znacznym stopniu, są tacy sami. To, co mnie w bohaterach urzekło, to jeden tylko moment, ich marzenia. Dla kogoś tak małe, a dla nich tak wielkie. Jak to o zobaczeniu gór. Zresztą, to marzenie, samo marzenie o podróży pociągiem ku jego realizacji zostało przez autora kapitalnie przedstawione:


Bez trudu wyobraziła sobie pusty przedział z brązowymi siedzeniami, firanką i dywanikiem na podłodze. To było jak mały ciepły pokój, który bezpiecznie szybuje przez noc.


I to właśnie była ta przyjemność, którą w Dziewięć znalazłem. Słowa. Ich brzmienie, skupianie się nimi na szczególe i wyeksponowanie tego szczegółu z całego szaro-burego ogromu miasta. Choć niekoniecznie ten szczegół był jakiś wyjątkowo wyróżniający się:


To przejście było najruchliwsze na dworcu. Łączyło dwa przystanki autobusowe, halę główną, perony i dwa najdłuższe pasaże. Światła tu było dość, a tłum żywy i rozedrgany, jak zwykle w miejscach, gdzie jedni przybywają z nadzieją, a skąd drudzy umykają z ulgą.


W ciemnych czeluściach dawnego kina dziewczyny połyskiwały niczym dwudziestogroszówki.


Takie właśnie impresje mi się w tym Dziewięć podobały. I tak sobie myślę, że może właśnie o to chodzi. Że to dlatego w esejach, a więc krótkiej formie, pana Stasiuka uwielbiam, a w powieściach nie bardzo mi z nim po drodze. Bo impresja – wrażenie – jest chwilowe. Pojawia się i znika. A jeśli trwa dłużej? Wówczas przestaje być impresją. Może więc nie wszystko należy eksploatować? Może część rzeczy wystarczy po prostu przez chwilę poczuć?

ca2ce5f1-02bf-4111-9866-4bb7880aa8a1

Zaloguj się aby komentować

W życiu "poety" przychodzi od czasu do czasu czas na autorefleksję. Może ona być na przykład związana z mnogością wyprodukowanych przez owego "poetę" wytworów. Wystarczy jednak ładnie ubrać to wszystko w homeryckie porównania i wtedy całość można na spokojnie przetrawić, a później, na jeszcze spokojniej, z siebie wydalić:


***


A, sram na to!

czyli Przesyt

albo Karma dla ducha

albo Perystaltyka


Przez Apollina jestem natchniony!

Dziewięciu Muzom składam pokłony!

Kolejna już dzisiaj skuteczna próba:

co nie zaczynam, to mi się uda!


Niczem Horacy, jam oślepiony

blaskiem poezji! Uduchowiony!

Wiersze to moja karma dla ducha:

dwa dania i deser! Też chciej posłuchać!


A te posiłki jadajmy obfite!

Smaków próbujmy, co nieodkryte!

Pragniesz dokładki? Ja na nią czekam!

Na deser zaś swój sonet polecam.


Aż tu coś nagle zaczyna mnie skręcać!

Ucisk w jelita przenosi się z serca!

Biegnę poszukać jakiegoś nocnika!

Natura mnie wzywa! Perystaltyka.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

Fotografia

czyli Malowanie światłem


Pstryk! - to nastąpiło otwarcie przesłony.

Przez nią do wnętrza został wpuszczony

okruszek światła, falista smuga:

błyszczące fotony niosące cuda.

W tym skrawku światła jest uwięziony

obraz: ułamek czasu, jakby skradziony

rzeczywistości, co pędzi jak głupia.

Aż w końcu to światło feerią wybucha

barw, wtedy, gdy tylko pada na kliszę.

Ten czas pędzący zatrzyma. Zapisze.

Co mogło by umknąć, cierpliwie zaczeka

aż kiedyś wspomoże pamięć człowieka.


Być może czujesz, że to potęga,

tak jakbyś czas trzymać mógł w swoich rękach,

gdy z aparatem się zmieniasz w magika

który w papierze światło zamyka.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I utwór di proposta

Też muszę przyznać, że mi się Twój słowotwór podoba, w krótkiej formie zawarłeś dużo szcegółów o fotografii, a ten wers o fotonach, majstersztyk

Też muszę przyznać, że mi się Twój słowotwór podoba, w krótkiej formie zawarłeś dużo szcegółów o fotografii, a ten wers o fotonach, majstersztyk

Zaloguj się aby komentować

Podobno pierwsza myśl jest zawsze najlepsza i należy za nią podążać. Tylko dlaczego moje są aż tak głupie?


***


Kalesony


A przed mrozem, do obrony,

załóż, bracie, kalesony!


Żeby ci nie marzła pupa,

byś od mrozu nie miał strupa,

czy pod dresy, czy pod dzwony,

załóż, bracie, kalesony!


Czapkę nosisz - chroni ucha.

Stopy? W ocieplanych butach.

Dłonie grzeją rękawice,

sweter - serca okolice,

tylko krocze u człowieka

odmrożenie może czekać.


Więc zimą na co dzień, a nie od święta

noś je na sobie i o tym pamiętaj,

że sąsiad Waldek, co ich nie tykał,

to teraz musi używać cewnika.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@George_Stark ale to dobrze, że są takie głupie bo wywolujesz nimi uśmiech na naszych pyszczkach xd Czuje się namówiony na kalesony

@KatieWee A wiesz, że przeszło mi przez myśl, jak już skończyłem, że Big Cycem ten wytwór zalatuje?


Ciekawe czy są zimowe, ocieplane staniki w rozmiarze big?

Zaloguj się aby komentować

Jeszcze jeden na szybko:


***


Prośba

(Z dedykacją)


W podsumowaniu jeszcze coś zmienisz,

kiedy je będziesz zaraz pisała:

- może się wpienisz? lub rozpromienisz? -

lecz wiersz jeszcze jeden będziesz tam miała.


Gdy rozpromienisz

to będziesz się śmiała?

A jeśli wpienisz

to będziesz sapała?


Nie żebym do czegoś tu nawoływał:

jak podsumujesz, to i tak będzie.

Spraw jednak, proszę, żeby wygrywał

ktoś inny niż ja. Ktokolwiek inny niech Cię podsiędzie

na tronie zwycięstwa. Byle nie ten, co Stark się nazywa!

Ten niechże odtąd już zawsze przegrywa!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@George_Stark Panie Dżordżu, ma pan szczęście, że mnie to miękną nogi jak ktoś mi wierszem mówi, ale proszę, żeby to było ostatni raz

@KatieWee


Przedostatni?


Na koleżankę @Wrzoo mam szantaż panem Majakowskim (więc jak coś, to ona może śmiało wygrywać; nie żebym sugerował), do Ciebie prośby wierszem należy kierować.


Pora założyć teczki innym!

Zaloguj się aby komentować

W wyniku manipulacji zwycięstwo zostało podzielone pomiędzy mnie i kolegę @entropy_, czym jestem niesamowicie zaskoczony. To znaczy sobą. Czyli tym moim zwycięstwem.


Do rzeczy jednak, oto co razem ustaliliśmy:


rymy: wpadło – fontanna – Marzanna – opadło

temat: niezręczna sytuacja


Przemiłej zabawy!


***


Zasady:


- Musimy ułożyć cztery wersy, lub ich wielokrotność jeśli ktoś ma taką ochotę,

- Op zadaje cztery słowa, które mają być użyte dokładnie w tej kolejności, na końcu kazdego wersu,

- Op zadaje również temat zadania a rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do niego,

- Super zwycięzcą jest osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- Elokwentny wygrany w nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis


(pamiętaj o społeczności!)


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Panie władzo, to mydło samo wpadło

Spieniła się nagle cała fontanna

To nie byłem ja, to była Marzanna!

Mandat? Kara? …no dobrze, słowo padło…

Tak mi ostatnio do głowy wpadło:

A co gdyby tak miejska fontanna -

Zwiastunem wiosny - niczym Marzanna?

Ile kukieł na dno by opadło?

Zaloguj się aby komentować

528 + 1 = 529


Tytuł: Powiedzmy, że Piontek

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Uwaga! Wpis może zawierać śladowe ilości spoilerów!


Najlepsi z ludzi są szaleńcami. Nie chciałem widzieć go szalonym, aby mu nie zazdrościć.


– „Coś to jakieś takie… Cienkie?” – tak sobie pomyślałem zanim jeszcze rozpocząłem tę lekturę, a miałem wówczas na myśli jej objętość. Poprzednimi pozycjami autora, może oprócz Epifanii wikarego Trzaski, którą czytałem niedawno, ale to staroć przecież jeśli chodzi o dorobek pana Twardocha, przyzwyczajony byłem do tego, że dostanę grubą księgę. A tutaj tylko 256 stron. To znaczy tyle jest na papierze, bo czytałem na czytniku, więc było ich jeszcze mniej. Ale powiedzmy, że 256.


Później ta wspomniana „cienkość” rozszerzyła swoją objętość znaczeniową, zgrubła jakby, i objęła nią również treść. Bo po interesującym początku, kiedy to poznajemy tytułowego Erwina Piontka, siedemdziesięciotrzyletniego emeryta górniczego, kiedy jesteśmy świadkami jednego z tych poranków, kiedy to, po kilkunastu już spędzonych na emeryturze latach, Erwin Piontek wstaje rano i, trochę z przyzwyczajenia, chce jechać do pracy – no tak, to w końcu ten twardochowy Śląsk z jego etosem pracy, która nadaje życiu nie tylko rytm, ale przede wszystkim sens, bo życie Erwina Piontka na emeryturze nie ma sensu. Straciło go. Życie Erwina Piontka na emeryturze jest już skończone. No chyba że Erwin Piontek znajdzie w sobie odwagę, żeby wreszcie spełnić swoje marzenie. Bo po tym interesującym początku robi się jednak dość nieciekawie.


Powiedzmy jednak, że Erwin Piontek tę odwagę znajduje. Marzeniem Erwina Piontka jest opłynięcie świata. Tak jak zrobił to Leonid Teliga. To 29 tysięcy mil morskich przez morza i oceany. Erwin nie ma na to ani sił, ani środków, być może nie ma na to nawet odwagi. Postanawia więc przepłynąć te 29 tysięcy mil morskich żeglując w tę i nazad po Zalewie Rybnickim, który ma cztery kilometry długości i dwa kilometry szerokości.


Czy żeglowanie w tę i nazad po Zalewie Rybnickim, który ma cztery kilometry długości i dwa kilometry szerokości można przedstawić w sposób pasjonujący? Powiedzmy, że tak. Tylko że pan Twardoch tego nie zrobił. To znaczy przedstawił żeglowanie Erwina Piontka w tę i nazad po Zalewie Rybnickim, który ma cztery kilometry długości i dwa kilometry szerokości, ale nie zrobił tego w sposób pasjonujący. I, gdyby to był inny autor, to być może odłożyłbym lekturę i zajął się czymś innym. Ale po panu Twardochu spodziewałem się więcej, spodziewałem się dużo więcej niż w tej pierwszej części książki Powiedzmy, że Piontek dostałem. Kontynuowałem więc czytanie.


I nie zawiodłem się.


Pomyślałem wtedy, że Erwin Piontek mógłby być kimś zupełnie innym, Erwin Piontek nie musiał się przecież urodzić wtedy, kiedy się urodził, zostać wychowany tak, jak został wychowany […] Ale czy wtedy pozostałby Erwinem Piontkiem? Gdyby urodził się taki sam, zupełnie taki sam, ale został inaczej wychowany, czy byłby takim samym człowiekiem? Czy byłby tym samym człowiekiem?


Od takich słów zaczyna się druga, formalnie niewyodrębniona, część powieści Powiedzmy, że Piontek. I w to mi graj! To są dokładnie te rzeczy, o których ja sam chętnie nudziłbym komuś, gdyby tylko znalazł się jakiś jeleń chętny żeby tego nudzenia słuchać. Bo tak, tego samego Erwina Piontka, który żeglował w tę i nazad po Zalewie Rybnickim, który ma cztery kilometry długości i dwa kilometry szerokości, pan Twardoch rzuca tym razem mniej więcej sto lat w przeszłość – to jeśli chodzi o czas – i kawałek na południowy zachód – to jeśli chodzi o przestrzeń. Ten Erwin Piontek jest jednym z alte-Afrikaners, Niemców, którzy rozpoczynali kolonizację Afryki. Którzy utworzyli na jej obszarze twór znany jako Deutsch-Südwestafrika. Nie będę tutaj opisywał różnic między pierwszą a drugą możliwą wersją Erwina Piontka, to można znaleźć w książce. Pochwalę tę część (w tym miejscu, bo do chwalenia jej wrócę, przy okazji chwalenia całej kompozycji książki) przede wszystkim za wspaniałą przygodę jak w kapitalnej powieści historycznej. Osadzenie akcji w tym miejscu i w tym czasie, w którym autor zdecydował się to zrobić wiązała się z pewnymi konsekwencjami. Ja oczywiście o tamtym miejscu i tamtym czasie mam blade pojęcie (teraz, po lekturze wspomaganej zewnętrznymi źródłami, trochę mniej blade, ale nadal blade), ale czułem się jakbym tam był. Klimat, który wylewał się z kart, to gorąco i suchość pustyni były aż odczuwalne. Nie wspominając już o tym, co w powieściach historycznych lubię najbardziej, a więc fabularyzację historii i „uczłowieczenie” (albo „odpodręcznikowanie”?) postaci, które ją tworzyły. W tym przypadku przede wszystkim Hendrika Witbooia, o którego istnieniu wcześniej nie miałem pojęcia.


Na koniec jest jeszcze część trzecia, również formalnie niewyodrębniona, w której to to autor decyduje się przenieść Erwina Piontka geograficznie trochę bliżej, bo tylko kawałek na północ od Pilchowic. Decyduje się przenieść go do Warszawy. Czasowo wybiera natomiast nieodległą przyszłość, bo w rok 2028. Kreśli przy tym mroczny i ponury obraz tego, jak mogłaby Polska wyglądać za te kilka lat. Najciekawszą rzeczą w tej trzeciej części jest jednak to jak ona jest napisana. Jest to bowiem opowieść samego Erwina Piontka, któremu Szczepan Twardoch oddał głos, osobiście pojawiając się, jako autor, w tekście oznaczonym kursywą. Brzmi skomplikowanie? Być może, ale aż tak skomplikowane nie jest. Przynajmniej do momentu, kiedy to Szczepan Twardoch pojawia się we własnej książce, w opowieści Erwina Piontka, jako jedna z występujących w niej postaci. Teraz można się już pogubić, tak w tym moim tłumaczeniu, jak i przy okazji lektury.


Ten pomysł z umieszczeniem siebie samego we własnym dziele nie jest nowy. Tutaj pan Twardoch nawet nie próbuje udawać, że coś wymyślił, wszak książkę Powiedzmy, że Piontek otwiera cytat ze Śniadania mistrzów pana Kurta Vonneguta, dokładnie z tej sceny, kiedy to pan Vonnegut wchodzi do własnego utworu po to, żeby porozmawiać ze stworzonymi przez siebie bohaterami. W ogóle wydaje mi się, że w Powiedzmy, że Piontek tropów vonnegutowskich można by wskazać więcej. Jak chociażby powracające, wybrzmiewające wszędzie i rezonujące słowo „_powiedzmy_”. Tak jak „_zdarza się_” w Rzeźni numer pięć. Albo te wspaniałe, występujące dość często zdania podsumowujące akapity, zupełnie jak w Recydywiście. Ale może to moje doszukiwanie się na siłę, bo pana Vonneguta też bardzo cenię i może poza tym oczywistym odniesieniem innych nie ma, a tylko ja chciałem je tam zobaczyć?


Miałem chwalić kompozycję tej książki, więc proszę bardzo: kompozycja Powiedzmy, że Piontek jest wspaniała. Pozwolę sobie jeszcze to chwalenie uzasadnić. Ta pozycja składa się, jak już pisałem z trzech części, przy czym każda z nich napisana jest innym językiem, a każdy z tych stylów narracji kapitalnie przystaje do tego, jakim Erwinem Piontkiem w tej właśnie części Erwin Piontek akurat jest. Od prostego języka i zwyczajnego przedstawiania faktów, jak mógłby się wypowiadać niewykształcony emeryt, poprzez tę mięsistą narrację w stylu pana Szczepana Twardocha, którego uwielbiam w części drugiej, aż do zimnego, niemal urzędniczego języka w części trzeciej. Chylę czoła przez umiejętnościami operowania językiem, bo pisać pięknie to wyjątkowa umiejętność, ale z taką swobodą pisać tak, jak się chce, ja nazwałbym już czystym artyzmem.


To nie jest książka o tematyce do jakiej przyzwyczaił mnie pan Twardoch wcześniej. To znaczy ona nie jest rozdrapywaniem postaci aż do granic możliwości, może poza drugą jej częścią, gdzie tego jest sporo, szczególnie jeśli idzie o Hendrika Witbooia. Ta książka jest bardziej o abstraktach niż o ludziach, dla mnie jest takim zastanawianiem się „co by było gdyby…?”, przy pełnej świadomości tego, że to „gdyby”, zgodnie z naszą najlepszą obecną wiedzą, jest zupełnie niemożliwe. Przynajmniej poza literaturą. Ale może napisałem nieprawdę? Bo, powiedzmy, że ta książka jest o ludziach, nawet jeśli jest o abstraktach. Pozwolę sobie sparafrazować myśl przywoływanego w Powiedzmy, że Piontek Hiddegera: bez człowieka świat nie mógłby istnieć i zapytać, czy abstrakt mógłby istnieć bez człowieka?


Dodatkową rzeczą, jaka mnie w tej książce ujęła, są rozważania prowadzone przez autora na metapoziomie. Pan Twardoch wprowadza do tekstu mnóstwo dygresji – zastanawia się nad czasem (czym jest teraz), znaczeniem słów (– Dajcie mi manierkę – mówi Hendrik Witbooi, ale w języku nama, czyli khoekhoegowab, nie po polsku, więc wypowiada inne słowa niż te tutaj zapisane, które jednak znaczą właśnie tyle: „Dajcie mi manierkę”.) albo nad tym co w ogóle ma znaczenie. W opowieści? W życiu? Zresztą, jakie to ma znaczenie: gdzie, skoro, przywołując arystotelesowskie twierdzenie, literatura powstała wskutek naturalnej potrzeby człowieka do naśladownictwa i jej celem jest naśladowanie życia.


Wspaniała to był książka, choć dość trudna. Nie wiem czym była dla autora, przeczytałem tylko ją, nic jeszcze o niej (planuję to nadrobić, ale nie wiem czy mi się uda), ale ja odebrałem ją jako coś w rodzaju dyskusji pana Twardocha albo z samym sobą, albo ze swoją twórczością. Była mi przez to bliska, bo mnie samemu nieustannie zdarza się takie dyskusje ze sobą prowadzić. A może właśnie dlatego wydała mi się ona taką dyskusją, bo sam ze sobą ciągle dyskutuję? A ta moja wewnętrzna dyskusja nie tylko nie ucichła po lekturze Powiedzmy, że Piontek , ale jeszcze bardziej się ożywiła.

88ce759b-b9f4-4224-a21b-8af833d03605

@George_Stark dołączam się do przedmówcy. Pierwszorzędna recenzja.

Miałem też podobne do Twoich odczucia: ta książka do głos schizofrenii Szczepana Twardocha, który nakazał mu odbyć publiczną dyskusję z samym sobą. Preludium tego był "Chołod" zresztą. Co będzie dalej?

Zaloguj się aby komentować

506 + 1 = 507


Tytuł: Epifania wikarego Trzaski

Autor: Szczepan Twardoch

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Samotny płatek śniegu skrystalizował się w chmurach wokół jakiegoś pyłku, urósł w zamarzającą wodę i zsunął się powoli, przez zimne powietrze, w dół aby osiąść na włosach księdza i stopić się od ciepła, które oddawała do atmosfery rozgrzana kapłańska głowa.


Po kiepskich wynikach ostatnich moich eksperymentów ze współczesną literaturą polską musiałem jakoś odreagować. Zdecydowałem się sięgnąć po coś współczesnego i polskiego, ale firmowanego nazwiskiem, które dawało mi jakąś obietnicę. Miała to być najnowsza powieść pana Twardocha, Powiedzmy, że Piontek no ale jakoś mi się tak (samo!) źle w czytniku kliknęło i uruchomiła się jedna z najstarszych, bo Epifania wikarego Trzaski to, według mojej najlepszej wiedzy, druga z wydanych przez tego autora powieści.

– „No, skoro mi się tak już kliknęło, to niech będzie” – pomyślałem. – „Może to jakiś znak, a ta powieść to będzie moja epifania?”


Już pierwsze zdanie tej powieści: Szarzejące na horyzoncie niebo przygotowywało się do przyjęcia świtu zwiastowało, że, przynajmniej w warstwie językowej, powinno być dobrze. Że powinno być tak jak lubię, do czego zresztą pan Twardoch mnie w swoich książkach przyzwyczaił. I faktycznie, to zwiastowanie spełniło się, bo, pomijając treść, dla mnie ta książka była kolejną zaserwowaną przez niego ucztą językową. Barwny język, niecodzienne porównania, te śląskie wtrącenia – no czytało mi się to wspaniale! Nieprzypadkowo też na otwarcie tego wpisu wybrałem cytat, jaki wybrałem, bo oprócz tego, że ten akapit ogromnie podobał mi się językowo, to ten szczegół w postaci śniegu wracał w czasie lektury kilkukrotnie, dając poczucie jakiegoś bezpieczeństwa i stałości w tej całej historii. Tak, oprócz języka, ta historia jest również wspaniale poprowadzona narracyjnie.


Jeśli chodzi o samą treść, to, również jak pan Twardoch mnie do tego przyzwyczaił, zbudowana jest ona na wyraźnych (choć niekoniecznie silnych, bo dla mnie to była trochę opowieść o ludzkiej słabości) bohaterach. Przede wszystkim tytułowy wikary Trzaska – wyuczony w Warszawie ksiądz intelektualista, niedoszły doktor, przez niektórych obsadzany już w roli przyszłego katolickiego moralnego autorytetu, który został zesłany, wskutek dawnych zatargów swojego ojca z arcybiskupem Ziarkiewiczem do małej parafii na śląskiej wsi. Ten ksiądz Trzaska został przez autora zestawiony z miejscowym proboszczem, kapłanem starej daty, co musiało powodować między nimi napięcia. I te napięcia, wynikające z charakterów postaci, pan Twardoch też świetnie potrafił przedstawić. Nie przez ich stwierdzenie, nie przez ich opisanie, ale przez zaprezentowanie w scenach. I to jest, moim zdaniem, umiejętność, która cechuje świetnych pisarzy.


Z postaci, których wcale nie ma w tej opowieści wiele, oprócz księdza Trzaski, mocno zapadł mi w pamięć również miejscowy idiota, Teofil Kocik. Jedno, że przez świetne przedstawienie tego jego „kruczo-robaczego” wariactwa (takie rzeczy też panu Twardochowi wychodzą wspaniale – choćby ten głos z Morfiny, który nawet sam autor nie wie do kogo należał, a mimo to do treści pasował świetnie), drugie przez świetne zarysowanie jego prostej, naiwnej, ale szczerej i gorącej wiary. Też niekoniecznie nazwanej w powieści wprost, ale objawiającej się na przykład w takim pytaniu, które ten bohater zadał: – Proszę księdza, a jak się opłatek zamienia w ciało Chrystusa, jak ksiądz mówi za ołtarzem, to w którą część ciała, proszę księdza, że tak zapytam?


I jeszcze Małgorzata Kiejdus, która świetnie uosabia mnóstwo cech, których w ludziach nie lubię, nie rozumiem, ale czasami zauważam i u siebie. Tak, ta postać, choć – moim zdaniem – mocno niesympatyczna i nie do polubienia; być może do współczucia – też została napisana świetnie.


A historia? No to już nie ma za bardzo co pisać, to można znaleźć w opisie książki, choćby na lubimyczytac. Bez sensu byłoby psuć komuś ewentualną przyjemność z lektury zdradzając tutaj szczegóły fabularne, a dwa, że dla mnie przynajmniej, już o tym pisałem wcześniej, siłę tej powieści stanowią jej bohaterowie. To, że zostali wrzuceni w takie a nie inne (choć ogromnie ciekawe, i to jest kolejna warta uwagi warstwa tej książki) okoliczności tylko wydobywa z nich to, jakimi są.


Czy to była dobra decyzja, że zamiast Powiedzmy, że Piontek zdecydowałem się przeczytać Epifanię wikarego Trzaski? Nie mam pojęcia, w końcu nie znam jeszcze tej pierwszej, więc nie potrafię ich ze sobą porównać. Lektura tej drugiej jednak sprawiła mi tyle przyjemności, że nie żałuję tego mylnego kliknięcia. A nawet się z niego cieszę.

bf8d9dda-03d8-4d9e-ab4c-9be2c8fc8452

Zaloguj się aby komentować

Siedząca na tronie,

w podwójnej koronie…


A nie! Tutaj się nie rymuje, tylko prozą pisze! Przepraszam!


Prawdą jednak jest, że koleżanka @KatieWee , która zwyciężyła w I edycji konkursu prozatorskiego (nie mylić z prozaicznym!) #naopowiesci , w pięknym, choć mocno nietypowym stylu, została również zwyciężczynią w naszym konkursie sonetowym! Ponawiam gratulacje!


Prawdą jest również to, że w naszym konkursie prozatorskim zażyczyła sobie żebyśmy napisali bildungsroman (swoją drogą, czy opowieść o dorastaniu w domu dziecka można nazwać bidulsromanem?). No to proszę:


***


Kamil Ślimak


Kamil Ślimak posiadał pewną wyjątkową umiejętność. Wszystkie czynności i zadania, których się podejmował, z jednakowym powodzeniem i efektem potrafił wykonywać tak od początku do końca, jak i od końca do początku.


Zaczęło się to wszystko we wczesnym dzieciństwie. Tak jak u wszystkich innych dzieci, również u Kamila pierwszym słowem, które wypowiedział było słowo „mama”. Prędko jednak, a nieświadomie, zaczął to słowo wypowiadać w swoim stylu, to znaczy od tyłu. To „mama” brzmiało wówczas jak „amam”. Dla Kamila nie stanowiło to żadnej różnicy, ogromną różnicę stanowiło natomiast dla jego matki, pani Aldony Ślimak, która myślała, że jej syn jest ciągle głodny. Chcąc zapewnić swojej pociesze jak najlepsze warunki rozwoju, oprócz matczynej miłości zapewniała mu również pokarm w ilościach, których, jak się jej wydawało, jej syn się domagał, a której w rzeczywistości wcale nie potrzebował. Dziecko w wieku niemowlęcym i wczesnym dzieciństwie naturalnie przyjmuje jednak, że to co robi matka jest dla niego dobre i słuszne, więc Kamil zjadał wszystko to, co pani Aldona mu podawała.


Z tego powodu chłopiec szybko i mocno przybrał na wadze. Nie stanowiło to problemu przez całe jego beztroskie dzieciństwo: jeśli nikt nie powie im, że jest inaczej, dzieci przyjmują świat za oczywisty takim, jakim go widzą. Dotyczy to również ich własnego ciała. Nadmiar tkanki tłuszczowej stał się jednak problemem kiedy skończyła się beztroska część dzieciństwa Kamila i, zgodnie z obowiązkiem powszechnej edukacji, rodzice musieli posłać go do szkoły. Przez kolegów i koleżanki z klasy był wówczas nazywany Grubasem, Świnią, lub ewentualnie Spaślakiem. Na lekcjach wychowania fizycznego dzieci nie omieszkały również wykorzystywać potencjału, jaki tkwił w jego nazwisku. Za każdym razem, kiedy Kamil dobiegał do mety jako ostatni, albo kiedy pani Malinowska, wychowawczyni jego klasy, podwyższała naskok przed kozłem tak, żeby Kamil był w stanie przez tego kozła przeskoczyć, za plecami, a czasami nawet prosto w twarz, mógł usłyszeć: „Ruszasz się jak spasiony ślimak!”.


Ciężkie czasy tworzą silnych mężczyzn. To powiedzenie sprawdziło się również w przypadku Kamila. To właśnie dzięki swojej tuszy odkrył, że tę wyjątkową umiejętność którą posiadał może wykorzystywać świadomie i w ten sposób uczynić swoje życie przyjemniejszym i łatwiejszym. Kamil postanowił schudnąć, ale za to zadanie zabrał się od końca. Najpierw więc zrzucił zbędne kilogramy i zajął się rzeźbą ciała, natomiast dietę i ćwiczenia, które dla zwykłego człowieka są pierwszym krokiem do realizacji takiego postanowienia jakie Kamil powziął, odłożył na bliżej nieokreślone później. Efekty, które pojawiły się nieoczekiwanie i nagle wywołały w klasie lekką, acz chwilową konsternację. Nie jest jednak łatwo wyjść z roli, w jaką raz wciśnie człowieka społeczność, w której temu człowiekowi przyszło żyć. Z tego powodu, choć wyzwiska skończyły się – bo nie było już powodu ani sensu żeby nazywać Kamila Grubasem, Świnią lub ewentualnie Spaślakiem – nie udało mu się zbudować koleżeńskich relacji z żadnym dzieckiem z jego klasy. Kamil się zmienił, ale reszta dzieci się nie zmieniła. Uprzedzenia również pozostały takie same.


Wydarzenia te miały miejsce w szóstej klasie podstawówki, Kamil więc wiązał niejakie nadzieje z rozpoczęciem nowego rozdziału w życiu, jakim miało być gimnazjum. Życie jednak daje nadzieję, a później z zimną krwią ją odbiera. We wrześniu, kiedy Kamil przekroczył progi innego już budynku, kiedy skończył się apel z okazji rozpoczęcia roku szkolnego i uroczystość przyjęcia pierwszaków w poczet gimnazjalistów, kiedy wszedł wreszcie do sali numer 102, gdzie, już w gronie klasowym, miał dobiec końca pierwszy dzień w nowej szkole, okazało się, że zmieniło się wszystko poza ludźmi. Inna była szkoła, inny był patron, inna była sala lekcyjna, inna była wychowawczyni, inna była nawet literka w nazwie klasy – tak jak w podstawówce Kamil chodził do klasy „d”, tak teraz został uczniem klasy „b” – a tylko koledzy i koleżanki byli ci sami, z którymi Kamil chodził do podstawówki.


I może wszystko nadal byłoby tak samo jak wcześniej, gdyby nie kwietniowe wydarzenia, kiedy to we wtorek, zaczynając zajęcia od drugiej godziny lekcyjnej, Kamil szedł smętnie w kierunku szkoły. Mijał po drodze grupkę uczniów trzeciej klasy, którzy wyróżniali się wśród szkolnej społeczności: nosili czarne stroje, ciężkie buty i plecaki typu kostka obszyte naszywkami z nazwami zespołów oraz wizerunkami mieczy, krwi i potworów. Chłopcy mieli długie włosy, dziewczęta mnóstwo kolczyków i ciemny, mocny makijaż. Wydawali się być zgraną grupą przyjaciół i może tym właśnie w jakiś sposób imponowali Kamilowi. A może po prostu z powodu swojej samotności zazdrościł im tego zżycia, które mógł między nimi zaobserwować.


– Zmienili sprzedawczynię i ta nowa k⁎⁎wa nie chce mi sprzedać fajek! – Do uszu Kamila dobiegły słowa jednego z chłopaków, członka grupki, która stała przed osiedlowym sklepem. Niewiele myśląc wszedł do sklepu i poprosił o paczkę papierosów. Ponieważ zadanie to postanowił zrealizować od końca, sprzedawczyni najpierw podała mu papierosy, a on wyszedł z nimi ze sklepu jeszcze przed tym zanim sprzedawczyni zdążyła nie tylko zapytać go o dowód osobisty, ale również o pieniądze.

– Proszę – powiedział podając paczkę chłopakowi, który wydawał mu się kimś w rodzaju przywódcy grupy.


Okazało się, że Jurek, bo tak chłopak miał na imię, rzeczywiście grał w grupie pierwsze skrzypce, czy może raczej gitarę prowadzącą, bo oprócz tego, że długowłosi chłopcy byli paczką szkolnych przyjaciół, to w wolnym czasie zajmowali się muzyką tworząc młody heavymetalowy zespół o nazwie Łzy Szatana. Dziewczyny natomiast stanowiły zalążek ogromnej rzeszy ich przyszłych fanek, wśród których – rzecz niemal pewna – spory odsetek miał być również gruppies. Chłopcy ćwiczyli sumiennie, zarówno w aspekcie muzycznym, jak i w obszarze codziennego życia gwiazdy rocka. Kamil zaś nie tylko został przyjęty do paczki, ale stał się również kimś w rodzaju menadżera zespołu jak również i zaopatrzeniowca. Zdecydowały o tym względy praktyczne, związane z jego szczególnymi umiejętnościami. Jeśli chodzi o działanie zespołu, skupiał się głównie na odbieraniu odpowiedzi od wytwórni płytowych na temat niewysłanego jeszcze do nich dema zespołu – jeśli odpowiedź była negatywna, takiego dema nie tylko nie było sensu wysyłać, ale nawet i nagrywać – oraz od klubów muzycznych w sprawie organizacji koncertów. W kwestii życia gwiazdy rocka Kamil korzystał ze swojego talentu tak jak zrobił to na początku, kiedy przyniósł ze sklepu paczkę papierosów, której ekspedientka nie chciała sprzedać Jurkowi. Zaopatrywał grupę w alkohol i papierosy bez konieczności posiadania takich nic nieznaczących i zbędnych rzeczy jak pieniądze czy dowód osobisty. Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu.


Kamil był wreszcie szczęśliwy. Nie tylko z powodu znalezienia własnego towarzystwa, w którym czuł się dobrze, ale też z racji fascynacji muzyką, którą to towarzystwo w nim zaszczepiło. Szczególnie upodobał sobie zespół Led Zeppelin, którego słuchał na okrągło, kiedy tylko mógł, a kiedy nie mógł, to podśpiewywał sobie utwory tego zespołu: te bardziej oraz te mniej popularne.


Pewnego dnia Kamil brał poranną kąpiel. Leżał, tak jak lubił, w wypełnionej gorącą wodą wannie, a łazienkę wypełniały kłęby pary unosząc lekki zapach olejku kokosowego, którego dolał do kąpieli w celu złagodzenia bólu głowy będącego efektem wczorajszej próby Łez Szatana. Nie do końca jeszcze obudzony, niemal nieświadomie zanucił jeden z większych hitów swojego ulubionego zespołu, utwór Stairway to heaven. Traf jednak chciał że – chyba z przyzwyczajenia – zrobił to od tyłu. Kiedy z jego słów padły zaszyfrowane w tej odwróconej wersji słowa Oh here’s to my sweet Satan, woda w wanie zrobiła się gorętsza, para przybrała ciemniejszy odcień, a unoszący się w powietrzu zapach kokosa wymieszał się z wonią siarki. W łazience pojawiła się rogata postać. Na wezwanie Kamila zjawił się u niego sam Książę Ciemności.


– Dlaczego się zakrywasz? – zapytał Kamila Szatan, bo ręka chłopaka natychmiast, kiedy tylko zauważył obcą postać w łazience, powędrowała w kierunku genitaliów, żeby je osłonić.

– Bo jestem nagi – odpowiedział Kamil.

– I myślisz, że nigdy cię nie widziałem nagiego? Przecież sam mnie prosiłeś żebym oglądał twoje grzechy. Ostatnio na przykład, jak z Marzeną… A zresztą, nieważne. Nie po to tu przyszedłem.

– To… – chłopak zmieszał się, bo powoli docierało do niego z kim właśnie rozmawia. Do tej pory traktował ten cały piekielny anturaż jako element strategii marketingowej zespołu, sam siebie miał natomiast za ateistę. Nie wierzył ani w Boga, ani, tym bardziej, w Szatana.

– To po co przyszedłeś? – Kamil dokończył pytanie.

– No bo mnie wzywałeś? – Szatan wydawał się być równie zdziwiony, co Kamil przestraszony.

– Ja? – chłopak denerwował się coraz bardziej.

– No przecież, że ty – odpowiedział Szatan. – A teraz powiedz czego ode mnie chcesz, bo trochę nie mam czasu.

– Ja… Skończyło już się to żeby, chcę ja. – Bo Kamil rzeczywiście chciał, żeby to wszystko już się skończyło. Żeby Szatan sobie już poszedł i zostawił go w spokoju. Ze zdenerwowania nie zauważył nawet, że wypowiedział to zdanie od końca.

– No cóż – odparł Szatan. – Co prawda umowa z górą była taka, że z Apokalipsą mieliśmy zaczekać do roku 2137, ale skoro sobie tego życzysz…


I wówczas zamknęła się Świątynia Boga, z oczu ludzi zniknęła Arka Przymierza. Trzęsienie ziemi ustało, a grad uniósł się ku ciężkim chmurom wiszącym nad światem. Działo się to wszystko przy przeszywającym powietrze dźwięku Siódmej Trąby.


***


1454 słowa.


#zafirewallem

#tworczoscwlasna

@George_Stark cóż za wspaniale absurdalne opowiadanie Pomysł bardzo oryginalny i świetnie się czytało. Ty mnie chyba w ciula chciałeś zrobić, że nic nie napiszesz

@splash545 Bo już miałem napisane. Na dziś sobie tylko lekką redakcję zostawiłem.


Swoją drogą to chętnie bym zapoznał się z własnym tekstem zredagowanym przez kogoś innego, bo tak to sam przy każdym czytaniu coś poprawiam i ciągle coś mi nie pasuje.

@George_Stark Świetne, obśmiałam się! A najbardziej z fragmentu: "Znalazł również uznanie wśród koleżanek, a to głównie z tego powodu, że wszystko robił wychodziło mu równie dobrze zarówno od przodu jak i od tyłu." - to jest tak absurdalnie urocze

@Wrzoo


Dziekuję.


Tak, pan Czechow pewnie wyraziłby sprzeciw, bo to zdanie nie jest do niczego potrzebne, ale jak samo przyszło do głowy, to żal było nie skorzystać. Zwłaszcza, że sam uwielbiam takie wtręty w literaturze.

Zaloguj się aby komentować

Kontynuując poetycki dyskurs z koleżanką @Wrzoo na temat "raj to z Ewą raczej czy bez Ewy jednak?" znów zabieram głos publikując kolejny wytwór. W zamiarze miał on być wytworem di risposta w XXIX edycji konkursu #nasonety , która aktualnie odbywa się w kawiarence #zafirewallem , ale tak mi nie pasował w ostatnim wersie ten układ słów, który byłby zgodny z rymami w wierszu di proposta , że postanowiłem postąpić wbrew zasadom i tym samym chyba (mam nadzieję!) wytwór poniższy będzie wytworem pozakonkursowym:


***


Ja, ty, my


- A może docenisz? -

pytanie zadała.

- Podejście swe zmienisz?

Tak bardzo bym chciała.


Oboje na sobie jesteśmy skupieni

lecz w taki sposób to nie zadziała.

Razem, a jednak nie połączeni:

my dwoje. Dwie dusze, dwa ciała.


Sam w raju będziesz swym przesiadywał?

Sama szczęśliwa w Edenie będziesz?


Pan jakiś miał zamiar, gdy nas powoływał,

więc może wygłośmy wspólne orędzie:

że życie nam łatwiej będzie przeżywać

gdy "ja" i "ty" w "my" skrywać się będzie.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

To pytanie o raj bez Ewy, które przyszło mi do głowy po napisaniu poprzedniego wytworu nie dawało mi spokoju, i zastanawiałem się jak mogłoby to wyglądać. W tym zastanawianiu się dotknęło mnie natchnienie. Jego efekt poniżej:


***


Raj bez Ewy


Adam stąpał już wtedy po Ziemi,

a Ewa dopiero stworzona być miała.

- Panie. A może ten plan swój przemyśl? -

wątpliwość taka Adamem targała.


Pan plan przemyślał i zamiar zmienił:

Ewy nie stworzył - za co mu chwała.

Adam korzystał z rajskiej przestrzeni,

a miał tam wszystko, co dusza chciała.


I ryby łowił, owoce z drzew zrywał,

oprócz z jabłoni, tej w trzecim rzędzie;

z niej przecież zrywać Pan zakazywał.


Wąż nawet do niego nie zagadywał,

bo wiedział dobrze co z tego będzie:

Adam okropnie odchorowywał

jedzenie jabłek: miał po nich wzdęcie.


Jak widać szczęścia, co Adam używał,

sekret w jelitach musiał się skrywać.


***


Tym razem ten wytwór jest pozakonkursowy, bo reżim formy sonetowej skapitulował przed treścią, ale pozwolę sobie go opublikować, a nawet opatrzeć tagami:


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Kobiety nie zmienisz. Możesz zmienić kobietę, ale to i tak niczego nie zmieni. Ta wspaniała myśl niemniej wspaniałego pana Andrzeja Poniedzielskiego natchnęła mnie do tego ażeby rozwinąć ją do formy dłuższej niż dwuzdaniowa. W ten oto sposób powstał wytwór di risposta, którym przystępuję do XXIX edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem :


***


Rajski ogród spokoju (z warzywami!)


Kobiety nie zmienisz -

w niej zmiana to stała.

Urobisz się, wpienisz,

a nic nie zdziałasz.


A nawet gdy zmienisz,

- bo inna cię chciała -

to prędko ocenisz:

"I tamta tak miała".


Bo choćbyś każdą skutecznie podrywał,

to doświadczenie tylko zdobędziesz:

boleśnie będziesz się przekonywał

że z każdą tak samo jest. Zawsze i wszędzie.


Więc nim się znów będziesz na kobietę z motyką porywał,

to przemyśl: bo może byłoby lepiej na przykład wypielić warzywa?


***


EDIT: Tak sobie już po publikacji pomyślałem: jak wyglądałby Eden bez Ewy? I czy w ogóle zostalibyśmy z niego wygnani?


***


#poezja

#tworczoscwlasna


I wspaniały utwór di proposta .

Jak by wyglądał Eden bez Ewy?

Adam i tak miałby swoje potrzeby

Bóg by wyrzucił go z raju bez mała

Za grzeszną rękę co go masturbowała

Zaloguj się aby komentować

497 + 1 = 498


Tytuł: Niepowinność

Autor: Paweł Radziszewski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 2/10


#bookmeter


Nieraz się zastanawiała, jak się pisze książki. Myślała, że kiedyś mogłaby spróbować. Jeśli przytrafi jej się w życiu coś ciekawego. Tylko najpierw musiałaby wyjechać z Furtu, bo kto by chciał przeczytać książkę o pegeerowskim osiedlu?


No właśnie. Dziwne jest to, że autor zadał to pytanie, a sam sobie na nie chyba nie odpowiedział. I może nawet nie chodzi o to, że nikt nie chciałby przeczytać książki o pegeerowskim osiedlu – bo ja na przykład chciałem. Tylko, gdybym wiedział przed lekturą, jak ta książka będzie wyglądać, to wtedy na pewno bym nie chciał.


To była książka z tej dziwnej kategorii, kiedy to od początku wszystko jest nie tak, ale mimo to brnie się w nią dalej. Dlaczego tak się dzieje? Może z czystej ciekawości jak bardzo można fabułę naciągać? Albo nawet łatać, gdy przy tym naciąganiu zdarza się że gdzieś pęknie? Albo na jak zaskakujące, choć raczej negatywnie – to były zaskoczenia z gatunku: „co, k⁎⁎wa?” – rozwiązania może wpaść autor siląc się na – bo ja wiem? – próbę bycia oryginalnym i nieoczywistym? Albo może jak bardzo można próbować ubarwić opowieść dygresjami i spostrzeżeniami natury ogólnej, które jednak są niesamowicie wykoślawione, po to tylko żeby pasowały autorowi do tezy? Albo może to każdy z tych powodów po trochu? Bo w każdym z wymienionych obszarów mógłbym kilka przykładów z Niepowinności podać. Mógłbym też podać też kilka przykładów innych obszarów, w których autorowi nie wyszło. Jak na przykład płaskość opowieści i przedstawionego świata.


No dobra, ale co to za przedstawiony świat? No pegeer. I co w tym pegeerze się dzieje? Przede wszystkim są podziały: na syna dyrektora, na brudasa – czyli syna palacza i na resztę, która nie jest w żaden sposób określona. A później to jest jeszcze miłość. Miłość młodzieńcza i wbrew logice a także wbrew porządkowi społecznemu. Ale za to miłość, która wynika z zafascynowania literaturą. Tyle że to przedstawienie zafascynowania literaturą ogranicza się do wymienienia kilku tytułów i ewentualnie streszczenia kilku wyrywków fabuł. I tyle. Nie tylko mnie ta fascynacja nie zafascynowała, ale nawet w nią ani trochę nie uwierzyłem! A poza tym w tym świecie przedstawionym, to jak to w pegeerze. Wszyscy piją. Aha! Jeden z głównych wątków powieści to jeszcze ukryta w piwnicy tajemnica! Też absolutnie nie do uwierzenia i tak jakoś mocno na siłę – jakby połączenie pomysłu pana H.G. Wellsa z humorem pana Pilipiuka. Tylko że to też nie wyszło.


Jakby mało było tego, że ta opowieść sama w sobie jest kiepska, to jeszcze jest fatalnie napisana. Język jest prosty, a czasami wręcz prostacki. Dialogi nie niosą, narracja nie porywa, a czasami każde z nich wręcz odrzuca. Fakt, było w tej książce kilka zgrabnych zadań i spostrzeżeń, ale nic to nie pomogło. Całość nie podobała mi się zupełnie. I jeszcze sam sposób w jaki ta historia jest opowiedziana. Na początku autor otworzył mnóstwo wątków, które później jeden po drugim zamykał. Raziło to, że te wątki były tak oczywiste, a też dawał tyle wskazówek po drodze, że miałem wrażenie, że traktuje mnie jak idiotę. I rażące było to, że zmierzał do tych rozwiązań prościutką drogą, na której nie działo się nic, co mogłoby w jakimkolwiek stopniu zmienić obrany w momencie otwarcia wątku kurs. Kumulacją tego wszystkiego było rozwiązanie wątku (tajemnicy? – może lepiej tak to rozpatrywać) homoseksualnego związku. Serio, poczułem się jakby ktoś napluł mi w twarz. Dobrze, że było już niedaleko do końca, bo inaczej nie wiem czy bym zdzierżył. Czy nie musiałbym tej żenady rozchodzić, a mógłbym w tym rozchodzeniu zajść tak daleko, że do Niepowinności nie byłoby już sensu wracać.


Właściwie sam sobie to zrobiłem i jest to wyłącznie moja wina. Bo, po kiepskim Grubym, zachciało mi się znowu sprawdzić co tam się współcześnie w Polsce pisze i wydaje. Do tej pozycji skusiły mnie pierwsze zdania z jej opisu: Opowieść o poszukiwaniu tożsamości w postapokaliptycznych realiach upadającego pegeeru. No i mam za swoje. Nie mam za to optymistycznych widoków na współczesną polską literaturę. A szkoda. Choć, ostatnio przecież pan Twardoch wydał nową pozycję, więc może jest jeszcze nadzieja?


I, wracając jeszcze na koniec do tego pytania z początku: „bo kto by chciał przeczytać książkę o pegeerowskim osiedlu?” to teraz, w czasie pisania, przyszło mi do głowy, że w zasadzie to ja dalej bym chciał. Zamarzyło mi się właśnie przeczytać coś napisanego z urokiem i rozmachem Chłopów pana Reymonta, tylko osadzone w takich właśnie realiach na jakie porwał się pan Radziszewski. Z ciekawymi, wielowymiarowymi postaciami, z przedstawieniem nawet prostych, codziennych spraw w taki sposób, że są dla mnie interesujące, bo wiem, że dla bohaterów są ważne. Tak, to mogłoby być coś świetnego. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto potrafiłby to zgrabnie wykonać.

260aa989-ef44-4267-ad1a-01c60f86efef

Zaloguj się aby komentować

Drodzy!


Normalnie zajmuję się tutaj pisaniem głupich wierszyków, ale teraz, w odruchu rozpaczy, szukam pomocy. Pomoc miała by dotyczyć takiej dziedziny jak #prawo.


Pokrótce sytuacja wygląda tak, że para, która żyła w konkubinacie (w #holandia, więc ten konkubinat nie był zarejestrowany, bo tutaj można zarejestrować) wzięła kredyt hipoteczny. Jedna osoba z tej pary zmarła nie pozostawiając testamentu. Większość rodziny, która mieszka w Polsce zrzekła się spadku po zmarłym. Został jeden wujek, z którym kontakt jest utrudniony z racji jego wieku (ale nie jest ubezwłasnowolniony).


Holenderski bank, co jest normalne, w celu przepisania hipoteki żąda dokumentu verklaring van erfrecht (odpowiednik polskiego aktu poświadczenia dziedziczenia), ale otrzymanie tego dokumentu nie jest możliwe.


To czego szukam w tym momencie to jakakolwiek możliwość konsultacji z kimś, kto ma pojęcie jak takie sprawy rozwiązywać. Pukałem już do wielu drzwi, pytałem, ale nie potrafię znaleźć osoby, która potrafiłaby jasno przedstawić chociażby możliwe opcje jak z takie sytuacji wyjść. A sytuacja jest o tyle trudna, że człowiek jest teraz w zawieszeniu – jest właścicielem połowy mieszkania, z którym nie może nic zrobić. Czy znacie może kogoś, albo macie pomysł gdzie takiego kogoś szukać, kto potrafiłby pokierować tą sprawą tak, żeby ona się możliwie szybko zakończyła? Nie ukrywam, że jestem emocjonalnie w tę sprawę zaangażowany, więc w tych emocjach mogłem coś, jakąś możliwość, przegapić. Oczywiście za taką pomoc zapłacę, rozumiem, że to czyjaś praca i źródło utrzymania. Chodzi mi tylko o wskazówkę, gdzie ewentualnie mógłbym się z tym zwrócić.


I wiem, można było spisać testament, zarejestrować związek, wziąć ślub, zrobić coś wcześniej. Tak, można było. Ale teraz już nie można. A mnie nie chodzi o rozdrapywanie ran i wpędzanie w poczucie żalu, że ktoś czegoś nie zrobił, choć mógł, ale o znalezienie wyjścia z sytuacji.


Za wszelkie ewentualne wskazówki z góry dziękuję.

Jak się wszyscy zrzekną to majątek przechodzi na skarb państwa. Chyba że czegoś nie dopisałeś.

Jakiego rozwiązania szukasz? Bo tego w sumie zabrakło.

@CzosnkowySmok


Jak się wszyscy zrzekną to majątek przechodzi na skarb państwa. Chyba że czegoś nie dopisałeś.


Tak, wiem. Albo na gminę.

Tyle, że jest ten wujek. Po nim są jego dzieci - część alkoholików w zaawansowanym stanie choroby, części nie wiadomo gdzie szukać.


Jakiego rozwiązania szukasz? Bo tego w sumie zabrakło.


Nie wiem. Jakiegokolwiek, byleby odzyskać spokój. Przepisanie hipoteki jest ok, sprzedaż mieszkania (albo swojej połowy) też jest ok. To jest już naprawdę kwestia tego, żeby jakoś z sytuacji wyjść. Jakkolwiek w sumie.

@George_Stark obawiam się, że w takim przypadku nie będzie to proste. Jeśli wujek sie zrzeknie to w ogóle sprawa będzie otwarta jesteszcze dłużej skoro są kolejni zstępni i nie wiadomo gdzie.


Najlepiej jakby dogadać się z wujkiem, żeby przyjął spadek i sprzedał udziały w nieruchomosci... Ale tutaj, jeśli jest nie komunikatywny no to problem...


Obawiam się, że bez prawnika się nie obędzie. Może w umowie hipotecznej jest jakiś pomocny zapis i tam trzeba szukać rozwiązania. Od tego bym zaczął.

Tak naprawdę to masz dwa problemy. Pierwszy to dziedziczenie nieruchomości, drugi to dziedziczenie kredytu. Czasem w pakiecie jest ubezpieczenie na wypadek śmierci kredytobiorcy, tutaj nic takiego nie było?

@George_Stark niektóre ambasady udostępniają listy adwokatów i radców prawnych z danego państwa, którzy mówią po polsku lub polskich prawników wykonujących zawód w danym państwie.

Zaloguj się aby komentować

Udało się wypełnić postanowienie i napisać coś (mam nadzieję) zabawnego! Wiadomo przecież, że nic nie bawi tak, jak to, co wydostaje się z ludzkiego ciała, prawda?


***


Lorneta z meduzą


Dwie lufy strzelił pod galaretę

- tak wieczór ze szwagrem się zaczynał -

następnie zagryzł jeszcze krokietem

zanim mu szwagier trzecią polał.


Cygaro później odpalił, tak jak rakietę

- siwy kłąb dymu pod sufit wzleciał -

i tak bełkocząc ze szwagrem o świecie

pił, palił i się obżerał.


Aż nagle w żołądku poczuł ciśnienie;

jak z oceanu na brzeg wyrzucenie:

meduza. A wraz z nią całego żołądka treść.


A obraz mu rozmył się jak podczas ulewy

albo jak gdyby dioptrii miał z sześć.

Lorneta mu ostrość przywróciła wtedy.


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I tekst di proposta

@George_Stark no już jakiś czas temu wraz z @UmytaPacha stwierdziliśmy, że ostatnimi czasy nurt poezji fekalnej jest mocno zaniedbany w kawiarence.

Zaloguj się aby komentować

Chciałem coś wesołego albo zabawnego napisać, ale jakiś domorosły Bob Dylan się we mnie obudził, no i wyszło jak wyszło. Jeśli jeszcze uda się rozwinąć któryś z pomysłów, to postaram się przyłożyć bardziej w kierunku radości. A póki co to jest jak jest:


***


Być człowiekiem


Co znaczą słowa że "być człowiekiem"? - 

za jasną odpowiedź tak wiele bym dał!

Człowiek. Podobno już rodzi się skalany grzechem

Czy ktoś to z góry tak zaplanował?


Czy wobec tego na tej planecie

uda się stworzyć nam choćby pół-raj?

Czy może raczej zawsze na świecie

ten stan pół-wojny już będzie trwał?


Pytaniem takim obudź sumienie:

dobro czy zło w tobie drzemie?

To wyciągnięta jest dłoń czy też pięść?


A może tę rękę pewnego dnia - z biedy -

wyciągnie Człowiek - on też chce żyć i jeść.

Zastanów się teraz: co zrobiłbyś wtedy?


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


I tekst di proposta

Zaloguj się aby komentować

Myślałem, że już wyczerpałem swoje pomysły w tym temacie, ale okazało się, że jednak nie. W związku z tym jeszcze jeden (i chyba nie ostatni) wytwór di risposta w konkursie #nasonety w kawiarence #zafirewallem napisany do utworu di proposta zaproponowanego przez koleżankę @moll :


***


Deklaracja (a może namowa?)


Z każdym kolejnym Twoim oddechem

tak jakbym bardziej Ciebie kochał;

Twojego serca biciem, jak miechem,

podsycasz we mnie miłości żar;


Twe ciało pachnie rozkosznym grzechem -

ten na sumienie chętnie bym brał;

w sobie znajdujmy wzajem pociechę:

ja będę zawsze przy Tobie trwał.


Wzajemne spełnienie,

się dopełnienie

to Ty i ja - jak jedna część.


Więc nie bój się wcale, że mogłoby nie wyjść:

cóż więcej trzeba, gdy z dwóch stron jest chęć?

Daj mi, jak Amorowi, swe serce przebić.


***


#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

487 + 1 = 488


Tytuł: Białość

Autor: Jon Fosse

Kategoria: literatura piękna

Tłumacz: Iwona Zimnicka

Ocena: 7/10


#bookmeter


jestem zamknięty zdecydowanie wbrew własnej woli, w głębi czarnego lasu, wbrew własnej woli zamknięty przez samego siebie, jeżeli można tak to ująć. Ale to są tylko słowa.


Jon Fosse? Coś mi to nazwisko mówiło kiedy szukałem sobie w Legimi kolejnej pozycji do przeczytania, bo przecież na nic z tego ogromu książek, który czeka w kolejce na odpowiedni moment to teraz mi akurat nie pasowało. Okazało się, że pan Fosse to ubiegłoroczny noblista. Nagroda została mu przyznana „za jego nowatorskie sztuki i prozę, które dają wyraz niewysłowionemu”. Brzmi nieźle! No ale, nauczony doświadczeniem, do laureatów wszelakich nagród podchodzę z dystansem i ostrożnością – często okazuje się, że dla mnie to za wysokie progi. Stąd właśnie przyszła mi do głowy myśl żeby najpierw spróbować się z autorem w krótkiej formie. Jego najnowsza nowela, Białość, wydała mi się do tego celu zupełnie odpowiednia.


Od początku podobało mi się to, jak ta historia jest opowiedziana. Całość, to znaczy te trzydzieści siedem ebookowych stron (w formatowaniu według moich preferencji) to jeden długi akapit. Treścią tego akapitu jest ciąg myśli, chaotycznych i nieuporządkowanych, a jednocześnie wywodzonych jedna z drugiej z zachowaniem logiki, wyjęty z głowy człowieka, który pojechał do lasu i tam zakopał się na leśnej drodze. Cała dramaturgia zbudowana jest na tym, że wokół nie ma nic, a na dodatek akcja dzieje się późną jesienią albo wczesną zimą (to tylko kwestia nazwy, prawda?) i zaczyna zmierzchać. Czyli coś jednak jest. Jest ciemno i jest zimno. No ale poza tym nie ma nic, może jeszcze oprócz drzew. W całej tej opowieści jest natomiast niepewność, jakieś zagubienie – zresztą sam ten wyjazd z takich właśnie pobudek wynikał. To po stronie bohatera. A po stronie czytelnika? Ja czułem niepokój.


Co mi po tej lekturze zostanie? Wrażenia. A to jest ogromnie dużo. Przecież właśnie między innymi (jeśli nie głównie po to) czytam. I właśnie dlatego, mimo w zasadzie braku treści, braku suspensu, zwrotów akcji i innych „niezbędnych wciągającej lekturze” elementów narracyjnych, Białość całkiem mi się podobała. Po tej, potraktowanej przeze mnie jako „wersji demo” nowelce autora zapisuję sobie w pamięci, że kiedyś warto do niego wrócić. Ale jeszcze nie teraz.


O! I okładka mi się podoba. Lubię takie minimalistyczne grafiki, a ta oprócz tego, że jest właśnie taka minimalistyczna, to jeszcze, jak się okazuje, mocno pasuje do treści.

63653af7-3c10-4f30-a02b-32eaecfa25da

Zaloguj się aby komentować

Ponieważ niewykorzystane pomysły mszczą się i wracają do mnie w nocy w formie koszmarów, to musiałem pomysł wykorzystać, napisać i opublikować:


***


Edytowałem wiersz, bo już po publikacji przyszedł mi do głowy wers, który pasował lepiej. Stara wersja pod spodem.


Královec je český!


Pomiędzy Czechem, Rusem a Lechem

konflikt trójstronny wciąż narastał.

A nie o złoto im szło, ni o kobietę:

Królewiec zająć każdy z nich chciał.


Rus swoim zwyczajem wyciągnął maczetę,

bo taki już był: do bitki się rwał.

Czech wtedy wyśmiał go czeskim śmiechem.

A Lech? Lech, jak zwykle, sprawę przespał.


Więc które Królewiec zajęło plemię?

Komu przypadły tamtejsze ziemie?

Już spieszę by Wam o tym donieść.


Niechże po czesku zaskrzeczą mewy!

Niech świat obiegnie wspaniała wieść!

Královec je český! Nalijte polévy!


***


Stara wersja:


Královec je český!


Pomiędzy Czechem, Rusem a Lechem

konflikt trójstronny wciąż narastał.

A nie o złoto im szło, ni o kobietę,

Królewiec zająć każdy z nich chciał.


Rus swoim zwyczajem wyciągnął maczetę,

bo taki już był: do bitki się rwał.

Czech wtedy wyśmiał go czeskim śmiechem.

A Lech? Lech, jak zawsze, odezwać się bał.


Więc które Królewiec zajęło plemię?

Komu przypadły tamtejsze ziemie?

Już spieszę by Wam o tym donieść.


Niechże po czesku zaskrzeczą mewy!

Niech świat obiegnie wspaniała wieść!

Královec je český! Nalijte polévy!


***


#zafirewallem

#nasonety

#poezja

#tworczoscwlasna


No i tekst di proposta

@George_Stark Królewiec zaniedbany jak jasna cholera jest, Petersburg inna sprawa.


Ja się zabierałem żeby Ural sobie obejrzeć z bliska, bo jezeki chodzi o majstat gór to Alpy, Karkonosze czy Apeniny się nawet nie umywają - chociaż do zjezdzania na nartach się gorzej nadają, bo za strome.


Moskwa za droga na to co oferuje xd

Zaloguj się aby komentować