Zdjęcie w tle

George_Stark

Gruba ryba
  • 816wpisów
  • 3962komentarzy

Obiecany erosomański proszę:


***


Epidemia osiedlowa


Groźnie jej imię brzmiało: Wenera;

a jednak bogini miłości był rad,

gdy pod nieobecność swej westalki nieraz

to z nią się w pokoju na wersalce kładł.


Choć dokonywał po wszystkim ablucji,

(mydło zawiera laurynowy kwas)

to doszło u niego do owrzodzenia

i lekarz powiedział mu: – Syfa pan masz!


A było też przecież z żoną rach-ciach:

różnie: bo raz był pod nią, a raz był nad.

… a później jeszcze z tyłu, jak psiak –


przypomniał sobie, a myśli tej nie potrafił znieść,

bo zastanawiał się: co z jej wiernością?

Bo sąsiad podobno też złapał coś gdzieś.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta.

Zaloguj się aby komentować

Dobrze, kochani, wracamy do źródeł inspiracyjnych! Zara jeszcze jakiś erosomański się walnie, a później to może coś o alkoholu?


***


Gdzieś


Czuję ogromny ucisk na zwieracz:

o wolność woła wczorajszy kebab;

ale jest problem, bo czym się podcierać

gdy po papierze pusty jest hak?


A gruz olbrzymi, jak góry Gruzji,

jak Elbrus, jak cały Wielki Kaukaz,

i nie wytrzymam tego ciśnienia;

co mogę zrobić, gdy nadszedł już czas?


Ulgę ogromną poczuł mój zad,

i pocałunek Neptuna był – chlap!,

a ja jestem lżejszy o pięćset dag.


A teraz posrany zjada mnie stres,

lecz zastępuję go silną złością:

a, nie podetrę się – i mam to gdzieś.


***


#nasonety

#zafirewallem


I tekst di proposta .

@George_Stark

Pięćset dag

Chryste panie, matko przenajświętsza... pełnoprawny poród.

Zalecam odstawić opioidy. Takie balasy kończą się cesarką bo potrafią zabić

Zaloguj się aby komentować

798 + 1 = 799


Tytuł: Prawomił albo niedawne przedawnienie

Autor: Petr Stančík

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


Stamtąd ruszyliśmy do restauracji Šroubek, gdzie akurat komunistyczni prominenci świętowali rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. Zanim się obejrzeli, wyjedliśmy im wszystkie przysmaki i wypiliśmy całą wódkę.


Zaczyna się całkiem ciekawie, bo trochę jakby po szpiegowsku, choć tak naprawdę po skrytobójczemu. No i jest trup. A z trupem związana jest tajemnica.


Ta książka to niby przedstawiona w formie dziennika historia Prawomiła Raichla, urodzonego 31 stycznia 1921 roku chłopca, dla którego to starodawne i niezwykłe imię wybrał jego ojciec, głęboko wierząc że wraz z każdym wypowiedzeniem wpajać [mu] będzie szacunek dla prawdy i miłość do Ojczyzny. Ojciec nie mógł wiedzieć, że ten szacunek dla prawdy i miłość do Ojczyzny w życiu Prawomiła poddany będzie wielu próbom, bo tak dla Czechosłowacji, jak i dla Europy nadchodziły ciężkie czasy. Najpierw, w 1938 roku, postanowieniami Układu Monachijskiego Czechosłowacja traci na rzecz Rzeszy Niemieckiej część swoich ziem. Później Hitler napada na Polskę (której z „pomocą” przychodzą Anglia i Francja, kraje które „sprzedały” ojczyznę Prawomiła rok wcześniej). A kiedy Związkowi Radzieckiemu udało się w końcu przepędzić hitlerowców aż do Berlina, okazało się, że ceną wyzwolenia jest komunizm. Komunizm, który sięgnął po władzę również i w Pradze. W tym wszystkim Prawomił, który przysiągł działać dla dobra Ojczyzny, musi się jakoś odnaleźć. Początkowo odnajduje się w działalności partyzanckiej, później zostaje wcielony do armii, na końcu zaś działa dla dobra Ojczyzny wbrew woli narodu. A wszystko to gęsto okraszone absurdami, jakimi lubi operować czeski humor.


Tak, ta książka to niby przedstawiona w formie dziennika historia Prawomiła Rachla, ale tak naprawdę to taka trochę historia Europy w XX wieku oglądana praskimi oczami, choć tym oczom zdarzyło się być nie tylko poza Pragą, ale i poza Czechosłowacją. No i właśnie. Nie wiem co autor miał na myśli, ale wydaje mi się, że wybór takiej formy jak dziennik nie był wyborem najszczęśliwszym. Bohater był wszędzie i nigdzie, kolejne etapy jego wędrówki przez Europę opisane są dość pobieżnie. Nie bardzo dane było mi poznać ani samego Prawomiła – w tym swoim dzienniku skupia się raczej na wydarzeniach, a nie na przeżyciach, ani nie dane było mi poznać ludzi, których Prawomił w czasie tej swojej wędrówki spotkał – opisani są raczej pobieżnie. Może autorowi chodziło więc o opowiedzenie o tym, co przetoczyło się przez kontynent mniej więcej od zakończenia I Wojny Światowej aż do roku 2002? To już wydaje mi się bardziej prawdopodobne i tak właśnie ta książka wygląda. Jest trochę slapstickowa i choć slapstick lubię (przynajmniej w filmie), tak tutaj miałem mieszane uczucia. Bo owszem, zdarzyło mi się kilka razy uśmiechnąć, jak choćby czytając historię kaprala Juraja Horhora, który zastrzelił się na własnym grobie, to Prawmił nie przemawia do mnie jako powieść. Dla mnie wygląda to jak zbiór anegdot luźno ze sobą powiązanych jakimś tam (być może ciekawym – jak pisałem, autor nie raczył mnie z nim poznać) bohaterem. Owszem, są tutaj elementy spajające tę historię w jedną całość, ale jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że są one zastosowane bardzo na siłę.


Tak samo jak zresztą coś w rodzaju klamry kompozycyjnej. Przy okazji książki W kleszczach lęku pana Jamesa ubolewałem, że dziś nie pisze się już książek opartych na schemacie „opowieść w opowieści”, który bardzo lubię. Okazuje się, że jednak się pisze. A przynajmniej próbuje się tak pisać. Bo pan Stančík wykorzystał ten zabieg, ale zrobił to dość nieudolnie, a tego nie lubię. Tak samo jak nie lubię, kiedy obiecuje mi się w książce dwie historie, po czym jedną porzuca się. A ja zastanawiam się nie tylko nad tym po co w ogóle było ją rozpoczynać, ale także nad tym co z tą kobietą z początku książki? Nie wspominając już o scenach erotycznych, prawda: nie bardzo dosłownych, całe szczęście, ale które znalazły się w książce nie wiem skąd i po co. Być może – nomen omen – z d⁎⁎y? Bo, mimo że zdarzyło mi się przy Prawomile momentami pośmiać, to po całości czuję mocny niedosyt. Może to przez to że za mało we mnie humoru? Albo czeskości?

3d0898b0-a0f7-4b8b-88dd-91f32a7bc53d

Bardzo dziękuję że to wrzuciłeś. Nie wiedziałem, że wyszła ta książka. A to jeden z moich ulubionych czeskich autorów. Już kupiłem i czytam.

Zaloguj się aby komentować

797 + 1 = 798


Tytuł: Czas życia i czas śmierci

Autor: Erich Maria Remarque

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Będziemy świętować wszystko naraz. Nie mamy już czasu na obchodzenie wielu poszczególnych uroczystości. Ani na to, żeby je w ogóle rozróżniać.


Świetnie się ta książka zaczyna, bardzo obrazowo. Śmierć miała inny zapach w Rosji niż w Afryce. Takim właśnie zdaniem wprowadza postać Ernsta Graebera, niemieckiego żołnierza, który w czasie II wojny światowej walczył najpierw w Afryce, a później trafił na front wschodni – do Rosji. Graebera, jak i zresztą sporą część część jego oddziału czytelnik poznaje w momencie kiedy „front trzeba skracać”, ale nie jest to problemem, bo niedługo już zostanie dostarczona tajna broń, która odmieni oblicze wojny, jak zapewniają rządowe komunikaty. Żołnierze frontowi wiedzą jednak swoje i mówią o tym co widzą, a mówić o tym nie wolno. Za sianie defetyzmu grozi nawet rozstrzelanie. I tak właśnie na początku książki czytelnik ma okazję zaobserwować różne postawy żołnierzy w obliczu zastanej przez nich sytuacji.


Ernst Graeber dość nieoczekiwanie dostaje zgodę na pierwszy od dwóch lat urlop. Wraca do domu, z czego nawet nie ma odwagi się cieszyć. Tyle, po tych dwóch latach, w domu nie jest tak jak było, a i odwagi żeby cieszyć się nie potrzeba, bo cieszyć się nie ma z czego. Przede wszystkim przez „dom” należy rozumieć tutaj rodzinne Werden Ernsta, bo jego dom, rozumiany jako budynek, został w czasie nalotów zredukowany do frontonu. I tak urlop, a przynajmniej jego początek, upływa Ernstowi na poszukiwaniu rodziców, z którymi nie wiadomo co się stało.


Co jeszcze mamy w Czasie życia i czasie śmierci? Przede wszystkim historię miłości i poświęcenia osadzoną w trudnych, wojennych realiach – to jedna z głównych osi fabularnych tej książki. Poza tym wyraźnie i szeroko przedstawione postawy biorących w tej wojnie udział ludzi; tutaj jest to o tyle ciekawe, że cała fabuła rozgrywa się po stronie niemieckiej – a więc po stronie agresora – i to też jest jeden z problemów, jakie pan Remarque podejmuje – postawa wobec wojny, kiedy wszystko wskazywało na to, że ją wygramy kontra postawa wobec wojny teraz, kiedy „skracamy fronty”. Dalej zaprezentowani są Niemcy (i zaprezentowane są Niemcy), którzy w wojnie nie biorą udziału: kobiety, starcy, „podludzie”, którzy nie zostali wcieleni do armii a jakimś cudem udało im się na terenie III Rzeszy przetrwać. Albo też wysocy rangą dygnitarze, dla których wojna jest okazją do bogacenia się, zdobywania uznania i przywilejów, pięcia się coraz wyżej w hierarchii nie tylko wojskowej, ale i społecznej, a także do zemsty za dawne, ale niezapomniane krzywdy – kapitalnie napisana postać Alfonsa Bindinga. Ale zaprezentowani są też ci, którzy w tej wojnie już nie biorą udziału: rannych, którzy zostali kalekami – wygląda na to, że schemat przydatności żołnierza rozsławiony przez Hollywood na przykładzie weteranów z Wietnamu jest starszy, a być może nawet uniwersalny. To co powyżej, to tak z grubsza, to to, co najbardziej z tej książki zapamiętałem, bo spraw wartych wspomnienia w Czasie życia i czasie śmierci jest zdecydowanie więcej.


Jak nie lubię tych zawadiackich książek wojennych o wesołych opowieściach z frontu albo o innych bohaterskich czynach, tak wojna w opisie pana Remarque’a ma w sobie coś fascynującego. Jest u tego autora czymś, co niby jest trochę w tle i służy przede wszystkim do tego, żeby pozwolić mu wyeksploatować bohaterów. Pan Remarque stawiał ich w skrajnych sytuacjach i w takim obliczu prezentował ich charaktery, a robił to po mistrzowsku. Zawsze mam przy lekturach jego autorstwa ten dysonans – bo te książki są świetne, są fantastycznie napisane, ale z drugiej strony rzeczywistość, jaka dała im inspirację, już jest zdecydowanie mniej świetna. Z drugiej jednak strony ta wojna u pana Remarque’a jednak jest i choć jakby w tle, to objawia się w najbardziej chyba brutalnym wydaniu, bo nie w tym opartym na mapach, liczbach czy statystykach, ale na historiach ludzi. Na ich uczuciach i emocjach. Na ich życiu i na ich śmierci.

071f3930-8db3-42a7-9d3e-95b8f19de270

@George_Stark polecam Zapomniany żołnierz Guy Sajer. Autor wspomina swoje przeżycia jako młody żołnierz Wehrmachtu na froncie wschodnim. Różne książki wojenne czytałem, ale nigdy nic tak wstrząsającego.

Zaloguj się aby komentować

Moi drodzy!


Ponieważ jestem na nieplanowanym wyjeździe i mam do dyspozycji tylko telefon, dziś nie będzie linków do wszystkich Waszych wspaniałych oraz moich wytworów, które powstały w ramach XLI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem - szlag by mnie trafił gdybym musiał tyle w ten telefon klepać.


Ale edycję trzeba zakończyć. Jej zwycięzcą ogłaszam kolegę @pingWIN, któremu serdecznie gratuluję! Mam nadzieję, że wiesz jakie obowiązki wiążą się ze zwycięstwem?


Decyzję postaram się jakoś uzasadnić w komentarzu w terminie późniejszym, jak i zebrać również linki do wierszy; niech pod tagiem #podsumowanienasonety powstaje jakieś w miarę uporządkowane archiwum. Ale nie obiecuję. Mogę na przykład zapomnieć.


***


Jeszcze dwa słowa od siebie: cieszy mnie wysyp wspaniałych wytworów "na ostatnią chwilę". Mniej cieszy mnie fakt, że koleżanka @moll nie dała rady napisać czwartego wiersza. Ale, @moll , to nic złego. @UmytaPacha nie napisała ani jednego!


Zwycięzcy jeszcze raz gratuluję (i współczuję), uczestnikom dziękuję i do kolejnego razu!

Tak jak obiecałem, zbieram w jednym miejscu niemal sonety, które wzięły udział w XLI edycji bitwy #nasonety w kawiarni #zafirewallem.


Udział wzięli:


@KatieWee, która napisała jeden wiersz:

Bycie nastolatkiem jest do kitu


@George_Stark, który wyprodukował cztery wytwory:

Postawa romantyczna w obliczu schyłku romantyzmu

Zajęta

Rewolucja wrześniowa

@moll i tak trzeciego nie napisze, więc z nią nawet nie będę próbował


@RogerThat z dwoma wierszami:

Może źle, może dobrze

Jesień


@moll z niemal czterema (czyli trzema) utworami:

Zawartość dorosłości w dorosłości

Na specjalne nie-zamówienie @George_Stark (to chyba tytuł?)

Ten trzeci, o żałobie


@splash545 z jednym wierszem

...


@Piechur z jednym wierszem o mylącym tytule

Czternasty


@pingWIN z wierszem

Suplementy


oraz @Wrzoo, która zdążyła jeszcze z jednym wierszem

Co oznacza prosto z pani wyjęty


***


Miałem jeszcze uzasadnić dlaczego zwycięstwo przyznałem koledze @pingWIN, więc uzasadniam:

wczoraj był piątek trzynastego a jest to, jak wiadomo, dzień pechowy. Trzynasty w kolejności wpis konkursowy w XLI edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem był właśnie wiersz Suplementy, który to przyniósł koledze pecha w postaci zwycięstwa.


Dziękuję za uwagę.

Zaloguj się aby komentować

784 + 1 = 785


Tytuł: Dżozef

Autor: Jakub Małecki

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 6/10


#bookmeter


Takich ludzi już nie ma, skończyli się razem z powodami, dla których w ogóle istnieli. Wojna, powstanie, żegluga, w stronę nieznanych lądów. Gdy nie ma potrzeby, bohaterowie po prostu się nie rodzą.


Jakoś dziwnie mnie w ostatnim czasie ten uznany pisarz, pan Joseph Conrad, prześladuje. Znienacka pojawia się to tu, to tam. Wprost albo nie wprost. Bo zabrałem się za tę książkę, za którą zresztą już od jakiegoś czasu miałem się zabrać, po spotkaniu z panem Jakubem Małeckim, które to miało miejsce jakoś w zeszłym tygodniu w ramach IV Festiwalu imienia Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w Kielcach. Jakoś nie wpadłem na to, że już sam tytuł, Dżozef, mógłby mi coś o jej treści powiedzieć.


Bo ten uznany pisarz, pan Joseph Conrad, zainspirował autora i opętał jedną z postaci, którą ten autor stworzył. Książka opowiada o tym co zdarzyło się w szpitalnej sali na której spotkało się czterech mężczyzn. Różnych mężczyzn. Dwóch z nich, Grzegorza i Kurza, pan Małecki pozwolił poznać dość dobrze, głównie przez pryzmat ich problemów, wątpliwości i słabości – to zawsze mocniej zapada czytelnikowi w pamięć, zwłaszcza jeśli tym czytelnikiem jestem ja. Jednego, Stanisława Baryłczaka, pozwolił poznać bardzo mocno, natomiast ostatniego, czwartego – Marudę umieścił tam nie wiadomo po co. Znów sparafrazuję pana Czechowa: jeśli nie masz zamiaru przeprowadzić na panu Marudzie wiwisekcji w drugim akcie, to nie umieszczaj go w szpitalnym łóżku w akcie pierwszym. To mój pierwszy zarzut do tej książki.


Drugim zarzutem jest trochę słaba konstrukcja tej opowieści (mimo że czytałem wydanie poprawione, z roku 2018; nie wiem jak było w pierwszej wersji, z roku 2011, no bo jej nie czytałem), która objawia się przede wszystkim w szybko przeprowadzonym i – dla mnie – trochę naciąganym zakończeniu tej historii. Z jednej strony ma to – przynajmniej tempo rozwiązania – uzasadnienie fabularne, z drugiej jednak, to nagłe zrozumienie, które spływa na jednego z bohaterów, nie wynika – znów: moim zdaniem – z niczego.


Mimo tego wszystkiego jednak, uważam że warto było poświęcić te kilka godzin na lekturę tej niedługiej w zasadzie pozycji. Bardzo podobał mi się w niej pomysł na ujęcie powiedzenia, że kiedy człowiek przenosi się w świat wykreowany przez autora rzeczywisty świat obok niego przestaje istnieć, bardzo podobała mi się również pewnego rodzaju polemika (nie wiem czy zamierzona przez autora, czy tylko zrodzona w mojej głowie) z twierdzeniem pana Umberto Eco, który miał powiedzieć „Kto czyta książki, ten żyje podwójnie”. Fakt, że może wyjść na to, że żadne z tych żyć nie jest tak naprawdę jego.


Nie znam wiele z całkiem obszernej twórczości pana Małeckiego. Ot, do tej pory czytałem (dość dawno) Dygot i (ostatnio) Korowód. W mojej ocenie Dżozef jest pozycją sporo słabszą od tych dwóch wymienionych przed chwilą. Z tej pozycji, z której podszedłem do tej lektury ciekawe było to, że można było trochę podejrzeć a jaki sposób rozwijał się autor. Bo faktycznie, w Dżozefie pan Małecki błyszczał momentami. Dopiero w późniejszych jego utworach te błyski przybierają na sile; zamieniają się może nawet w pewien rodzaj blasku. Co będzie później, po Korowodzie? Nie mam pojęcia. Ale chętnie się przekonam, bo na spotkaniu autor przyznał, że pracuje nad kolejną opowieścią.

1589001c-78a3-407c-adf6-2b6515b5848f

Zaloguj się aby komentować

Mam pewne przecieki od jury i wiem, że w tej edycji konkursu #nasonety w kawiarni #zafirewallem na pewno nie wygram, więc mogę sobie pozwolić na publikację kolejnego wytworu:


@moll i tak trzeciego nie napisze, więc z nią nawet nie będę próbował


Zadowolony dość jestem z tego

że swój komentarz dziś zamieszczając

(w nim w sposób jawny @moll podpuszczając)

wiersza się doczekałem drugiego.


A teraz ponownie będę się silić,

kolejny sukces osiągnąć próbując,

by - jakby to grzecznie ująć? -

@UmytaPacha ! Pisać! W tej chwili!


Zakładam, że w niebo nie będziesz wzięta

apelem mym, ale i w sposób samolotowy.


Patrz: @KatieWee już napisała, zadanie ma z głowy,

daruję @Wrzoo - a niech tam, spokój jej urlopowy...

Lecz Ciebie, Pacha, to mam zamiar nękać.

@splash545 Tytuł, Panie. Tytuł.


@moll Bo ja w tej edycji reprezentuję nurt feministyczny i walczę o parytety. No a owca to jednak baran.


@kopytakonia Zakładam, że "dziś" odnosi się do naszej drugiej zabawy, #naczteryrymy? Bo innych konkursów dziś nie rozstrzygamy. Jeśli tak, to wygrał @jakibytulogin i czekamy na zadanie od niego!


***


A poza tym uważam, że @UmytaPacha powinna napisać (niemal) sonet!

@UmytaPacha nie pisze sonetów, bo cierpi na analfabetyzm i dlatego się wozi po restauracjach z książkami żeby stan faktyczny przekłamać. Miałem nikomu o tym nie mówić ale analfabetyzm wynika z urazu głowy to pewnie i tak nie kojarzy.

Zaloguj się aby komentować

Dzisiaj byłem na spacerze i urzekł mnie adres wymalowany na bloku (pic. rel.). I tak sobie pomyślałem, że skoro jest Stara 2, to musi gdzieś być Stara 1. Ale o niej nie warto wspominać.


Stara 2


Cicho już, Stara – nie musisz się starać.

Dosyć mam z tobą tych wszystkich skarań

więc zdecydowałem, że teraz, od zaraz

zastąpi cię musi mi nowa Stara.


To ona będzie stała przy garach,

to ona zimnego poda browara,

to ona, gdy mnie zaswędzi fujara,

pod kołdrę wskoczy na bara-bara.


Cicho już, mówię! Skończ ten ambaras!

Znowu wywlekasz mi wszystko naraz!

Zaczekam aż ci się zamknie kopara

a ja tymczasem pójdę zajarać.


Stara się wprowadziła nowa

i cała historia stara od nowa:

znowu z browarem trzeba się chować,

jeść podle, bo nie chce jak mama gotować,

od czasu do czasu się masturbować;


to się nazywa brak szczęścia w miłości.

652b79b3-c1ae-4ce6-b652-3114a03beb65

Zaloguj się aby komentować

Tytuł: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną

Autor: Dorota Masłowska

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 7/10


#bookmeter


Ja na to bym chciał coś odpowiedzieć, żeby się odpierdolił, gdyż łyknąć sobie na zszargane nerwy nervosolu z panadolem to nie jest jeszcze żaden grzech, cobym się z niego miał spowiadać na Sądzie Ostatecznym przed wujkiem Lewym, co to też bezgrzeszny nie jest w tej kwestii, gdyż sam sobie lubi ostrzej prz⁎⁎⁎⁎⁎⁎olić.


Dowiedziałem się ostatnio, że afera mnie ominęła. Dwadzieścia lat temu z okładem to było, bo w roku 2002. W tym to roku 2002 pani Dorota Masłowska, osiemnastolatka wówczas, wydała książkę Wojna, i właśnie wokół tej książki się rzeczona afera rozkręciła. Ja w roku 2002 miałem czternaście lat i nie zajmowałem się wtedy takimi pierdołami jak czytanie książek, od tego to tylko oczy się psują. Dzisiaj jestem sporo starszy i trochę mądrzejszy i wiem, że to nieprawda. Od czytania książek nie psują się oczy. Od czytania książek psuje się w głowie.


Ale w głowie może popsuć się nie tylko od czytania książek, przyczyny psucia się w głowie mogą być różne. Może to być na przykład mieszkanie w czasie ostatniego przełomu wieków na którymś z polskich blokowisk. Albo zażywanie amfetaminy. Albo jedno i drugie jednocześnie, bo oba czynniki są ze sobą dość blisko powiązane. I właśnie na tych dwóch czynnikach wyrośli bohaterowie Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną.


Bełkot narracyjny, strumień świadomości, narkotyczna huśtawka fizjologiczno-emocjonalna i od czasu do czasu lekki gwałt na polskiej deklinacji – takie określenia jako pierwsze przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tej książce po jej przeczytaniu. I sam się sobie dziwię, bo jednak mi się podobało. Nie ze względu na treść, tej znowu nie ma aż tak wiele (choć znalazłoby się i coś, co od biedy można nawet nazwać intrygą), ot jeden w zasadzie dzień w małym miasteczku, choć – fakt – dzień wyjątkowy. To w końcu Dzień Bez Ruska. I narkotyczny rajd głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Andrzeja Robakoskiego, zwanego Siwym. Świetnie oddana była przez autorkę jego chybotliwa osobowość, to popadanie w przesadne stany emocjonalne na skutek rozgrywających się wydarzeń albo jego wyobrażeń na temat rozgrywających się wydarzeń. Momentalna podróż od miłości do nienawiści, od ekstazy do załamania była u niego nawet nie na porządku dziennym, ale wręcz na porządku godzinowym.


Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną została nazwana te ponad dwadzieścia lat temu, kiedy wybuchła afera, która mnie ominęła „pierwszą polską powieścią dresiarską”. Nie wiem czy miał to być zarzut czy też próba definicji nowego gatunku literackiego, ale z terminem „powieść dresiarska” w przypadku tej książki zgodziłbym się w całej rozciągłości. Bo Andrzej Robakoski nie tylko był dla mnie zupełnie wiarygodny jako postać – w czasie lektury przypominałem sobie naszego klasowego podstawkówkowo-gimnazjalnego arcydresa i pasowało mi to wszystko do niego tak, jakby o nim była mowa – ale też język, jakim napisana jest powieść pozwalał wczuć się całkowicie w to, co było nim opisane. Nie mówiąc już o tym, że ten język, mało elegancki, wypaczony i dziwny też przypominał mi Marcina (tego arcydresa, tak miał na imię) – on też układał, kiedy naszła go wena, długie, barwne zdania okraszone od czasu do czasu skomplikowanymi wyrazami (rzadko użytymi poprawnie, co prawda), które do tych zdań się zupełnie nie nadawały i nie pasowały, co nadawało tym zdaniom jakąś komiczność, a jednocześnie, pomijając momentami ich zupełny brak sensu, sprawiało, że brzmiały ciekawie. To samo dzieje się u pani Masłowskiej, choć tutaj wierzę, że było to zrobione celowo i świadomie, bo wydaje mi się, że już wtedy autorka językiem posługiwać umiała się sprawnie. A to, jak jej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną jest, tak mi się wydaje, efektem wspaniałego słuchu literackiego.


Ta afera, która mnie ominęła dotyczyła wówczas właśnie tej książki. Nie dość, że na rynku ukazało się coś nowego – nie w kwestii tytułu, ale stylu, tematyki i tak dalej, to jeszcze wyniosło na literackie salony, zdominowane wówczas przez mędrców – czyli mężczyzn w marynarkach i okularach (oczy zniszczone od studiowania ksiąg) – nastolatkę. I jedno i drugie nie wszystkim się podobało. Czytałem wydanie jubileuszowe tej książki, pochodzące z roku 2022 i opatrzne wstępem napisanym z tej okazji przez autorkę. Ciekawie, choć niestety krótko i szczątkowo, wspomina tę aferę, która mnie ominęła. I teraz nie wiem, czy powinienem żałować, że przeszło to wszystko wtedy obok mnie (albo ja obok tego – zależy jak patrzeć, ruch jest przecież względny), czy cieszyć się, że zabrałem się za Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną dopiero teraz. Bo zastanawiam się jak odebrałbym ją ja czternastoletni. Ile bym zrozumiał z tego, co się w niej działo i z tego, co działo się wtedy wokół niej. I choć mam w tej sprawie kilka koncepcji, to żadna nie wydaje się być nie tylko pewną, ale nawet wiodącą.

226871f2-7a40-4b01-b6fc-f0ef3a049726

@George_Stark Czytałem tę książkę zaraz po wydaniu - zachwyciła mnie. To było coś nowego i odmiennego od tych wszystkich przemądrzałych pisarzy, piszących poprawną polszczyzną. Tam był język mieszkańców blokowisk, którym się wtedy naprawdę mówiło. Kilka fragmentów było surrealistycznych, ale ogólnie książka była dla mnie super.

A ja jestem ciekawy co powiesz o ekranizacji, która była gównem, choć zdania ekspertów da podzielone, bo druga część uważa że była ch⁎⁎⁎wa.

Zaloguj się aby komentować

Dziś w nocy, pierwszy raz od dawna, musiałem zamknąć w nocy okno, bo było mi zimno. I stąd właśnie zrodził się wytwór poniższy:


Rewolucja wrześniowa


Lato się kończy wśród wrześniowego

chłodu, który gdzieś się ze zmierzchem zjawiając

siłą się wpycha ażeby zająć

miejce ciepłego wieczoru letniego.


Niedługo już w swetrach będziemy chodzili;

niedługo już kaszląc, charcząc, smarkając,

przez okno na aurę deszczową zerkając,

będziemy do kolejnego lata tęsknili.


Jesień nas chłodnym wiatrem opęta

w łysych gałęzi nas zamknie okowy,

z drzew liście opadną, jak ścięte głowy,

gdy stary porządek zastępuje nowy.


Wrzesień. Już rewolucja zaczęta.


#nasonety

#zafirewallem

Zaloguj się aby komentować

Pamiętacie może od czego zaczęła się nasza zabawa # naczteryrymy? Znalazłem we wspaniałej książce Pegaz dęba taki oto wiersz:


Jeżeli piękna, to bezwzględnie wiosna,

Jeśli zielone, to trawy kobierce,

Jeżeli twórczość, to zawsze radosna,

Jeśli zajęte, to W.C. lub serce.


Pan Tuwim niezmiennie (a wręcz coraz bardziej i bardziej) zachwyca mnie i inspiruje swoją twórczością, i choć ten akurat wiersz nie jest jego autorstwa, napisał go czytelnik Cyrulika Warszawskiego, a pan Tuwim tylko go wyszperał i zarchiwizował, to pozwoliłem sobie wykorzystać pomysł w naszej drugiej zabawie, która odbywa się w kawiarni #zafirewallem , to jest w zabawie #nasonety . Oto co mi z tego wyszło:


Zajęta


Chciałem spróbować, pomimo tego

że na jej palcu, cynicznie błyskając,

obrączka śmiała się, wprost oznajmiając,

że chyba jednak ma męża jakiegoś.


Jakbyśmy przed sobą się złotem bronili -

tak pomyślałem, ku niej zerkając,

swoją obrączkę w kieszeń chowając

dosiadłem się: - Czy mogę pani wieczór umilić?


Wrażenie sprawiała, że niby jest chętna,

że brak jej towarzystwa, rozmowy.


Lecz zrozumiałem, gdy w szale zmysłowym

wspinaliśmy się na prowadzące ku łazience schody:

że nic jednak z tego. Była zajęta.

Zaloguj się aby komentować

Postawa romantyczna w obliczu schyłku romantyzmu


Uderzył w tony pokrzywdzonego

uczucia swoje w rezonans wprawiając,

smyczkiem po strunach duszy ciągając

do bólu aż. Ale nic z tego.


Bo mecenasi kierunki zmienili

od podstaw pracę rozpoczynając,

sztukę do ziemi z niebios ściągając,

serca ku rozumowi zwrócili.


Kto będzie o Mickiewiczu pamiętał?

Norwid, Słowacki złożeni w groby,

i Goethe odszedł, ten Król Olchowy...


Jakże w tym świecie odnaleźć się nowym? -

decyzja, by z życiem się rozstać, podjęta.


#nasonety

#zafirewallem

@George_Stark świetne! A w szczególności spodobały mi się te wersy:

Uderzył w tony pokrzywdzonego

uczucia swoje w rezonans wprawiając,

Zaloguj się aby komentować

No dobrze. Nie śpię, więc szybciutko otwieram kolejną, XLI edycję zabawy #nasonety w kawiarni #zafirewallem . Widzę, że nie śpi również koleżanka @UmytaPacha (bo komentuje), więc może się zbierze i coś wreszcie napisze?

Nie przedłużając jednak więcej, przechodzę do konkretów.


Ponieważ w tym roku przypadła dwudziesta rocznica śmierci pana Czesława Miłosza, Senat Rzeczypospolitej Polskiej Uchwałą z dnia 07.09.2023 ( M.P. 2023 poz. 1013 ) zdecydował, że rok 2024 będzie rokiem tego autora. Ja natomiast zdecydowałem, że my również uhonorujemy pana Miłosza i w tej edycji zabawy #nasonety na tapet weźmiemy jeden z jego wierszy. Spod pióra pana Miłosza wyszło mnóstwo fantastycznych utworów, a jednym z bardziej znanych jest niemal sonet, którym to się zajmiemy. A oto i on, nasz tekst di proposta:


Który skrzywdziłeś


Który skrzywdziłeś człowieka prostego

śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,

gromadę błaznów koło siebie mając

na pomieszanie dobrego i złego,


choćby przed tobą wszyscy się kłonili

cnotę i mądrość tobie przypisując,

złote medale na twoją cześć kując,

radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli,


nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.


Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy

i sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.


***


Miałem nie przedłużać, więc zasad oceniania nie będę teraz podawał. Na bieżąco dostosuję je do potrzeb, kiedy to będę pisał podsumowanie i wtedy je opublikuję. Jeśli ktoś ma ochotę dołączyć do zabawy, a nie wie o co chodzi, proszę pytać pod którymś z wpisów w tagu. Koleżanka @UmytaPacha chętnie wyjaśni zasady zabawy.


***


I jeszcze, dla chętnych: proszę zwrócić na podobieństwo wymowy zaproponowanego utworu do tekstu autorstwa pana Juliana Tuwima, nieoficjalnego patrona naszej kawiarenki. A mowa o tekście Do generałów .


(Co za czasy w ogóle! – nie mogę znaleźć nigdzie w Internecie tego utworu zamieszczonego po prostu jako wiersz, a nie jako tekst piosenki wykonywanej przez zespół Buldog! A wspomniane wykonanie zespołu Buldog, bardzo zresztą zgrabne, można znaleźć tutaj .)

***


No to chyba tyle.

Weny, owocności w rymowaniu, a przede wszystkim dobrej zabawy! Osądzę Was za tydzień.


***


#diproposta

@bojowonastawionaowca


Nie wspomniałem jeszcze, że nam się parytety płci zaburzają i istnieje prawdopodobieństwo że utracimy unijne dotacje na kawiarenkę, bo oprócz Pachy to dawno nie było też wiersza ani od @KatieWee , ani od @moll , ani od @Wrzoo (kolejność alfabetyczna)!

Zaloguj się aby komentować

No nic, trzynastka okazała się dla mnie pechowa, ale ja nie nawalam. Tak więc to mnie przyszło czynić dziś honory. Czynię je więc z namaszczeniem, ale żeby z chęcią, to jednak nie.


Rymy: kawalerce – noże – widelce – położę

Temat: aktualizacja oprogramowania


Bawcie się wspaniale, a wygrywającego proszę o wykazanie się jutro odpowiedzialnością! Jeśli nie chcecie wygrać, piszcie słabe wiersze – to jest przecież proste!


***


#naczteryrymy

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna


***


Zasady i o co chodzi:


- Musimy ułożyć cztery wersy, lub ich wielokrotność jeśli ktoś ma taką ochotę,

- Op zadaje cztery słowa, które mają być użyte dokładnie w tej kolejności, na końcu kazdego wersu,

- Op zadaje również temat zadania a rymowanka powinna, przynajmniej luźno, nawiązywać do niego,

- Zwycięzcą jest osoba, która kolejnego dnia do godziny 20 zdobędzie najwięcej piorunów.

- !!!Wygrany w nagrodę wymyśla nowe zadanie, czyli temat oraz rymy i publikuje do godz. 21 nowy wpis!!!

- Wpisy lądują w społeczności Kawiarnia "za Firewallem", bo jak nie, to trzeba prosić Owcę o pomoc

Zaloguj się aby komentować

759 + 1 = 760


Tytuł: O perspektywach rozwoju małych miasteczek

Autor: Małgorzata Boryczka

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10


#bookmeter


Równy stukot maszyny do tuli mnie często do snu w pokoju nad kuchnią; matka tuli mnie rzadko.


Ponieważ wiersz Sobota autorstwa pana Andrzeja Bursy jest jednym z moich ulubionych, zabrałem się za książkę O perspektywach rozwoju małych miasteczek. Ale ponieważ wiersz Sobota autorstwa pana Andrzeja Bursy jest jednym z moich ulubionych, zabrałem się za książkę O perspektywach rozwoju małych miasteczek z pewną ostrożnością. Bo – i tak, to jest moje malkontenctwo – nie jestem zbyt optymistycznie nastawiony do współczesnej prozy, a już szczególnie do autorów debiutujących. Kilka razy się sparzyłem, więcej razy odbiłem się od lektury – no nie mam dobrych doświadczeń. Tym razem, oprócz tego, że ta książka to debiut autorki, to jeszcze tytuł w tak wyraźny sposób nawiązuje do twórczości tego wspaniałego poety wyklętego. I tak ta książka leżała u mnie w czytniku od dłuższego czasu, bo trochę się bałem co z tego pomysłu czy eksperymentu mogło wyjść. Tak, przyznaję: do lektury podszedłem nawet nie z obawami, ale wręcz trochę z nastawieniem. Z nastawieniem, że „to się nie uda”.


A jednak się udało. Wydaje mi się, że przede wszystkim dlatego, że oprócz cytatu ze wspomnianego wyżej wiersza i związanej z nim tematyki pani Boryczka (pani! – rok ode mnie młodsza, czyli gówniara!) nie wzięła sobie więcej ani od pana Bursy, ani w ogóle znikądinąd. Jeśli miałbym te jej opowiadania porównać do czegoś, co znam to najprędzej byłby to opowiadania pana Kurta Vonneguta (to w moim systemie wartości literackich ogromny komplement!), a i to przede wszystkim ze względu na umiejętność przedstawienia spraw poważnych w sytuacjach codziennych, na jasność i klarowność przekazu, na umiejętność pięknego operowania językiem w prosty sposób (co nie jest znowu takie łatwe), na niesamowitą intuicję literacką, która objawia się okraszającymi jej prozę świetnymi uwagami i spostrzeżeniami natury ogólnej, które tak uwielbiam. Wyszło to wszystko świetnie!


Tom O perspektywach rozwoju małych miasteczek to czternaście obrazków wyrwanych gdzieś z małego miasteczka (takie było założenie, choć to akurat niekoniecznie się udało – część z tych historii mogłaby się rozgrywać gdzie indziej; z drugiej strony pokazuje to, że problemy „skądinąd” są dość uniwersalne, że są na tyle uniwersalne, że dotykają również mieszkańców małych miasteczek – więc może jednak się udało?), a każdy z tych obrazów to jeden człowiek i fragment jego życia. W każdym z opowiadań narracja jest troszeczkę inna, charakter głównego bohatera trochę się różni – nie ma się wrażenia, że to różne historie klepane przez jedną osobę – a jednocześnie można znaleźć jakiś wspólny dla nich wszystkich obszar. Być może jest to styl autorki? Różnice bywają subtelne, ale są. I są jasno wyczuwalne. Problematyka opowiadań to codzienność małych miasteczek: relacje rodzinne, relacje i pozycja w społeczności, samosądy. Nie wszystkie opowiadania zrozumiałem, nie wszystkie mnie zachwyciły, ale nie było takiego, które by mi się nie podobało bądź uznałbym je za „złe” albo „słabe”.


Z tych, które najbardziej zapadły mi w pamięć to przede wszystkim opowiadające o gwałcie i relacji córki z matką opowiadanie Krzyżówka – ono nie jest mocne przez sam tekst, ale jego siła jest właśnie w tym co się kryje pod opisanym wspólnym wieczorem czy popołudniem. Jak się okazuje, wcale nie trzeba epatować brutalnością i dosłownością (niech przepadnie naturalizm!) żeby wywołać u odbiorcy silną reakcję. Podobała mi się postać, którą pani Boryczka stworzyła w opowiadaniu Surówka, tym bardziej, że autorka jest kobietą i, jak mi się wydaje, nie uległa modzie (czy naciskom) na przedstawianie postaci kobiecych wyłącznie w superlatywach. Bo czasami i złe kobiety przecież się zdarzają. Podobało mi się opowiadanie Karel Gott, które mówi chyba o różnicy pokoleń i o tym, że chociaż „za naszych czasów” było lepiej, to i tak zazdrościmy dzisiejszej młodzieży, choć tak mało ona wie o (naszym) świecie i jak tak w ogóle można żyć. Podobało mi się opowiadanie Źródło o tym jaki wpływ, zasięg i konsekwencje może mieć plotka. I podobało mi się jeszcze kilka innych opowiadań, ale to można je sobie samemu przeczytać i ocenić.

Jeśli o mnie chodzi, to na pewno przeczytam kolejną pozycję w dorobku autorki, książkę Nigdzie i, jeśli zrobi na mnie podobne wrażenie jak O perspektywach rozwoju małych miasteczek to z pewnością nie tylko będę śledził z zainteresowaniem pisarski rozwój autorki, ale i trzymał za tę gówniarę kciuki. Choć trochę z zazdrością.


Sama książka O perspektywach rozwoju małych miasteczek została wydana jako zwycięska praca konkursowa w ramach studiów podyplomowych Szkoła Mistrzów na Wydziale Polonistyki UW. Na końcu tego tomu znajduje się lista pozostałych książek wydanych w serii opowiadaj dalej… wydawnictwa Nisza i, być może, również z nimi warto się zapoznać? Bo, być może, ze współczesną literaturą polską nie jest tak źle, jak uważałem, a tylko ja nie umiem szukać?


EDIT: A, okładka też mi się podoba. Zawsze zapominam o tym napisać!

19f76228-206e-4edd-94b3-90ecb5f437d8

Zaloguj się aby komentować

To jeszcze rzecz historyczno-erotyczno-obyczajowa:


***


O ognistych skutkach płomiennej namiętności


Daj ać, ja pobruszę, a ty idź się gzić!

Myślisz, latawico, że tego nie widzę,

jak na siano do stodoły chadzasz ze sołtysem?

Za jakie to grzechy żonę mam kurwicę?!


Że pomięte na sobie ciągle nosisz giezło?

Że pół wsi przez ciebie jak pielgrzymka przeszło?

Powiedz, czy Helenka to jest moje dziecko?

Urodę ma nie naszą, a jakąś niemiecką.


Że mi rogi sprawiasz, wie już cała wieś

co innego we wianie mogłabyś mi wnieść

jak już przed ślubem daleka byłaś od dziewicy?


Ale i ty coś w zamian dostaniesz ode mnie

a prezent umocowanie będzie miał papieskie

Inkwizycji zgłoszę! Stos dla czarownicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Był kiedyś taki kierunek w sztuce, co się turpizm nazywał. – „Czemu by i w nim swoich sił nie spróbować?” – pomyślałem. A oto i efekt:


***


Epitafium własne


Cóż jest piękniejszego niż tak sobie gnić?

Chłodno mi się robi, kiedy to kostnicę

oczami mej martwej wyobraźni widzę.

Czy koniecznie trzeba grób mój wieńczyć krzyżem?


Na ziemi zakończyłem mą wędrówkę ziemską:

w lesie się rozkładało moje martwe cielsko

a tu przyszedł do mnie dzisiaj leśnik ścieżką

no i przerwać musiał moją drzemkę wieczną.


A niechby i nadszedł jakiś lis czy pies,

mech mógłby mnie obróść albo bluszcz opleść,

ale nie, cholera! Pieprzeni leśnicy!


I służby sprowadził na tę mą pustelnię,

i zamiast spokoju sceny mam dantejskie.

Dajcie wy mi spokój! Nie chcę do kostnicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@George_Stark i od razu mi się skojarzyło z tym

( ͡° ͜ʖ ͡°) :


Czy porzucone ciało rozniosą ptaki, czy pożrą je Morskie psy, jeśli będzie im może oddane na pastwę, jakież to ma znaczenie dla duszy, skoro ona tu już nie przebywa? Ale nawet i wtedy, kiedy między ludźmi przebywa, nie lęka się żadnych gróźb na czas pośmiertny ze strony tych, którym mało jest, że się ich obawia aż po samą śmierć. Nie przestraszą mnie — mówi — ani haki, ani ohydne dla patrzących się rozszarpywanie wyrzuconego gwoli pohańbienia trupa. Nikogo o ostatnią powinność nie proszę, nikomu szczątków moich nie polecam. Sama natura postarała się już o to, by nikt nie został bez pogrzebu. Kogo wyrzuciło na poniewierkę czyjeś okrucieństwo, tego pochowa upływ czasu.


Seneka, Listy moralne do Lucyliusza

@George_Stark no może napiszę. Ja już od pewnego czasu noszę się z zamiarem serii sonetów na podstawie konkretnych cytatów stoickich.

To klasykiem tera:


Nie mam nogi - pożarli ją moi współtowarzysze

Jeszcze ich mlaskanie słyszę

Wyszliśmy w góry jeszcze za dni ciepłych

Dopadła nas zima zaskoczonych

Zjedliśmy wszystko co zjeść się dało

Nic nie zostało

Widoki na przyszłość są raczej nieciekawe

Zachciało się nam iść na wyprawę


Hej hej hej, hej hej hej

Inni mają jeszcze gorzej

Hej hej hej, hej hej hej

Inni mają jeszcze gorzej


Zawieja nie ustąpi, jest wręcz coraz większa

Co rusz nasza sytuacja gorsza

Tak losować będziemy kto kogo zje

Czekając, aż ratunek nadejdzie

Los padł na mnie, wtedy się opamiętałem

Zaoponowałem

Towarzysze napierali, w końcu za wygraną dali

Usiedli osowiali

Minął dzień i drugi. My krańcowo bezsilni

Nie mają siły na mnie być źli

W końcu nie wytrzymali i nocy pewnej

Doczołgali do mnie się bliżej

Wyszła na jaw prawda, którą chciałem ukryć

Tej hańby nie da się zmyć

Przestałem o nich myśleć, taką naturę mam

Po prawdzie, swoją nogę zjadłem sam

Zaloguj się aby komentować

Czasy się zmieniają. Kiedyś były gitary i długie włosy, było sex, drugs & rock’n’roll, a później nadeszły szerokie spodnie i łyse łby. Podążając, choć lekko chyba spóźniony, za zmieniającymi się trendami ogłaszam oto mój hip-hopowy manifest:


***


Sleep, coffie, & hip-hop


By się przebudzić kawę muszę pić!

Pieprzę jajecznicę! Herbatą się brzydzę!

Spacer w okolicę? Ja nie jestem gidem!

Człowiek cierpi bidę, kiedy z buta idzie.


Yerba mate, dziecko? Z Paragwaju zielsko?

Raczej będzie ciężko by przez gardło przeszło.

Kumple? Prochy wzięto. To niebezpieczeństwo.

Ja tam widzę cienko nosem budzić cielsko.


MK, Jacobs, Tchibo, albo Nescafe.

gorzkością mi gardło, nos zapachem pieść!

Robusty albo arabiki fani. My, kawoholicy.


Kto kawę pierdzielnie tego nigdy więcej

popołudnia ciężkie nie zamęczą sennie.

I to był explicit.

--------------- My, kawoholicy!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

@Piechur A jaki masz ten pomysł?


A tak serio, to jak napiszesz to ja postaram się napisać na ten sam temat, zobaczymy jak wyjdzie.


Chyba że masz ochotę na eksperyment i spróbujemy obaj, niezależnie od siebie napisać na ten sam temat i umówimy się, że opublikujemy jak już oba będą gotowe. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Zaloguj się aby komentować

Inwazja mszyc


Żaden jest to pic! To inwazja mszyc!

Nasze okolice atakują mszyce!

Okupują ludzie schrony i piwnice:

atakuje szkorbut, cierpią na gruźlicę.


To z braku witamin nam zadziało się to.

Owocowe sady pochłonęło piekło,

przez uprawy jabłek jak szarańcza przeszło

to owadzie wojsko. Będzie z nami cienko!


I tak apokaliptyczna nam gruchnęła wieść:

w tym sezonie owoców nie będziemy jeść!

Rozwiązać problem próbowali farmaceutycy


i z takim zapałem pracowali dzielnie

że masy krytyczne przekroczyli wszelkie:

bum! – syntezy jądrowej żaden nie obliczył!


***


#nasonety

#zafirewallem

#poezja

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować

Nie mam pojęcia czy ta historia przedstawiona poniżej jest romantyczna, czy wręcz przeciwnie, no ale proszę:


***


BL 98WAK


Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, byłoby jej zdecydowanie łatwiej. Kiedyś, przed 2022 rokiem, kiedy w Polsce obowiązywała jeszcze regionalizacja tablic rejestracyjnych, z dużo większą dozą prawdopodobieństwa mogłaby założyć, że mieszkał w Łomży. A dziś? Dziś mogło być tak, że samochód kupił w Łomży, a mieszkał na przykład w Koninie, Kraśniku albo Jeleniej Górze. Po prostu mógł nie zmienić numerów. A nie wiedziała gdzie mieszkał. Nie zaglądała mu przecież w dowód rejestracyjny.


Poznali się na biwaku. Do Grajwa przyjechała z koleżankami. Były zaraz po maturze i w czasie tych najdłuższych wakacji w życiu zatrudniły się jako obsługa pola namiotowego – Work & Travel na jakie mogą pozwolić sobie córki rodziców będących przedstawicielami augustowskiej klasy średniej. On od początku zwrócił jej uwagę. Był dojrzały, przystojny i wyjątkowy – żeby nie powiedzieć ekscentryczny. To ostatnie przeczuwała od razu, zanim nawet jeszcze zobaczyła jak wygląda.


Pewnego dnia na pole namiotowe wjechał samochód marki Trabant. Auto wyróżniało się. Nie tylko tym, że pojazdy tej marki rzadko już spotykało się na drogach, wyróżniało się nawet pośród innych Trabantów. Było pomalowane na liliowy kolor z zielonymi akcentami motywów roślinnych. Zwracało na siebie uwagę. Przez przednią szybę, od której odbijały się wściekle tego dnia palące promienie słoneczne dojrzała, że w środku jest tylko jedna osoba: mężczyzna, który zajmuje fotel kierowcy. Coś, jakiś wewnętrzny głos, powiedział jej, że warto poznać właściciela tego wehikułu. Czy pociągała ją bardziej jego tajemniczość, czy jego samochód? – tego do dziś nie potrafi stwierdzić. Fakt, że koleżanki czasami śmiały się z niej, mówiły, że jest blacharą. Cóż miała jednak poradzić, że pociągali ją mężczyźni, którzy kierowali nietypowymi samochodami? Poza tym to był Trabant, który z blachą nie miał przecież za wiele wspólnego.


– Ja pójdę – powiedziała do Wioli, która tego dnia pełniła dyżur na recepcji i to jej zadaniem było meldowanie przybyłych na kemping gości, a także pobieranie od nich opłat.

– Jeśli masz ochotę… – odpowiedziała Wiola, której najwyraźniej propozycja Martyny była na rękę i wróciła do piłowania paznokci.


– Michał – przedstawił się mężczyzna, który wysiadł zza kierownicy Trabanta. Zrobił na Martynie jeszcze większe wrażenie niż jego wyjątkowy samochód. Opalona twarz i klatka piersiowa, której bujne, ciemne owłosienie kusiło, wyglądając pomiędzy materiałem rozpiętej do połowy koszuli w ciemnozielone motywy rodem z dżungli. Złoty, szeroki łańcuch na szyi tak wspaniale komponujący się z brązem tej jeszcze szerszej szyi. Wąs, ciemniejszy niż włosy na klatce piersiowej, który wspaniale przyozdabiał uniesioną w uśmiechu ukazującym równe, białe lśniące zęby (czy odbijało się od nich światło słoneczne, czy błyszczały tak same z siebie?) górną wargę. Włosy, zawadiacko spływające na czoło spod słomkowego letniego kapelusza, przewiązanego brązową wstążką i nadające mężczyźnie tajemniczości okulary przeciwsłoneczne w złotej oprawie, spiętej u góry, nad noskiem dodatkową poprzeczką. Całości dopełniały jasne, lniane spodnie i jasnobrązowe mokasyny. Tak, ten mężczyzna wyglądał egzotycznie. Wyglądał nawet lepiej niż jego samochód.

– Martyna – powiedziała Martyna i już miała wypowiedzieć wymaganą przez właściciela kempingu standardową formułę biwakowej recepcjonistki zawierającą serdeczne przywitanie i zachętę do skorzystania z dodatkowych usług i udogodnień dostępnych na miejscu za dodatkową opłatą, kiedy, trochę jakby bez udziału woli, z ust wyrwało się jej: – Ładny samochód.

– Prawda? – odpowiedział Michał. – A Martyna to ładne imię. Chcesz się przejechać?

– A nie chce pan…

– Michał.

– No tak. A nie chcesz najpierw odpocząć po podróży? Zjeść czegoś? Napić się może? Trzeba by też się zameldować. – Martynie przypomniało się, że jest w pracy.

– Nie będzie dla mnie lepszego odpoczynku niż usiąść nad jeziorem z tak piękną kobietą. Tam też możemy coś zjeść i napić się. Wszystko co potrzebne mam ze sobą. – Michał poklepał bagażnik Trabanta. – A formalności możemy załatwić wieczorem. Szkoda marnować takiego pięknego dnia na siedzenie w biurze.


Na kemping wrócili późno w nocy, właściwie już nad ranem. Martyna nie wiedziała, która jest godzina, ale na wschodzie, nad polami horyzont zaczynał już jaśnieć. Pole namiotowe było już spokojne. Z niektórych namiotów dobiegało chrapanie.

– To ja pójdę po książkę meldunkową – powiedziała do Michała.

– Dobrze. Poczekam tu na ciebie. – Michał pocałował jeszcze dziewczynę na odchodne.


Kiedy tylko za Martyną zamknęły się drzwi domku, w którym mieściło się biuro i w którym mieszkała razem z koleżankami spokojny pomruk dwusuwowego silnika zmienił swój charakter. Stał się głośniejszy i bardziej dynamiczny. Dziewczyna wybiegła na zewnątrz, ale ujrzała już tylko znikające za zakrętem czerwone tylne światła samochodu.


Michał – tak się przynajmniej Martynie wydawało, bo w dowód osobisty też nie miała okazji mu zajrzeć – zostawił jej nie tylko wakacyjne wspomnienia, ale, co odkryła po kilku tygodniach, również rozwijającą się w niej żywą pamiątkę tego letniego wieczoru. I gdyby nie ta pamiątka, być może zagryzła by zęby i pogodziła się z tym, że i tym razem również się jej nie udało. Nie udawało się jej już przecież wiele razy. Nie udało jej się z Kamilem, który miał wściekłofioletowe, błyszczące E36, nie udało jej się z Marcinem, który jeździł srebrnym E300 w cabrio, nie udało jej się z Kamilem, który na bokach swojego czarnego Subaru miał wymalowane płomienie. Układało jej się co prawda całkiem nieźle z Robertem, który jeździł czarno-żółtą Corvettą, ale życie – to znaczy wydmuchana uszczelka pod głowicą – zmusiło go do wyjazdu za granicę, gdzie miał zamiar odłożyć na remont silnika i jakoś tak się to wszystko wtedy rozeszło. Tym razem, ze względu na sytuację, postanowiła, że nie odpuści.


Wśród wspomnień Martyny zachował się między innymi numer rejestracyjny Trabanta domniemanego Michała: BL 98WAK. Z tą informacją swoje poszukiwania rozpoczęła na augustowskim posterunku, gdzie opisała dyżurnemu sytuację, w jakiej się znalazła.

– Nie wiem czy bez zgody sądu mógłbym udzielić pani informacji o właścicielu – powiedział policjant – ale taki numeru, jaki pani podała nie istnieje. A tyle to na pewno mogę pani powiedzieć.

Martyna zrobiła wielkie oczy, a usta otworzyła jeszcze szerzej.

– Przykro mi – dodał policjant.


A teraz siedziała w autobusie jadącym do Białegostoku, gdzie miała przesiąść się w kolejny, jadący już do docelowej Łomży. Co miała zrobić? Postąpiła zgodnie z wolą jej wiernych tradycji rodziców, którzy zakomunikowali jej, że dopóki ciąża nie jest jeszcze widoczna Martyna może zostać w domu, ale później ma się wyprowadzić do męża, kimkolwiek by ten mąż nie był, bo oni pod swoim dachem nie będą trzymać panny z dzieckiem. Co powiedzieliby sąsiedzi? Jak tu przyjąć księdza po kolędzie? Ta podróż, te poszukiwania to był odruch rozpaczy, ale to było jedyne, co przyszło jej do głowy. Spróbować przecież nie zaszkodzi.


Kiedy wysiadła na dworcu w Białymstoku udała się do toalety. W czasie podróży zrobiło jej się trochę niedobrze. Czy to z powodu lekkiej choroby lokomocyjnej, czy też ze względu na jej stan – nie wiedziała.

– „Jak nie rzygnę, to się przynajmniej wysikam” – pomyślała. Zostawiła dwa złote w miseczce przed wejściem i zamknęła się w pierwszej wolnej kabinie. Nie zdążyła jeszcze rozpiąć spodni, kiedy przez uchylone okno wraz z chłodnym już, jesiennym wiatrem wpadł tak znajomy, charakterystyczny dźwięk dwusuwowego silnika.

– „Może?” – pomyślała natychmiast i wybiegła z toalety. Wybiegła z dworca. Okrążyła budynek i na parkingu ujrzała tego samego liliowo-zielonego Trabanta. Przez chwilę nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Uszczypnęła się nawet w przedramię, ale auto nie zniknęło, dalej stało tam gdzie stało. Coś jednak jej się nie zgadzało. Przez dłuższą chwilę przypatrywała się samochodowi aż w końcu doszła do wniosku co jest nie tak, kiedy jej wzrok spoczął na tablicy rejestracyjnej. BI 98WAK. Martyna podeszła i ukucnęła przed przed przednim zderzakiem samochodu. Na dole, po prawej stronie litery „I” można było odróżnić jaśniejszy pasek, czystszy niż reszta tablicy. Tak, jakby kiedyś było tam coś naklejone.


***


1211 słów.


***


Tak: nie mam pojęcia czy napisana przeze mnie historia jest romantyczna czy też nie, ale jeśli dzieje się coś, co zadziało się we wpisie otwierającym tę edycję, a czego ślady pozostały w tym komentarzu, to aż żal tego nie wykorzystać. Niewykorzystane okazje lubią się przecież mścić, jak to powtarzał pan Dariusz Szpakowski.


#naopowiesci

#zafirewallem

#tworczoscwlasna

Zaloguj się aby komentować