Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 746wpisy
  • 3813komentarzy

630 + 1 = 631


Tytuł: Polowanie na małego szczupaka

Autor: Juhani Karila

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Te wase kłopoty som takie pociescne! – zagrzmiał Olli Dzięcioł. Po chwili spojrzał na wschód, a potem na zachód. – Chyba se te kraine we władanie wezne.


Od dawna czytałem o zachwytach nad tą książką i, kiedy tak sobie przewijałem co tam mam ściągnięte na czytnik, kiedy mignął mi ten tytuł, zdecydowałem się w końcu za niego zabrać. Zachwytów nie podzielam, przynajmniej jeśli chodzi o zachwyty nad całością, ale, jako całość, książka mi się podobała.


Zacznę od dobrych rzeczy, to jest od zachwytów. Język, język, język! Tłumacz, pan Sebastian Musielak, o czym zresztą pisał w słowie od tłumacza, na potrzeby tej książki stworzył własną gwarę. Nie wiem jak to brzmiało w oryginale – nie mówię o treści, bo przecież nie tylko tekst po fińsku byłby dla mnie mniej więcej tak samo przystępny jak po chińsku, nie mówiąc już o dialekcie z fińskiej północy, ale o samym brzmieniu – ale to, jak wspaniale ten język – nieskomplikowany i nie bardzo udziwniony, a wręcz uproszczony – brzmiał w mojej głowie kiedy chłonąłem tę historię. Gdzieś spotkałem się z komentarzami, że ta gwara jest sztuczna (prawda, została wymyślona na potrzeby przekładu) i brzmi koślawo (dla mnie nieprawda, ale to kwestia gustu) i czasami zgrzyta. No cóż. Nie jestem specjalistą od języków, gwar i dialektów. Jestem czytelnikiem, dość – tak mi się wydaje – wrażliwym na brzmienie tekstu. I dla mnie było super.


Druga rzecz to klimat. Daleka północ, gdzie nie sięga nawet ubezpieczenie zdrowotne i żyjący tam ludzie. Oraz żyjące (?) obok tych ludzi baśniowe stwory: wszelkiej maści chyłki, paskudy i inne stwory pochodzące ze skandynawskich podań a być może i z fantazji autora. A już w ogóle rozwiązanie fabularne pozwalające bohaterom (i przy okazji czytelnikowi) spojrzeć w przeszłość, dotrzeć do źródła tej historii, było tak proste i nieoczekiwane, trochę jak deus ex machina, ale tak wspaniale pasujące do stworzonej rzeczywistości, że jeśli gdzie indziej pewnie wzbudziałoby mój niesmak, tak tutaj spowodowało zachwyt; tak wspaniale do tego świata pasowało. Spójnie i całkiem ciekawie było to wszystko przedstawione. Można było autorowi uwierzyć, że taki świat gdzieś mógłby istnieć i do tego udało mu się mnie przekonać. Nie udało mu się jednak – niestety – sprawić, żebym ten jego świat poczuł. Ale to może wynikać z moich osobistych preferencji czucia.


Sama zaś historia nieszczególnie mnie zachwyciła. To znaczy była logiczna, była ciekawa, była wiarygodna. Postaci wyraźne, kontrastowe – szczególnie podobało mi się zderzenie policjantki Janatuinen żyjącej poza kołem podbiegunowym z tym fantastycznym światem, który pan Karila stworzył za sześćdziesiątym szóstym równoleżnikiem oraz historia miłości(?) głównej bohaterki, Eliny i Jousii, razem z tą dziwną decyzją, którą podjęli i wszelkimi wynikającymi z niej konsekwencjami. Konsekwencjami, które są przecież osią tej historii.


Tak jak pisałem: książka nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie, ale absolutnie nie uważam czasu na nią poświęconego za stracony. Przede wszystkim z racji wrażeń językowych. Być może – zupełnie niepotrzebnie – nastawiłem się do niej zbyt pozytywnie już przed lekturą. Być może po prostu porusza ona temat (albo tematy), które nie są dla mnie szczególnie interesujące. Albo może chodzi o coś jeszcze innego? Na przykład, że jestem maruda?

dbbccaaf-c068-448c-ae7b-5239d864a66f

Zaloguj się aby komentować

Być może uda mi się napisać i opublikować w przyszłym tygodniu jeszcze coś innego, a tymczasem dodaję moją propozycję w V edycji konkursu #naopowiesci w kawiarni #zafirewallem (to oczywiście #tworczoscwlasna ).


Zanim jednak historia, to trochę się z niej wytłumaczę. Coś takiego przyszło mi do głowy, kiedy przypomniałem sobie alfabetyczny spis liczb od jednego do tysiąca, o którym w swojej książce W oparach absurdu pisał pan Antoni Słonimski. Mocną inspiracją była też jedna z tradycyjnych czeskich bajek ludowych opowiadanych dzieciom na dobranoc, a która to miała za zadanie te dzieci uśpić. Zastanawiałem się, czy dodać to opowiadanie, ale w sumie to czemu nie? – tak w końcu pomyślałem. Przecież koleżanka @UmytaPacha wyrwała z kontekstu moje zdanie "Mnie to się marzy, żeby ona była miejscem wszelkich swawoli słownych", a traktuję je trochę jako właśnie taką zabawę. Zapraszam więc do lektury minimalistycznego (dokładnie 900 słów! – bez tytułu) – choć spełniającego wszelkie formalne założenia (bo i mag jest, a więc fantasy, i podróż też jest) – modernistycznego (bądź postmodernistycznego – dla mnie granica jest bardzo płynna) opowiadania, które to zamieszczam poniżej.


Miłej lektury!


***


Długa podróż maga


Mag wyruszył.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

I szedł.

Aż dotarł.

Dodaję streszczenie opowieści @George_Stark :

Mag zrobił 500 kroków zanim dotarł na miejsce.

Moja ocena 21/37 punktów, głównie za kreatywność. Na wyróżnienie zasługuje doskonała symetryka oraz wspaniałe justowanie.

Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

624 + 1 = 625


Tytuł: Stacja Europa Centralna

Autor: Jaroslav Rudiš

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 3/10


#bookmeter


Lubię przyjeżdżać do Frankonii. Raz zrobiłem sobie piwno-kolejową wycieczkę przez Szwajcarię Frankońską. Jeden dworzec, jeden browar, jedno piwo. A potem w drogę kolejnym pociągiem do kolejnego browaru na kolejne piwo.


Kiedy w katalogu Legimi szukałem jakiejś lekkiej pozycji, którą mógłbym przeczytać wyłącznie dla odprężenia, zauważyłem Stację Europa Centralna. Już sam początek jej opisu, wzmianka o tym, że to „okularnictwo” – problemy ze wzrokiem były przyczyną tego, że autor nie został kolejarzem przywołało gdzieś z odmętów mojej pamięci utwór , który kiedyś uwielbiałem (a teraz, kiedy o nim sobie przypomniałem, dalej ogromnie mi się podoba). No i tak sobie pomyślałem, że skoro skojarzenie jest tak wyraźne, jasne, natychmiastowe i przyjemne, skoro autor jest Czechem – a więc można spodziewać się po nim czeskiego humoru oraz skoro, jak mówi opis książki, „_Z pasją opowiada…_” to ta książka będzie dobrym wyborem. Pomyliłem się. Nie była.


Dla mnie cała ta książka wygląda mniej więcej tak jak ten cytat otwierający wpis. Dostajemy garść informacji że „jechałem”, że „byłem”, że „widziałem”. Że ten czy inny dworzec „podobał mi się”, że „jest jak katedra”. Że „lubię patrzeć na rozkłady jazdy” i że „czasami prowadzę wyimaginowane podróże”. Do tego dochodzi garść kilkuzdaniowych informacji technicznych albo historycznych związanych z koleją i przegląd motywów kolejowych w literaturze europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem literatury czeskiej. I to w zasadzie tyle.


Nie wiem czym w zamyśle miała być ta książka, bo ni to reportaż, ni to pamiętnik, ni to literatura piękna, ni literatura techniczna czy popularno-naukowa. Stacja Europa Centralna wyglądła dla mnie jak zestaw jakichś osobistych notatek, spisanych być może w pociągu, podanych w zupełnie chaotyczny sposób. Wątki są wymieszane, informacje nie są rozwijane, jest trochę o tym i trochę o tamtym ale tak naprawdę to konkretnie nie ma w niej o niczym. Autor kilkukrotnie wspomina o setkach spotkań w pociągach, przywołuje nawet (rzadko jednak) fragmenty rozmów z tymi spotkanymi osobami, ale to wszystko jest w stylu gazetowej notatki: „powiedział, że mu się podoba”. Zero w tym emocji, multum suchych informacji, ale co z tego? Jeśli jakaś informacja już jest zero do niej kontekstu, zero analizy. To po prostu fakt, a później dalej, jedziemy do następnego faktu, tak jak pociąg ekspresowy pędzi do kolejnej stacji. Mimo że przecież pan Rudiš sam twierdzi, że od ekspresów woli wolniejsze pociągi lokalne, bo pozwalają się bardziej skupić, mocniej zgłębić i lepiej poczuć podróż. I tak, wierzę, że dla autora kolejnictwo jest pasją, ale tej swojej pasji nie potrafił w Stacji Europa Centralna – moim zdaniem – z pasją przekazać. Bo ja zupełnie tej jego pasji w czasie lektury nie poczułem. A być może szkoda.


***


EDIT: A, i jeszcze jedna rzecz. Mało w tej książce fotografii, szczególnie przy tak skąpych opisach. Nie ma też żadnych map, rozkładów jazdy, nic. Ta książka, choć uważam, że pomysł na nią był dobry, wygląda jak zupełnie nieprzemyślana i pisana bez planu.

fcb5b6fc-840c-4c4e-9a4e-79ad41f8c8ca

Zaloguj się aby komentować

Patrząc na liczbę ostatnich wpisów, wydaje mi się że, zupełnie jednak niecelowo, przejąłem kawiarenkę. Dziś więc oddaję Wam do dyspozycji zadanie, a sam milczę jak dziecko albo ryba – bo one przecież głosu nie mają.


temat: wędkarstwo

rymy: jaśniej – leci – właśnie – kabarecik


Wesołej zabawy w ten sobotni wieczór tym, którzy, jak i ja, marnują go przed komputerem!


***


Zasady:


- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- W nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz. 21 nowy wpis.

- Trzeba pamiętać w nowym wpisie o społeczności albo zawołać @bojowonastawionaowca , jeśli się o niej zapomni.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Wstanę co świt, nie musi być jaśniej

Przy wędce dzień oraz wieczór mi zleci

Co żona mówiła? Ach, przecież, no właśnie!

„Nie musisz wracać”. Istny kabarecik!

W głowie się klaruje, myślę coraz jaśniej,

Dokąd zmierzam ze sobą, gdzie czas tak leci?

Zmienię coś w swym życiu, to ten moment właśnie!

Spławik drga, popijam wódkę, a...! Walić kabarecik.

Sobie świecisz? Zrób że jaśniej!

Co?! Latarka z rąk ci leci?!

Tu na spławik świeć! O właśnie!

Z synem ryby… Kabarecik.

Zaloguj się aby komentować

622 + 1 = 623


Tytuł: Internat

Autor: Serhij Żadan

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 9/10


#bookmeter


Cywile też odważali się, rwali do miasta po rozwalonym asfalcie. Wojskowi starali się ich od tego odwieść. Wojskowym nikt tu jednak szczególnie nie dowierzał, każdy uważał się za najmądrzejszego. No i pchał się pod moździerze po jakieś tam zaświadczenie z funduszu emerytalnego.


Sprawa wydaje się prosta: trzeba odebrać dziecko z internatu. Czyli udać się tam, zabrać je i wrócić. Tyle, że trwa wojna, a internat znalazł się po drugiej stronie frontu. Zresztą, w ogóle to, że wojna trwa jest powodem, że dziecko trzeba odebrać. W innym przypadku nikt nie byłby tym zainteresowany. Bo ten tytułowy internat to nie jest przyszkolna placówka mieszkaniowa. To raczej coś w rodzaju sierocińca. Miejsce dla dzieci porzuconych i niechcianych.


Najlepiej czuł się na tym odcinku pięciuset metrów, który który musiał przejść z domu do budynku szkoły.


Dziecko, nastoletni Sasza, wychowywało się bez ojca. Matka, która zdecydowała o oddaniu syna pod opiekę, nie bardzo jest nim zainteresowana. W domu trwa dyskusja, bo po dziecko trzeba jedank pójść. Tylko kto ma to zrobić?


Decyduje się na to Pasza, brat matki Sasz. I to właśnie Pasza jest głównym bohaterem tej historii. Pasza, który nie bardzo radzi sobie w życiu. Owszem, pracuje jako nauczyciel, owszem, jakoś żyje w rodzinnym domu, w miasteczku kolejowym, które po rozpadzie Związku Radzieckiego i uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości też niejako się rozpadło, bo nie ma w nim pracy, nie ma perspektyw i włąściwie to nie ma w nim nic. No, jest w nim może apatia i beznadzieja. Tak samo zresztą jak i u Paszy, który nie tylko ma zniszczone życie osobiste, nie tylko cierpi z powodu kompleksów, ale też nie bardzo chce w tym świecie, w którym przyszło mu żyć, zajmować jakieś miejsce. Pasza chce po prostu zrobić swoje i mieć spokój.


Podwórko jest wyasfaltowane, w asfalt rudą gliną wklejony jest ślad ciężarówki – pewnie wywozili rzeczy. Własne albo cudze. 


I to właśnie Pasza wyrusza w podróż, bo ta książka to trochę powieść drogi, żeby Saszę z internatu odebrać. Po drodze mija wojskowe posterunki („nasze” czy „wasze”? – czasami ciężko rozpoznać, bo ludzie podobni, mówią też w podobnym lub takim samym języku), napotyka ludzi – jednych, którzy mu pomagają bezinteresownie; innych, którzy mu pomagają interesownie; takich którzy, zajęci własnym przetrwaniem, zupełnie się Paszą nie interesują; takich, którzy znalazłszy się w obliczu wojny czują się tak zagrożeni, że pierwszą ich reakcją jest nieufność lub wrogość wobec każdego napotkanego człowieka. Pasza zresztą sam prezentuje cały wachlarz tych wymienionych wyżej postaw.


Stara się mówić srogo, głos ma jednak zmęczony, jak żona, która która całą noc czekała na męża, doczekała się i należałoby się pokłócić, ale za bardzo chce się jej spać.


Ta książka opisuje trzy dni, które Pasza spędził na wyprawie do internatu. Internat jest książką krótką, a którą czytałem wyjątkowo długo. Spowodowane to było tym, jak ona jest napisana. Dawno, bardzo dawno nie czytałem nic tak przytłaczającego, z tak ogromnym ładunkiem emocjonalnym i jeszcze dodatkowo w tak trudnym i obciążązjącym temacie. Wszechobecny i ogarniający jest w niej nastrój niepewności, nieufności, zagubienia, braku poczucia bezpieczeństwa i ciągłego napięcia. Męczyło mnie to, nieraz miałem dość i ją odkładałem, a jednak po jakimś czasie brnąłem w tę historię dalej. Niekoniecznie żeby ją poznać, ale po to żeby ją poczuć. Takie emocje, obciążające jednak, to jest coś, co zawsze przyjmuję z podziwem. Nieustannie jestem pod wrażeniem tego, ile autor może wywołać jedynie za pomocą słowa, które czytam leżąc spokojnie w bezpiecznym miejscu, nie znając, na szczęście, okropieństw wojny.


Uważam też, że taka literatura jest wartościowa nie tylko artystycznie, choć z Internatu kunszt słowny wręcz się wylewa – pan Żadan oprócz pisania prozy jest również poetą – i mocno go doceniam, ale też dlatego, że w dobitny, lecz bezpieczny i nikogo niekrzywdzący sposób pokazuje czym jest wojna dla zwykłego człowieka. Liczę naiwnie, że być może kiedyś, być może za pomocą właśnie takich rzeczy jak Internat ludziom uda się opamiętać. I – tutaj nachodzi mnie ta sama refleksja, jak po lekturze Rzeźni numer pięć pana Vonneguta – liczę też, że nastaną takie czasy, kiedy taka literatura nie będzie już powstawać. Bo nie będzie ku temu ani potrzeby, ani inspiracji. Stratę artystyczną jestem w stanie w takim wypadku przeboleć, a pewnie bym się wręcz z takiej straty ucieszył.


***


Rzadko polecam książki, ale tutaj nie umiem się powstrzymać od napisania, że jeśli komuś podobała się gra This war of mine (która, co mnie zdziwiło, ponoć została lekturą szkolną?), to uważam, że – jeśli chce takie wrażenia odebrać ponownie – Internat będzie książką zdecydowanie w takim przypadku odpowiednią.


***


EDIT: Zapomniałem dodać, że książka (a przynajmniej polskie wydanie) jest z roku 2019, a więc przed pełnoskalową inwazją. Ona inspirowana jest, z tego co wyczytałem, sytuacją w Donbasie kiedy Rosja rozpoczęła ten konflikt w roku 2014. To w kwestii formalnej, bo dla samego utworu w zasadzie nie ma to żadnego znaczenia.

6a2e4dbf-9d2a-4a42-b594-a0e6e1f1a9f4

Zaloguj się aby komentować

Niezmiennie bawią mnie wspomnienia mojej „metalowej” młodości które to od czasu do czasu przychodzą mi do głowy:


***


Prawdziwy miłośnik najcięższej muzyki metalowej, twardy jak nosek w glanie


Chciałem kupić sobie glany

lecz za małe były na mnie.

W glanach byłoby mi fajnie

– jestem metal nieudany.


Chodzę teraz załamany.

Trampki noszę – chociaż czarne,

to się czuję w nich fatalnie.

Przy winie będę wyśmiany.


Choćbym złorzeczył

lub stopę kaleczył

nie zmieści się w glanie.


Od łez trampki mokre

gdy płaczę samotnie

i ukojenia szukam w Nirvanie.


***


#zafirewallem

#nasonety

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

@George_Stark tych nas rozbawionych metalową przeszłością jest więcej. Niby mama mówiła, że z tego wyrosnę, a ja jej nie wierzyłam. No i co? I dalej ubieram się na czarno, tylko glany w szafie leżą, czekając na odkupienie… 😅

Ja to nie bardzo rozumiem te glany u metali. W sensie - nie nosiliśmy takich butów. Nie pierwszy raz to słyszę i czytam i zawsze tylko wzruszałem ramionami, ale dziś się najwyraźniej przebrała miarka


Proszę, tu jest chiński zespół (powstały w 2014) cosplayujący metal z czasów, kiedy metal był metalem i tekstylnie bardzo trafiają (chociaż większość powinna mieć jednak BUTY jak ten po prawej). Tak że ten.


Nazwy zespołu nie podam, bo chcielibyście wyszukać w google inne fotki i bardzo byście tego żałowali. Mam dobre serce

0309c0a9-193e-49b4-9fea-053e4e694eeb

@George_Stark mi glany palce u stopy uratowały po tym jak z pijatyki wróciłem i musiałem drzewo rąbać xD


@KatieWee ja miałem zwykłe glany, bez futerka a i tak w zimę były wystarczająco ciepłe, bo się jednak mikroklimat w nich robił xD

Zaloguj się aby komentować

Cykl

lub Przemoc rodzi przemoc

lub Rany


– Ale jesteś po⁎⁎⁎⁎ny!

– Weź ogarnij się, ty downie!

– Jesteś słaby, skończysz marnie!

– Jestem tobą załamany!


– Czuję się niewysłuchany.

– Cały świat się wali na mnie.

– Z sobą bywa mi fatalnie.

Rany.


Ktoś mnie skaleczył.

Przyglądam się cięciu.

Ranie.


Oddaję stukrotnie.

Wciąż mocniej i mocniej.

Ranię.


***


#zafirewallem

#nasonety

#poezja

#tworczoscwlasna


I sonet di proposta

Szef wykrzyczał tacie

(że moze stracić prace)

Tata nagadał mamusi

(że "wcale być z nim nie musi")

Mama się darła na Kasie

(że ma się wziąć za pracę )

Siostra sie na mnie skupiła

(wyzwała od sk⁎⁎⁎⁎syna)

Długo kopałem psa próbując sobie to wszystko poukładać

(głupie bydlę niczego się nie uczy, jak nie ciągnie to się włóczy)

Potem zjedliśmy kolację

(i było całkiem miło , przecież "nic takiego się nie wydarzyło", "każdy ma trochę racji")

I tylko głupi pies głupio się patrzył...

Zaloguj się aby komentować

Wiadomo, że artyści mają różne muzy, klasyką jest również tych muz przez artystów kupowanie. W związku z tym powstają różne dzieła: lepsze i gorsze:


***


Koneser

lub Nowa na dzielnicy


Wieczorem wyszedłem gustownie ubrany

w dzielnicę, gdzie świecą czerwone latarnie;

kiedyś lowelas – skończyłem dziś marnie:

kobiety, które znam, to są kurtyzany.


Po drodze jej wzrok, przelotnie złapany,

jak gdyby pytała: – Czy znajdziesz czas dla mnie?

I istnieć przestały za pieniądze panie:

w sidła miłości zostałem złapany.


To tak jakby ktoś mnie wtedy wyleczył

z tej samotności, która kaleczy

sobą, ale i płatną bliskością na zawołanie.


Serce na chwilę zabiło mi mocniej

lecz padły słowa rzucone zalotnie:

– Dasz mi dwie stówy? Zrobimy to w bramie.





Wiadomo również, że temat przewodni kawiarni #zafirewallem jest jeden, w związku z czym powstała wariacja na temat powyższego tekstu, bo nie mogłem się powstrzymać żeby w ten sposób nie zrymować do „Nirwanie”:


***


W parku miejskim


Wieczorem wyszedłem gustownie ubrany

w dzielnicę, gdzie świecą czerwone latarnie;

kiedyś lowelas – skończyłem dziś marnie:

kobiety, które znam, to są kurtyzany.


Po drodze jej wzrok, przelotnie złapany,

jak gdyby pytała: – Czy znajdziesz czas dla mnie?

I istnieć przestały za pieniądze panie:

w sidła miłości zostałem złapany.


To tak jakby ktoś mnie wtedy wyleczył

z tej samotności, która kaleczy

sobą, ale i płatną bliskością na zawołanie.


Serce na chwilę zabiło mi mocniej

lecz padły słowa nie całkiem zalotne:

– Wiesz gdzie jest szalet? Ciśnie mnie sranie.


***


Ciekawostka jest taka, że w kieleckim parku miejskim rzeczywiście jest bezpłatny szalet utrzymywany przez miasto. Kiedyś, kiedy poza Kielce rzadko nos wystawiałem, myślałem, że to jest standard w miastach. I kilka razy się boleśnie zdziwiłem.


***


#nasonety

#poezja

#tworczoscwlasna


No i utwór di proposta

Zaloguj się aby komentować

No i przyszło mi otworzyć serię zgłoszeń konkursowych do XXXIV edycji konkursu #nasonety wytworem poniższym, który publikuję w kawiarence #zafirewallem jako odpowiedź na utwór di proposta.


***


w pianę się obrócisz


Coraz się wyższe unoszą bałwany –

los naszej łupiny wygląda mi marnie.

I choć moglibyśmy dostrzec latarnię,

bo port jest już blisko – nadziei nie mamy.


Z morzem przez życie byłem związany,

niech morze po śmierci więc mnie ogarnie

niech ciało przepadnie w tej wodzie czarnej –

tak jest mi lekcej, niż być pochowanym.


Na cóż mi granit? Po co żar świecy?

Nikt nie zapłacze, nikt się nie ucieszy:

żałobny kondukt? W którym – kto stanie?


Po mej rodzinie, co domem jej okręt:

załodze licznej, a jednak samotnej,

krzyż pozostanie. Ten z morskiej piany.


***


#poezja #tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Najdroższe Poetki, najdrożsi Poeci!


Skoro lubicie poezję pijacką (lub długie tytuły wierszy), to proszę:


temat: długi tytuł

rymy: flaszka – choć – ważka – dość


Wytrawnej zabawy życzę! Choć polecam, nawet o pijaństwie, pisać raczej na trzeźwo.





Zasady:


- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- W nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis.

- Trzeba pamiętać w nowym wpisie o społeczności albo zawołać @bojowonastawionaowca, jeśli się o niej zapomni.


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna

Myśli Dżordż - "To tylko flaszka,

Troszkę jeno chlupnę choć."

Dla Dżordża sprawa to była ważka,

Lecz jego wątroba miała już dość.

Utwór o uczuciu, którego nawet flaszka -

Choćby była zimna, choćby była pyszna i inne "choć" -

Nie jest w stanie poprawić, bo sprawa jest ważka


Mam dość

Weekend nad jeziorem


Zapakowana już flaszka

ale i piwerka wzięte choć

nad jeziorem znajdzie się i ważka

będę chillował aż powiem sobie dość


Bo czy potrzebna jest ta flaszka

kiedy przyjaciele są, choć

wypić kielonka to sprawa ważka

ale pływanie to też radość

Zaloguj się aby komentować

614 + 1 = 615


Tytuł: Księga jesiennych demonów

Autor: Jarosław Grzędowicz

Kategoria: horror

Ocena: 7/10


#bookmeter


Łatwo trafić na szczyt. Po prostu trzeba iść pod górę. Cały czas pod górę. Kiedy nie ma już żadnego „pod górę”, to jest się na szczycie.


Ta książka to był taki mój sentymentalny powrót do twórczości autora, za sprawą którego odżyła we mnie miłość (czasami wręcz obsesyjna) do czytania. Fundowałem sobie już powroty do lektur z czasów dzieciństwa – czy to do Przygód Trzech Detektywów firmowanych nazwiskiem pana Hitchcocka, czy na przykład do Sposobu na Alcybiadesa pana Edmunda Niziurskiego. W tych przypadkach te sentymentalne powroty w wieku późnomłodzieńczym były fantastyczne i, mimo kilku rozczarowań, dalej lubię wracać do książek, które w czasach moich wczesnomłodzieńczych silnie wryły mi się w pamięć. Chciałem zobaczyć jak to będzie z powrotem do fascynacji średniomłodzieńczych. Było trochę gorzej.


Było trochę gorzej zarówno względem powrotu do tych pierwszych książek, jakie pamiętam – może za mało czasu minęło? – jak i względem zapamiętanych przeze mnie wrażeń z pierwszego czytania Księgi jesiennych demonów – może za mało czasu minęło? Ale nie było źle. A może nawet było dobrze?


Księga jesiennych demonów to pięć (albo sześć, jeśli liczyć stanowiące pewną – choć raczej słabą i trochę naciąganą – klamrę Prolog i Epilog) opowiadań. O czym? O słabościach. O lękach. O wewnętrznych demonach, które nas zjadają. Jest opowieść o biedzie (i związanych z nią skutkach, jak pogarda otoczenia, w tym przede wszystkim najbliższych) i pieniądzach, które spadają z „nieba”. I o tym jak to się kończy – to w Klubie Absolutnej Karty Kredytowej. Jest opowieść o utracie pamięci i zagubieniu – to w Opowieści terapeuty. Jest opowieść o pożądaniu i silnej potrzebie miłości z jednej strony, a silnej, naturalnej potrzebie wolności z drugiej – to w Wiedźmie i wilku. Jest opowieść o zazdrościach i utraconych miłościach, na które nie da się nic poradzić – to w Piorunie. Jest wreszcie opowieść o samotności i byciu wykorzystanym – to w Czarnych motylach. A wszystko to ubrane – raz lepiej, raz gorzej – w szatę fantastyki (może magii?; na pewno jakiejś tajemniczości i ponadnormalności) choć to szata raczej w ciemnym odcieniu. Czasami brzmi to wszystko dość naiwnie, ale czy nie taki jest w końcu urok fantastyki?


Za co cenię Księgę jesiennych demonów pana Grzędowicza po tej ponownej lekturze po kilku (bo chyba mniej niż dziesięciu) latach? Chyba za to samo co po tej lekturze przed laty. Cenię go za pomysły. Bo wybór bohatera do Opowieści terapeuty nie mógł być lepszy. Bo końcówka Wiedźmy i wilka to klasa sama w sobie. Zdziwiło mnie to, że po tylu latach od pierwszego czytania, w pewnym momentach przypominały mi się ważne wątki tych opowiadań albo ich zakończenia. Cenię go za umiejętności narracyjne. Bo sposób w jaki w Czarnych motylach opowiada Roman tak mocno pozwalała w tę postać uwierzyć; tak bardzo pozwalała czuć razem z nim. Bo niespodziewanie czasami wtrącone, choć spójne z treścią, zdania-spostrzeżenia nawet w literaturze rozrywkowej pozwalają zwrócić na coś uwagę i coś z tej lektury wynieść, przemyśleć i być może nawet sobie zostawić. Bo umiejętność łączenia rzeczywistego z nierzeczywistym daje niesamowity efekt i nie szokuje, ale ogromnie zaciekawia. Bo malowniczość porównań pozwala poczuć jakby się tam, w środku tej opowieści było. Nie mówiąc już o tym, że zwalnia z obowiązku czytania nudnych, rozwleczonych opisów.


I właśnie w związku z tymi ostatnimi zdaniami pozwolę sobie pofolgować i wrzucić na koniec garstkę cytatów wybranych z większej garści, jaką w trakcie lektury sobie pozaznaczałem. Proszę smakować:


Wszedł do sklepu z magią głównie dlatego, że padało.


Szaman miejski. To moja wizytówka. Jeśli wiesz, co dalej robić, idź. Jeśli nie wiesz, zrób to, co się w takich razach robi od wieków. Usiądź i zapytaj szamana. Będę na zapleczu. Za kasą w prawo.


wszystko to osiągali mniej więcej połową tego wysiłku, który Zięba wkładał w stanie w miejscu.


Samotność z wyboru to zupełnie co innego niż z konieczności. Różnica jest mniej więcej taka, jak między pustelnią a karcerem.


Całej reszcie mówi się, że walka polega na skutecznym błaganiu. O pracę, o zapłatę, o miłość, o cokolwiek. Nazywają to – cywilizacją.


Budzik wyrwał ją do jawy niczym cios w twarz. Po omacku zgłuszyła jego elektroniczny skowyt i leżała w ciemności, pogrążona w błogiej amnezji przebudzenia.


Człowiek to nie człowieczeństwo. Człowiek to dokumenty. I jakaś przeszłość.

20dc1aea-e8f7-49b5-a7bf-94f83bc8440f

O, fajne to było. To o tym gościu co jeździł motorem i widział duchy i stwory zza zasłony. Mocno inspirowane tym filmem z Duchovnym.

Zaloguj się aby komentować

613 + 1 = 614


Tytuł: Jak sprzedać nawiedzony dom

Autor: Grady Hendrix

Kategoria: horror

Ocena: 3/10


#bookmeter


Teatr był dla niego pracą urzędniczą, którą przypadkiem wykonuje się na scenie. Najsmutniejsze, że wszyscy studenci tego kierunku chcieli wyrosnąć na kogoś takiego jak on.


Dawno temu, kiedy jeszcze lubiłem oglądać filmy, miałem mocne upodobanie w kierunku horrorów. Tak sobie wtedy pomyślałem, że w horrorach najbardziej przerażające są dla mnie trzy motywy: dzieci, lalki i religia. Wydawałoby się więc, że połączenie tej trójki w jednej historii to świetny pomysł. Okazało się, że jednak nie. Może się zestarzałem i wyrosłem z horrorów? Albo może, nawet jeśli użyje się dobrych motywów, to warto zrobić to umiejętnie? Bo inaczej to one nie tylko nie tylko nużą, ale wręcz trącą tandetą. Tak jak w tej książce.


I już nawet nie chodzi mi o płaskość postaci, które są definiowane w zasadzie wyłącznie przez jedną cechę. Nie będę rozgrzebywał też fatalnie napisanego konfliktu pomiędzy rodzeństwem, który jest jedną z osi tej historii, a na początku jest tak mocno wyeksponowany, że wręcz odrzuca. Bo ileż można czytać w kółko to samo? Straszne było to wałkowanie, a najstraszniejsze było to, że właśnie to wałkowanie było w tej książce najstraszniejsze. Nie na tym polega horror. Nie będę też pisał o „rodzinnej tajemnicy” czy innej „zmowie milczenia”, która przez całą książkę jest wspominana tylko po to, żeby na koniec zostać wyjaśniona za jednym podejściem. Zero napięcia, zero zgadywania, a tylko odwlekanie. Jeśli to był suspens, to jakiś taki gorszego sortu.


Poza tymi rzeczami powyżej, które stanowią jedynie część moich zarzutów wobec tej książki, ale o reszcie nie będę pisał, bo trochę strach sobie przypominać, to największą – moim zdaniem – bolączką tej książki jest jej realizacja. Pieszczot narracyjnych, które tak uwielbiam, oczywiście się nie spodziewałem, bo to miała być książka rozrywkowa i napisana być językiem przystającym do treści – czyli dynamicznie, kiedy dzieje się dużo i spokojnie, kiedy buduje się klimat. To się nie udało. Ale jeszcze bardziej nie udało się coś innego. Bo ja rozumiem, że generalnie historię (przy klasycznej narracji fabularnej) opowiada się w taki sam sposób niezależnie od nośnika – czy to tekst (książka, opowieść) czy obraz (komiks, film). Każda scena (obraz) jest w tej historii po coś (uszanowanie, panie Czechow!) i ma pchać ją do przodu, ale każdy z tych sposobów opowiadania operuje innymi środkami. I tak długa, dynamiczna scena walki z wyeksponowaniem szczegółów (na przykład za pomocą zbliżeń), która świetnie sprawdzi się w filmie w książce zmieni się w fatalny, nużący opis, którego czytelnik (a przynajmniej ja) po kilku stronach będzie miał dość. Tak, „filmowość” tej książki to w mojej ocenie jej główna wada. Ale – powtarzam się! – nie jedyna!


Jest jednak na koniec jedna rzecz, o której chciałem wspomnieć, a która w jakikolwiek tę książkę ratuje. To opowieść Marka, brata głównej bohaterki, o tym co się stało w czasie jego studiów. Ta część pomyślana jest ciekawie, jest opowiedziana z sensem i nawet narracyjnie całkiem zgrabnie. Jeśli ktoś byłby książką Jak sprzedać nawiedzony dom zainteresowany i na przykład ją sobie kupił, można się do mnie zgłosić po informację, w którym miejscu się ta cześć zaczyna. Bo jeśli sam już się nią znudzi, to niech chociaż przeczyta z niej to, co z niej warto przeczytać. Żeby te pieniądze na nią wydane nie były całkowicie zmarnowane.


Podsumowując: lektura tego horroru to był dla mnie horror. To było straszne! Tylko szkoda, że zupełnie nie było straszne w taki sposób, w jaki autor – tak zakładam – zamierzał mnie nastraszyć. I – to chyba jeszcze bardziej szkoda – jakiego ja oczekiwałem.

a5d4ee45-26d3-4854-a37f-d58b31865ec1

Zaloguj się aby komentować

608 + 1 = 609


Tytuł: Pomiędzy

Autor: Paweł Radziszewski

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Dla nas opowieść jest najważniejsza, ważniejsza niż życie, bo z niego zostaje tylko to, co trafi do opowieści.


Jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać a później podsumować tutaj fatalną moim zdaniem książkę Niepowinność autorstwa pana Pawła Radziszewskiego. Zraziłem się po niej trochę do autora, ale kiedy dotarła do mnie informacja, że debiut tego pana, książka Pomiędzy jest od Niepowinności zupełnie inna, postanowiłem dać mu drugą szansę i przekonać się, czy naprawdę jest taki zły. Albo przekonać siebie, że to ja taki do końca zły nie jestem i jednak daję tę drugą szansę. Choć po Niepowinności to może i nie powinienem.


Już od początku w Pomiędzy czuć klimat, a to już zawsze plus. Tym razem jest to klimat niełatwy (tak sobie wyobrażam) dla autora, bo klimat realizmu magicznego. Czyli niby można napisać wszystko, ale żeby się to dobrze czytało, to jednak sztuka. A na początku Pomiędzy jest trochę tajemniczości, która zaciekawia, są postaci, które intrygują, czyli jest coś – a nawet jest tego sporo – co skłania do czytania dalej. Naprawdę dobrze się ta książka zaczyna. Później autor przenosi czytelnika w czasie wstecz opowiadając – zdawałoby się – zupełnie inną historię. Taki zabieg powtarza się kilka razy, a każda kolejna iteracja coś do całej opowieści nie tylko dodaje, ale też rozwija jeden ze szczegółów, który był podany gdieś wcześniej. Podobny zabieg zastosowała – żeby daleko nie szukać – pani Olga Tokarczuk w swojej książce Prawiek i inne czasy. I, choć dawno czytałem tę pozycję pani Tokarczuk, to wydaje mi się że w tym aspekcie pan Radziszewski poradził sobie od niej dużo lepiej. W ogóle wydaje mi się, że choć pan Radziszewski mógł się inspirować Prawiekiem (to nic złego!), to to jego Pomiędzy, jako całość, bardziej mi się od tego Prawieku pani Tokarczuk podobało.


W kwestii tych inspiracji i realizmu magicznego to znalazłbym więcej śladów, które można by tutaj zbadać. I to wielkich śladów (albo śladów do wielkich). Bo cały klimat (ale przede wszystkim Cyganie!) tak mocno kojarzyli mi się ze Stoma latami samotności pana Márqueza, a postać Igora to dla mnie daleki kuzyn Oskara Matzerachta z Blaszanego Bębenka pana Grassa. Znów: to nic złego! Raczej rozpatrywałem to jako smaczek a tropienie tych inspiracji było dla mnie przyjemnością. Jeśli dodać do tego wszystkiego polską ludowość i zabobonność (w tym również, a może i szczególnie?, tę zabobonność religijną) wychodzi z tego kawałek naprawdę fajnej lektury. Jasne, nie jest to poziom wcześniej wymienionych wielkich, ale ta pozycja to absolutnie nie jest strata czasu. Można w niej znaleźć mnóstwo przyjemności. Przynajmniej jeśli jest się mną.


A sama opowieść? To opowieść o miejscu. O lesie na bagnach, a później o wsi na bagnach. To opowieść o miłości i rozdarciu. To też opowieść o człowieku. Najbardziej, tak mi się wydaje, jest to właśnie opowieść o człowieku. O Michale który znalazł się „pomiędzy”. I mimo że wcale nie ma o nim w tym Pomiędzy aż tak wiele, to właśnie on jest dla mnie głównym bohaterem tej historii. Bo ta opowieść też chyba właśnie o tym jest. O tym w jaki sposób Michał znalazł się „pomiędzy”.

#bookmeter

00daeafe-c1e1-4496-9ad2-323bfbbb5cf6

Zaloguj się aby komentować

Przepraszam za spóźnienie, już odpalamy #naczteryrymy w kawiarni #zafirewallem.


Temat: Klasztor benedyktynów

Rymy: praca - pisanie - owca - skrobanie


Zasady:


- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- W nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis

- Trzeba pamiętać w nowym wpisie o społeczności

Klasztorne schronienie, modlitwa i praca

Spokoju szukanie przez wspomnień pisanie

Od strasznej przeszłości chciał odciąć się Owca

Lecz znów na ścianie słyszy rosoch skrobanie

Jak zwykle nie wiem, czy to ma sens.


KARTKA Z ŻYCIA MNICHA

U benedyktynów zawsze jest jakaś praca,

Przeważnie modlitwa, rzadziej pisanie,

Warzenie mikstur, olejów, uprawa jałowca,

I bym zapomniał, pergaminu skrobanie.


Nie jest to ciężka wybitnie praca,

Niczym wielkim, kilku słów spisanie,

Mięsko i tak często przyniesie łowca,

Tylko tego pergaminu męczy skrobanie.


Że uszlachetnia wszak wiadomo praca,

Jakiejś kluczowej księgi przepisanie,

Tym razem na obiad będzie świeża owca,

Pergamin się skończył, a z nim skrobanie.


Czasem przyjemność, nie tylko praca,

Zaczekać może wieczne ksiąg pisanie,

Bo kupiec przyniósł nasiona kakaowca,

Efektem klasztornego funduszu oskrobanie.

Zaloguj się aby komentować

Moi Drodzy!


Jest piątek, a więc czas na zamknięcie kolejnej, XXXII już edycji zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem ! Czynię to właśnie publikując ten wpis, który stanowi #podsumowanienasonety .


Żeby zachować porządek i logikę wypowiedzi, zacznę od przypomnienia utworu di proposta, którym w tej edycji było czternaście pierwszych wersów utworu (kawałka?) Ja to ja zespołu Paktofonika. Można je znaleźć tutaj, w tym oto wpisie . Oprócz utworu di proposta znajdują się w nim też zasady, które obowiązywały w naszym układaniu w poprzednim tygodniu.


Właśnie. W kwestii zasad. Tutaj nastąpiła pomyłka, bo ogłaszając tę XXXII edycję, moim zamiarem było zmusić uczestników do używania synonimów wykorzystując fakt, że zwyczajowo nikt nie chce zostać w naszym konkursie zwycięzcą. Wobec powyższego chciałem przyznać zwycięstwo osobie, która użyje najwięcej liter „a” – wszak jest to bodaj najpopularniejsza litera w języku polskim! Napisało mi się jednak tak, jak mi się napisało (czyli błędnie, że jednak najmniej), niech więc zostanie tak jak jest, chociaż jest błędnie. Przy okazji wyjaśniam jeszcze jedną wątpliwość, która gdzieś tam się pojawiła: litery „a” będę liczył łącznie z tytułem (bo bez tytułu to byłby remis i trudniej byłoby mi wyłonić zwycięzcę).


Do XXXII edycji konkursu #nasonety przystąpili:


@splash545 z wytworem Ogar 52 litery „a”;

@moll z wytworem Wyobraźni – 47 liter „a”;

@George_Stark z wytworem Egzamin z Przygotowania do życia – 42 litery „a”

@Wrzoo z wytworem Pleszko, błagam, zamknij dziób – 46 liter „a”

@KatieWee z wytworem bez tytułu – 43 litery „a”


Z powyższego zestawienia matematycznego wynika, że najmniejszej liczby liter „a” użyłem ja, czyli @George_Stark i w związku z tym powinienem być zwycięzcą. Przedkładam jednak elastyczność etykiety ponad sztywność zasad i, żeby pozostać w dobrym tonie, zwycięstwo przyznaję koleżance @KatieWee .

@KatieWee – gratuluję i przepraszam! Na przyszłość radzę jednak, choćby z przyczyn formalnych albo dla własnego bezpieczeństwa, zaopatrzać własne wytwory w tytuły.


***


No i nagrody dodatkowe:


Dla kolegi @splash545 nagroda Złotego Kagańca, ażeby to on (ten kaganiec, ale kolega też) trzymał proszki z dala od nosa, a duszy stracić nie pozwolił, nie wypuszczając jej z ciała.


Dla koleżanki @moll nagroda Matki Rymów Częstochowskich z Jasnej Góry, ażeby to rozjaśniała wokół jaźnie.


Dla kolegi @George_Stark nagroda Ogromnej Ul****gi, ażeby to ucieszył się jeszcze bardziej, że to nie on musi przygotowywać kolejną edycję.


Dla koleżanki @Wrzoo wreszcie, nagroda Złotego Buta, ponieważ kiedy przeczytałem tytuł, to pomyślałem, że ten Pleszko to jakiś piłkarz jest. Tak mi się coś skojarzyło.


***


I to by było na tyle w XXXII edycji zabawy #nasonety ! Wszystkim uczestniczącym dziękuję i gratuluję, nieuczestniczących zachęcam do uczestniczenia, natomiast zwyciężczynię, koleżankę @KatieWee , raz jeszcze przepraszam.

@George_Stark ( ಠ ͜ʖಠ) każdy ma prawo do popełniania błędów.


Dzisiaj na pewno pojawi się jako proposta Barańczak, bo jego tłumaczenia poetów anglojęzycznych wypożyczyłam sobie z Książnicy i cieszę się nimi bardzo

Zaloguj się aby komentować

Czy ktoś z tutaj obecnych przerabiał spotkania z #psycholog albo ma jakieś pojęcie o #psychologia ?

Potrzebowałbym pogadać, najlepiej prywatnie, więc dobrze jeśli ktoś mógłby mi chwilę poświęcić. Bardzo chcę komuś pomóc, a nie wiem jak. Cały czas szukam i im więcej się dowiaduję, tym większy mam zamęt w głowie. Może potrzebna mi chłodna perspektywa kogoś, kto nie jest w sprawę zaangażowany?


Ogłoszenie ważne do usunięcia wiadomości.

@moll @Dziwen @maximilianan @KLH2 @splash545 @piksel169


Dziękuję za chęci. Zaraz pewnie usunę ten wpis, ale chciałem Wam wszystkim najpierw podziękować. Zapiszę sobie ten screen i w razie potrzeby spróbuję się odezwać. Póki co kryzys udało się zażegnać, a żeby zadziałać systemowo pozwolę najpierw emocjom opaść.

Zaloguj się aby komentować

Egzamin z Przygotowania do życia


z nadzieją


Kiedyś miałeś mnóstwo pragnień,

dzisiaj mało co jest ważne:

w pył rozpadły się przyjaźnie,

samotności cierpisz kaźnie.


Nie wierzyłeś, głupi błaźnie

gdy mówili: "razem raźniej".

A dziś nie żyjesz, wyłącznie już trwasz:

jedyne co widzisz, to twa smutna twarz.


Choć szczęścia teorię na pamięć wszak znasz,

wyklepać ją umiesz, tak jak "Ojcze nasz",

świadectwo ostatnie ze szkoły gdzieś masz,

a na nim, z Przygotowania do życia: dwa.


Lecz zrozum, że na nic te wszystkie twe żale

bo ten egzamin nie skończył się wcale.


***


#nasonety #zafirewallem #poezja #tworczoscwlasna


I utwór di proposta





Licznik "a": 39 + 4 w tytule

Zaloguj się aby komentować

Nie ma to jak ucieszyć się drugi dzień z rzędu.


Miłej zabawy, Poetki i Poeci:


Temat: baba z wozu, koniom lżej

Rymy: powiedział - zelówka - siedział - starówka


***


Zasady:


- Układamy cztery wersy, lub wielokrotność jeśli ktoś ma ochotę.

- Każdy wers musi kończyć słowem zadanym przez OPa dokładnie w tej kolejności, która jest we wpisie.

- Rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do tematu zadanego przez OPa.

- Zwycięża osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- W nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz 21 nowy wpis

- Trzeba pamiętać w nowym wpisie o społeczności


#naczteryrymy #zafirewallem #poezja  #tworczoscwlasna

Pewien koń drugiemu powiedział

Od ciężaru baby zdziera się zelówka

Jak dziad sam na mnie siedział

Mknąłem chyżo i ma była starówka

„Zostaw, gorzej zrobisz!” powiedział

Dziad, gdy odkleiła mu się zelówka

Baba sobie poszła, a on tak długo siedział,

Że z młodego miasta zrobiła się starówka

Trząsł każdym przybytkiem, było jak powiedział

Dopóki mu grdyki nie zgniotła zelówka

Swą krwią się zadławił i umarł, gdzie siedział

Odetchnie dziś z ulgą nareszcie starówka

Zaloguj się aby komentować

No to zarymujmy coś wesołego!


Ponieważ przyszło mi z ogromną radością spowodowaną – a jakże! – wygraną w XXXI edycji zmagań #nasonety , otworzyć kolejną XXXII edycję tej zabawy w kawiarence #zafirewallem , to tak sobie pomyślałem, że z tej radości dodam jakiś wesoły tekst. Żeby odpocząć od sonetowego reżimu, weźmiemy tym razem na tapet jeden z – moim zdaniem – najzgrabniejszych tekstów w historii polskiego rapu. Chodzi mianowicie o utwór Ja to ja zespołu Paktofonika z gościnnym udziałem Gutka, którego pierwsze czternaście wersów będzie stanowić utwór di proposta w tej edycji zabawy. To taki trochę eksperyment: znowu! Mam jednak nadzieję, że dość łatwy, bo mamy tutaj tylko trzy rymy. Wystarczy je znaleźć i ładnie wpleść w swoje teksty, na co liczę i w czym życzę powodzenia!

A oto i tekst, do którego będziemy rymować:


Paktofonika – Ja to ja


Przeważnie zachowuję się poważnie.

Przeważnie nikogo nie drażnię.

Przeważnie słucham rad uważnie.

Przeważnie nie czuję się odważnie.

Przeważnie, widać to po mnie wyraźnie,

otoczenie nie działa na mnie zakaźnie.

Poprzez wyobraźnię kreuję własne ja

adekwatne do imienia: er plus a plus ha.

Robię co trza, rymuję gdy muzyka gra,

jestem członkiem pe ef ka, a nie klubu AA.

Pomysłów u mnie mnóstwo, niczym w worku bez dna,

bądź co bądź być sobą to domena ma.


Pokazy mody i żurnale nie obchodzą mnie wcale,

fason swój dobieram sam jak staruszka korale.


***


ZASADY ZABAWY:

Stali sonetowicze zasady znają. Jeśli ktoś chciałby dołączyć, a nie wie o co chodzi, proponuję żeby zapytał pod którymś z wpisów w tagu #nasonety . Mnie albo autora wpisu. Wytłumaczymy.


ZASADY OCENIANIA W XXXII EDYCJI KONKURSU #NASONETY

1. Zwycięzcą XXXII edycji konkursu #nasonety zostanie osoba która:

a) przystąpi do konkursu publikując swój utwór i opatrując go tagiem #nasonety w terminie do 12 lipca bieżącego roku, do godziny mniej więcej 11.00 (proszę pamiętać o społeczności!);

b) jej utwór będzie zawierał najmniejszą liczbę wystąpień litery "a".


2. W przypadku remisu, to jest dwóch lub więcej utworów z tą samą, najmniejszą liczbą wystąpień litery "a" jury obierze dodatkowe kryterium; na przykład zwycięzcą zostanie @bojowonastawionaowca lub wymyśli się coś innego.


***


Miłej zabawy i powodzenia! A jeśli ktoś bardzo chce się pobawić, a nie chce wygrać, polecam zaprzyjaźnić się ze słownikiem synonimów. Może wówczas zabawa będzie jeszcze milsza?


#diproposta

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

572 + 1 = 573


Tytuł: Rzecz o mych smutnych dziwkach

Autor: Gabriel García Márquez

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Szedłem, marząc jedynie o tym, żeby ziemia pochłonęła mnie w tym moim ancugu tropikalnego absztyfikanta, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi, prócz chudego Mulata podrzemującego na progu jednego z okolicznych domów.

Dobrej nocy, doktorze – wrzasnął, najserdeczniej jak mógł – szczęśliwego bzykanka.


Rzecz zaczyna się dość – z braku lepszego słowa użyję tego: obrzydliwie. Oto narrator, który jest jednocześnie głównym bohaterem opowiada o swoim życzeniu z okazji dziewięćdziesiątych urodzin. Różne rzeczy ludziom się marzą, a jemu akurat zamarzyła się dziewica. To znaczy stosunek z dziewicą. Aby sprawić sobie ten prezent skontaktował się z Rosą Cabarcas, miejscową burdelmamą (bajzelmamą, jak dokładnie była określana w powieści) i przedstawił swoje życzenie. Jako że klientem był i stałym i – z braku lepszego słowa użyję tego: wiernym, Rosa dołożyła starań i znalazła dla naszego bohatera dziewicę. Czternastoletnią.


Mnie taki opis książki by odrzucił. No chyba, że wyszła ona spod pióra pana Márqueza, tak jak Rzecz o mych smutnych dziwkach, to zdecydowałem się zaryzykować. Nie zawiodłem się. Książka, mimo swojej tematyki nie jest wulgarna (to też zależy co kto uznaje za wulgarność, ale dla mnie nie była), już bardziej wulgarna wydała mi się Miłość w czasach zarazy, choć „bardziej wulgarna” nie oznacza wulgarności jako takiej. Owszem, jest tutaj opis nagiego czternastoletniego ciała, ale nie jest on jakoś szczególnie erotyczny, nawet nie naturalistyczny przecież. Owszem, główny bohater to koneser kurew. Owszem, kilka rzeczy opisanych jest dość dosłownie (żółte damskie majtki! i to jeszcze założone! – czy to jest jakiś znany motyw literacki, o którym nie mam pojęcia?; w ostatniej książce jaką przeczytałem, w Dziewięć pana Andrzeja Stasiuka też pojawiły się damskie majtki w tym kolorze!) ale przedstawione jest to wszystko w taki sposób, że czytanie nie napawa obrzydzeniem. I to tyle w sprawie kontrowersji, o których przy okazji lektury o lekturze czytałem.


Bo ta książka wcale nie jest o tym. Ta książka jest – wydaje mi się – próbą rachunku sumienia, jakiegoś rozliczenia swojego życia przez bohatera (a może i autora?; wszak pisał to w wieku 77 lat). Życia dość nijakiego, w zasadzie nie nadającego się na temat do książki. Życia bez miłości, bez ambicji, trochę bez celu. I dopiero to wydarzenie, ten prezent na dziewięćdziesiąte urodziny, pozwala spojrzeć na to życie trochę inaczej. Pozwala docenić to, co się straciło, ale też cieszyć się tym, co się znalazło. Nawet w wieku tych dziewięćdziesięciu lat.


To co mi się w niej podobało, to sposób zarysowania postaci głównego bohatera. On jest bardzo prawdziwy i absolutnie „do uwierzenia”. Jest dość zwyczajny, ale nie nudny. To zresztą – postaci – w ogóle panu Márquezowi zawsze wychodziło, tak w tych opowieściach realistycznych, jak i w tych realistycznych magicznie. Podobało mi się to, że nigdzie chyba nie padło imię protagonisty, ale to dlatego, że bardzo lubię ten zabieg w literaturze; zastanawiam się nawet czasami, czy to nie jest jeden z moich literackich fetyszy. Podobały mi się też inne postaci, a już wyjątkowo podobała mi się Rosa Cabarcas, a raczej szczegółowość i konsekwencja w jej przedstawieniu. Cyniczna i ineresowna, a przy tym znająca ludzi (a przynajmniej głównego bohatera) burdelmama, która każdą rozmowę kończy słowami „Z Bogiem” to coś wspaniałego!


Krótka to była Rzecz, ale warta uwagi. Nie tyle może ze względu na tematykę, co na głębię dotknięcia istoty stworzonej przez autora postaci, a też na wspaniały sposób, w jaki została opowiedziana ta historia. Tutaj do spółki przez pana Márqueza wraz z tłumaczem, panem Carlosem Marrodánem Casasem. Bo tak, i to dotyczy w ogóle książek tego autora w tym tłumaczeniu, a nie tylko Rzeczy o mych smutnych dziwkach, język, jakim to wszystko było napisane, też był piękny. I obrazowy, przynajmniej w momentach, kiedy ta obrazowość była potrzeba i uzasadniona. Przy tej tematyce: chyba na szczęście.

d8d28a1e-b40a-4f66-8d4e-52a84a6b3fd9

Zaloguj się aby komentować